(1)

Wjechaliśmy szutrową drogą. Zakręt – cmentarz. Zakręt – szkoła. I jesteśmy w naszej wiosce – ile miejsc zasługuje dziś na takie miano? Pranie na sznurze wywieszone za zabytkową wieżą ciśnień. Już rano w cieniu przymrozki, zimno dociska do ziemi ludzi i trawy, ale w południe jeszcze się podnosimy za sprawą słońca, wywieszamy gacie. Byle do wieczora zebrać.

Parkujemy i wchodzimy na teren stadniny. Pustka. Stajnie stoją otworem dla jaskółek i nietoperzy. Idealny porządek, możliwy do utrzymania jedynie bez ludzi, podkreśla rondo wybrukowane kostką z czterema starymi, niebiesko-białymi znakami.

Oto przejście w murze, nieokratowane, ale musimy rozgarnąć łysiejące gałęzie.Tędy wiedzie krótsza droga. Przechodzimy zabagnioną ziemią, nad głowami mamy klony, pod nogami – szczaw. Tutaj po raz pierwszy dochodzą nas krzyki. Potomkowie plebejuszy – wypełzamy wprost na hrabiowską grabową aleję – pnie smukłe, poznaczone, jak poparzone kobiece palce. Ziemia usłana żółtymi, piłkowanymi listkami przypominającymi małe rybki. Na skraju drogi tegoroczne liście łopianu. Na łopianach, bezlitośnie rozerwanych i wgniecionych w błoto, zaparkowane auta: piętnastoletnie skody, audi, bmw – WCI, WCI, WCI. Dochodzą nas śpiewy i gwizdy. Jedni się cieszą, drudzy przeklinają – jedni podskakują w koło, trzymając się za ramiona, drudzy schodzą ze spuszczonymi głowami.

Widowisko dobiegło końca, tłumek zwraca się ku nam, nadchodzącym. Dresowe bluzy, skórzane kurtki. Z jakiegoś samochodu bucha muzyka.

— Iskra-Kryształ 2:0, wygrali gospodarze — odpowiada zagadnięty przez Aleksandrę mężczyzna, powiedzieć można, o przyjemniejszej aparycji. I dodaje, widząc, jak przyglądam się liściom na ziemi: — Najdłuższa aleja grabowa w Europie.

.

(2)

Było lato, susza. Sznur samochodów ciągnął znad morza – handlarze do południa wyprzedawali cały leśny towar i zabierali się do domów z wiat po skasowanych pekaesach. W telewizji rolnicy domagali się od ministra odszkodowań, co kilka godzin wyła syrena w remizie. Ociężałe muchy nie odlatywały przed człowiekiem i można je było bić do woli, lecz po co? – Wszystkich przecież i tak się nie wytępi, nie ma potem co zrobić z taką już ubitą, a człowiek trochę się brzydzi, a trochę lęka, żeby nie zaburzyć ekosystemu, w którym nawet mucha ma swoją nędzną rolę do odegrania.

W mieszkanku na drugim, najwyższym piętrze, z oknem na remizę, skąd co kilka godzin rozlegał się dźwięk syreny, dziadek i babcia, już od kilku lat w nastrojach ostatecznych, trzymali w szafie spakowane reklamówki na ostatni wyjazd. Dziadek, przeważnie już przesypiający znakomitą większość dnia, zwinięty jak zwierzątko, podniósł się powoli z kanapy i dotarł do korytarza. Wraz z babcią spotkali się w jednym miejscu mieszkania mającego trzydzieści metrów kwadratowych. Wznowili swoje rozliczenia, które prowadzą od tak dawna, że zapomnieli już, jaki był ich początek – lecz nie można powiedzieć, aby nie ustalili niczego.

— Byli gorsi ode mnie — powtarzał dziadek, jego skóra żółta jak zabarwione płótno, w niej dwoje ciemnych, gasnących oczu. — Byli i gorsi ode mnie.



Stanisław Butowski (ur. 1990) – autor bez większego dorobku, acz z ambicjami. Publikował w pierwszym i trzecim numerze „Wizji”. Prowadzi bloga: http://www.butowskijakbuty.tumblr.com.