Pomiarkuj se, zajechał kolo pod mój blok. No to wsiadam, a to taki naprawdę niemały bzik, zobacz se w Międzysieci, Konwojent Trytytka. I syćka cacy–cool, on mi mówi, że jedzie po sznaps. Na stację. No to ja ­– długo nie miarkując – gadam: bladź, srom, jedziemy. Tylko ja nie chciałem, żeby on, znasz… aplikował. I ten. Gada mi tak w automobilku – no to jedziemy, Amper, ty wej jesteś lujnt pendolino, zabaciarzymy, bujniemy się, co, Alzheimer? Zahaczymy o ciebie, zgrasz se nutkę, zgarniesz nasłuchy, posłuchasz muzyczkie, nasłuchasz się. No to ja mu mówię: dobra, psi zwis, zahaczymy o mnie, nasłucham się, wziąłem. No i stoimy tam na moim bloko, na podjeździe, badam panoramę, czy syćka się zgadza, znasz, lubię mieć sytuację pod-kon–tro–lą, blok na bloku, zryte tetris, nakładam nasłuchy, nie słyszę go, chore dźwięki gną blachę, beat ryje banię. Nasłuchy na uszach, skunks.flac słucham, a on bzik otwiera flachę, pije koksiarz, znasz ­– ćwiartka, sznaps, ćmaga, siwucha, dragi starej generacji, totalny oldschool, uczeń starej szkoły. On taki duży chłop, koks jak bladź, nie słucha nutek szmula, nie otwiera się, jeszcze do niego nie dotarli, mówi: a bo to nigdy nie wiadomo, Amper, teraz syćka cacy-glanc, zero afektów ubocznych, wszyscy tacy zmodernizowani, zdrowi, kontent, a słyszał przeca artykuł, jak jednemu młodemu blachy powyginało od muzyczkie, teraz elegancja, pompa, bania, a nie znasz afektów długotrwałego odsłuchiwania, znać nie możesz, za krótko ścierwo na rynku, nie znasz, co w tym siedzi do końca, jaki czort, ja tam pozwolę sobie pozostać uprzedzony wobec modern muzyczkie – mówi – nieufny, ja ze starej gwardii, rakiji wierny, gładź po staremu kładę. I ten, pije, ja mu mówię: ty jesteś francowaty bogdan, Trytytka, bo tak normalnie z nim gadałem, a „bogdan” to takie solenne wyzwisko było jak na tamten czas. Tak że ja mu mówię, ty jesteś francowaty, tak mu gadam, spozieram w jego, własnym nie wierzę. Że jak to tak krucy, że nie pij że, nie mogłem na to ziorać, w jednej chwili nie wytrzymałem, ściągłem nasłuchy, wyrzuciło cię na orbiton?! – mu gadam. On, że nie – luz luz ja zawsze jestem skon–cen–tro–wa–ny.

Alkus sakramencki, bladź, i ten, no, francy, w pewnym momencie ja mu już gadam, że dobra, bo już tak tyle nutki zostało, zdusiłem, i mówię mu: dobra Trytytka, no to, psi zwis, ja odbijam, a on w tym samym czasie zaczął mi wrum, wrum, jechać przez moje osiedle ze sto na godzinę! Pomiarkuj sobie, pomiarkujcie, jaka to była prędkość, jak masz tę uliczkę od mojego bloku, jak się wyjeżdża, to on tam SETĘ arbajt, przeleciał, to znasz, kielo jechał? Ja to normalnie se śpekuluję: ty pieronie, wypadek będzie z lujem jakiś. I pomiarkuj se, że w pewnym momencie on ćwok kajsik tam pojechał, i znasz, bladź, ja mu mówię, że dość, fajrant, kwita, że ja już nie mogę, ja znikam, że tak nie można, dalej beze mnie. Ale nie mogłem zniknąć, bo on do mnie tak: nie możesz mnie teraz zostawić, jak ja teraz będę sam siedział i pił? Nie możesz mnie zostawić, nie zostawiaj mnie, i tak do mnie gada, nie?

Nastukany! Ja mu mówię: dobra, zły srom, Trytytka, tylko żebyś nas nie zabił, mu mówię, bo jechał tak, mówię wam, że ja kapeć, fatafrancamorgana, nigdy tak z nikim. Prawie do rowu z bladźcem wpadłem, bo tak jechał lujnt pendolino bards, z taką brawurą, taki był do przodu, bards. Ja mu mówię: krucy, zwolnij, zwyrolu, mu gadam. I pomiarkujcie sobie, że mówię mu: zawracaj arbajt! Że nazad. I w pewnym momencie, jak on jechał tak lujnt pendolino, zaciągnął ręczny i tak naryktował, że znasz, na łapie niby, i jak jechaliśmy tak bokiem, prawie żeśmy do rowu wpadli, trepie, życie mi przeleciało. Że BRYNDZA mu mówię! Zabijesz nas, ty jesteś duży bogdan! Chłopie, cofnął, stoi na środku ulicy, auta za nami, a on zaciąga–flachę i jedzie, odkręca–flachę–aplikuje, chłopie, –zapija, dopiero –jedzie, jesteśmy przed światłami w Gorzkiej Porębie – tak samo, stoi na światłach, –pije na światłach, czekając aż się zmieni na zielone, i dopiero jak tak się już w bladź zalał, że tak naprawdę był już pijany alkus, to zjechał tam na jakąś wsię. Ja nawet nie wiem gdzie, trepie.

I w pewnym momencie – pomiarkuj sobie – siedzimy tak. I w pewnej życiochwili zatrzymał się i mi gada: Amper, ja cię zaciukam. Ja tak: słucham? Mówię mu, że co? A on taki paskudnie nastukany z tym flakonem w srom, sam wychylił, znasz, bo ja z nim ani trochę, ja tylko muzyczkie kosztowałem, a on… jeszcze ćpnięty inniejszym, bziku. To jest szczoch, który wstaje i testosteron w zadek wbija, to z takim nie ma żartów. Bo on w całym tygodniu musi wbić w siebie testo cztery razy, to pomiarkuj sobie, jeszcze ze sznapsem, z furaniem, takim, że fast–forward (ff), to bziku znasz jaka agresja? Taki człowiek ma taką agresję, że chłopie, by cię rozpruł jakby. No i pomiarkuj sobie, ja mu mówię że co, Trytyt? Co ty do mnie stosujesz? Bo ja go znam od szczyla w sumie, znasz, a tak mi mówi: Arnold, dopompuję cię, obrócę cię w drobny mak, nie wiem, jak ci to wytłumaczyć… i tak do mnie. Ja mu mówię, że idźże się lecz, obladziałeś? Tak mu gadam, znasz, jak do swojego. No ale w pewnym momencie normalnie wyciągnął młotek wej, MŁOTEK, chłopie, totalny oldschool, otworzył swe drzwi, wysiadł z automobila i chłopie, i tak, że ja se siedzę, a on z tym młotkiem, tak do mnie mówi: wysiadaj. Że zmiotę cię, patrz, jak Cię niszczę. I trepie, ja mu mówię: co ty Trytyt, szprychy ci się wygięły, chory jesteś? Że uspokój się, a on że WYSIADAJ.  I chłopie znasz, i już, bladź, srom, szedł w moją stronę, znasz, a to taki człowiek, że z takim człowiekiem nie ma że ­– nie wiem jak ci to powiedzieć – że taki człowiek lujnt pendolino działa, znasz, to se już zacząłem kminić, że muszę coś zadziałać, że to na serio jest, i pruł tak w moją stronę, i se tak śpekuluję, co tu robić, co tu robić, trepie, i jak szedł, to ja otworzyłem–tylko–tak–drzwi–lujnt-pendolino–tak–chamsko, wyskoczyłem z automobilu i zacząłem biec, znasz, bo już nie ma żartów:

BAKU-BZIK-LUJ-Z-MŁOTKIEM-NAPRUTY-KOKSIARZ-DUŻY-CHŁOP,

znasz. Naciera, patrzę, bards przemocowo. No i, sakra–balet, biegnę, znasz, były takie tam muldy i bale, bladź, srom, na tej wsi. I ja tak wszedłem za te bale, se śpekuluję i tak tylko spozieram po klepisku, czy coś znajdę, znasz arbajt, na wiksie takiej przez chwilę, a nutka dobrze rozgościła się już między moimi płatami, i spozieram ­– jest kamień, i śpekuluję – kozak. Wzionek i tylko tak pod tymi balami, tak, no gadam wam, i tylko trzymam ten kamień tak i tak go tulę jak jakieś maleństwo, bo nie chciałem się wychylać, bo znasz, wolałem se go już z zaskoczenia jakoś naryktować w razie W, jak, bladź, już tak się zachował, to już i tak wojnę zaczął, tak czy nie, to już tam bladź. I ten, i on tam chodził, tam gdzie ja uciekłem, i chodził koło tych bal i tak: Aaaarnold, Alzheimeer, gdzie jesteeeeeeś?, znaaajdę cię, szmul–ciul, gdzie jesteś, Afganistan, jesteśmy kolegami, przeca nic ci nie zrobię, kocham cię, hehe, coś tam. I het nie odzywałem się, znasz, siedziałem cicho, śpekuluję: chrzanić. Że nie ma luja, nie idę, przed chwilą z młotkiem, teraz kolegami, nie ma bata, i tak był tak naszprycowan, że nawet se nie wizualizowałem jechać znów z nim tym automobilkiem.

Przeczekałem, odjechał, trepie, i, trepie, patrz, tej skały nie zostawiłem, zimno jak bladź, a ja idę ze skałą w łapie, bryndza, bo se śpekuluję, znasz, no jak mam teraz sprzęt zostawić, jak on, bladź, na mnie jedzie, a znasz, też nie chciałem się z nim grzać, bo jakbym go tam dobił wtedy i, francyś, wracałbym do domu to – bo nie pojechałbym z nim w końcu, tak? – wracałbym do domu, to on by mi nie odpuścił, znasz, że chuć, bladź, jeździłby za mną, ja bym szedł ulicą, a on by, bladź, jeszcze autosem we mnie wjeżdżał.

No i trzecia w nocy, stoję, bziku, chłopie, pomiarkujcie, zadzwoniłem do sioster o trzeciej w nocy, mówię jej: Gaja, słuchaj, mam mały zajzajer, musisz powiedzieć Andrzejowi, znasz, swojemu mężykowi, żeby podjechał po mnie pod Chwiejny Ząb. Ona, że co się dzieje, co się dzieje? Ja jej mówię: nic, kurza bladź, nie dzieje, podjedź tam, mówię, zaraz tam będę, znajdziesz mnie. Że tam ma być Andrzej, czekać na mnie i tyle. I że pada mi telefonia, rozłączam się. Ona tak: co ty do mnie gadasz, w nocy jest, żartujesz sobie? Ja jej mówię: nie żartuję, szmul-ciul. Że nie bój się nic, niech przyjedzie. I się rozłączyłem, i padła mi telefonia. Zero kontaktu z nikim, na jakiejś wsi arbajt.

I jeszcze rozkmińcie se jaka wiksa, ja poryty baku–bzik w tym stresie, w tym wszystkim, w nerwach, znasz, na czujce w ogóle, że zaraz on może wyjść i nazad trzeba grandę będzie jakąś robić. To rozkmińcie se, że zamiast pójść w stronę Chwiejnego Zębu ja za tą wsią poszedłem w stronę Bystrego Nowotworu. I, bziku, szedłem, szedłem, bryndza, szedłem, zimno jak ciul arbajt wtedy było, kurniawa, i idę, spozieram, jestem, franca, pod Termy Bystry Nowotwór, spozieram, pod tym budynkiem i dopiero skojarzyłem fakty, że ale wiksa, że znasz, że ja źle, krucy, het poszedłem, chłop czeka na mnie w Chwiejnym Zębie, a ja źle poszedłem arbajt, w drugą stronę. No i nic, bladź, już się tak załamałem, se śpekuluję: ale zwis, już taki doimentnie domierzwiony, gadam wam, już sam do siebie gadam: ALE ZWIS, znasz, i naprawdę, takie nerwy miałem, że sam do siebie – FRANCYŚ! – tak się darłem, znasz, jak zobaczyłem te Termy spienione, no bladź–srom, zimno mi jeszcze jak jasny gwint, jak nigdy dotąd, zmiarkujcie se, cały czas szedłem z tą skałą w rękach, zimno jak ciemna bladź, jedna ręka w kieszeni, drugą trzymam tę skałę i idę z nią cały czas, jak z tarczą, tacham, jeszcze taka chamska. Nawet nie chciałem już nowej, bo ta była taka konkretna. Jakbym mu tą wygrzmocił, nie byłoby szans.

I ten, pomiarkuj se, franca, stoję gdzieś tam i ani zadzwonić, ani nic, jeszcze jak szedłem tymi wsiami to pukałem ludziom po oknach, mówię wam, bo bułę to ja w ogóle miałem, znasz, dudki jakieś tam przy sobie miałem, i, bryndza, normalnie, znasz, trzecia w nocy, spozieram, kajsik w oddali pali się, pali, a ja naprawdę miałem baku–bzik sytuację, znasz, podchodzę tam pod to okno, normalnie, taki zdesperowany, i pukam, dzwonię po domofonie, żeby dał mi ktoś przekręcić chociaż na taksomobil, ja bym se taksaczem przeca wrócił, miałem kabzę, nie miałem telefonii, znasz. Nikt nie odbiera, idę dalej, pukam, nikt, chłopie, świeci się, ale nikt, trepie, idę, dalej pukam, i obudziłem jakiegoś chłopa, bo widziałem go w oknie. Dlatego pukłem. I tak zaczął ziorać, znasz, tak zdziczał, i se w głowie już pomiarkowałem: ciul tam, nie pukam, bo jeszcze on wypadnie i będę się musiał z nim grzać, że mu pukam.

To już ciul, poszedłem het gdzieś tam i z Nowotworów wróciłem się pod te chałupy, żeby znaleźć jakąś ludność, ale na tej wsi zero ludności, psy do mnie szczekają, psy, franca, puszczone biegną w moją stronę, non stop orient, cały czas musiałem udawać, że kamień biorę, żeby uciekały, gadzi chlor, już taki byłem doimentnie domierzwiony, luju, tą sytuacją całą, i już poszedłem tam, wyszedłem, chłopie, poszedłem pod te Termy Nowotworów i arbajt się zastanawiam, krucy, jak tu ten. Bo ja byłem koło tego budynku, nie? I se tak śpekuluję: jak tu wyjść teraz na główną? W ogóle, znasz, spozieram, jest jakiś zaułek, idę tą główną ulicą i, chłopku, zacier, totalny ból, jeszcze szlug mam brak, stoję na tym przystanku, jadą automobile, znasz, normalnie, machałem tam, żeby ktoś się zatrzymał, ale coś ty, za ciula, se śpekuluję: chromolić, muszę to inaczej załatwić, wyjąłem stówkę, znasz, i jak jakieś auto jechało, to już stówką machałem normalnie, tak, znasz, żeby się zatrzymali, ale ciula, co ty, padaka, spozieram, jedzie jeden, drugi, trzeci, czwarty, ja macham tą stówką, tak, chłopie, machałem specjalnie hajsem, bo oni świecili po mnie jeszcze niektórzy, długie zapalali, to se myślałem, że ciul, no ktoś się zatrzyma dla mnie i mnie odwiezie do domku, coś ty, arbajt trepie, no i zeźliłem się doimentnie i śpekuluję: wałek, cap tam. Że idę z buta, że nie ma szans, a znasz, jak było wtedy zimno, jak ciemno, bo to takie początki tej zimy były, że strach, tak było zimno, jeszcze, franca, ja tak, chłopie, byłem ubrany w ciul słabo, stary, no bo, znasz, wyszedłem se tak lekko, nawet nie wiedziałem, że będę z automobila wyłaził. I ciulu, idę, idę, bryndza, i stanąłem na tym jeszcze jednym przystanku i nazad macham, ciula, nic, doszedłem do następnego, a później już nie było chodnika i se śpekuluję, no bryndza, będę szedł tą ulicą, jeszcze ktoś mnie potrąci i tak się skończy ta cała historia skrony jakiegoś kmiota. Potem już tak dokładnie też wszystkiego nie pamiętam, od tego stresu, od zimna, już taki zeschizowany, pamiętam, że bards długo szedłem i już, trepie, doszedłem kajsik tam, kajsik, chłopie, pod Ukręt, nie wiem, gdzie to już było, bo już taki zły byłem, chłopie, ani telefonii se włączyć, ani nic.

Zatrzymała się jakaś babeczka. Machałem stówką! I się zatrzymała. Naprawdę, cały czas tą stówką, to jak jechało każde autko, to machałem, żeby tylko mnie ten. I zatrzymała się jakaś laska, wiezie mnie i co to – się pyta – kolego się stało. Bo ja arbajt idę ze skałą w ręku, znasz. Bo ja z nią szedłem cały czas w razie W, bo nie wiedziałem, czy on się na mnie czai, nie czai. Nie wiem, ale znasz, już tak miałem, tak byłem bojowo nastawiony, że nie mogłem zostawić swojego miecza. I, bryndza, no już doszedłem z tym, znacie, z tą skałą het tam, że się locha mnie pyta: po co ci ta skała? No bo, baku–picz, tak wsiadłem, bo już tak się cieszyłem, że się zatrzymała, że nie puściłem, po prostu byłem taki arbajt, cepie, słuchaj, jak się ta babka zatrzymałam, to dla mnie to było jakby milion pieniędzy mi ktoś dał, giczały to mnie już tak bolały radykalnie, zimno było tak niemiłosiernie doskwierające. Stary. Katar mi, bryndza, już, zbóju, ten. Zimno jak gnat, mówię. Że babeczka się zatrzymała i ja już z tego wszystkiego, z tego ogłupienia, taki byłem już ogłupiały tą całą sytuacją, i wsiadłem tak, nie myśląc nawet, i dopiero tak popatrzyłem, jak wsiadłem, a ta loszka tak do mnie: kolego, po co ci ta skała? Ja tak spozieram, o bryndza, przepraszam, wziąłem, wyrzuciłem, znasz, zamknąłem drzwi. Wie pani co, miałem strasznie niemiłą sytuację. Ona do mnie mówi, że jaką? Ja jej mówię, że aaa, jakiś cymbał próbował mnie chyba wywieźć, tak jej powiedziałem. Że chyba wywieźć. A ona tak na mnie popatrzyła i mi mówi, że ja to bym dzwoniła na ciulowozy. Ja jej mówię: wie pani co, ja nie z takich, a ona mi mówi: no, no, nie z takich, wiesz co, też miałam kiedyś taką sytuację, z takim chłopem z Okopanego, no, Przyra się nazywa, ja jej mówię: no znam, a ona do mnie gada: no, taki był cwany, a jak żeśmy tam z chłopakami, że z ciulogłowymi, wjechali, tak mnie przepraszał, żebyk ściągnęła donos, i tak gada. Ja jej gadam: widzi pani, a ja z takich nie jestem, ja nie pójdę. I odwoziła mnie, odwoziła, odwoziła, mówię jej: ma pani tę stówkę, bo wsiadłem to od razu jej powiedziałem, że ja nie fcym za darmo, że ja płacę. Ona mi mówi, że nie, że nie, ja jej mówię: ciul tam, panienko, jej mówię, że dzisiaj to już mi i tak ta stówka psi zwis, niech ma pani, i jej dałem normalnie, bo jeszcze ona, ćwieku, pomiarkuj se, że mi gada, że ona kajsik jedzie, że kawałek może mnie podwieźć. Ja jej mówię: niech pani nie żartuje, ma pani tutaj stówę, niech mnie tylko pani podwiezie na Kościółkową i tyle. Dziękuję pani. Znasz. Ale w porządku jakaś babeczka. Zawiozła. Daj spokój, no za stówkę? A, francyś, już chłopie, trepie, jakbym, chłopie, już… ale się cieszę, że mnie zawiozła w sumie.

Bo, bladź, trepie, taki już byłem doimentnie domierzwiony, przychodzę do domu, pomiarkujcie, mamka, tatek pospinani. Bo tak żałuję w sumie, że zadzwoniłem do sioster, ale już w sumie nie miałem do kogo, a ona się wydygała, bo ona wie, że mam szalone życie troszkę, i znasz, od razu im zadzwoniła, znasz, bo ona do mnie płakała – tak mi jej szkoda było, capie – przylazła w chałupę, beczała: ja się tak bałam, co ty mi naryktowałeś?! – tak mi gada, ja jej mówię, że nie miałem do kogo, znasz, a ona mi mówi: sory, znasz, musiałam. Powiedzieć tatku. Miałam dzwonić już na ciulowozy. I tako mi rzecze. O chłopie. Ojciec się mnie pyta, co się stało. Ja się do niego brechtam, że znasz… powiedziałem mu normalnie, że szczoch chciał mnie wywieźć w sumie, tata tak na mnie patrzy: nic ci się nie stało? Mówię mu: nie. Idę spać. Bo chłopie, jak ległem się do leżyska, to trepie!, pod kordełką to się czułem, stary, nie wiem, jak Charlie w fabryce czekolady. Naprawdę. Bryndza. Ale się cieszyłem, że jestem już w domu. Nigdy się tak nie cieszyłem jak wtedy, człeku. No nigdy. No. Jeden zero dla niego.

I teraz patrzcie, jaki kadr miałem jeszcze, bo to nie koniec przygody. Pomiarkujcie se, że on w tym samym czasie opisywał mnie na Mordoknidze. Normalnie publicznie. Znacie. Że Afront, zaciukam cię. Coś tam. Pisał normalnie na Mordoknidze, znasz. Publicznie, że Ty nawet mogłeś to przeczytać. Że ty rozpruty Arabie, znasz. Ja napisałem tam mu od razu że luz, luz, spotkamy się i tylko minkę uśmiechniętą, znasz, taką z oczkiem, znasz, puszczonym mu wysłałem, i że ciesz się, że pod te bale nie podszedłeś, bo byśmy teraz nie pisali, a jak kcesz, przyjdź, jak masz do mnie problem, pod starą lipę, możemy pociągnąć solówę. Sukas sarpacki, to chyboj na udeptane. Tak mu napisałem. Ja się go tam nie cykam, znasz, ja się bardziej boję tego, że na przykład, nie daj kapłan, coś mu się stanie po prostu chorego i będę musiał mieć potem kłopoty, a ja planuję, cholers, wiecie, grubo się dorobić, to tamto, nic mi nie szkodzi na przeszkodzie, i będę se robił zajzajer przez jakiegoś palanta? Znasz, o co chodzi. Temu nie chciałem. Tym bardziej rozwodzić się w tych tam wiadomościach na Mordoknidze nie chciałem, bo jak się mamy spotkać, to się spotkamy, a zrobię mu, krucy, jakieś kuku, jakaś chorość się stanie i potem będą poszlaki na Mordoknidze napisane, że mu groziłem na przykład.

Ale na następny dzień po tej akcji to już mnie tak podstresował, że naprawdę. Poszedłem spać taki zmęczony, budzę się rano, koledzy, Ponton, różni ludzie do mnie napisali, spozieram. A on dodał zdjęcie na Mordoknidze butli z gazem pod moim blokiem. I że wysadzę cię, Arabie, znasz. I tak, znasz arbajt, zobaczyłem tylko to, rzuciłem telefonią, se śpekuluję: luj, zaciukam go najwyżej, znasz. Rzuciłem telefonią, poszedłem spać dalej. I śniło mi się, że moja mama, matula chodzi po domu i się o mnie martwi, jeszcze znasz, oni, mama–tata się boją tego, że zsyłam takie kłopoty i ja zamiast się bać i syćka, to na przykład potrafię na nią ziornąć i powiedzieć jej: nie bój się, mama, najwyżej ja go zaciukam, ale on mnie nigdy. Znasz. I tak jej potrafiłem powiedzieć, i ona dobrze wie, że ja jestem oszołom i nie rzucam bajery i ona się boi, że ja se narobię, znasz, jakiś zajzajer. Matuś załamana, siosters proszą mnie, znasz, żebyk nic mu nie robił, żebyk odpuścił, że dla mnie najlepiej, żebyk mu odpuścił, ćmoku.

I znasz, koledzy do mnie napisali tam o szóstej coś rano, normalnie, znasz, ja do domu przylazłem, francyś, o piątej przez tego zdzira, ledwo się położyłem, jak mi to pisali, i znasz, o dziewiątej tatko do mnie wchodzi do pokoju i mówi: synek, bo pod blokiem jest butla z gazem i na niej są zapałki, coś tam. Ja tak na niego spozieram: wiem, mówię, wiem, tata, to ten ciul to zostawił. Weznę – mówi tato – weznę tę butlę, dzwoń do pana Tadka, będziesz miał se na wymianę. I wziąłem i wymienił tata i ciul do gazu dopłacił dwadzieścia złotych, hehe.



Paweł Harlender (ur. 1992) –  publikował w „Ha!arcie”, „Kontencie”, „Wizjach”, „Helikopterze” i „biBliotece”. Redaktor magazynu „Stoner Polski”. Laureat slamów poetyckich. Stały korespondent „Gazety, która Musi Się Ukazać”. Zaprzysiężony nowofazowiec i antygrechuciarz. Nieprofesjonalny bańkarz. Gra w szachy. Żyje w Krakowie. Opiekuje się kotami bliskich pod ich nieobecność.