To mieszkanie jest niekończącą się siecią korytarzy, szpalerem łóżek piętrowych, progiem labiryntu, jedno pytanie ukryte za zasłoną drugiego, w każdym pokoju oddech gorącego jądra i otorbione fragmenty czegoś bardziej zwyczajnego, jak trzcina na wodzie.

Kiedy patrzę na niego, jest człowiekiem z kości, mięsa i skóry, ma atrakcyjną szczękę i ręce silniejsze od moich, węźlaste palce. Siedzi zgarbiony na jednym z łóżek, w zielonej koszuli w kratę. Na drugim łóżku śpi zwykle matka, ale teraz wstała i poszła w głąb domu. Matka wie, że nam, psychiatrom, nie podoba się, że śpi z synem w jednym pomieszczeniu. 

Ostrzegano mnie, żeby nie kłaść historii choroby na stole, bo jest zwykle tłusty i wszystko jest potem brudne. Trzymam na kolanach plastikową teczkę w kolorze żywym i ostro odgraniczonym od tła. Siedzę na samym brzegu krzesła, z obawy, że do moich pośladków przyklei się coś niechcianego i lepkiego, że coś wedrze się we mnie od tyłu, bez mojej zgody.

Siedzimy, on i ja, oddychamy jednym powietrzem z otwartego balkonu, zza brudnej firanki i brudnej szyby.

– Myślałem, żeby wyjechać do Japonii na kurs medytacji  – mówi.

Kiedy jest się w tym mieszkaniu, wydaje się to dość prawdopodobne. Kto wie, czy jeden z korytarzy nie kończy się właśnie w Tokio, i żeby się tam przenieść, wystarczy potrzymać w dłoni figurkę z anime. Można wtedy poczuć to coś, po co jedzie się do Japonii, a czego wcale tam nie ma. To coś wznieca się od tarcia pomiędzy jedną fantazją a drugą, pod odpowiednim kątem, jak krzesiwo. Znam to. Dotknęłam tego. Czy on też?

Być może rzeczywistość w swoich ciężkich, klocowatych formach rozczarowuje mnie – i jego tak samo. Różnica polega na tym, że on zdobył się na odwagę, by osunąć się w jej brak, a ja puszczam moje ciało w pozór, że na powierzchni tej wody jest lepiej niż pod nią, że nie chcę się utopić, że mi zależy.

Tonącą ręką chwytam za plik recept i wypisuję mu lek o ładnej nazwie przypominającej zaklęcie z Harry’ego Pottera, Uzdolniacz, Expecto Patronum. Gdy mu ją wręczam, koniuszki naszych palców muskają się. Gładka, pergaminowa skóra jego opuszek przypomina mi dłonie mojego dziadka i naleśniki jedzone w Azerbejdżanie, w Baku, cienkie, prześwitujące, nadziane szałwią, koperkiem i szpinakiem. Już widzicie na czym to polega? Bierze się jedną rzecz z tej rzeczywistości i dokonuje się skoku przez stopnie skojarzeń, i tak jak on jest w Japonii, to ja jestem w Baku, wyobrażam sobie, że można nie chcieć się z tego wyleczyć.

– Udaje się panu wychodzić z domu?

– Byłem na kebabie, tam po drugiej stronie ulicy.

– Kiedy?

– Dwa tygodnie temu. Może trzy.

Oboje po cichu zgadzamy się, że Uzdolniacz nie doda mu tej magii czynu, której powinnam sobie dla niego życzyć, żeby wykluł się z rozpełzającej się mazi swojego domu. Ale może uczyni głosy z jego jądra mniej skrzekliwymi. A może nie chodzi wcale o to, tylko o ten gest mojego pisania mu życzeń mocy i możliwości, jak na kartce urodzinowej, którą pieczętuję z całą siłą woli, jakiej wymagało ode mnie ukończenie studiów medycznych.

Wtedy z korytarza wynurza się twarz wykręcona grymasem wady genetycznej i do pokoju wchodzi ktoś, kim nie mam prawa być przerażona z racji mojego fachu, i rzeczywiście nie jestem, ale bardziej dlatego, że zanurzyłam się po kolana w to miejsce, w słońce ściekające z parapetów na dywan z odciśniętą figurą żelazka przypominającą kościół, w ten mistycyzm jedności i wielości, do tego stopnia, że moją teczkę, w kolorze żywym i ostro odgraniczonym, kładę na oblepiony tłuszczem stół i patrzę, jak niebieski plastik powoli i czule obejmują spokojne palce brudu, zaokrąglając jego brzegi i łagodząc kontury. Z oddali dobiega odgłos radia, Program 1, Hejnał Mariacki, jak w domu mojej babci. Opieram się o krzesło, na chwilę straciwszy czujność, spokojne oczy mojego rozmówcy mówią, że robię dobrze, że nie ma się czego bać. Za mną korytarze oddychające dawnymi czasami, truskawkami z bitą śmietaną, które zawsze są lepsze wyobrażone niż rzeczywiste. Ofelia, którą czasem bywam, oddaje się jego oczom i kładzie  na wodzie wypełniającej labirynt tego domu, bezbrzeżnej, bezkresnej, żywej mrocznym życiem ech i głosów.

Ten pierwszy dotyk wody na szczycie potylicy otrzeźwia mnie, znów prostuję się, oddalam od oparcia, podnoszę teczkę.

– Potwarz, potwarz – mówi on, bez cienia złości. Uśmiecha się łagodnie.

Czy on jest dla mnie właśnie punktem odbicia w  fantazję, tak samo ciekawym i jednocześnie niemożliwym do zniesienia, jak wszystkie punkty odbicia – odbijając się w końcu nie bez powodu, z wdzięcznością zostawia się je za sobą? Może nie on mnie fascynuje, a samo bycie tu przy nim, w tym zawilgłym korytarzu, gdzie nasze myśli mogą toczyć się bez końca równoległymi ścieżkami, które nie krzyżują się, ale widzą siebie z oddali, gdynasze ciała, wzajem dla siebie tak pozbawione znaczenia, pozostają w słonecznym i zatłuszczonym pokoju? Nie wiem. Nie wiem też, czy istnieją inne, lepsze formy współbycia, jeśli ta okaże się wadliwa.

***

Coś, życie, przelewa się przez palce, jak w ruchu autentycznym, żywe doświadczenie przemijania – mój ruch, którego nie pamiętam i nie pamięta patrzący, układ ciała, stan umysłu, który odpływa w przeszłość, woda przelana przez palce zostawia wrażenie mokrych rąk – ale nic więcej, nie schwytasz jej w całości, nie uda ci się sprawić, żeby zastygła. Z drugiej strony – jak by to było dać sobie tę zgodę na zapominanie, pozwolić, by przeciekło, nie czuć ani rozpaczy, ani złości ani smutku za tym, co minęło – i minęło niezauważone, niedostrzeżone, niewyróżnione z tła – ruch, człowiek, zdarzenie, rozmowa.

***

Kiedy przychodzę do niego po raz drugi, jestem bardzo słaba i najchętniej zostałabym w domu. To jeden z tych dni, w których zimna mgła wślizguje się pod ubranie i stawia na karku gęsią skórkę. Nawet jeśli człowiek bardzo starałby się być czymś więcej niż ciałem, to nie jest w stanie zrobić kroku poza swoją obolałą skórę. Słońce tego dnia zachowuje dystans, który wydobywa z naszych twarzy inne cienie. On jest nie do poznania, trójwymiarowy.

– Może herbaty? – pyta.

– Poproszę – odpowiadam, opierając się o krzesło, tym razem bez większego namysłu. 

On wychodzi poszukać matki i poprosić ją o przygotowanie napoju. Jest w tym zachowaniu coś książęcego, szukanie służby i powrót do gościa, by go zabawiać. A może zwykła bezradność. Po chwili odczłonkowany fragment jego osoby, który można by nazwać „dobrymi manierami”, znowu znika pod powierzchnią i cały on zapada się w sobie z twarzą pozbawioną wyrazu, wlepioną w okno. 

Ciepło powoli wgniata mi kolce gęsiej skórki w głąb ciała. Nie czuję niepokoju. Jest mi dobrze. Myślę tylko o tym, że mówili, żeby nic tu nie jeść i nie pić, bo wszystko może być nieświeże i brudne. Spodziewam się, że herbata będzie w zatłuszczonej szklance i zastanawiam się, co miałam w głowie, kiedy o nią prosiłam.

Kiedy jednak napój pojawia się na stole, wydaje się przybywać z innego świata, z którym być może mają połączenie te części mieszkania, gdzie nie miałam okazji być. Lśniąca filiżanka z cienkiej porcelany stoi na tacy, na której jest też czajniczek z wrzątkiem, cukier, torebka herbaty w żółtej papierowej osłonce i cytryna na małym talerzyku.

Wszystko może być zatrute, mówili.

A ja tym razem nie jestem Ofelią, tylko Alicją, o krok od podjęcia wyzwania. Czy po pierwszym łyku zmniejszę się do rozmiarów paznokcia i  niepostrzeżenie wślizgnę się w labirynt korytarzy? Czy powiększę się do rozmiarów słonia, pozwalając ścianom tego mieszkania nadać mi kształt, jak plastelinie?

On tylko uśmiecha się łagodnie do swoich myśli, w stanie pół-medytacyjnym, a ja czekam, aż herbata naciągnie, on naraz daleki i bliski, daleki i bliski, inny – ale innością swoją czy splecioną z moich projekcji?

Wypisuję po cichu receptę, nalewam sobie herbaty i słodzę o jedną kostkę więcej niż na co dzień. Pijąc, maleję do rozmiarów pięcioletniej dziewczynki. Być może głosy mówią mu, że to, co wypisuję mu na recepcie, też jest zatrute, więc teraz jesteśmy kwita – zgoda na zainfekowanie obcym, rozszczelnienie tych wejść, w których przy niewielkiej nieuwadze, tak jak dziś, moglibyśmy się stać podobni do siebie, każde z nas kruche i potrzebujące zasklepienia, które pochodzi z zewnątrz. Bardzo bym nie chciała, żeby ktoś dowiedział się, że właśnie taka jestem, on równie mocno nie chciałby przyznać, że głosy czasem nie dają mu spać. Ale granica między przyjęciem a nieprzyjęciem jest cienka i we mgle tego zimnego dnia niemal niewidoczna – widać tylko, że staramy się wzajemnie karmić nie dotykając siebie. I mogłabym skłamać, że ja piję tę herbatę tylko po to, żeby on zjadł moje tabletki, ale przecież chodzi też o mnie. A może i tylko o mnie, bo nie wiem i nigdy się nie dowiem, jak to jest być nim. Przyjmować wizytę domową, patrzeć, jak jego lekarka pije herbatę i posiadać w dłoni obcy kawałek papieru wymienny na obcą substancję. Zjadać ją i pozwalać, żeby odmieniała pracę mózgu, słuchać pytań o urojenia i omamy, w każdej odpowiedzi wyrażając zgodę na zamknięcie swoich doświadczeń w szufladach cudzych pojęć. Jeśli chodzi o mnie, to te pojęcia, przyjęte w ramach procesu nauczania, też są nabyte. Jak okulary, i tak jak okulary – obce.

***

Przenikamy się, a cząstki nas, które poprzestawiały się, żeby zrobić miejsce dla siebie nawzajem, już nie wracają na swoje miejsca. Tożsamość nie jest kamieniem, ale rojem much, kluczem gęsi, jest powiązana nicią zależności, ale rozdzielna i wielostronna. Może jest nawet czymś więcej niż rojem stworzeń jednego gatunku, raczej wysypiskiem różnego rodzaju przedmiotów. Tym, co wydaje mi się atrakcyjne w gnijących owocach, na przykład w gruszce, jest dynamika, obecna w smaku i wyglądzie. Jakby jej cząstki bliżej punktu śmierci przyspieszały, wrzały, pękały, oddalały się i zbliżały, jednocześnie bardziej intensywne i bardziej kruche.

***

Nie mylisz drogi celowo, ale zapominasz ją, idąc, i kiedy obracasz się za siebie, nie wiesz, jak do tego doszło. To nie był skok, tylko droga zniknęła pod śniegiem.



Katarzyna Szaulińska (ur. 1987) – laureatka XIII Połowu Poetyckiego Biura Literackiego, nominowana do nagrody głównej w XXV OKP im. Jacka Bierezina. Publikowała wiersze, opowiadania i komiksy m.in. w „Małym Formacie”, „Kontencie”, „Fabulariach”, „Wakacie”, „Kulturze Liberalnej” oraz w 8. Arkuszu „Odry”. Autorka scenariusza komiksu o depresji Czarne fale i monodramu Córcia wystawianego w Teatrze WARSawy. Pochodzi z Kołobrzegu i mieszka w Warszawie, gdzie pracuje jako psychiatra i psychoterapeutka.

Iza Olesińska (ur. 1996) – studentka grafiki na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. W ilustracji najczęściej korzysta z ołówka i cienkopisu, które stara się łączyć z technikami cyfrowymi. Jej ulubiony kolor to szary.