komprwizje_smierc_sz_XHfYu

Proza

STANISŁAW BUTOWSKI

Numer 3/2018
Gra
Ilustracja: Bartosz Kolczykiewicz

Śmierć szachisty

 

1

 

Miasto to organizm karmiony węglem i paliwem. Każdego dnia tysiące cząsteczek wędrują kanałami miejskiego krwioobiegu, pobudzając jedne strefy i wyciszając inne — we właściwej kolejności, zgodnie z porą dnia i ruchem słońca na nieboskłonie. Już starożytni Chińczycy zbadali, jak działanie na jeden punkt pozwala wpływać na inne, położone wzdłuż tego samego kanału. Dla niewtajemniczonego obserwatora te zależności pozostają nieodgadnione. A jednak taki jest biologiczny fakt: powstające zatory blokują przepływ energii meridianami – zamiast harmonii pojawia się napięcie, a blokada krytycznego punktu skutkuje paraliżem.

Że też planiści z zakładów komunikacyjnych nie czytają dzieł o akupunkturze. Nie – niczym sowiecki generał ślą żywoty w tę kipiel potrzeb i pragnień. Niby bagnetami poganiają bezsilne drobiny rozkładami, grożą utratą premii. Trzeba mieć grubą skórę, uszy nieczułe na wyzwiska: „bądź na czas na przystanku – to odpoczniesz chwilę na pętli”. Ot, smętna proza życia. Wśród tej umęczonej, szarej masy kierowniczej jest i cząsteczka zwana Krzysztofem Piontkiem.

 

*

 

Piontek skończył pracę o czwartej i szedł do domu. Noga za nogą wlókł pod górę, która przesłaniała horyzont jak garb staruszki. Aby zobaczyć mijane szyldy i witryny, musiałby wytężyć mięśnie karku i poderwać łeb, ale znał je wszystkie tak dobrze, że utraciły swoje znaczenie i w gruncie rzeczy niczym nie różniły się od popękanych płyt chodnika. Dlatego pozwalał swojej głowie swobodnie dyndać i bujać się w rytm kroków. Dowlókł się do Benzynowej, skręcił w lewo w wyłożoną kocimi łbami uliczkę, która rozdzielała ściany kamienic, podobnie jak miecz rozdzielał kochanków w średniowiecznym łożu. Kilka metrów dalej Benzynowa krzyżowała się z Ptasią – Piontek skręcił w lewo i dotarł na Sobotni Targ – plac zamknięty z trzech stron kamienicznymi fasadami, a z czwartej sąsiadujący ze stromym zboczem skarpy ciągnącej się w poprzek całego miasta. Tu upływała mu większość wolnego czasu. Wszedł do klatki schodowej, wspiął się na górę i stanął w progu własnego mieszkania.

Śmieci trzeba wynieść — krzyknęła żona na jego widok, po czym zakrzątnęła się przy czymś innym. Piontek wciąż stał w progu, zbyt zmęczony, żeby postawić kolejny krok lub udzielić odpowiedzi, kiedy jeszcze raz dobiegł go głos żony:

I poszedłbyś do sklepu. Nie ma mleka. Ani chleba. Ani ziemniaków.

Podjął decyzję. Zdjął buty i ruszył w stronę fotela.

Nie będę jadł. Zatrzymałem się po drodze i zjadłem na mieście.

Ale ja też bym coś zjadła. Dopiero wróciłam od lekarza.

Mowy nie ma, nigdzie nie idę. Nachodziłem się dziś. Jestem padnięty, na oczy nie widzę.

Żona wyjrzała na niego z kuchni. Na kołnierzu i pod pachami Piontka widoczne były plamy potu poświadczające zmęczenie.

A gdzieś ty niby tyle chodził? Przecież przy Benzynowej staje sto sześćdziesiąt.

No i co z tego?

Nikt cię nie podrzucił?

Widać nikt mnie nie podrzucił — Piontek przymknął oczy.

 

*

 

Czerwony, przegubowy pojazd oznaczony tablicą z numerem sto sześćdziesiąt, walnął o krawężnik zatoki tak, że pasażerowie w środku zderzyli się jak słoiki w reklamówce.

Szlag! — zaklął kierowca i przydusił hamulec. Autobus sapnął.— To tu chciałeś, Krzysiu? — spytał spokojnym głosem, jakby rzucone przed chwilą przekleństwo było jakąś arabeską, ozdobnikiem bez związku z jego humorem.

Tak, dalej pójdę na piechotę.

O której jutro zaczynasz?

O dziewiątej.

Czekaj, mam znowu kurs Nielubowską. Będę koło ciebie o… ósmej dwanaście. Mogę cię zabrać.

To do jutra.

Tylko bądź punktualnie, bo jeszcze ktoś zauważy, że motor zawsze nawala przy Benzynowej.

W porządku, ósma dwadzieścia będę. Dzięki.

No cześć, cześć.

Kierowca gestem ręki wygonił Krzysztofa Piontka z autobusu. Pojazd ruszył w kierunku wzniesienia, które przesłaniało horyzont niczym garb staruszki, Piontek zaś ruszył do baru po drugiej stronie ulicy. Zgodnie z przepisami odbył musztrę na pasach, zszedł po śliskich schodkach, otworzył ciężkie, obklejone ogłoszeniami drzwi, nad którymi znajdował się szyld z napisem „Codzienny”, i wszedł do lokalu. Pojedyncze osoby chwiały się przed automatami jak płomyki świec, poza tym było pusto. Za barem stała młoda dziewczyna, czarne włosy opadały po bokach jej okrągłej twarzy, a włoski w tym samym kolorze przyciemniały muskularne przedramiona. Piontek odezwał się pierwszy:

Co ja robię w tej waszej poczekalni dusz?

Na pewno nic pożytecznego — dziewczyna odpowiedziała niechętnie i chwyciła szklankę, żeby nalać mu piwa. Piontek nie zaprotestował i po chwili stała przed nim złota statuetka. Podniósł pokal, po czym upił naraz trzecią część jego zawartości.

Daj mi jeszcze zapiekankę.

A więc jednak odmiana.

Dobre na początek. W domu nie będzie nic do jedzenia. Chcę zmienić coś w swoim życiu.

Mógłbyś zamawiać piwo za siedem złotych zamiast tego, za pięć. Smakowałoby ci.

Musieliby mi więcej płacić.

To zmień pracę.

Chciałbym, ale świat jest wyregulowany tak, że jak zostawię tę pracę, wszystko się zawali. Klasztory we Włoszech, wieżowce w Tokio i Kościół Mariacki.

Chyba raczej twój budżet domowy.

Przecież mówię.

To może zajmij się czymś po pracy?

Hobby to poważna sprawa. Wybór hobby to poważna sprawa. Wciąż się zastanawiam.

Na szczęście w twoim wieku masz już raczej ograniczony wybór. Działka?

Gdzie tam. Nawet nie pamiętam, czy mam jakieś oszczędności.

Poczekaj, było w gazecie coś o takich jak ty.

Wygrzebała spod lady kolorowy magazyn z pozaginanymi stronami.

Jest! „Pasje na emeryturze” — i pokazała mu zdjęcia emerytów w lnianych spodniach, swetrach w serek i markowych adidasach.

Brakuje mi do emerytury piętnaście lat i kilkadziesiąt tysięcy.

W takim razie wyglądasz na dużo starszego niż jesteś. To może brydżyk w parku? Podobno samotni ludzie tak się spotykają.

Nie lubię gier. To przez to, że w dzieciństwie mama zapisała mnie na szachy.

Szachy to dobre zajęcie, w każdym razie nie gorsze niż inne.

Cóż, jakiś smarkacz ograł mnie w kilku ruchach i więcej tam nie poszedłem.

To pech. Może gdybyś nie poddał się za pierwszym razem, zostałbyś profesjonalistą, grał turnieje w Australii i nie naprzykrzał mi się tutaj.

I wróciła do przeglądania magazynu. Piontek dokończył posiłek, wygłosił kilka głupich uwag i wkrótce opuścił bar „Codzienny”.

Gdy gramolił się po śliskich schodkach, w twarz uderzyła go ciepła, miejska bryza, niosąca zapach spalin, taniej egzotycznej kuchni i moczu. Zmierzył wzrokiem wzniesienie, które przesłaniało horyzont niby garb staruszki. Na górę pięła się ulica. Ruszył przed siebie z wyrazem uroczystej rezygnacji na twarzy. Temperatura i zmęczenie przygięły mu kark do ziemi. Noga za nogą wlókł się pod górę, nie patrząc na mijane szyldy i witryny.

 

*

 

Żona Piontka, koścista kobieta o stalowych oczach i cienkich, wyblakłych włosach, spojrzała na męża, który przysnął w fotelu z papierosem w ręku. Pod jego ręką czerniły się już inne wypalone otwory. Wyciągnęła mu spomiędzy palców papierosa, zgasiła go w zalanych wodą brudnych naczyniach i dorzuciła na szczyt piramidki śmieci sterczącej ponad kant wiadra. Upchnęła je w środku, związała torbę i wyjęła. W drodze do przedpokoju spojrzała jeszcze raz na śpiącego męża.

A niech go cholera. Myślałby kto, szewc bez butów chodzi.

Warcząc, zgarnęła klucze z haczyka i wyszła ze śmieciami.

 

*

 

No już! Wstawaj! Wyśpisz się w piachu! — głos żony dobiegł Piontka i jego sen rozwiał się bez śladu jak świt. — Jak będziesz tyle kopcić, to ani się obejrzysz, a jak panisko kopyta wywalisz!

Już tak się o mnie nie martw.

A pies cię trącał, ale jak podpalisz dom, to zabiję!

O ile uda nam się wydostać…

Ciężko jest opowiedzieć sen tak, żeby rozmówca naprawdę poczuł, jak było po drugiej stronie kurtyny. Piontek śnił, że prowadzi autobus, który ma torby na śmieci zamiast kół, a węglowy kocioł, który napędza silnik, dyszy jak jego żona i rozgrzewa cały pojazd do temperatury, przy której nikt już nie może wytrzymać w ubraniu i wszyscy zaczynają się rozbierać. Gdy się obudził, przeszedł go dreszcz zimna. Wietrzyk wpadał do pokoju przez otwarte na oścież okno.

Rusz się po zakupy — zaczęła znowu żona. — Trzeba kupić wodę i masło. Porządnego mięsa już o tej porze nie dostaniesz, ale może chociaż parówki.

A chleb, ziemniaki?

Już kupiłam.

To czemu nie mogłaś kupić i masła?

Ciężko miałam.

Przecież sklep jest za rogiem.

A figa! Byłam i pocałowałam kłódkę. Krępaki pojechali na urlop. Będziesz musiał się kopsnąć do Ruskiej.

Piontek podniósł się z fotela. W przedpokoju narzucił cienką kurtkę i wyszedł.

 

*

 

Popołudnie robiło się podejrzanie malownicze. Oblane żółtym światłem ściany kamienic odcinały się od granatowego nieba. W takich rzadkich chwilach daje się dostrzec geniusz budowniczych. Wprawdzie wnętrza domów przy Sobotnim Targu pozostawiały wiele do życzenia – gospodarowanie może któryś urzędnik dał w tym względzie lokatorom zbyt wiele swobody – ale teraz Piontek, stojąc na placu i patrząc na szacowne fasady, cieszył się, że nie mieszka w nowoczesnym bloku. Grube ściany przywodziły mu na myśl mury zamkowe; szczególnie wąskie okna i ciężkie okienniczki. Powykrzywiane rynny wyrzucały w gęste popołudniowe powietrze niemy krzyk i nikły zapach metalu. Nad nimi unosiły się dachy sięgające nieba śmiesznie krótkimi kominkami i antenami. Piontek nie miał ochoty wracać do domu. Przysiadł na murku, by pomyśleć nad swoim życiem lub może popatrzeć jeszcze na ściany, z których dogorywające słońce wydobywało coraz intensywniejsze odcienie.

Zapatrzony na teatr światła, nie dostrzegł, skąd nadszedł ten człowiek. Na początku tylko stanął z boku. Piontek wciąż patrzył na fasadę kamienicy, na żeliwną barierkę przy oknie na trzecim piętrze, na pojedynczy bratek na tle żółtego tynku. Nieznajomy miał na sobie długi płaszcz, zbyt gruby jak na tę porę roku. Spod palta sterczała para nóg ubrana w za szerokie spodnie w kratkę, zmarszczone na butach jak wieża Babel na obrazie Bruegla. Zamiast powiedzieć, że nieznajomy miał kościstą twarz, należałoby ją raczej przyrównać do kowadła ze sterczącą jak róg brodą. Wrażenie twardości łagodziła nieco zmarszczona skóra, jakby nawleczona na diabelski czerep tak dawno temu. Nieznajomy chrząknął nagle, jakby ktoś włączył go z ukrycia pilotem, i ruszył w kierunku Piontka.

Ładne popołudnie — w te słowa otworzył gębę.

Przecież — odburknął Piontek.

Będzie padać.

Czyżby?

Nie powie pan chyba, że nie czuje wibracji powietrza?

Nie zastanawiałem się nad tym. Wracałem z zakupami dla żony i tak się na świat zapatrzyłem.

Moje nazwisko jest Laufer Jan.

Krzysztof Piontek, miło mi.

Nieznajomy zamilkł i jakby na powrót wtopił się w tło. W powietrzu roznosił się nieświeży zapach jego odzieży. Kiedy po chwili, kierowany tajemniczym sygnałem, ponownie zabrał głos, Piontek dostrzegł figlujące w ostatnich promieniach słońca drobinki kurzu z jego ubrania.

No to skorośmy się już sobie przedstawili, może zagrałby pan, ekhem, partyjkę?

I wydobył z kieszeni płaszcza magnetyczną szachownicę zamkniętą przy pomocy gumki recepturki, związanej w kilku miejscach. Wewnątrz grzechotały bierki.

Ja nie gram w szachy — odpowiedział Piontek.

Pan, khu khu, nie umie? Mogę nauczyć.

Umiem. Ale nie gram — Piontek uciął.

A to czemu?

Nigdy nie byłem w to dobry.

Ach… No tak. A kiedy grał pan ostatni raz? Khe! Khe! Khe! Khe! Khe!

Jak miałem dziesięć lat.

No to jak pan możesz mówić, że nie umiesz! Ekhem! Talent dojrzewa!

Co za bzdury pan gadasz. Że jak nie grałem od czterdziestu lat, to właśnie się nauczę?

Ależ nic takiego, ekhem, nie mówiłem. Powiedziałem tylko, że talent musi dojrzeć… Mózg to jest precyzyjny aparat. To trwa zanim wszystko się ustawi na miejscu. I czasem właśnie jest tak, że to, co kiedyś w ogóle nie chciało wyjść, po jakimś czasie przychodzi naturalnie. Jak, za przeproszeniem, ciupcianie, khu, khu, khu, he he he. Patrz pan, miałem siostrzeńca, jak śpiewał na imieninach, to kwiaty więdły. I co? Gra na skrzypcach! W fjelharmoni!

Ależ to nie ma żadnego związku!

Zamiast odpowiedzieć Laufer rozkaszlał się na dobre, a gdy w końcu w jego gardle się rozpogodziło, powiedział tylko:

No dałby pan sobie jeszcze szansę. Nie przeganiaj pan człowieka.

Pan mnie chcesz wrobić.

To zróbmy tak, bo widzę, że pan jesteś cykor. Ale dobrze pan kombinujesz. Więc zagramy po dziesięć ruchów. Jeśli nie uda mi się w tym czasie wygrać, pan będziesz legalnie zwycięzcą. Co pan na to?

I Piontek… zgodził się. Laufer drżącymi rękami otworzył pudełko — tajemnicą pozostanie, jak nie rozsypał przy tym bierek. Po chwili pomiędzy mężczyznami stała szachownica — sześćdziesiąt cztery pola – mikrokosmos. Laufer zwrócił się do adwersarza:

Panie Piontek, racz pan wybrać dłoń, określimy, kto zagra którym kolorem — i pokazał mu dwie zaciśnięte pięści, poznaczone plamami i liniami jak mapy skarbów.

Piontek wskazał jedną i wkrótce dwa białe szeregi stanęły po stronie Laufra, a dwa czarne – przed Piontkiem. To, co wydarzyło się później, było dla Piontka jak sen.

 

*

 

Krzyś, w krótkich spodniach i z podrapanymi kolanami, pragnął tylko, aby starszy brat zwrócił na niego uwagę. Nie rozumiał dlaczego tak go teraz pociągał, ale było w tym coś naturalnego, jak w pragnieniu matczynej piersi. Szyja bolała go od wytężania wzroku, ale w żaden sposób nie mógł dojrzeć jego twarzy, która pozostawała ukryta pod daszkiem czapki. Tajemnicą było dla niego, dlaczego tym razem brat zgodził się zabrać go ze sobą, skoro wcześniej zawsze odmawiał jego prośbom – ba, błaganiom! Zanim wyszli z domu, zawiązał mu na szyi czarną chustkę. Krzyś nie znosił, gdy chustkę wiązała mu mama, ale tym razem wyczuł gest twardej troski i zrobiło mu się przyjemnie.

Na dworze chłodny wiatr uderzył go w twarz. Bruk ulic oświetlały rozmieszczone regularnie latarnie. Początkowo szli z bratem między zwykłymi, dwupiętrowymi blokami, w jednym z nich było ich mieszkanie. Ale wkrótce zeszli w labirynt zaułków, nikłych i niepewnych jak wiosenny wiatr. Zmierzali w stronę nieużytków, które nazywano potocznie „polami”, nie całkiem precyzyjnie. Pokonywali kolejne ogrodzenia, to przeciskając się przez jakieś szczeliny, to podsadzając na rękach i skacząc. W końcu dotarli do parku. Przed wejściem stało już kilku chłopaków, następni się schodzili. Wszyscy mieli twarze przewiązane czarnymi chustkami. Krzyś pomyślał, że tworzyli jakąś „czarną drużynę”, a jego brat był chyba kapitanem. „Najwyższy ze wszystkich” — pomyślał z niezasłużoną dumą. Wtedy brat uciszył hałastrę władczym gestem i ruszyli razem przez bramę. Gdy znaleźli się już między drzewami, rozbiegli się na boki. Wyglądało to tak, jakby działali według wcześniej obmyślonego planu, którego tylko Krzysiowi nie wyjawiono. Na jego ramieniu spoczywała dłoń brata, która nie pozwalała mu się oddalić. Przeszli razem główną ścieżką kilka metrów, aż zobaczyli odkryty plac.

Więc to tak… — mruknął pod nosem brat.

Na środku stała fontanienka. Wokół niej cztery latarnie, ale tylko jedna z nich świeciła nikłym światłem i pozwalała jako tako orientować się w przestrzeni. Brudna woda łapała świetlne refleksy. Po drugiej stronie parku podobna kurtyna z drzew skrywała wyjście na ulicę. Brat zawrócił Krzysia za ramię i wrócili w cień drzew.

Nagle usłyszeli szmer – skryci po krzakach chłopacy na coś zwracali sobie uwagę. Krzyś spojrzał na brata, który – zdało mu się teraz – już od jakiegoś czasu śledził coś wzrokiem tam, na placu. Obrócił głowę i dostrzegł przyczynę poruszenia. Spomiędzy drzew po drugiej stronie parku wyłonił się dryblasek w wymiętej białej koszuli. Stanął na środku placu jak świeczka na torcie i rozglądał się tępym wzrokiem. Jakby w odpowiedzi na to brat zagwizdał krótko – i jeden z czarnych chłopaków podbiegł za łopian, wyrosły nieco przed linią drzew. Wiatr poruszał nieznacznie kombatanckimi liśćmi chwastu.

Krzyś usłyszał głos brata szepczącego mu do ucha:

Ty się już nic nie bój. Wlejemy im, tylko ty nie możesz pękać. Rozumiesz? Siedź cicho i nie przeszkadzaj.

Zdał sobie wtedy sprawę, że ściskał brata za rękę. Puścił ją i zwinął w piąstkę. Doszły ich kolejne odgłosy z placu. Do dryblaska w białej koszuli podszedł drugi, podobny do niego jak jedna kropla wody do drugiej, jak „t” i „ł” w dziecięcym zeszycie. Brat zagwizdał jeszcze raz i u jego boku pojawił się inny chłopak. Czarna chustka zsunęła mu się z twarzy na szyję, odsłaniając wargi zaciśnięte w zawziętym grymasie. Brat posłał go gestem za łopuch. Młodzik przypadł do ziemi i zaczął pełznąć naprzód. Tymczasem między drzewami po drugiej stronie placu zamigotały kolejne białe koszule. Coś się tam działo i po krótkim czasie rozległy się krzyki. Na ścieżce, którą wcześniej przyszło dwóch dryblasów, zjawił się ogromny pies. Toczył z pyska wodospad piany i próbował się wyrwać, miotany jakąś niepojętą siłą. Walczył ze smyczą, której drugi koniec niepewnie trzymał kolejny chłopak, jak dwa dryblasy ubrany na biało. Jego twarz znaczyła pieczęć bólu. Spomiędzy drzew i krzaków po drugiej stronie płynęły głosy zachęty:

Ciekawe kogo zje nasz Benek! Jest taki głodny! Znajdźmy najgrubszego!

Czemu Benek ma se ząbki męczyć? Znajdźmy najmiększego!

Nie, najbardziej płaczliwego! Ha ha ha!

Beksy!? Tfu!

I Krzyś poczuł, że to właśnie jemu płacz podchodzi do gardła i omal nie wybuchnął szczerym dziecięcym szlochem, ale wtedy zdarzyło się coś, dzięki czemu jeszcze na chwilę zapomniał o lęku. Oto tuż nad ich głowami rozległo się srogie przekleństwo:

Psubracie, kuternogo, oddawaj mój rower, złodziejska twoja mać!

To wściekły czarny chłopak zerwał się zza łopucha i popędził w kierunku białego ze smyczą.

No tak, psi syn gwizdnął mu składak — brat syknął niezadowolony.

Czarny diabeł, gnany poczuciem krzywdy, sadził wielkie kroki, tak mu było spieszno zacisnąć ręce na szyi złodzieja. Lecz drogę zastąpił mu jeden z dryblasów. Niewczesny mściciel nastawił bark i z całym impetem władował się w przeszkodę. Dryblasek runął, zgięty w pół, ale zdążył pochwycić napastnika za nogę i obalić go ze sobą. Walczący skotłowali się na ziemi – zrobił się rwetes – i w tej chwili pies zerwał się ze smyczy. W kilku skokach dopadł do bijących się i powietrze przeszył jęk biednego okradzionego. Ten widok zrobił na czarnych piorunujące wrażenie, wśród białych rozległy się zaś triumfalne okrzyki, w których nie brakowało wulgaryzmów i sprośności. Krzysiowi zdawało się, że dopiero się rozkręcają, kiedy ni z tego ni z owego znów ucichli. Wtedy ją dostrzegł — smukłą białą figurę między nimi. To ona ich uciszyła i cała zgraja usłuchała jej natychmiast. Miała jasnoniebieskie, okrutne oczy i cienkie, jasne włosy. Ubrana była w białą sukienkę o krótkich rękawach, spod której wystawały ręce chude jak u kościotrupa i pokryte siniakami. Za jedną rękę trzymało ją dziecko – chłopiec lub dziewczynka o ustach przesłoniętych białą chustką. Wzrok Krzysia przyciągała jednak tylko ta ich królowa – musiał się w niej w tej chwili zakochać, co ani trochę nie zmniejszyło jego przerażenia, ba! – zwiększyło je tylko. Zdjął go strach… z kropelką rozkoszy, która jak atrament zabarwiła blady, dziecięcy lęk na nieznany wcześniej kolor. Krzyś nie mógł oderwać od niej wzroku – przestał obserwować, co działo się dookoła niego, aż nagle zerwał się, gdy przeleciał koło niego chłopak z końską twarzą, przemocą wypchnięty przez brata na plac. Kiedy Benek wyminął go, nie obdarzywszy nawet szczeknięciem, czarni zrozumieli, że brat próbował odwlec to, co nieuniknione. Pies sadził w ich stronę susy, aż Krzyś zrozumiał, że to on jest celem – ostatecznym trofeum białej królowej.

 

*

 

Dziwne — pomyślał Piontek — przecież ja nie mam brata.

Mat — przerwał jego rozmyślania Laufer. — Chodźmy do sklepu.

Tak, racja. Mat — odpowiedział Piontek bez przekonania, bo wciąż był zbyt rozkojarzony, aby samemu to stwierdzić. Do porządku przywołał go kaszel zwycięzcy.

Nie bywam często w tych stronach, khe khe khe khe, hehehehe. Racz pan poprowadzić.

To tu, kawałek za rogiem, ale nie chce mi się dźwigać tych zakupów. Psia krew, nic się nie stanie, jeśli tu zostaną. Chodźmy.

Nim zdążyli się na dobre podnieść, po zwalistych chmurach, które ni stąd ni zowąd zeszły na niebo, przetoczył się grzmot. Piontek wsunął zakupy pod jedną z większych gałęzi, po czym ruszył żwawym krokiem, chowając głowę między ramiona w przeczuciu deszczu. Laufer z trudem za nim nadążał.

W sklepie żarówki oświetlały podłogę na żółto, a cug chodził między półkami i podrywał listki z ziemi. Piontek kupił pól litra, wyciągając ostatnie monety ze skórzanej podkówki.

Kiedy w drodze powrotnej przecinali Sobotni Targ, Piontek zobaczył kota mocującego się z opakowaniem parówek wyciągniętym z pozostawionych pod drzewem zakupów.

Precz! — krzyknął, a spłoszone zwierzę zeskoczyło z murku na drugą stronę i znikło im z oczu.

Zajęli swoje poprzednie miejsca. Piontek otworzył butelkę i podał Laufrowi. Ten splunął rzęsiście za murek, przewrócił łeb i wlał w usta pół flaszki, duszkiem, jakby dolewał oleju do silnika. Resztę przepisowo zwrócił Piontkowi, który pociągnął solidnego, acz znacznie mniejszego, łyka, zakręcił butelkę i odstawił.

Znasz pan, był taki pisarz, ekhu ekhu, Zweig — zagadał życzliwie Laufer.

Nie znam. Nie przepadam.

Za literaturą?

Za Niemcami.

To był Austriak.

I co z tego?

Ten Zweig napisał takie opowiadanie, khe khe, właściwie nowelę. Nowelę szachową.

Tak? Jak się nazywała?

Właśnie tak, hehe. „Nowela szachowa”.

I o czym była?

Oczywiście, o szachach. W więzieniu, z chleba i z papieru. Ekhem. I o nazistach. Ale szachy to zawsze szlachetna gra.

Tak, z pewnością hitlerowcy mieli piękne zestawy.

No, to wiesz już pan, o co chodzi… — zaczął znów Laufer.

E tam, gówno wiem.

O nie. Pan przecież wiesz, że takie szybkie ataki zawsze można łatwo zablokować. Jeśli nie popełnisz pan tych samych błędów, będę w kropce.

Ale pan będziesz chciał grać o stawkę, a ja już nie mam pieniędzy.

To może o zakupy? Wie pan, żyję po kawalersku i dawno nie jadłem…

Co też pan wygadujesz. Żona by mnie…

To się pan skup — uciął Laufer i zaczął rozstawiać bierki. Kiedy szachownica stała już uzbrojona, Laufer ponownie wyciągnął dwie łapy z pionkami, ale Piontek zdenerwowany odtrącił je:

Mogą równie dobrze być czarne, tak jak wtedy. Pan wiesz, że to nie ma sensu…

Po chwili przypomniał sobie jeszcze: — A pan? Co pan stawia ze swojej strony?

Ja? — Laufer uśmiechnął się, ale nic nie powiedział, a Piontek nie miał jak się dopomnieć o odpowiedź – zgodził się na to drugie podejście jedynie dlatego, że nagle odkrył, że ma coś takiego jak duma, i że ją urażono. Gdyby teraz zaczął kłócić się o stawkę, musiałby przyznać, że tylko mu się zdawało. Przemknęła mu nawet błoga myśl, że Laufer dopiero będzie miał ambaras, jeśli przegra bez stawki i on, Piontek, będzie mógł czegoś zażądać…

Laufer prędko wykonał pierwszy ruch: pionem z e2 na e4. Krople zastukały o liście, które szczelnym baldachimem chroniły głowy grających, ale bruk na placu zaczął ciemnieć. Piontek poczuł się tak, jakby deszcz zmył z jego głowy pamięć o poprzedniej partii, pozostawiając szachową tabula rasa. Miał wprawdzie jakieś skojarzenia z tym pierwszym ruchem Laufra, ale nic, co byłoby dla niego w tej chwili pomocne. Pojedynczy biały pion stanął przed szeregiem jak anarchista zamierzający się kamieniem na policyjny kordon. Piontek, świadom chwilowego zaćmienia umysłu, zdecydował się grać ostrożnie: pionem z c7 na c6. Czy to jego nadmierna powściągliwość rozochociła Laufra, by wypuścić kolejnego pionka na d4? Starał się nie ulegać emocjom, za wszelką cenę zachować trzeźwość myślenia: pion może iść na wprost, ale bije tylko na ukos – jeśli go zastawić, będzie musiał się zatrzymać – jak pociąg na ślepym torze – d5 to bezpieczne pole. Ustawił tam pionka z d7. Laufer w zwolnioną przestrzeń na d2 w następnym ruchu posłał skoczka i do Piontka dotarło, że przeciwnik gra z jakimś bezlitosnym planem, którego on póki co nie może dostrzec. To go zmartwiło. „Otwartość przede wszystkim – pomyślał. – Jak ma być przemoc, to na moich oczach”. I zbił pionka na e4. Tak jak się spodziewał, Laufer odpowiedział, bijąc skoczkiem. Dopiero po chwili uświadomił sobie, jaką cenę w rzeczywistości zgodził się zapłacić, by zakończyć wojnę nerwów: wroga figura tkwiła na środku szachownicy jak flaga na księżycu. By temu zaradzić, Piontek pośpiesznie uruchomił swego skoczka, przestawiając go z b8 na d7, na co Laufer niespodziewanie zwolnił tempo – nieznaczny ruch hetmanem z d1 na e2, niemal do przeoczenia. „Do czego zmierza ten dziad w śmierdzącym płaszczu…” — denerwował się Piontek. Ileż by teraz dał, by zajrzeć w kartki jego dramatu. Nagle stracił poczucie kierunku, zwątpił w siebie. Cóż mu pozostało bez tego? Owszem, można ruszyć skoczka z g8 na f6. „Jeśli nie wiesz, dokąd idziesz, nie ma znaczenia, którą drogę wybierzesz” — mówił kiedyś jeden Anglik z upodobaniem do małych dziewczynek. Po tym ruchu Laufer runął na szachownicę jak sęp. Błyskawiczny ruch starczej ręki, skoczek z e4 na d6 i okrzyk: szach! „Jak to?” — pomyślał Piontek. „Niemożliwe!” Jedno krótkie słowo, przywodzące na myśl piaski dalekich pustyń, odbijało się echem w komnatach jego zmęczonego mózgu. Chciałby wykryć w tym okrzyku blagę. Chciałby poderwać jeszcze swoich żołnierzy. Nie było jednak już nic, co mógłby zrobić. Pochylił głowę nadstawiając kark.

Tego dnia wrócił do domu bez zakupów i z uczuciem pogwałconej godności. Ale nie wracał całkiem sam – coś głęboko w nim kiełkowało.

 

2

 

Piontek zaczął spotykać się z Laufrem w różnych częściach miasta, na trasach przejazdu autobusów, które w materii miasta stanowiły dla niego wygodny punkt odniesienia. Przekonywał się jednocześnie, jak niewiele wiedział o życiu rozgrywającym się za fasadami, które każdego dnia mijał w pracy. Wraz z Laufrem, niczym nastoletni kochankowie, tworzyli sobie mapę punktów, w których można przysiąść, osłonić się od wiatru, zdobyć odrobinę prywatności. Niewiele więcej było im potrzeba – jedynie kawałka płaskiej powierzchni, na której mogliby rozłożyć szachownicę. Grywali na ławkach w parkach, z dala od głównych alejek, w barach mlecznych, na dworcach – póki ich nie przegoniono, bo od obu zalatywało niezmienianą odzieżą. Szachowa choroba niespodziewanie znalazła w Piontku ofiarnego żywiciela – tak samo Laufer, którego budżet w jakiejś mierze składał się z sum wygrywanych od swojego rywala (i diabeł jeden wiedział, z czego jeszcze). Piontek przegrał większość rodzinnych kosztowności – obrączek ślubnych, naszyjników i dolarów przysłanych przez krewnych żony, które wraz z małżonką trzymali na czarną godzinę w skrytkach meblościanki. Upadał zręcznie znieczulany przez diabolicznego Laufra sporadycznymi wygranymi i fantami. Może nie należy jednak przeceniać zasług śmierdzącego dziada – Piontek miał zranioną dumę. Gdyby zagrał z kimś innym, odkryłby, że jego umiejętności poprawiły się znacznie, ale takich zwycięstw wcale nie szukał, mimo że mogłyby przynieść mu nawet jakieś pieniądze. Jego idée fixe stało się odtworzenie pierwszej partii z Laufrem i wygranie jej. Tylko tej jednej partii.

By stawić czoła jesiennym chłodom i odpędzić melancholię, Piontek zaczął popijać. Ziemia oddawała resztki nagromadzonego latem ciepła, a wraz ze spadkiem temperatury stygła również jego zażyłość z żoną. Przestali się nawet kłócić i wkrótce mijali się tylko obojętnie w ciasnym mieszkaniu. Stan Piontka pogarszał się również dlatego, że zapomniał jak odpoczywać – spacerować, patrzeć w telewizor, leżeć brzuchem do góry. Był permanentnie przemęczony, miewał zawroty głowy, nudności, skóra mu pękała, a stawy puchły jak drożdżowe ciasto. Aby obronić niezależność, której potrzebował, by dalej się pogrążać, wciąż jeździł autobusami, polegając na wypracowanych przez lata odruchach. O, były to iście żołnierskie odruchy, żelazne i niezawodne. To chyba dzięki nim nie przydarzyło się wcześniej żadne ostrzeżenie, żaden omen.

Zima była w kratkę: sypało, topniało, zamarzało, znów sypało. Na szerszych ulicach sól powyżerała jedynie szaro-żółte smugi, ale na mniejszych – różnie to z solidnością drogowców bywa. Piontkowi przyszło skręcić w jedną z owych wąskich ulic. Wieczór, linia dwieście osiem, siedem minut spóźnienia, jedenaście przystanków do pętli (dwa na żądanie). Ruszył z Palaczy, ale zapatrzył się na jakiś futrzany kołnierz na ulicy i docisnął za mocno pedał gazu. To był pierwszy błąd. Drugi – mimo zbyt wysokiej prędkości sto metrów dalej wszedł w zakręt. Autobus uderzył w samochody zaparkowane przy krawężniku. Trzeci i ostatni błąd – Piontek próbował gwałtownie hamować. Autobus zrzucił kajdany przyczepności i pomknął swobodnie przed siebie.

Piontka do przytomności przywołały jęki podnoszących się pasażerów i lament alarmów samochodowych. Jedno ciało nie podniosło się samo – Annę M. (38 l.) wyniesiono z pojazdu czterdzieści minut później. Została po niej plama na kasowniku. Piontek zniknął, gdy tylko się ocknął.

 

*

 

Jak przyjemnie się czuł, licząc pieniądze, które znalazł w kieszeni, i planując najbliższe kilka ruchów! Odchodził, zostawiając za sobą żonę, długi, a nawet jedną ofiarę śmiertelną – całe życie, które ciążyło mu jak mokre ubranie.

Na teren ogródków działkowych wszedł małą furtką od tyłu. Znalazł domek o słabym zamku i zaniedbanym ogrodzie, osłonięty od głównych alejek i innych altanek. W ciągu kilku dni poznosił ubrania oraz koce i zrobił z nich w kącie legowisko. Potem ukradł skądś prymitywną kozę i zaczął sobie w niej palić suchymi patykami – miał ich pod dostatkiem. Palił nocami i tylko suche – żeby nie było widać dymu. Ogród trochę uporządkował. Topił śnieg w beczce, żeby mieć wodę. Nauczył się dziennych i nocnych zwyczajów różnych zwierzątek, żeby nie było mu nudno. Poza tym spędzał dni na czytaniu starych gazet i przestawianiu figurek na szachownicy. Bierki – jak ten więzień u Zweiga – ugniótł z papieru i chleba. Pola szachownicy wydrapał na desce, znacząc czarne kwadraty krzyżykami. Z początku żył nie najgorzej, jak jeden z tych zapaleńców, którzy wyjeżdżają do lasu ćwiczyć się w sztuce przetrwania na wypadek kolejnej wojny światowej. Ale z czasem zaczął oddalać się od tego surowego, choć prawdziwego świata. Przestał wychodzić na spotkanie zwierzętom, zarzucił prace w ogrodzie, coraz rzadziej wychodził po jedzenie. Grzał się pod kocami, słuchał krakania wron i stukotu kropel deszczu. Jak szczeniakowi niesionemu na rękach, było mu wszystko jedno, dokąd zmierza. Jedna tylko myśl nie dawała mu spokoju – ta, od której wszystko to się zaczęło. Nie chciał odejść nie zadawszy mata Laufrowi. To jedno pragnienie utrzymywało go przy życiu silniej niż koce i ogryzki. Tyle że coraz gorzej pamiętał tamte ruchy…

 

*

 

Krzyś wydoroślał, a nawet zdążył się zestarzeć. Był od lat samodzielny, ale wciąż odczuwał pustkę po starszym bracie – smutek stąpał za nim krok w krok, jak cień jego cienia. Niczym relikwię pielęgnował wspomnienie o zgiełku tamtej nocy. Pamięć wilgoci na ustach, oddechu grzęznącego w chustce wciąż była w nim gorąca – wystarczająco gorąca, by mógł stawić czoła chłodowi stalowego nieba i stalowej furtki. Chwycił ją wreszcie po chwili wahania i przekroczył bramę do przeszłości.

Liście opadły z drzew, nic nie przeszkadzało jego spojrzeniom wędrować między łysymi pniami. Jeśli mimo to nie mógł wyraźnie dostrzec drugiej strony parku, to chyba przez to, że z wiekiem pogorszył mu się wzrok. Mijał powyginane krzaki, sięgały mu do ramienia. Plac się skurczył. Mógłby teraz chwycić odłamek tynku z fontanny i swobodnie dorzucić do drzew na skraju parku – odłamek uderzyłby w pień i rozsypał się na wszystkie strony jak mała bomba. Zachodził w głowę, jak wszyscy się tu wtedy pomieścili: dwóch dryblasów, pies, chłopak któremu ukradli składak. Fontanna rozpadła się jak dopalone polano. Nieczynne latarnie sterczały w ranie nieba, z której uszła już krew. Podszedł do kępy drzew po drugiej stronie parku obejrzeć miejsce, z którego na nich wtedy wypadli. Kryjówka białych nie różniła się niczym od ich własnej – takie same krzaki przypominające pochylonych chłopców, a za nimi szpaler gołych drzew poznaczonych kulami gniazd. I tyle. Nic się nie działo. Nie mógł odszukać wroga. Wróg był gdzieś indziej, z dala od tej żałosnej pustki.

 

3

 

Jan Laufer obudził się o czwartej nad ranem jakby ktoś go włączył pilotem. Spojrzał w okno na dziesiątym piętrze – ptaki budziły się i wylatywały zza rynien i z balkonów, gasły światła latarń, niebo robiło się szare jak przemoczona szmata. Napił się kawy zbożowej z kubka, zapalił lampkę przy stoliku i dokończył rozwiązywać zadanie szachowe. O tej porze czas jeszcze przysypia i nie można go poganiać. Laufer otworzył tomik opowiadań Tomasza Manna na oznaczonej stronie i czytał dalej.

Gdy zegar wybił godzinę szóstą, odłożył książkę. Wyszedł do kuchni sprawdzić, czy wszystkie palniki są wyłączone, narzucił kapotę i opuścił mieszkanie, zamykając drzwi na klucz. Pierwsze dzienne autobusy, niczym jaskółki świtu, podjeżdżały na przystanek. Wsiadł do czterysta siódemki. Na tej linii kursowały stare, kanciaste pojazdy, przygniecione do ziemi ciężarem lat. Zdążyły nasiąknąć zapachem biedniejszej połowy miasta i wszystkie cuchnęły jak odzież Laufra: Laufer i czterysta siódemka pasowali do siebie jak koń i rycerz. Kiedy autobus jechał, dziad nie patrzył w okno, a przed siebie, na puste siedzenie. Dwadzieścia minut później wysiadł w centrum. Mijał uczniów zmierzających do szkół i samochody przeciskające się wąskimi ulicami do większych dróg, do żył i tętnic miasta. Tak jak każdego dnia, wpierw skierował kroki do małego parku, w którym w dawnych czasach zbierali się miłośnicy szachów. Przysiadł na ławce i pozwolił sobie powspominać…

Zaraz po wojnie była tu duża polana – obszar nieużytków w środku miasta. Ktoś zgodził się, by towarzystwo szachowe wybudowało na nim kilka budek. Tak stworzono pozory zagospodarowania terenu. W domkach zainstalowano uzyskane z przydziału od samego Ministerstwa stoliki, zegary i plansze do oznaczania ruchów. Na ich opiekuna mianowany został Jan Laufer – gorliwy gracz i równie gorliwy działacz. Pod jego przewodnictwem Towarzystwo rozwijało się, przyciągając kolejnych sympatyków. W dni wolne od pracy w budkach gromadziły się tłumy. Po zawodach rozpadały się małżeństwa i rodziły dzieci. Tu było życie! Po jakimś czasie został zmuszony wyjechać za wschodnią granicę, zatrudniono go w jakimś zakładzie jako specjalistę od eksportu. Towarzystwo Szachowe pożegnało Laufra serdecznie i z honorami: wręczono mu kwiaty oraz podróżną szachowniczkę z dedykacją.

Wyjechał na wschód – wrócił po dwudziestu jeden latach z zachodu z walizką pełną zagranicznych pieniędzy. Pierwsze kroki w kraju skierował na polanę, by odebrać klucze do budek szachistów. Szedł jak po swoje. Miał nowe plany względem Towarzystwa, gotów był podarować mu fanty za zagraniczne pieniądze. Lecz pod jego nieobecność Towarzystwo rozwiązano; rozwiązano właściwie całe państwo, a w jego miejscu utworzono inne, które oddało teren pod budowę osiedla. Pomiędzy nowymi budynkami ostał się skrawek dawnej polany. Nazwano go szumnie „parkiem”, ale z ich „parkiem” nie miał nic wspólnego. Nie było śladu po budkach szachowych. Alejkami przechadzali się młodzi rodzice z wózkami.

Tak Laufer został sam jak potwór Frankensteina, oszukany przez doktora, który umarł, pozostawiając go z niemożliwą do zaspokojenia namiętnością. W pierwszej kolejności zaprzepaścił gdzieś przywieziony majątek. Potem zaczął wyruszać w miasto – co innego miał robić. Ale miasto raniło go ostrymi krawędziami, sieciami przewodów, torów i trakcji. Musiał na nowo nauczyć się, jak tu przeżyć. Opanował więc sztukę żerowania. Tak to właśnie było, tak znalazł się znów na ławeczce…

Gdy zegary w mieście wybiły drugą, Laufer podniósł się i wyruszył do baru mlecznego na rogu głównych ulic. Podwieszone pod sufitem lampy oświetlały obicia z łatwego do czyszczenia skaju. Z donic wypełnionych drobnymi kamykami wystawały smętne liście roślin niewymagających troski i pamięci. Przysiadł przy małym stoliku, wyczekując odpowiedniej ofiary. Wkrótce przy stoliku nieopodal usiadła para nastolatków. Dokazywali, przekomarzali się, mieli się – jak to się mówi – ku sobie. Wiedział Laufer co z tym zrobić… Żaden chłopak nie odmówi przed dziewczyną. Dziad wygrał w czterech ruchach i oddalił się z kubkiem wycyganionej kawy.

Prawdziwa gratka trafiła mu się jednak po południu. Zasiadł na skwerku między wronami i kawkami, by zabić wśród nich czas do wieczora. Jego spokój zakłóciły głosy dwóch jegomościów rozmawiających po rosyjsku. Panowie starszej daty, którzy przybyli zza wschodniej granicy z krótką wizytą w interesach. Załatwili już pomyślnie swoje sprawy i zostali z odrobiną czasu do zbałamucenia. Nie mieli przy tym uprzedzeń do przypadkowych kontaktów na ulicy. Ba! – Laufer zacierał już ręce – okazali się chętni drobnym formom hazardu. Rozłożyli szachownicę na walizce. Jeden z nich nabił fajkę i zapalił. Pogrążyli się w grze i w tytoniowym obłoku. Na tym zleciało im kilka godzin, podczas których Laufer zdołał wygrać trzy gry, oddając dwie – jedną naumyślnie, aby przywiązać do siebie przeciwników, a drugą przez błędy, które bez szczególnego polotu, ale konsekwentnie wykorzystał jeden z nich. Potem zgodnie postanowili przeznaczyć część z wędrujących pomiędzy nimi pieniędzy na zabawę. Przybysze poprosili do restauracji, Laufer postawił kilka kolejek, ale uwzględniwszy wyżerkę, za którą zapłacili tamci, wyszedł na tym dobrze. Pożegnali się wylewnie, po wschodniemu, nie omieszkując obiecać sobie kolejnych spotkań, choćby i za dziesięć lat.

O siódmej wieczorem Laufer wyruszył w drogę powrotną na swoje osiedle z wielkiej płyty, do gniazda na dziesiątym piętrze. Zatrzymał się koło kiosku przy przystanku, by przejrzeć gazety w witrynie. Przeliczył pieniądze. Zawsze kupował lokalny kurier, który przez jakieś niedopatrzenie wciąż zamieszczał zadania szachowe, a dziś zebrał wystarczająco drobnych, aby kupić jeszcze tabloid. Zastanawiał się, który z popularnych tytułów wybrać, porównywał piersi dziewczyn z ostatnich stron. Podjął w końcu decyzję i podszedł do okienka. Kioskarz przeglądał spokojnie brukowiec i ani myślał go obsłużyć. Wzrok Laufra spłynął niespiesznie z notki o korupcji w samorządzie na wzmiankę o bezdomnej ofierze mrozów. Mężczyznę znaleziono ostatniej nocy w altance działkowej. Notka nosiła tytuł: „Śmierć szachisty?”, gdyż według dziennikarza mężczyzna zamarzł, rozmyślając nad kolejnym ruchem w jakiejś tajemniczej rozgrywce. Na stoliku obok jego legowiska odkryto własnoręcznie wykonaną szachownicę z pionkami. „Czy zamarzł geniusz?” – pytała gazeta. Obok wydrukowano schemat przedstawiający układ bierek na znalezionej szachownicy, a nad nią hasło: „Jaki miał być następny ruch?”. Laufer przekrzywił głowę, aby wyłapać kluczowe słowa w tekście, po czym spojrzał jeszcze raz na schematyczną szachownicę.

Skoczek na d2 — mruknął. — Jeśli przeciwnik nie przejrzy gry, mat w dwóch ruchach.

Kioskarz spojrzał na Laufra ze zdziwieniem. Dziad poprosił o lokalny kurier i brukowiec z dziewczyną o obfitszych kształtach, po czym odszedł na przystanek, nie poświęcając już żadnej myśli śmierci szachisty. Zapalały się latarnie. Autobusy, mechaniczne jaskółki wieczoru, zjeżdżały w bezpieczne przystanie zajezdni.


Stanisław Butowski (ur. 1990) – autor bez większego dorobku, acz z ambicjami. Publikował w pierwszym numerze "Wizji".

 

Więcej tekstów w kategorii „Proza”:

WIESŁAW MYŚLIWSKI

MACIEJ BEDNARSKI

WALDEMAR BAWOŁEK