(tekst powiela koncept opowiadania Kathy Acker
I Become a Murderess)

Powykrzywiany gostek siedzi na ławce i mamrocze pod nosem. Staję przy nim i zaczynam mu się przysłuchiwać. Powtarza w kółko jedno słowo, nieważne jakie. W pewnym momencie słowo przestaje znaczyć, a zaczyna dźwięczeć. Z dźwięczenia szybko ulatnia się gniew. Powykrzywiany gostek odkrywa coś, co w przyszłości będzie mógł sobie uświadomić, a może, kto wie, wykorzystać.

Intencja: staję się morderstwami, skłotując koncept Kathy Acker; staję się morderstwami, żeby nauczyć się gniewu; postuluję szkoły wariackiego śmiechu, gdzie lektury będą obejmowały tylko wywrotowy i gniewny debilizm ogłoszony w polskiej literaturze dnia 10 września 2019 przez użytkownika Filip D. Matwiejczuk; chcę kolektywizować gniew, przepuszczać go przez zapomniane terytoria i odbierać mu pierwotne źródło, chcę go przechwytywać; powtarzać słowa kronik kryminalnych do momentu, kiedy przestaną być świstkami przemielonymi przez maszynę państwa opresji, a zaczną przenosić i rozmnażać gniew, wpuszczać go w inne kanały; hołdować mozołowi powielania, bo mozół powielania poprzedza energię, energia poprzedza gniew, gniew poprzedza zmianę, a dopiero potem – zmienione domaga się zmiany, zmianę poprzedza gniew, gniew poprzedza energia, energię poprzedza mozół powielania; jatka ćwiartowanych ciał, piłowanych karków, kawałkowanych wnętrzności nie jest wynikiem fascynacji zbrodnią i wyznaniem amoralizmu. Jatki na papierze mają uruchamiać maszynę wściekłości, której apetyt na polityczność jest nie do zmierzenia (bo tak duży!).

Rodzę się jako syn rolnika. Na naszej ziemi nie ma urodzaju. Moje dzieciństwo to zimny wiatr buraki buraki codziennie do jedzenia i niewiele więcej. Ojciec ma dobrą twarz i struga z drewna zabawki dla mnie i rodzeństwa. Matka ma smutną twarz i potrafi kochać.

Moi rodzice umierają w biedzie.

Mam 28 lat i czwórkę dzieci do wyżywienia. Ich dzieciństwo to codziennie podobne jedzenie; tanie zabawki.

Michaś jeździ samochodzikiem po betonie pod garażem; wyjeżdżam traktorem na pole. Jest sierpień żniwa słońce które sprawia że rzeczywistości tak jakby nie ma.

Moja trauma będzie prawdziwa a mój płacz i moje szaleństwo będą szczere. Nie wiem czemu przejechałem mu po głowie.

Przychodzę na świat jako pierworodna jako duma i jako owoc udanego małżeństwa inteligentów. Zaskakująco szybko uczę się chodzić mówić czytać pisać. Moje dzieciństwo jest bajkowe dzięki mojej wyobraźni: mogę wszystko.

Babcia uczy mnie kolorów i nazw rzeczy a ja zaludniam nimi puste ściany i nuda nie może się wydarzyć. Stoję pośrodku pokoju i czaruję a moim czarom ulegają wszyscy wszystko.

Rodzice pracują w sądzie. Nie ma ich całymi dniami i nie mają prawa niczego o niczym wiedzieć. Mam pięć lat i właśnie nauczyłam się kłamać.

(Ta władza jest piękna jak ja kiedy się uśmiecham i rozbrajam uśmiechem twarze znudzonych dorosłych z zębami zabarwionymi winem)

Mam siedem lat i nauczyłam się grać na pianinie. Zostaję sama w domu i myślę: jak grać na pianinie i jednocześnie tańczyć do swojej muzyki?

Moje kłamstwa są tak piękne i precyzyjne że ludzie nie odnoszą ich do rzeczywistości nie chcą tego robić i ja mam oczy które hipnotyzują mówię bardzo powoli z pewnością siebie.

Mam 25 lat znam angielski niemiecki hiszpański miałam mężczyzn kobiety mam pieniądze wiedzę władzę. Nade wszystko kocham muzykę mój chłopak był wysokim DJem ze srebrnym zegarkiem w rozpiętej koszuli z wąsem naładowanym seksem włosami zalizanymi do tyłu potrafił się kochać żartować brał psychodeliki od których stawał się gorący szalony wspaniały znudziliśmy się sobą.

Chcę nauczyć się włoskiego znajduję nauczyciela włoskiego robię postępy. Mamy zabawną relację kokietujemy się kiedy zauważam że on patrzy jakby chciał zagarnąć moją postać usidlić w porządku swojego umysłu.

Chodzę na kolejne lekcje włoskiego robię błyskawiczne postępy a on wciąż patrzy. Pierwszy raz nie śpię w nocy. Zimny pot majaki.

Mój włoski jest zaawansowany dalej chodzę do nauczyciela włoskiego robię postępy moje słownictwo zaczyna nosić znamiona subtelności czytam w oryginale rozmawiam ironizuję po włosku. On mnie wciąż przechwytuje nie śpię drugi trzeci czwarty raz.

(Mam sińce pod oczami);

Rozmowa w salonie stoi na wysokim poziomie aluzji i gier intelektualnych Tak lubię najbardziej. Nalewam kranówki on siedzi tyłem wbijam mu nóż w plecy. Nikt nie może mnie przechwytywać.

We krwi flakach brei spędzam popołudnie starając się odciąć głowę od ciała. Nigdy się tak nie napracowałam nigdy nie napotkałam tylu przeszkód.

Rodzę się późną jesienią czy też zimą 1990 roku

Ale najpierw Kielce i stara kobieta w chuście na głowie mówi że Polacy zrobili nowe że oto zaczyna się coś wspaniałego. Wieje wiatr przy dworcu stoi biała furgonetka serwująca piwo kurczaka z rożna kiełbasę. Ludzie pałaszują po zwierzęcemu. Rozmawiają o biznesie mieszkaniach warunkach zatrudnienia. Ktoś przywiózł remuladę. Mój ojciec nosi białe adidasy biega w nich po całym mieście. Ma opinię człowieka żywiołowego i obrotnego. Mój ojciec goni za kursami walut i jest szaleńcem w tym sensie że wierzy w wielki wybuch kapitału w taki wybuch że to jemu skapnie najwięcej i że spłodzi kolejnego syna w wielkim domu z wielkim ogrodem że jego synowie (a będzie ich jedenastu wspaniałych) wychowają się z dostojnym psem rasowym że jego synowie będą dziedziczyli i dziedzictwo pomnażali że ludzie będą spokojniejsi i co rano będą kładli na razowy chleb grube warstwy masła i że ci obrotniejsi będą z jachtów pozdrawiali się nawzajem a niebo nabierze koloru lazurowego i kolorowe ptaki będą krążyły nad obrotnymi głowami ojców.

Mój ojciec penetruje matkę w pokoju akademika. Moja matka kurczowo wbija paznokcie w brudne prześcieradło. Moi rodzice martwią się że wróci współlokator ojca też student prawa i człowiek obrotny żywiołowy wielu talentów i człowiek hop do przodu którego czeka przyszłość. Kiedy mój ojciec się spuszcza matka czuje tylko wylew ciepła i stopniowo mięknącego penisa mojego ojca. Panicznie boi się okazać zażenowanie ból.

Rodzę się z tego brudnego prześcieradła niemową czyli urodzonym obserwatorem. Moja matka dostaje krwotoku wewnętrznego przy tak ciężkim porodzie wcześniaka. Udaje jej się przeżyć ale kiedy mam dwa lata ona także przestaje mówić i nie ma w tym niczego z bezradnej solidarności pomiędzy matką a niepełnosprawnym synem.

Moje dzieciństwo to nuda i smród placków ziemniaczanych z cebulą. Mój ojciec to plejboj i ucieka w końcu z nieznanymi mi kobietami i mieszka w krainie lazurowego nieba i kolorowych ptaków które ćwierkają dobre nowiny dla obrotnych. Moje dzieciństwo to cisza nuda i smród placków ziemniaczanych z cebulą. Całymi dniami siedzę sam w dwupokojowym mieszkaniu zaczadzonym plackami ziemniaczanymi z cebulą. Moja matka pracuje na czarno jako sprzątaczka w domach bogatych ludzi. moja ciotka wpaja jej wstyd za niepełnosprawne dziecko. Całymi dniami błąkam się po pustym dwupokojowym mieszkaniu badam wzorki na pokrywających ściany jaskrawych tapetach widelcem wybijam rytm o brudną patelnię błąkam się po dywanie w przedpokoju pomieszkuję pod stołem kuchennym. Halucynuję.

Moja matka wraca z pracy i rośnie jej garb. Siedzę pod stołem kuchennym i widzę garbatą niemą kobietę która smaży placki ziemniaczane i dorzuca do nich bardzo dużo cebuli. Moja matka też zaczyna halucynować.

Moja matka latami stoi z garbem nad plackami i chodzi do pracy i znowu wraca żeby smażyć. Mój dom to cisza smutek smród bieda boazeria i rupiecie takie jak matrioszki szklane kule z wodą świętym Mikołajem i śniegiem.

Moja matka umiera w gorączce i smrodzie placków ziemniaczanych których nikt nie smażył od tygodnia. Moja ciotka wynosi z mieszkania naczynia telewizor radio stare kołdry a nawet gry planszowe. Nadal mieszkam pod stołem kuchennym błądzę po dywanie nie mogę zadać pytań wystukuję rytm o zimną posadzkę w kuchni halucynuję o psie który liże moją twarz merda ogonem chce żebym rzucał mu piłkę.

Nikt nie chce rzucić grudą ziemi w najtańszą trumnę garbatej śmierdzącej plackami potem szczynami ropą kobiety która była moją matką. Zaczynam się telepać czym przerażam ciotkę i wuja człowieka mniej obrotnego niż mój ojciec ale też skurwysyna któremu z ust daje śmiercią; czosnkiem. Mam 16 lat i halucynuję. Będę mieszkał z siostrami zakonnymi z którymi moja ciotka jest w serdecznych układach.

Nie mogę mieszkać pod stołem w jadalni. Jestem niemową milczącym obserwatorem. Przed śniadaniem biorę udział w mszy świętej ranki spędzam na zajęciach integracyjnych wieczorami oglądamy telewizję śpimy w czteroosobowych pokojach. Jestem spokojny tylko kiedy zostawiają mnie samego i mogę liczyć kafelki badać pęknięcia na ścianach lizać tynk.

Mam 17 lat nie mogę znieść zapachu cebuli chcę mieszkać pod stołem w jadalni. Uczę się na wybijanych barkach w pokojach sypialnianych na kocówkach gwałcie karach cielesnych. Obserwacja staje się zarazą nudą. Uczę się na niepokoju hamowanym gniewie. Nie ma drogi ucieczki a tynk przestaje smakować kiedy go liżę pozostawiony sam sobie liczący na chwilę spokoju. Chcę mieszkać pod stołem w jadalni i krzyczeć. Pachnąca kobieta przychodzi przed świtem i wtulona zasypia tuż obok mnie i mówi wcześniej nie bój się nie bój się i przeszywa mnie przyjemność od ciepłego szeptu w ucho.

Potem długo śni mi się przyjemność w uchu; zasypianie.

Rózga siostry zakonnej i sam na sam z nią w kantorku. Kiedy zmęczona przemocą odwraca się plecami wyciągam z kieszeni widelec i widzę jak odbija się na jego powierzchni wstrętne żółtawe światło z jedynej żarówki. Szybko udaje mi się ją przewrócić;

Kopię ją po brzuchu ona wrzeszczy głosem starej baby wije się po ziemi a ja kopię ją jeszcze cztery razy i za każdym razem w brzuch w bebechy;

Ona szybko traci przytomność krwawi z ust;

Przewracam ją na plecy a potem dłubię widelcem najpierw w prawym a potem w lewym oku;

Kopię ją dalej po brzuchu a na jej twarzy jest dużo krwi i glutowej mazi która została z oczu;

Udaje mi się zaśmiać bardzo głośno. Mam prawie 18 lat nauczyłem się śmiać mówić krzyczeć. Nie chcę już mieszkać pod stołem.

Rodzę się niechciany a moje pierwsze wspomnienie to nerwica matki. Ojciec był lotnikiem elitarnej jednostki wysyłał nam pieniądze.

Lubię oglądać telewizję kiedy mam 8 lat dostaję pierwszy komputer z dostępem do internetu. Uczę się tam angielskiego.

Mam 19 lat kupujemy z kolegą broń palną. Jesteśmy nierozłączni na wieki; niepokonani. Reszta historii jest skrupulatnym odtworzeniem nerwicy mojej matki na mapie supermarketu po którym ludzie biegają jak pozbawione głowy kury a my jesteśmy jak podpięci do cudownego generatora energii; nierozłączni.

Rodzę się w maju 2015 roku;

Ojciec i matka często urządzają przyjęcia w ogródku. Przy bramie i na podjeździe stoi dużo samochodów. Na grillu smażą się kiełbasy szaszłyki pstrągi. Ludzie poklepują się po ramionach noszą słoneczne okulary kolorowe bluzki i sukienki. Kobiety są w ciąży faceci piją piwo. Mój ojciec nosi mnie na rękach uśmiechnięci ludzie pieszczą po brzuszku głaszczą po głowie mówią oj oj tycityci.

Jestem maskotką. Dwie starsze siostry plotą mi warkocze malują buźkę. Rodzice pokazują znajomym rodzinie współpracownikom. Jestem pucołowatą twarzą fotobloga. Po domu kręci się wiele nieznanych osób. Są szczęśliwi piją piwo i kawę z ekspresu który stoi na długim błyszczącym blacie kuchennym.

Moi rodzice mają wyższe wykształcenie i dwie dobrze rokujące córki a teraz mają jeszcze mnie. Jeździmy na wycieczki. Nigdy nie chodzę głodny; czasem umieram z nudów. Wokół domu stoi masywne ogrodzenie z eleganckiego drewna obok domu stoją dwa garaże na dwa auta z czego tylko jedno na kredyt. W ogrodzie w altance w salonie organizowane są mniejsze i większe przyjęcia. Ludzie są na nich szczęśliwi piją wino piwo kawę koniak jedzą kuchnie świata.

Moi rodzice starają się wpoić dzieciom ciężką pracę i przyjemny piknik tuż po. Zarabianie i wydawanie.

Mam dwa lata i dwa miesiące jest lato błękitne niebo przez cały dzień. Moja mama ma duże okulary przeciwsłoneczne za nimi atramentowe oczy i pije na altance koktajl truskawkowy w celu relaksu po ciężkim tygodniu w biurze. Nauczyłem się poruszać i akcentować swoje potrzeby. Moje życie to zabawa pieszczoty. Wielki ogród jest dla mnie źródłem przygody.

Kiedy bawię się za akacjami w Indianina z bajki zostaję uprowadzony przez gang psów shiba. Po pół roku przymusowego więzienia orientuję się że tworzą całkiem uroczą stadną rodzinę a proporcja między ich nerwowością a przyjemniactwem przypomina mi dom rodzinny.

Nie mam więc po co wracać do rodziców. Będę ludzkim przyszywanym dzieckiem shibów.

Shiby dają mi dwubiegunowe wychowanie:

Uczą atakować tyłkiem wyć do księżyca przygryzać język w geście słodziaka pokazują jak tęsknić jak tulić jak czmychać czym prędzej jak się wentylować jak przeskakiwać płoty

Pokazują telewizję i internet żebym czerpał też ludzkie wzorce jak empatia terroryzm etc.

Pewnego razu wracamy z wycieczki którą zwieńczyliśmy rodzinnym pałaszowaniem salcesonu w cieniu ogromnego dębu na szczycie całkiem wysokiej góry. Zaczepia nas w drodze powrotnej mefedroniarz koleś totalnie chamski i agresywny. Mówi że shiby zapinają mnie w dupę i powinno się shiby wyeliminować ze społeczeństwa i że one liżą się po odbytach i robią macę z dzieci i brązowych niewinnych żabek. Normalnie całą rodziną olalibyśmy takiego chama ale niestety Karol miał zły dzień od rana i zaczął szczekać. I tak zaczęła się bójka.

A skończyła się tak: shiby zagryzły mefedroniarza na śmierć a ja trafiłem w wieku 5 lat do więzienia. Niewinny przecież to nie ja gryzłem.

Jak jest w więzieniu pięciolatkowi? Radzę sobie ale spędzę tu resztę życia bo zabiłem jednego agresora atakując go dupą jak nauczyły mnie shiby. Moja ludzka rodzina nie zna moich losów ale zacząłem pisać powieść osadzoną na swojej autobiografii. Może o mnie usłyszą.

 


Mateusz Górniak/Grzegorz Tortellini – organizm z pączkującymi organami. Można się podpinać, wrastać, uwieszać. Funkcjonuje jak świetlica w szkole podstawowej, gdzie pokorbione dzieciaki przynoszą w tajemnicy przed faszyzującą wychowawczynią kupione przez rodziców zabawki, a potem, na obleśnym dywanie, robią nimi crash. Widzimy taki obraz: ludziki miliona płci biegają opętańczo z punktu do punktu, między czułością a dzikością. Wrzeszczą, łapią pęd, chuchają na obdarte kolana ciamajdów. Interesuje nas wszystko, czym możemy się stawać w obrębie tego harmiderku.