Ten pierwszy krzyż ojciec zaczął zbijać nad ranem, pamiętam, jakby to było dzisiaj. Była czwarta, może czwarta pięć, za oknem jeszcze szaro, a tu matka szarpie mnie za ramię i mówi: „leć, synek, po ojca, leć, zanim wszystkich pobudzi”. To się tylko odwróciłem, nakryłem kołdrą, żeby jeszcze pospać, jeszcze trochę, budzik miałem nastawiony na siódmą, potem do roboty, wszyscy mieli wolne, święto flagi polskiej, czerwono-białej, kurwa, tylko nie ja. Coś tam wymruczałem, że niech Jędrek idzie. Matka nie odpuszczała, szarpała dalej i mówi: „Jędrek szedł po niego wczoraj, niech się wyśpi dzieciak”, zerwała ze mnie kołdrę i dalej to swoje: „no idź, no idź, lećże prędzej, znowu policję wezwą, albo co gorszego”. To co miałem robić, wstałem, zarzuciłem bluzę i dopiero wtedy zza okna dotarło do mnie takie łup-łup-łup. „Co on znowu odpierdala”, zapytałem, a matka na to odruchowo: „wyrażaj się, gówniarzu”, ale taka była jakaś zmęczona, zrezygnowana, że mi się serce ścisnęło i nic już nie powiedziałem, tylko poleciałem.

Nie wiem, jak nam się wymknął, robił się w tym coraz lepszy. Po jego ostatniej akcji matka kazała spać na przemian mnie i Jędrkowi na polówce w przedpokoju, a jak już przycichło i mogliśmy obaj wrócić na swoje tapczany, to rozkładała pod drzwiami jakieś garnki, butelki i inne gówno, żeby się potknął, hałasu narobił. A jednak wyszedł, sukinkot.

Zbiegłem na dół, co drugi schodek, żeby szybciej, w gaciach, bluzie i laczkach. Zimno mi było jak chuj, ale spoko, widzę, że ojciec jest, rozłożył się z całym tym bajzlem pod śmietnikiem, luz, coś tam stuka, dłubie. Mówię: „chodź tata, do domu”, a on: „nie, synek, muszę tu jeszcze skończyć, zobacz, robotę mam” i wali młotkiem dalej.

Mówię: „tata, przyjdę wieczorem, pomogę ci, to się raz dwa obrobimy, będziesz miał gotowe”. A on, że nie, że potrzebuje to mieć na teraz. Nawet, kurwa, nie widziałem dobrze, co to jest, ojciec zasłaniał, to się wychylam i patrzę, aż się roześmiałem, bo sobie stary pozbijał krzyż z boazerii po dziadku, co to zalegała w piwnicy. Nie mógł, myślę, chociaż półek ze starego regału porąbać, czy coś, jakoś tak by było uroczyściej, a nie… Takie to koślawe, zbite byle jak, tyle hałasu o kilka listewek, całych zakurzonych, nie przetarł nawet ani nic. Potem, o potem!, to już miał krzyż jak się patrzy, cała parafia się na niego zrzucała, ciężki jak cholera, w kółko się pod nim przewracał. Aż żal było patrzeć – porąbany, bo porąbany, ale jednak ojciec.

Stukał, pukał w tę boazerię, matka miała rację, sąsiadów pobudził, czwarta rano w wolne, ostre przegięcie, ludzie się wkurwili, pootwierali te okna i dalej wrzeszczeć, że menele spać nie dają, że na policję trzeba dzwonić. No to wziąłem ojca pod pachę, mały był i chudy, lekki jak dzieciak, ten jego krzyżyk pod drugą i go zaniosłem do domu. Trochę mi wierzgał i się wyrywał, ale go mocno trzymałem i mówię: „ciii, tata, do łóżka pójdziemy teraz, spać, mama się martwi, wyśpisz się, ja się wyśpię, to ci zbijemy ten krzyż jak ta lala, jaki tylko będziesz chciał”. Wreszcie zostawiliśmy krzyż pod drzwiami, ojciec odpuścił, a w domu przejęła go matka. Chciała na niego nawrzeszczeć, ale mówię jej: „mamuś, już daj spokój” i odpuściła. Zresztą, rzadko na niego krzyczała. Nakrzyczeć na ojca to tak, jakby, nie wiem, szczeniaka kopnąć, bo patrzył tymi smutnymi oczami, że aż się człowiekowi wszystko w środku przewracało.

I tak to się wtedy zaczęło. Chociaż te jego jazdy już trwały od jakiegoś czasu, będzie z rok, albo ze dwa lata. Przeszedł na rentę i chyba coś mu w głowie przestało stykać. Nigdy nie był jakiś specjalnie wierzący – chrzty, śluby, okej, pasterka jeszcze, no i na Wielkanoc, wiadomo. Ale potem zaczął się co niedziela odstawiać w garniak, przyklepywał zaczeskę na łysinie i lazł w pierwsze rzędy, między babcie.

I tak poszło, w niedzielę meldował się na wszystkich mszach, potem jakieś kółka różańcowe, roraty, żale gorzkie, chodził na wszystko jak leci. Kazał se nawet grafik zrobić, kolorowy, w Excelu, sam mu drukowałem. Powiesił go potem na lodówce, żeby mu się nie popieprzyło, co kiedy ma. Matka najpierw się wściekała, żeby może by tak z rodziną posiedział, śmieci wyniósł, zakupy zrobił czy coś. W niedzielę nie można było zjeść spokojnie obiadu, bo go w kółko nie było. Jedliśmy o drugiej, bo ojciec miał wtedy okienko między sumą a mszą o czwartej. Siadaliśmy we czwórkę przy ławie i się zaczynało. „Dawaj – mówi – Mirka, dawaj rosół, tylko szybko, a masz już schabowe, dawaj, bo muszę lecieć”. I jadł to wszystko wrzące, gorące, byle prędzej. Matka już nic nie mówiła, tylko tak jakoś zaciskała usta, a myśmy z Jędrkiem też łykali te kluski, mięso, ziemniaki jeszcze parujące, w sumie nie wiem czemu. Potem już sobie odpuściła, machnęła ręką. „Niech chodzi – mówi – lepiej, żeby do kościoła, niż na baby”.

Tyle, że potem to już mu zaczęło regularnie odpierdalać. Siedzimy sobie kiedyś z matką i Jędrkiem, ojca nie ma, oglądamy telewizję, kulturka, a tu nagle ktoś łomocze w drzwi. Matka otwiera, a tam proboszcz, jeszcze ten poprzedni, skurwysyn był z niego straszny, a obok niego mój stary, cały skurczony w sobie. I proboszcz z mordą, że ojciec mu się do kościoła włamał, że menelstwo, złodziejstwo, sodoma i gomora. Ojciec na to, że ze świętego miejsca ani okruszka, ani kamiuszka by nie zabrał przecież, krzyżem tylko chciał sobie poleżeć przed ołtarzem. Ale jakoś tak cicho to mówił, że nikt na niego nie zwrócił uwagi.

I jeszcze proboszcz, że tym razem odpuści, bo rodzina pobożna, ale następnym razem to już policję wezwie i żeby matka lepiej go pilnowała. To się matka przejęła, bo potem ojciec jeszcze parę razy w nocy próbował się wymykać, tak go do tego leżenia krzyżem ciągnęło, i wtedy się zaczęło spanie w przedpokoju i te garnki. A ojciec u proboszcza miał przejebane, musiał się wynieść z pierwszej ławki aż na sam koniec, a Drożdżakowa, co była pierwsza w parafii po proboszczu, na jego widok tak pluła, że mało sztucznych zębów nie pogubiła.

Poprawiło się ojcu dopiero, jak tamtego oddelegowali do jakiejś wiochy pod Krakowem za chlanie i przyszedł nowy. O, ten to ojca docenił, że taki pobożny, że zawsze w kościele, nawet mu klucze dorobił, żeby sobie mógł wejść, kiedy tylko go najdzie ochota. A jak ojciec zaczął zasuwaćwszędzie z krzyżem, to w ogóle odpadł. Zainwestował w lepsze drewno – na parafiizbili mu z niego krzyż jak się patrzy – a na koniec sprowadził telewizję.. Co jak co, ale parcie na szkło to miałten nasz proboszcz. Potem urządzał takie jakby marsze z krzyżami, bo oczywiście babcie wszystkie od ojca to podłapały, pół osiedla z krzyżem łaziło, ale że babcie słabowite były raczej, schorowane, to kombinowały, żeby mieć je jak najlżejsze, takie z listewek czy coś.

Ale na początku nie było tak różowo. Ojciec robił z siebie niezłe pośmiewisko. Matka mówi na przykład: „idź po ziemniaki, Stefan”, a on dalej, krzyż na plecy i leci. Jak wchodził do sklepu, to go stawiał na tym stojaku na rowery. Nieźle, co? W bloku go tachał aż na czwarte piętro i zostawiał na wycieraczce przed drzwiami, ale potem było mu już ciężko i zostawiał na dole w wózkowni, cieć dał mu klucze. Tylko że w kółko ktoś mu ten krzyż dla beki podpierdalał i stary musiał się jeszcze nachodzić, naszukać, a my razem z nim. Potem już proboszcz zaczął organizować jakieś takie obywatelskie straże, żeby nikt tego krzyża, tego już porządnego, solidnego, nie buchnął. A i tak kradli, ksiądz po telewizjach latał i piszczał, że to lewacka prowokacja.

Jak z ojca zrobiła się ważna figura, to nikt się już nie odważył, ale wtedy, na początku, to go palcami wytykali i śmiali mu się prosto w twarz, że czubek i takich jak on to się powinno zamykać z dala od normalnych ludzi. Ojciec sadził im cytatem z Ewangelii i szedł w swoją stronę. Mówił, że to olewa, ale ja aż się gotowałem. Najgorzej miał Jędrek w szkole, codziennie wracał do domu poobijany, bo się w kółko rzucał, żeby dopierdolić gnojom, co się śmiali z ojca. Ale mały był, chuchro takie, to obrywał i mieli z niego jeszcze większą bekę.Matkę non stop wzywali do szkoły, mówiła Jędrkowi: „przez ciebie mnie z pracy wywalą i z czego będziemy żyć”. „Odpuść – mówiła – dzieciaku, niech się śmieją, ten się śmieje, kto się śmieje ostatni”. Ale Jędrek nie odpuszczał. A potem ni z gruszki, ni z pietruszki, ojciec się zrobił sławny i nikt się już nie śmiał.

To było tak: któregoś dnia, rok temu, w wakacje chyba, matka ogląda dziennik, a tam, że rok dwa tysiące dwudziesty to będzie rewolucja w służbie zdrowia i że wreszcie mają plan jak ją uzdrowić. Matka się tylko roześmiała, bo do ortopedy czeka w kolejce już siódmy miesiąc i jakoś tej rewolucji nie widać. Ale gada minister, że trzeba wrócić do chrześcijańskich korzeni, przywrócić krajowi piękną tradycję stygmatyków-cudotwórców, że medycyna niekonwencjonalna, ale nasza, katolicka, a nie żadni szamani i że to będzie drugi filar.

„Każdy – gada – będzie sobie mógł pójść i się uleczyć”. Projektowi przygląda się z zainteresowaniem sam papież, w Rzymie trwają rozmowy i że w ogóle plan nowatorski, pilotażowy, tradycja i nowoczesność w jednym. Matka się za głowę złapała, „słyszałeś, synek, zaścianek, ciemnogród, katotaliban, pośmiewisko chcą z nas zrobić na całą Europę”. I jeszcze: „tylko ojcu ani słowa, wiadomości mu nie pokazywać, bo będzie nieszczęście”. Tak sobie myślę, że ona już wtedy czuła, jak to się wszystko skończy.

Potem przez jakiś czas był spokój, aż trrrrach, któregoś dnia wpada do nas proboszcz, stoi w przedpokoju cały w pąsach, coś tam dłubie z nerwów palcem w boazerii i wreszcie mówi, że przyszło pismo od biskupa, bo plebiscyt. „Na kogo ten plebiscyt”, pyta matka, a on na to, że na stygmatyków-cudotwórców biskup urządza casting, bo coś tam coś tam, prezydent podpisał ustawę, rewolucja w służbie zdrowia, powrót do chrześcijańskich korzeni i że na początek ma być ich po jednym w każdym mieście wojewódzkim, a w kujawsko-pomorskim to w ogóle ma być ich trzech, jeden na Bydgoszcz i dwóch na Toruń. I coś tam jeszcze pitolił, ale my z matką tylko żeśmy po sobie spojrzeli, bo wiedzieliśmy, że już jest po herbacie. Nie będzie żadnego castingu, po tych wszystkich marszach i krzyżach jest tylko jeden murowany kandydat.

Zajebiście, pomyślałem, to dopiero się zacznie jatka, a ja tu na pierścionek uciułałem, w końcu z Alką już chodziliśmy ze trzy lata. Ale matka wzięła to na spokój, zaprosiła proboszcza do dużego pokoju, wstawiła czajnik, herbata, wiadomo, jakieś przeleżałe herbatniki wyciągnęła z szafki i dalej księdza maglować, a z nią nie ma żartów, bo ostra kobita jest. Że jak to niby będzie wyglądało, a co ojciec z tego będzie miał, na jakiej podstawie i takie tam. Zasunęła mu taką gadkę, że aż się cały spocił i mówi, że umowa, że pensja, że wszystko na legalu. Na to matka, że przecież ojciec na rencie jest i co, teraz mu tę rentę odbiorą? A ksiądz na to: „pani Olczakowa, pani się nic nie martwi, biskup już załatwi tak, żeby było dobrze, jak będzie trzeba, to i do ZUS-u samego pójdzie i załatwi”. Na to matka, że papiery to najpierw ona chce zobaczyć, żeby ksiądz zostawił, zanim z mężem porozmawia. I że ona sobie na spokojnie wszyściusieńko przemyśli i szczęść Boże, dobrej nocy księdzu życzymy.

Nie wytrzymałem wtedy i mówię matce: „co ty chcesz, żeby ojciec jeszcze tu uzdrawiał? Mało ci tych krzyży i marszów? Żenić się, mama, chciałem, wiesz sama – mówię – Jędrek życia w szkole nie będzie miał. Pośmiewisko będzie, sąsiedzi co powiedzą, ja pierdolę, a co na to Alka, na takiego teścia”. A matka mi na to, żebym się nie denerwował, że mogą być z tego wcale dobre pieniądze, chociaż raz się ojciec na coś przyda, na wesele się odłoży i to nie byle jakie, może na mieszkanko dla was, Piotruś, dobrze będzie, zobaczysz. I jak postanowiła, tak zrobiła oczywiście. Zajebiście, nie? Dwa dni później ojciec z matką szli do biskupa podpisywać umowę, a zdjęcia ojca były we wszystkich telewizjach i gazetach.

Największa jazda zaczęła się na jesieni, jak ojciec dostał tych stygmatów. Matka wchodzi do kuchni rano i w krzyk, bo tam, kurwa, jak w rzeźni, stół cały pokapany, krew cieknie po szafkach, normalnie jak w horrorze. A ojciec se siedzi, leje mu się z rąk i próbuje się napić kawy, tylko mu się kubek wyślizguje i jak mu nie pierdolnie! Musiałem to potem zmywać – myślałem, że się zrzygam normalnie, chyba z pół godziny szorowałem, ja pierdolę, ze trzy miski wody mi poszło. Matka w łazience ojcu leje na te stygmaty wodę utlenioną, masakra, a on nawet nie jęknie, chociaż musiało go szczypać, że chuj i tylko słyszę, jak coś tam mruczy. Że Mirka, daj spokój, to już tak będzie, szkoda tej wody tylko. „Ale bandaże ci jakieś chociaż założę – ona na to – bo mi wszystko tą krwią upaprzesz, ty wiesz, jak się trudno krew spiera”. Obwiązała mu to jakoś tymi bandażami, ręce i stopy mu się zrobiły grube jak balerony, tyle mu tego napakowała.

Ojciec na te bandaże jakoś założył sandały. Jędrek mu pomógł i poleciał do księdza po wskazówki, a my we trójkę usiedliśmy do Wikipedii poczytać o tych stygmatach. „I tak mamy fart – mówi matka – bo mogło mu jeszcze bok przeorać, to by dopiero sikało, w kółko byśmy ściany malowali”. Na to ja: „dobra, mamuś, tylko czy on nam się nie wykrwawi od tego wszystkiego, bo jak tam mu będzie cieknąć, to odpadnie staruszek po dwóch dniach”. Ale Jędrek jeszcze się przeklikał przez tych stygmatyków i że nie, że oni sobie normalnie żyli, chodzili, kurki karmili, tu kogoś uzdrowili, tam na kościółek uzbierali i tak przez całe lata. No to trochę mi ulżyło, nie powiem, bo ojciec jaki był, taki był, ale zawsze ojciec.

Na początku to w ogóle było nieźle posrane, bo mieli tym stygmatykom-cudotwórcom pozakładać jakieś gabinety, że to niby jak lekarze czy coś, w przychodniach chyba, ale im się wszystko popieprzyło i nie zdążyli. I biskup dzwoni do proboszcza, a proboszcz do ojca, że jak pierwsi chrześcijanie msze odprawiali święte w katakumbach, tak on musi przetrwać te pierwsze tygodnie i przyjmować wiernych u siebie w domu. Matka najpierw się wkurwiła, bo co to ma być, czemu ksiądz nie może salki parafialnej udostępnić dla jedynego stygmatyka-cudotwórcy w całym mieście, ale w końcu odpuściła, a potem się okazało, że proboszcz podnajął salkę krisznowcom na te ich medytacje, bo dawali dobry hajs i salki nie ma.

Ale potem sobie wszystko poukładała, jak to matka, przychodzi do mnie wieczorem i się pyta: „a ty co myślisz, Piotrek?”. Na to ja, że nie wiem, jak się pomieścimy, bo dwa pokoje, kuchnia, łazienka i kibel, to trochę miejsca nie ma na to uzdrawianie. Ale ona, że to nawet lepiej, bo tak, to by się jeszcze proboszcz przyssał to tych pieniędzy. Na tych parę dni albo tygodni to się łóżka wyniesie do piwnicy, ja i tak ciągle jestem u Alki, to mogę u niej nocować, tylko żebym się dziewczynie oświadczył, bo jak nie, to ona już mi da. Jędrek się przekima na polówce w dużym pokoju razem z nimi, jakoś to będzie. A ludzie poczekają sobie na klatce, czwarte piętro, schodów na pewno starczy.

Przez pierwsze trzy dni nic się specjalnie nie działo. Ojciec przesiedział dziesięć godzin ciurkiem w kuchni, trochę Pisma Świętego poczytał, ale chyba już i to go znudziło i zaczął coś tam smędzić, że do sklepu by poszedł, ludzi ponawracał na drogę prawdy i że krzyż się tylko kurzy.

Ale Jędrek, bo go matka w domu zostawiła, żeby ojca pilnował, wpakował go do łazienki, drzwi zamknął na klucz i kazał siedzieć. I po trzech dniach drgnęło. Pierwsza kobita zastukała do drzwi o siódmej rano, wiem, bo wpadłem po czyste gacie. Matka się miota w łazience, Jędrek jeszcze śpi, ojciec wpierdala buraki, bo matka od tych stygmatów pakowała w niego na przemian buraki, tatara i surowe jajka, obrzydlistwo, czerwone wino odpuściła mu po tygodniu, bo jak się najebał, to ciągle śpiewał psalmy, a tu nagle do drzwi dzwonek. Lecę otworzyć, szlafrok, laczki, bo się przy okazji wykąpałem, a tu jakaś babina, że podobno stygmatyk-cudotwórca przyjmuje i że ona właśnie w tej sprawie.

„Tatuuuuuś – krzyknąłem na całe mieszkanie – pani do ciebie chyba!”. To ojciec przyczłapał, gębę miał całą brudną od buraków, ale spoko, zapraszamy panią, pani chyba do mnie i dalej otwierać drzwi od mojego i Jędrka pokoju. A babcia dawaj, że ma w wózeczku wszystkie kwity, historie choroby, wypisy ze szpitali, recepty zbiera, wszystko, wszyściuteńko i nikt jej już nie może pomóc, sam chyba tylko Pan Bóg, albo stygmatyk-cudotwórca, a jak i to nie, to… Ojciec jej przerwał i mówi, że się najpierw trzeba wspólnie pomodlić, to wyszedłem z pokoju, bo mi się głupio zrobiło jakoś, ale za to na moje miejsce wpadła matka z pytaniem, czy ojciec kwity wypełnił. To się na nią spojrzeli, że jakie kwity. A matka, że takie, co to NFZ przysłał, bo to przecież panią trzeba zarejestrować, kartę uzdrawiania założyć, nie ma to tamto, z wizyty spisać protokół, bo inaczej to państwo za pacjenta nie zapłaci.

Ale ojciec tak jakoś tylko cicho poprosił: „daj spokój, Mirka”, że matka zmiękła, machnęła ręką, że się najwyżej do szkoły trochę spóźni i powiedziała, żeby już ojciec uzdrawiał, a ona te papiery mu wypełni i żeby się nie martwił. Wtedy ojciec usiadł, zamknął tylko oczy, odwinął sobie z rąk bandaże i ja pierdolę, żeby to nie był mój stary, to bym nie uwierzył. Potrzymał te ręce na kobicie, całe ubranie jej pokrwawił, ale za to jak się zerwała z tapczanu, to jakby jej ze sto lat ubyło.

Następnego dnia kolejka sięgała do półpiętra, potem do trzeciego, drugiego, a po miesiącu już w ogóle wychodziła poza klatkę schodową. Matka zerwała się ze szkoły na L4, korzonki, te sprawy. Dyrektorka coś tam się ciskała, że Olczak niby stygmatyk-cudotwórca, a żony jakoś nie może uzdrowić. Ale szybko przestała, bo katecheta z polonistką wypisywali na nią w kiblu, że jest pomiot szatana i pospuszczali jej powietrze z opon. Ale matka dobrze zrobiła, bo ojciec nie miał głowy i serca do kwitów wszystkich, od razu by uzdrawiał.

Najchętniej by w ogóle pieniędzy za to nie brał i sobie uzdrawiał dla przyjemności, niezłe hobby, ale matka i papiery dla NFZ-u wypełniała, i te świstki, co ludzie wciskali jej w ręce – niedużo, po dwie, trzy dychy, bo to głównie emeryci, wiadomo, nie przy kasie – brała. „Biorę – mówiła – na polędwicę i buraki”, bo ojciec to już wtedy dochodził do pięciu kilo buraków dziennie, tak w nich zasmakował. Ale widziałem, że tam odkłada, że ciuła. Alka wpadła raz zobaczyć, jak ojciec uzdrawia, bo wszyscy o tym gadali, ale bardziej niż cuda interesowały ją te banknoty i kopertki. Jak wychodziliśmy, to cała była ucieszona, że jak tak dalej pójdzie, to szybko, szybciutko będzie można robić wesele.

Jaja były z tym ojca uzdrawianiem, bo ci, co się nabijali z nas na początku, że ciemnogród i katotaliban, nagle się pchali drzwiami i oknami. Mój szef, co się chichrał ze stygmatyków-cudotwórców, że zabobon, przychodzi raz i bąka, że żona ma lumbago i czy by ojciec, no wiesz, nie mógł tak jakoś poza kolejką. Ja się tylko popatrzyłem i mówię, że dobra, spoko, powiem tacie, niech pan przyjdzie o dwudziestej, to pana cichaczem wpuszczę. A jak ojciec szefowej lumbago wyleczył, to już poszło, miałem jak pączek w maśle. Awans dostałem na menadżera, zacząłem nawet na mieszkanie odkładać, żeby nie mieszkać z teściami do usranej śmierci.

Jędrek z matką też robili biznesy, bo jak ojciec spał, to zbierali mu krew do słoiczków po przecierze pomidorowym, tych małych takich, i sprzedawali na allegro tę krew i kawałki starych bandaży, bo wypróbowali, że leczyły z przeziębień i grypy. Coś tam się proboszcz ciskał, że nie wypada, ale wiadomo było, że chodziło mu o udział w zyskach. Ale raz, że ojciec obiecał całą plebanię za darmola leczyć, a dwa, że co tydzień uzdrawiał w kościele przez pół godziny w niedzielę po sumie i se wtedy proboszcz odbijał na tacy, bo ludzie mu sypali pieniądz jak złoto.

Kurwa, taki był wtedy zadowolony, tak się dobrze trzymał. Jeszcze na nasze wesele, w samiutkie Święta, przyszedł. Pod kościołem krzyż postawił, elegancko, ubrał się ładnie. Matka mu ręce obwiązała na fest, żeby sobie niczego nie pokapał. Trochę też staruszek popił i jak to zwykle wyjechał z psalmami, ale po cichu, w kąciku, kulturka. Trochę też pozaczepiał jakieś ciotki spod Grójca i tu już się zrobił większy kwas, bo jedna była niewierząca, ale jak jej wyjechał z gadką o Jezusie, chodzeniu po wodzie, a na koniec ją uleczył z reumatyzmu, to najpierw padła na kolana, a potem chciała lecieć do kościoła. Ojciec Alki z jej braciakiem jakoś wyciągnęli ciotkę z sali, bo to było tuż przed oczepinami, a Alka poszła z kamerzystą zagadać, żeby tego kawałka nie wrzucał do filmu z wesela.

Tyle że po Świętach ojciec zaczął coraz bardziej słabnąć. Taki się robił nieobecny, ospały. Jak przychodziliśmy w niedzielę z Alką na obiad, to nie bardzo miał siłę z nami gadać, polegiwał tylko na wersalce. Odpuścił sobie najpierw jedną mszę, tę o osiemnastej trzydzieści, po tygodniu mszę dla dzieci. W lutym chodził do kościoła już tylko raz w tygodniu, na sumę. Matka się przeraziła, nie powiem, ładowała w niego buraki, aż w końcu zaciągnęła go do szpitala, a tam ordynator za głowę się złapał, nawet sobie darował żarty o stygmatykach-cudotwórcach i dalej, że trzeba przetoczyć krew, bo umrze.

Tylko, kurwa, co mu tej krwi przetoczyli, to mu ze stygmatów jeszcze bardziej tryskała i całe transfuzje można było o kant dupy potłuc. Starczały, bo ja wiem, na dwa dni. A ojciec co się tylko lepiej poczuł, to od razu krzyża szukał i dawaj uzdrawiać, ledwo łaził, szurał kapciami, ale nie, on ma misję od samego Boga. Lekarze też się wkurwiali, bo nie dość, że ojciec wyglądał jak sama śmierć i nie powinien nawet o krok się oddalać od łóżka, to jeszcze się im wpieprzał w robotę.

W dodatku pompę wokół ojca wszyscy robili, ja nie mogę, proboszcz był prawie codziennie z pytaniem, kiedy ojciec wreszcie wyzdrowieje i poniesie w świat zbożne dzieło. Ale wiadomo, że chodziło mu o te uzdrawiania na sumie, bo bez tego ludzie już nie chcieli rzucać kasy na tacę. Raz przyszedł sam biskup, coś tam powzdychał, poklepał ojca po ramieniu, przeżegnał się i poszedł.

A i matka chodziła jak trup, bo się od rana do nocy dobijali do drzwi, że gdzie jest do kurwy nędzy stygmatyk-cudotwórca. Matka, że w szpitalu, „ale jak to – oni na to – w szpitalu, jak to idzie z naszych podatków?”. I krzyczeli, awanturowali się, ministerstwem grozili i sądami. A ojciec tam zdychał jeszcze przez dobry miesiąc, wykrwawiał się na amen i tylko jęczał, że tyle chorób, tyle nieszczęścia, Boże mój, Boże. I tracił swoją moc i wiarę.

Aż wreszcie umarł, jakoś niedługo przed Wielkanocą, pochowaliśmy go ze trzy dni później, wszyscy się bali, że zacznie śmierdzieć, ale trzeba było wystawić ciało, bo ludzie pchali się jak głupi, że może po śmierci jego dotyk też będzie uzdrawiał. Przetoczyli się przez nasz duży pokój jak pochód pierwszomajowy. A my siedzimy na czarno jak te kruki i tylko patrzymy. Chciałem już iść, no co tak będę siedział, życia mu nie wrócę, ale matka: „siedź, pilnować go trzeba”.

I faktycznie, chwilę potem się pochyla nad trumną jakiś taki grubasek, sapie, wzdycha, myślę sobie, że się może wzruszył, chłopina, czy coś, ale mi tak nie pasowało, podchodzę, a gość próbuje scyzorykiem ujebać mojemu staremu palec. Ja pierdolę, Jędrek poleciał się zrzygać, Alka zwisła z krzesła, matka się rzuciła ją cucić. A ja do gościa, że co on odpierdala – wyrzuciłem go ze schodów na zbity pysk. Na szczęście ojcu ten palec tylko lekko porysował, kości nie przeciął i palec się trzymał.

Po tej akcji próbowaliśmy nawet się pozamykać i nie wpuszczać nikogo więcej, ale zaraz przybiegł proboszcz, macha nam przed oczami jakimś kwitem i mówi, że w umowie jest klauzula na wypadek śmierci stygmatyka-cudotwórcy i jego ciało ma być wystawione na widok publiczny, żeby każdy mógł podejść, zobaczyć i dotknąć. Aż mnie, kurwa, krew zalała, bo co to ma być, ale matka mnie głaszcze po ramieniu: „spokojnie, przecież pojutrze pogrzeb”.

Na ten pogrzeb przyszło chyba z pół miasta, przemawiał prezydent, przemawiał biskup, wojewoda, wysłali nawet delegację z Torunia, chociaż na bank aż zacierali ręce, skurwysyny. I pochowali mi ojca, zasypali ziemią, przydusili kwiatami, zapalili znicze.

Ale to nie był koniec. Baliśmy się wszyscy, że przyjdą nocą, grób splądrują, rozkopią w drobny mak. To zrobiliśmy dyżury: ja, Jędrek, matka, brat ojca, nawet dziadek staruszeczek się zaofiarował. I tak siedzieliśmy, dzień i noc, na przemian od dwóch tygodni, deszcz, nie deszcz, bo tylko czyhali. Ale dzisiaj miałem iść zmienić Jędrka o osiemnastej, tylko mnie w robocie przetrzymali, chociaż specjalnie chciałem się wcześniej zerwać. Ale myślę sobie: „spoko, deszcz zacina, taki ze śniegiem, komu by się chciało kopać”.

Przychodzę na cmentarz i co? Tam, gdzie był ojca grób, straszy tylko pusta dziura w ziemi, obok wybebeszona trumna.

A po ojcu, po moim pojebanym ojcu, stygmatyku-cudotwórcy, nie została mi nawet kosteczka.



Aleksandra Borowiec (ur. 1988) – debiutantka. Na swoim koncie ma parę wierszy, nieco więcej opowiadań. Jej opowiadanie El presidente zostało nominowane do nagrody głównej w konkursie na najlepsze opowiadanie 2018 r., organizowanym w ramach Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania. Zdążyła napisać już debiutancką powieść i teraz z zapartym tchem czeka, by świat poznał się na jej talencie.