1885–1915

Karol Stefan był nadzwyczaj uczuciowym i spontanicznym mężczyzną. Mógł natychmiast zmienić swoje plany i bardzo się dziwił, kiedy taka zmiana była dla innych zaskoczeniem. Na przykład, idąc korytarzem, mógł przypadkowo zajrzeć do pokoju któregoś z nauczycieli, uznać, że meble są tam ustawione niewłaściwie i następnie przez kilka godzin własnoręcznie je przesuwać, a równocześnie przekładać kilimy, co doprowadzało do rozpaczy nie tylko biednego nauczyciela, który w tym czasie nie mógł wykonywać swoich obowiązków, ale też na przykład któregoś z ministrów, który zmuszony był beznadziejnie czekać na wyznaczoną audiencję.

Z taką samą zawziętością Karol Stefan mógł zerwać się na równe nogi przed świtem i do późnej nocy przesiedzieć w pracowni, pracując nad jakimś obrazem. Malując, Karol Stefan zawsze podśpiewywał sobie jakąś długą monotonną melodię bez słów. Śpiewał cichutko i po tych dźwiękach zawsze można było go znaleźć, jeśli schował się ze sztalugą nie w pracowni, a w jakimś zakątku pałacu. Czasami urządzał rejsy artystyczne swoim jachtem. Wtedy zabierał ze sobą paru znanych artystów i wyruszali w kilkudniową podróż, z której przywozili nowe obrazy, namalowane na otwartym morzu. Od czasu do czasu arcyksiążę organizował wystawy swoich prac w niedużych prywatnych salonach i galeriach.

Maria Teresa, stały świadek takich mężowskich porywów, dobrze umiała równoważyć impulsywność swojego męża i odnosić się do tego z humorem.

Zachwyt morzem był z tego wszystkiego najsilniejszy i przejęły go po nim dzieci. Szczególnie te, które nie za bardzo chciały zostać polskimi królami, czyli Wilhelm i Eleonora. Oboje przez całe życie ciągnęło i do morza, i do marynarzy.

Żaden inny arcyksiążę nie spędzał tyle czasu w morskich podróżach i nie miał tylu jachtów, co Karol Stefan. Nadworne damy nawet żartowały, że zamawia sobie nowe jachty częściej niż jego żona nowe sukienki. Ten, którym arcyksiążę podróżował najczęściej z rodziną, nazywał się „Waturus” i zbudował go – na specjalne zamówienie – znany londyński mistrz szkutniczy Alfred Brown.

Tamtego roku, kiedy budowa „Waturusa” wreszcie została zakończona, cała rodzina z niecierpliwością czekała na przybycie nowego jachtu, dlatego przeniesiono na później nawet tradycyjny przejazd z Żywca nad morze. Karol Stefan wyruszył na Szetlandy, skąd miał, już jachtem, przypłynąć do Hamburga. Rodzina arcyksięcia najpierw czekała na zakończenie pracy nad nowym jachtem w Wiedniu, lecz oczekiwanie to przeciągnęło się do połowy lipca. W mieście zrobiło się zbyt gorąco, więc hrabia Czoriński, który zawsze pomagał Marii Teresie organizować rodzinny pobyt, zaproponował, by pojechali na północ Niemiec. Tam rzeczywiście jest chłodniej, a i dzieci zobaczą nowe miejsca. Jak zawsze, zorganizowano specjalny pociąg, którym rodzina arcyksięcia wyruszyła z Wiednia do Drezna, stamtąd – do Lipska, gdzie zatrzymała się tylko na kilka dni, anonimowo, bez żadnych ceremonii, i w końcu – do Hamburga, gdzie wszystkich witano już uroczyście i pięcioma świątecznie ustrojonymi karetami przewieziono do specjalnie urządzonych apartamentów w luksusowym hotelu „Hamburger Hof”. I chociaż formalnie goście przybyli incognito (pod nazwiskiem wicehrabiny Sajbusz z dziećmi), przyjęto ich ze wszystkimi należnymi rodzinie arcyksiążęcej honorami. W hotelu pobyt rodziny cesarskiej stał się prawdziwą sensacją. Każdej kolacji gości w hotelu towarzyszył napływ zaciekawionych amerykańskich turystów, którzy specjalnie na ten czas zamieszkali właśnie w tym hotelu. Na uroczysty obiad przybył nawet pruski książę Henryk, który zaprosił Marię Teresę, by odwiedziła niemieckiego cesarza. Czasami kolacje przeciągały się do późna, bo nie siadano tu do stołu, póki nie zebrali się wszyscy: Maria Teresa, Renata, Mechtylda, Eleonora, Albrecht, Wilhelm, Leo, nauczyciele, guwernantki, lekarz, nadworne damy i hrabia Czoriński – ogółem piętnaście osób. W Hamburgu odpoczywać było wesoło, pływano po Elbie, poznawano miasto i jego okolice. I oto w końcu nastąpiła uroczysta chwila: specjalnym pociągiem (wszystko jak zawsze: czerwony dywan na peronie dworca, tłum arystokratów, damy, które rzucają księżnom bukiety kwiatów pod nogi) rodzina ruszyła do portu w pobliżu Hamburga, gdzie czekał na nią gotowy już do wypłynięcia, ozdobiony kwiatami i flagami „Waturus”.

W porcie było wiele innych jachtów z różnych krajów. Łodzie przypłynęły tutaj, żeby wziąć udział w corocznych regatach. Wszystkie oddały honory, podniosły bandery, załoga uroczyście zebrała się na pokładzie, a kiedy rodzina arcyksięcia wchodziła na jacht, orkiestra wojskowa odegrała austriacki hymn. Potem na pokład zaczęli wchodzić dostojni goście. Pierwszy przybył książę pruski Henryk, dawny przyjaciel i bratnia dusza Karola Stefana. Wieczorem Henryk odwiedził jacht ponownie, tym razem z żoną, siostrą rosyjskiej cesarzowej. Oboje byli pod wrażeniem tego, jak wszystko tutaj urządzono. Jacht obsługiwała załoga składająca się z trzydziestu pięciu marynarzy. Na górnym pokładzie urządzono kryte dachem miejsca do spacerów podczas deszczowej pogody, kajuty pasażerskie z osobnymi łazienkami były na niższym pokładzie i mogły jednocześnie przyjąć ponad dwudziestu gości. Oprócz tego na statku były jeszcze dwie duże ogólne kajuty, elegancka jadalnia z obitymi ciemnozieloną skórą meblami i z dębowymi panelami na ścianach biblioteka. Wszystkie pomieszczenia wyposażone były w wyszukane dizajnerskie meble. Na podłogach i ścianach kajut były bordowe dywany i czerwone welwetowe poduszki, wszędzie stały wygodne szezlongi i sofy, pokrowce i portiery uszyto z wyszukanego perkalu. Szafy z tremami, a w każdej kajucie – toaletowy stolik, komoda i umywalka z jasnego dębu. Pobyt na tym jachcie był wygodny i przyjemny, tu nie wypadało skarżyć się na uciążliwości długich morskich podróży, o jakich tak często opowiadają marynarze.

Na morzu Karol Stefan zmieniał się z wiecznie rozkojarzonego i zajętego kilkoma sprawami naraz marzyciela w surowego kapitana i sumiennie pilnował przestrzegania surowych reguł, które sam ustalił.

Na przykład surowo zabronione było wnoszenie skrzyń z rzeczami i innego bagażu do kajut lub na górny pokład. Rozpakowywanie i pakowanie rzeczy było dozwolone tylko na dolnym pokładzie pod gołym niebem. Dlatego, kiedy padał deszcz, ta procedura zmieniała się w prawdziwe tortury. A przy dobrej pogodnie wyglądało to raczej komicznie: kilka pokojówek jednocześnie biegało tam i z powrotem, zanosiło poduszki, ubrania, ręczniki i inne rzeczy do licznych kajut, myląc się, gdzie czyj kufer i gdzie czyja kajuta. Pakowania i rozpakowywania nigdy nie udawało się skończyć na czas, więc kiedy w apogeum bieganiny rozlegał się gong na obiad, sytuacja stawała się skrajnie nerwowa, bo nikt nie mógł się przebrać do obiadu, a takie nieprzebranie się też było sprzeczne z zasadami…

Zasada numer dwa: wszyscy pasażerowie byli zobowiązani nosić wyłącznie białe ubrania, podeszwy butów miały być idealnie czyste, by nie zostawiały śladów na starannie umytym pokładzie. Pewnego dnia arcyksiążę wprowadził jeszcze jedną zasadę, która była szczególnie uciążliwa dla nadwornych dam: korzystanie ze schodów na statku było teraz dozwolone tylko dla rodziny arcyksięcia, a cała reszta miała posługiwać się sznurkowymi drabinami. Karol Stefan osobiście stał koło takiej drabiny, aż wszyscy pasażerowie zeszli na ziemię, a potem – aż wrócili na jacht po powrocie. Ta zasada wzbudziła prawdziwą panikę i liczne narzekania i należała do tych, które najczęściej usiłowano naruszyć. Ledwie arcyksiążę oddalał z gdzieś z pokładu czy z jachtu, już wszyscy szybko zbiegali na ląd po drewnianym trapie, a kapitan nie zwracał na to uwagi. Później i sam arcyksiążę pogodził się, że to ograniczenie nie ma zbyt wielkiego sensu, szczególnie po tym, jak jedna z fräulein arcyksiężnej spadła ze sznurkowej drabiny i omal nie utonęła w czasie przypływu.

Surowe zasady dotyczyły także porządku posiłków. Kiedyś Karol Stefan uznał, że poobiednia herbata – jest właściwie niepotrzebna i tylko przysparza dodatkowej pracy obsłudze, więc odtąd cała rodzina była zmuszona obchodzić się bez jedzenia od dwunastej, kiedy podawano obiad, do siódmej, kiedy zazwyczaj jedzono kolację. Najbardziej ucierpiały na tej nowej regulacji dzieci, dla których herbata z ciasteczkami to był ulubiony posiłek. Dzieci stale skarżyły się, że są głodne, i po licznych dyskusjach Marii Teresy z Karolem Stefanem jednak pozwolono im jeść o czwartej po południu po jednej brzoskwini. Jeszcze jedną regułą, której trzeba było przestrzegać, stał się zakaz otwierania iluminatorów w kajutach podczas ruchu jachtu. Czasami, kiedy jacht płynął bez zatrzymywania przez kilka dni z rzędu, ten zakaz stawał się szczególnie dokuczliwy, bo przebywanie w kajutach z zamkniętymi iluminatorami podczas lipcowego upału było nie do wytrzymania. Willi, podobnie jak inni pasażerowie jachtu, czasami ten zakaz łamał. Jednak pewnego razu zapomniał zamknąć iluminator, kiedy przebrał się do kolacji, a później jeszcze został na pewien czas w kajucie ogólnej na górze, bawiąc się z braćmi. Wkrótce do ogólnej kajuty wszedł hrabia Czoriński i ogłosił, że statek jest w niebezpieczeństwie. Nagle zaczął się sztorm i kajuty znalazły się poniżej poziomu wody, fale uderzały w iluminatory, więc wszystkim kazano zejść na dół i rozejść się do swoich kajut. Willi pobladł i natychmiast zbiegł z góry; w jego kajucie już pracowało kilka służących, które zbierały wodę z podłogi, a wszystkie rzeczy, beznadziejnie namoknięte, zostały położone na korytarzu. Ojciec, który zaplanował wcześnie się położyć, stał na korytarzu w piżamie i z wyrzutem patrzył na syna. Kilka następnych dni Willi spał na sofie w kajucie brata Leo, lecz od tamtej pory nawet w najgorszy upał nie ośmielał się zostawiać okna w kajucie niezamkniętego.

W swoją pierwszą podróż „Waturus” wyruszył o czwartej rano, wziąwszy kurs na Piotrogród. Przez całą podróż na Bałtyku był sztorm, i kiedy półżywi pasażerowie jachtu przybyli wreszcie do Kronsztadu, powitali ich policjanci, którzy przez kilka godzin sprawdzali dokumenty, oglądali łódź i długo przepytywali każdego pasażera, a potem czytali całą prywatną korespondencję na jachcie. Podczas sprawdzania okazało się, że nie wszystkie guwernantki dzieci arcyksięcia mają przy sobie paszporty i jeszcze przez kilka godzin nie było jasne, czy wpuszczą je na terytorium Rosji. Ostatecznie dla arcyksięcia zrobiono wyjątek i jacht wpłynął na Newę, żeby rzucić kotwicę w pobliżu carskiego pałacu.

Po tej męczącej procedurze wszyscy pasażerowie „Waturusa” położyli się na poobiednią sjestę, w dodatku także sierpniowy upał w Piotrogrodzie straszliwie dokuczał. Dopiero pod wieczór wyszli na pierwszy spacer po mieście. Wilhelm zapamiętał jako swoje największe wrażenie z tej wędrówki jazdę bryczkami, które mknęły z wielką prędkością, zaprzężone w trzy lub cztery konie i niesamowicie sprytnie manewrowały między innymi pojazdami. Szeroki prospekt pozwalał swobodnie mijać się czterem czy nawet pięciu powozom, ale takiej prędkości jak ta najwyraźniej nie przewidziano. Często Wilhelmowi zdawało się, że za moment kuczer jednak nie da rady, konie poniosą i powozy się zderzą – a jednak wszyscy jakoś się mijali i jechali dalej. A dla przechodniów na Newskim wszystko to wyglądało dość zwyczajnie i nikt nie zwracał na nich uwagi. Z początku Willi bał się kuczerów z powodu ich szerokich i czarnych jak noc kożuchów do pięt przewiązanych sznurkami, z powodu czarnych zaszmelcowanych peruk i nasuniętych na nie kapeluszy. Jednak potem przywykł, bo tak wyglądali absolutnie wszyscy kuczerzy i nikogo to nie dziwiło i nie lękało. Niania opowiadała mu, że w zimie ci woźnice noszą futrzane czapki i futrzane kożuchy, więc jeszcze bardziej niż latem podobni są do niedźwiedzi.

Jeszcze jednym wyrazistym wrażeniem Wilhelma z Rosji była niesamowita ilość ikon, które widział na każdym kroku. To przewyższało nawet pobożność gorliwych katolickich Polaków. Czasami Willemu zdawało się, że ludzie, których widział przez mgnienie na ulicach z końskiego powozu, zatrzymywali się na nich nie po to, żeby zamienić ze sobą kilka słów, a tylko to, żeby trzykrotnie się przeżegnać, pobożnie wznieść oczy do nieba i pójść sobie dalej. I to kontrastowało zwłaszcza w szczególności zwłaszcza z wybornymi kłótniami, która dopływały do niego z rozmów na tych samych ulicach i były często tak brutalne, że guwernantka zatykała mu uszy, chociaż sama z rosyjskiego rozumiała zdecydowanie nie wszystko.

Zupełnie inaczej wyglądało tutaj także życie arystokratów, z którymi spotykała się rodzina arcyksięcia. Przyzwyczajony do życia wedle ściśle określonego porządku, Karol Stefan czuł się dziwnie wśród ludzi, który chodzili do siebie w gości o każdej porze dnia, często nawet bez uprzedzenia, zatrzymywali się znacznie dłużej niż kwadrans, jak to było przyjęte podczas kurtuazyjnych wizyt w Europie, a zachowywali się bardzo swobodnie, bez żadnych formalności. Nawet jeśli gość nie zastał w domu gospodarza, chętnie go przyjmowali inni domownicy, i to nikomu nie przeszkadzało. To ostatnie zresztą imponowało Karolowi Stefanowi i często spotykał się z rosyjskimi arystokratami. Jedyne, do czego nie mógł się przyzwyczaić, to wielka ilość wódki, której używali wszyscy. Trudno mu też było przywyknąć do przesłodzonego smaku gorącego płynu prawie pozbawionego koloru, który tu nazywano herbatą i podawano wszędzie. Jeszcze dziwniejsze było picie tej tak zwanej herbaty ze szklanek, co praktykowały nawet niektóre arystokratyczne rodziny, Tylko raz czy dwa Stefanowi podano herbatę w chińskiej porcelanie i wtedy to był naprawdę smaczny napój, mocny i zaparzony z wyszukanych gatunków, do których był przyzwyczajony. W większości przypadków wyglądało jednak na to, że herbata była tylko pretekstem, żeby wypić do niej szklankę koniaku i zakąsić ją cytryną. Trudno było wytrzymać też po kilka wizyt dziennie, bo nigdy nie można było przewidzieć, co akurat podadzą „do herbaty” w następnym domu. Zdarzało się, że już o dziesiątej rano gospodarz zmuszał gościa do wypicia kieliszka wódki i zagryzienia śledziem i łyżką ikry. Po godzinie w innym domu podawano koniak i słodycze, a po kolejnej – śledzia i wódkę. Na sam widok tego drugiego w ciągu doby śledzia jeszcze przed obiadem i w samym apogeum lipcowego upału żołądek Stefana boleśnie się kurczył. A odmowę poczęstunku uważano tutaj za największą obrazę, bo pod koniec wizyty należało podejść do gospodyni, pocałować ją w rękę i podziękować za wyszukaną gościnę.

Pewnego dnia przyszła wiadomość, że „Waturusa” przyjdzie odwiedzić car z rodziną.

Już od samego rana wszyscy znajdowali się w stanie przyjemnego podniecenia i krzątali się na jachcie. Wreszcie nadeszła ta chwila. Na Newie i na nabrzeżu pojawiło się mnóstwo policjantów, ruch na Newskim został wstrzymany. Na „Waturusie” podniesiono flagi, załoga w paradnych mundurach ustawiła się na górnym pokładzie, arcyksiążę i hrabia Czoriński przywdziali admiralskie mundury, a kobiety – paradne suknie. Pierwsza na pokład weszła imperatorowa, za nią imperator z matką Marią Fedorowną, dalej szły damy dworu. Wilhelmowi rzuciło się w oczy, jak bardzo wysoka, szczupła i pełna uroku jest cesarzowa w porównaniu ze swoim niskim i chuderlawym mężem, który robił wrażenie przestraszonego. To wrażenie tylko wzmocniło się podczas dalszej rozmowy. Zdawało się, że car boi się, że powie coś niepotrzebnego, stale oglądał się na wszystkie strony, patrzył w oczy swoim współrozmówcom i nerwowo drżał, kiedy matka carowa robią jakiś ruch – jakby się bał, że oto zaraz ukaże go za jakieś niestosowne zachowanie. Maria Fedorowna w życiu swojego syna i jego rodziny decydowała absolutnie o wszystkim.

Ta atmosfera strachu wydawała się Wilhelmowi gęsta jak kisiel, którego spróbował pewnego razu w wiejskiej chacie w Żywcu i który bardzo mu nie smakował. Cała carska rodzina żyła w atmosferze strachu.

Obok imperatora zawsze było sześciu mężczyzn, podobnych do niego i ubranych dokładnie tak samo jak on, żeby zmylić możliwych napastników. Cara zawsze ochraniano, i ochroniarze zmieniali się wedle grafiku, który zmieniano każdego dnia i którego nikt nie znał z góry. Carskie posiłki też codziennie odbywały się w innych pokojach i nawet sama carska rodzina dowiadywała się o ich miejscu dopiero w ostatniej chwili. Wszystkie te środki bezpieczeństwa nie były niepotrzebne. Niedługo przed zjawieniem się cara na pokładzie „Waturusa” w carskim pałacu zaminowano i wysadzono pokój, w który miał się odbyć obiad. Tylko cudem nikt z carskiej rodziny nie ucierpiał. Niemal codziennie ochroniarze zauważali jakieś dziwne rzeczy: parkiet, który się chwiał, tapety, pod którymi coś było schowane, obrazy, które ktoś zdejmował, a potem wieszał z powrotem.

Dzieci arcyksięcia z lękiem powtarzały sobie historię, która zrobiła na nich szczególne wrażenie: o niedawnym napadzie nihilistów na małego carewicza. Wszystko odbyło się na cesarskim jachcie, gdzie terroryści przebrali się za marynarzy i wzięli carewicza za zakładnika. Zobaczywszy to, caryca mało nie oszalała i chciała już wskoczyć do wody, ale sytuację uratował jeden z wiernych ochroniarzy i caryca wraz z carewiczem pozostali przy życiu.

Podczas tego wyjazdu całkiem jeszcze mały Willi pierwszy raz poczuł wdzięczność do ojca za to, że jego własne dzieciństwo i dzieciństwo jego braci oraz sióstr upływało daleko od Hofburga, gdzie być może atmosfera nie była o wiele lepsza niż w Petersburgu. Wilhelm patrzył, jak nerwowo wzdrygają się przy każdym dźwięku ręce imperatorowej, która bała się bodaj na chwilę spuścić z oczu swojego syna, i chciał uciec jak najdalej od tej atmosfery lękliwego oczekiwania, od tego zimnego, przenikającego wszystko strachu.

„Waturus” odpłynął z Rosji przed świtem. Mały Willi obudził się wcześniej niż zwykle, zobaczywszy, jak Newski prospekt, pałac Zimowy, różne wspaniałe budowle znikają we mgle. Czuł się dwojako: ten kraj go i zachwycał, i napawał lękiem, chciałby pobyć tu jeszcze trochę i czym prędzej stąd uciekać.

Z Rosji wyruszyli do Finlandii. Arcyksiążę zatrudnił specjalnego sternika, który pomagał kapitanowi manewrować między niewielkimi wysepkami Zatoki Fińskiej, które często sąsiadowały ze sobą bardzo blisko, więc istniało wielkie niebezpieczeństwo osiądnięcia na mieliźnie. Willi pamięta, jak wybiegł na pokład bardzo rano i zobaczył coś niesamowitego: wyspy były rozsypane po jeziorze jak cukierki, świeciły w przezroczystym, aż chrupiącym północnym powietrzu, podświetlone niepewnymi promieniami słońca, które tęczowo pobłyskiwały na wodzie. Koło dziesiątej rano jacht rzucił kotwicę w Helsinkach i arcyksiążę kazał wszystkim, nie zwlekając, zbierać się na pierwszy spacer po mieście. Pierwszy raz w życiu Wilhelm zobaczył tyle budynków z nietynkowanej czerwonej cegły.

Z Helsinek pięcioma powozami pasażerowie statku wyruszyli w głąb kraju, zatrzymując się na herbatę w małych przydrożnych hotelach, gdzie nikt się nawet nie domyślał ich wysokiego pochodzenia. Po niepokojącej atmosferze na dworze rosyjskiego cara, działało to na wszystkich uspokajająco i pozwalało patrzeć na zwyczajnie zachowujących się ludzi, co było znacznie ciekawsze niż sztywne dworskie ceremonie.

Ich podróż przypadła na czas białych nocy i Willi pierwszy raz tak późno czytał na pokładzie bez światła.

Już następnego dnia jacht popłynął dalej i przez cały kolejny tydzień powoli dryfował pomiędzy maleńkimi wysepkami.

W tej chwili, kiedy „Waturus” przypłynął do Szwecji, króla w Sztokholmie nie było. Poseł i dwie szwedzkie księżniczki złożyli wizytę na jachcie i zaproponowali, że zorganizują specjalne zwiedzanie pałacu dla rodziny arcyksięcia, jednak Stefan odmówił, mówiąc, że dołączą się do jednej ze zwykłych wycieczek. Tak też zrobili – już następnego dnia wyruszyli do pałacu kilkoma niewielkimi łodziami. Wycieczki odbywały się codziennie od drugiej do czwartej w towarzystwie specjalnego przewodnika – bardzo starego mężczyzny, który powoli posuwał nogami i tak samo powoli mówił. Najpierw czekali dwadzieścia minut, kiedy zbierali się chętni wziąć udział w wycieczce, potem szli korytarzami, słuchając opowieści przewodnika o obrazach, które on uważał za warte uwagi, jednak najdłużej zatrzymywali się koło drzwi między pokojami, które przewodnik za każdym razem musiał otwierać, a potem zamykać. Przy tym bardzo długo kręcił kluczem w zamku. Ta powolność wszystkiego, co się działo, też stała się najważniejszym wspomnieniem Willego z pałacu. Zdawało mu się, że za chwilę zaśnie w czasie jednej z tych długich przerw, jakie przewodnik robił między poszczególnymi słowami i zdaniami.

Najpierw wszystko to wydawało się Stefanowi zabawne i tylko się uśmiechał, obserwując przewodnika. Ale stopniowo mu się znudziło i kazał hrabiemu Czorińskiemu podejść do przewodnika i powiedzieć, że wśród wycieczkowiczów jest austriacki arcyksiążę, któremu bardzo się spieszy i prosi, by zorganizować dla niego i jego rodziny osobną wycieczkę. Hrabia Czoriński wykorzystał cały swój dyplomatyczny spryt, by przekazać to życzenie przewodnikowi jak najbardziej uprzejmie, ale osiągnął niewiele; rodzinie arcyksiążęcej zaproponowano, by zjawiła się kiedy indziej, jeśli chce mieć możliwość obejrzenia pałacu osobno.

– Niepotrzebnie, tato, odrzuciłeś propozycję posła – rzuciła do Stefana Eleonora.

– Najbardziej zapamiętałem z tego Sztokholmu – opowiadał Hałynie Wilhelm – to, jak oszukaliśmy naszą angielską guwernantkę, miss Nelly, kiedy stamtąd odpływaliśmy. Ona wtedy jeszcze nie za dobrze rozumiała po niemiecku i gdy jacht nad ranem wypływał ze Sztokholmu, ja i Leo, jak zawsze, wymknęliśmy się potajemnie ze swoich kajut, żeby popatrzeć, jak będziemy odpływać. A tutaj wybiega w samej nocnej koszuli nasza miss Nelly, słyszy gong i pyta nas, co to takiego. Mrugnęliśmy do siebie i mówimy jej po niemiecku: „Nebel”, czyli mgła.

A ona uznała, że to miasto tak się nazywa. I poszła sobie. A potem zaczął się sztorm. Mocny sztorm. Ledwie zdołaliśmy wtedy dopłynąć do Danii i stanąć na kotwicy w Kopenhadze.

A miss Nelly jeszcze długo była przekonana, że najsilniejszy sztorm w Szwecji przeżyła w małym miasteczku Nebel. Aż Leo wytłumaczył jej, że my tak tylko zażartowaliśmy.

W Kopenhadze witano ich ze wszystkimi cesarskimi honorami: saluty, żołnierze w paradnych mundurach, oficjalna delegacja, austriacki hymn w wykonaniu miejscowej orkiestry wojskowej. Karol Stefan nienawidził tych uroczystych ceremonii, które wszędzie były tak samo długie i nudne. Nie mniej od nich nienawidził też oficjalnych uroczystości i balów, na które zmuszony był chodzić. Dość często pozwalał sobie w ostatniej chwili zrezygnować i na balu się nie pojawić. Wyglądało to tak: Maria Teresa z dziećmi, nadworne damy i kawalerowie – wszyscy czekali na arcyksięcia w westybulu. W sali paradnej podawano już kolację, wyczytywano nazwiska gości, którzy uroczyście wkraczali do sali i kiedy przychodziła kolej na arcyksięcia, zalegała niezręczna cisza, a potem rozlegała się informacja, że wielki książę nie zdołał przybyć. Przyczyny nagłej zmiany planów nie ogłaszano i powoli wszyscy przywykali do tej osobliwości charakteru Karola Stefana. A następnego ranka zazwyczaj zrywał się na nogi o czwartej i podejmował gorączkowe działania, organizował polowanie, piknik czy coś innego, jak najdalej od dworu i wszystkich świątecznych obowiązków. Kiedy rodzina wsiadała do pociągu, Karol Stefan starał się wskoczyć do wagonu jako pierwszy albo, przeciwnie, wśliznąć się jako ostatni, żeby uniknąć oficjalnych honorów.

Czasami nie wsiadał do karety, którą posyłał po niego na dworzec cesarz, a wsadzał tam zamiast siebie guwernantkę czy kogoś ze służby – sam zaś jechał do swej wiedeńskiej rezydencji zwyczajnym fiakrem, żeby nie zwracać na siebie uwagi.

Po dość długim pobycie w Kopenhadze jacht wyruszył w drogę powrotną. A w niemieckim mieście Kilonia na gości czekał już specjalny pociąg, który odwiózł rodzinę do Berlina, a potem jeszcze dalej – do Żywca. Tak zakończył się pierwszy sezon letnich podróży „Waturusem”. Jednak natychmiast po powrocie do domu dla wszystkich było jasne, że odtąd takie wojaże będą mieli co roku, bo przez całą zimę i dzieci, i sam Karol Stefan marzyli o następnym sezonie i o kolejnej podróży.



Natalka Śniadanko (ur. 1973 we Lwowie) – ukraińska poetka, pisarka, dziennikarka, tłumaczka. Po ukończeniu Uniwersytetu Lwowskiego (1995) studiowała na wydziale romanistyki i slawistyki we Fryburgu (1995-97). Uczestniczka wielu programów stypendialnych (m.in. Gaude Polonia, 2003, fundacji „Krzyżowa” i „Stiftung Mercator GmbH”, 2005, Berlińskiej Akademii Sztuki oraz fundacji Roberta Boscha, 2007). Pracowała w redakcji gazety „Postup”, w „Lwowskiej Gazecie” , w ukraińskiej redakcji trójjęzycznego magazynu literackiego „Radar”, wydawanego z  inicjatywy Stowarzyszenia Willa Decjusza. Jest autorką książek Колекція пристрастей, 2001 (polskie wydanie w przekładzie Renaty Rusnak i Katarzyny Kotyńskiej, Kolekcja namiętności, Wydawnictwo Czarne, 2004), Sezonnyj rozprodaż blondynok, 2005, Ahatanhel, 2006 (polskie wydanie w przekładzie Renaty Rusnak, Wydawnictwo Czarne, 2004), Czebrec' u mołoci, 2006, Krajina połamanych ihraszok ta inszi podorożi 2008, Komaszyna tarzanka 2009 (polskie wydanie w przekładzie Kseni Kaniewskiej Lubczyk na poddaszu, Biuro Literackie, 2009), Herbarij kochanciw, 2011, Frau Müller ne nałasztowana płatyty bilsze, 2013 (polskie wydanie w przekładzie Bohdana Zadury Frau Müller nie zamierza płacić więcej, Warsztaty Kultury, 2019). Laureatka Nagrody Literackiej im. Josepha Conrada-Korzeniowskiego (2011). Najnowsza jej powieść to Ochajni propysy erchercoga Wilhelma, 2017, z której pochodzi publikowany fragment.

Bohdan Zadura (ur. 1945 w Puławach) – poeta, prozaik, tłumacz i krytyk literacki. Po studiach filozoficznych na UW (1969), pracował w muzeum w Kazimierzu Dolnym, był kierownikiem literackim Lubelskiego Teatru Wizji i Ruchu, członkiem zespołów redakcyjnych kwartalnika „Akcent" i miesięcznika „Twórczość". Od jesieni 2004 roku redaktor naczelny „Twórczości". W ostatnich latach wydał tomiki poezji Już otwarte, 2016, Po szkodzie, 2018 i wybór wierszy Płyn Lugola, 2020, w jego tłumaczeniu ukazały się m.in. książki poetyckie Hałyny Kruk, Wasyla Słapczuka, Julii Cimafiejewej. Pétera Kántora, Petera Milčáka, powieści Tango śmierci Jurija Wynnyczuka i Sonia Kateriny Babkiny, opowiadania Andrija Lubki Pokój do smutku i Ihora Sencowa Żywoty. W 2018 otrzymał nagrodę Silesiusa za całokształt twórczości, w 2019 nagrodę artystyczną miasta Lublin za rok 2018.