ilustracja_wizje_1

Proza

TANIA MALARCZUK

Numer 2/2018
Zwierzęta
Ilustracja: Helena Wierzbowska
Tłumaczenie: Marcin Gaczkowski

Bies głodu

.

Boli mnie gardło. Nie mogę dużo mówić. Zresztą, tak naprawdę, nie ma o czym. Dużo myślę, ale jakoś nie mam własnego zdania. Nie umiem ocenić, co dzieje się ze mną i z ludźmi, których dobrze znam. Jedno wiem na pewno – jestem bardzo sentymentalna. Nie gniewajcie się, że tak dużo płaczę. To normalne. Mogę płakać nawet jeszcze więcej. Kiedy słyszę smutne historie, łzy same leją mi się z oczu. Mogę płakać cały dzień, a potem jeszcze noc. Sprawdziłam. Kiedy płaczę, czuję się szczęśliwa. Oczyszczona.

Najbardziej lubię słuchać historii o miłości. Sentymentalnych. Kiedy oboje bardzo się kochają, ale jakaś zewnętrzna siła uniemożliwia im bycie razem. Lubię też, jak ta dwójka zakochanych osobno żyje i osobno umiera, ale zawsze o sobie pamięta. Oboje mają innych mężów i żony, ale nigdy nie zapominają tej najpotężniejszej miłości swego życia. Albo, powiedzmy, on umiera na rękach obcej kobiety (może ona też go kocha?), a tamta stoi w oknie, a później na cmentarzu, ale nie ze wszystkimi, tylko na uboczu, jedynie po to, żeby ujrzeć go po raz ostatni – no proszę, już płaczę, ale to normalne, nie zwracajcie uwagi!

Bardziej poruszają mnie cudze historie miłosne niż własne. Bo ja nigdy nikogo tak mocno nie kochałam. Może kiedyś pokocham, nie wiem. Ale moje historie nie robią na mnie takiego wrażenia. To pewnie zależy od tego, jak się opowiada. Bo można opowiadać tak, że wszyscy dokoła będą płakać, a można i tak, że wszyscy będą się śmiać. Tę samą historię.

Moja babcia zawsze opowiadała mi historie tak, że płakałam. Ona też płakała. Obie płakałyśmy.

Miała prawdziwy talent do opowiadania. Pewnie specjalnie przeżyła na własnej skórze te wszystkie okropieństwa, żeby potem było co opowiadać. I doskonale pamiętała szczegóły. A ja właśnie przez te szczegóły płakałam. Babcia pytała:

Wiesz, co to kasza wierzbowa?

Nie wiem. Co to?

To wtedy, kiedy cię biją cienkimi gałązkami wierzby. Mnie bili tylko raz, ale zapamiętałam smak wierzbowej kaszy na całe życie.

I jaki ma smak?

Słony. I trochę gorzki. Bo wierzba sama z siebie ma gorzki smak, kiedy ją polizać.

Babcia miała zajmować się małym dzieckiem swojej macochy. Dziecko spadło z pieca na podłogę. Babcia uciekła do lasu, bo bała się, że macocha będzie bić. Macocha zawsze biła bardzo boleśnie. Babcia zostawiła leżące na podłodze dziecko, a sama uciekła. Myślała, że dziecko umarło od upadku. Ale nie. Nic mu się nie stało. Dzieci, podobnie jak pijani, są nadzwyczaj żywotne i trudne do uśmiercenia. Jak koty. Babcia siedziała do wieczora w lesie, niedaleko od ojcowskiej chaty. Zza krzaków widziała, co dzieje się w chacie. A macocha wiedziała, gdzie chowa się babcia. Gdy zaczęło robić się ciemno, macocha wyszła na podwórze i zawołała:

Chodź do domu! Nie będę cię bić! Chodź do domu! Późno już! Nic nie jadłaś cały dzień! Chodź, dziecko, dam ci pysznej wierzbowej kaszy! Nie bój się, chodź!

I babcia uwierzyła. Wyszła zza krzaków do macochy, bo bardzo była głodna. Babcia zawsze była głodna jako dziecko, później też, aż do starości, zawsze była głodna. Wyszła do macochy i powiedziała:

I gdzie ta kasza?

Chodź do chaty, kasza w chacie.

Babcia weszła do chaty, gdzie czekały już wierzbowe gałązki. Macocha chwyciła babcię za ręce i zaczęła bić ją po nogach, po plecach, po rękach, po tyłku. Po twarzy. Krzyczała:

Ach, ty małe ścierwo! Dziecko moje chciałaś zabić, tak? Specjalnie je z pieca strąciłaś?

Biła tak długo, aż tata babci wrócił z pracy. Odciągnął macochę od babci, ale ona i tak nie mogła ani się ruszać, ani mówić. Cała była we krwi. Potem tato bił macochę, ale nie wierzbowymi gałązkami, tylko pięścią.

Macocha bardzo nie lubiła babci. Karmiła ją barszczem z mydłem, a kiedyś nawet trucizną na szczury. A wszystko to prawda, nie kłamię, najczystsza prawda. Chociaż nie chce się wierzyć, że takie rzeczy naprawdę się zdarzają.

Kiedy babcia miała sześć lat, uciekła z domu i trafiła do internatu.

Kiedy miała siedem lat, uciekła z internatu, bo bała się umrzeć z głodu. W internacie poznała nowy przepis na zupę: woda i dwa ziarenka fasoli.

Kiedy miała osiem lat, mieszkała na bazarze w Nowogrodzie Wołyńskim i jadła pestki od śliwek.

Potem pasła cielęta w kołchozie, potem pasła krowy, potem doglądała całego gospodarstwa jakiegoś mężczyzny, który za rok pracy obiecał jej ciepłe ubranie na zimę. Potem za dwa lata służby babcia zarobiła młodą jałówkę. Wzięła jałówkę na postronek, pożegnała się z gospodarzami i poszła do miasta – Żytomierza. Jałówka zdechła po tygodniu. Babcia musiała ją dorżnąć. Wymieniła mięso jałówki na dwa kierzowe buty – oba na lewą nogę.

Teraz opowiadam to wszystko bardzo krótko, ale babcia potrzebowała dziesięciu lat, żeby opowiedzieć to wszystko mnie. Przez dziesięć lat opowiadała mi historie z najdrobniejszymi detalami i niuansami. Znam jej życie na pamięć. Może właśnie dlatego nie zwracam uwagi na swoje. Czasem wydaje mi się, że nie żyję sama dla siebie, tylko dla babci – żeby miała komu wszystko opowiedzieć, i żeby ten ktoś opowiedział wszystko innym. Babcia bardzo wobec mnie zawiniła. Odebrała mi chęć przeżywania własnych historii, nie dała mi możliwości, bym spróbowała zostać samodzielną osobowością, czy jak to się tam nazywa.

A najgorsze, że babcia nigdy nikogo nie kochała. Może dlatego, że przez całe życie była głodna. Ale naprawdę nikogo. Zupełnie. Ani mężczyzn, ani swoich dzieci, ani nawet mnie, chociaż zawsze grzecznie jej słuchałam. Nikogo. I siebie też. Myślę teraz, że już w dzieciństwie opętał ją bies głodu. Nie wiem, czy w ogóle jest coś takiego, ale tak myślę.

Jeżeli w domu nie było co jeść, babcię ogarniało szaleństwo. Mogła mnie nawet uderzyć. W jej oczach – okrutnych i nieobecnych – był obłęd. Przegryzłaby gardło za kawałek chleba. Skrupulatnie zmiatała okruszki ze stołu, a potem zmuszała mnie, żebym je zjadała. Gotowała zawsze bardzo dużo i bardzo tłusto. Tłuszcz pływał w garnku tak grubą warstwą, że aż nie mogłam patrzeć na zupę. Jej ulubioną potrawą był smalec. Trzymała go w komórce, w półlitrowych słoikach. Tych słoików było pełno. Na strychu. Pełno było też fasoli. O różnej przydatności do spożycia. Nieraz starszej ode mnie.

Strach przed głodem kierował życiem babci. Jeśli któregoś lata długo padały deszcze, babcia siedziała w ogródku i biadoliła: co teraz będzie z ziemniakami i fasolą, i burakami, i kukurydzą, o Boże, co teraz będzie?! Wszyscy umrzemy z głodu!

Pewnego razu – pamiętam to doskonale – bies głodu opętał mnie.

Nigdy jakoś szczególnie nie zachwycałam się jedzeniem. Jadłam, co było do zjedzenia, czasem mogłam jeść mało, czasem dużo, ale bez szczególnego entuzjazmu. Aż nagle coś się stało. Spałam bardzo długo, do południa, miałam bardzo niespokojne sny, z takich snów trudno się otrząsnąć. A kiedy się obudziłam, nie mogłam wstać z łóżka i dojść do letniej kuchni, gdzie babcia gotowała barszcz. Bardzo smaczny barszcz. Nawet teraz czuję tamten zapach gorącego barszczu. Ale jeść nie mogłam. Byłam tak niesamowicie głodna, że nie mogłam jeść. W brzuchu rozwarła mi się ogromna bolesna jama, przepaść, w którą się zapadałam. Mój brzuch stał się mną, a właściwie to ja stałam się brzuchem. Byłam tak głodna, że mogłam zjeść obrus ze stołu obok łóżka, sznurówki z butów. Nigdy wcześniej, ani nigdy później nic podobnego mi się nie przytrafiło. Szłam do letniej kuchni jak żywy trup, trzymając się poręczy. Z babcią się nie przywitałam. Po prostu usiadłam przy stole – a ona wszystkiego się domyśliła. Od razu podała mi miskę barszczu i patrzyła, jak żrę. Bo nie jadłam, tylko żarłam. Babcia patrzyła na mnie radośnie. Jakbym stała się taka jak ona, jakbym stała się jej prawowitą następczynią. Jej dzieckiem z biesem głodu. Nawet nie musiała mi przypominać, żebym zmiotła ze stołu okruszki od chleba – sama to zrobiłam. I wepchnęłam okruszki do buzi.

Niczego poza tym babcia się nie bała. Niczego w ogóle. Nie wiedziała, co to sentyment. Tylko kiedy opowiadała, jaka była głodna, mogła się rozpłakać, ale nie dlatego, że było jej siebie żal, a dlatego, że była w mocy biesa głodu. Pewnie dlatego jestem taka sentymentalna. Za nas obie.

Kiedy umarł dziadek, babcia położyła mnie spać do jego łóżka. I zawsze, kiedy później u niej mieszkałam, spałam w jego łóżku. W tym łóżku, w którym umarł dziadek. Ale babcia nie martwiła się tym. Czasem mówiłam, że źle mi się śpi w tym łóżku, że śnią mi się tam koszmary, że się boję, ale te słowa tylko denerwowały babcię. Więc dalej śniłam posłusznie moje nocne koszmary.

Dopiero, kiedy miałam dwanaście lat, uświadomiłam sobie, że muszę uciekać od babci: jak najdalej i jak najszybciej.

Łuskałyśmy razem fasolę w ogródku. Był ciepły sierpniowy dzień. Babcia opowiadała mi jakąś kolejną historię, a ja łuskałam fasolę, składałam ją na duże sterty i znosiłam w worku na podwórze. Nie wiem, jak do tego doszło, że babcia się przyznała. Nie pamiętam. Może powiedziałam coś o życiu pośmiertnym, o raju i o piekle, o duszy, bo wtedy lubiłam o tym mówić.

A babcia nagle:

Nie wierzę w duszę! W nic nie wierzę. Człowiek umiera, a jego kości gniją. I to wszystko. Kropka. Koniec. Dalej nie ma nic.

Babuniu – powiedziałam – ale to bardzo straszne tak myśleć. Nie boisz się, że umrzesz, a twoje kości zgniją, i że dalej nie ma nic?

A czego tu się bać? Tak ma być.

Ale w takim razie po co w ogóle żyć, skoro potem nie ma nic?

Jak to nic?! Przecież ty jesteś! Będziesz pamiętać moje życie, wszystko ci opowiedziałam. To właśnie nieśmiertelność.

I wtedy dotarło do mnie, że trzeba uciekać. Rzuciłam łuskanie fasoli i pobiegłam. Uciekałam od babci i jej życia do swojego. Bo nie chcę być jej nieśmiertelnością! Chcę mieć własną! To nieuczciwe! Ja też mam prawo do własnego życia i własnej nieśmiertelności! Nie chcę być ofiarą jej niewiary! Myślałam tak, kiedy uciekałam.

Teraz mam trzydzieści lat. Babcia umarła dawno temu. Nie przyjechałam nawet na jej pogrzeb. Ale i tak nie zdołałam się uratować. Pewnie uciekłam za późno. Nie mam własnych historii – tylko jej. I opowiadam innym ludziom jej historie. Mimowolnie. Chcąc nie chcąc. Tkwi we mnie takie coś, co stale podjudza, bym opowiadała dalej. A kiedy opowiadam, że czuję się bardzo szczęśliwa, to płaczę. I jestem szczęśliwa. Bardzo więc was proszę, posłuchajcie mnie jeszcze! Jeszcze troszeczkę! Nie idźcie sobie! Jeszcze chwilkę posłuchajcie! W czasie wojny babcia pracowała w kuchni szpitala wojskowego i pewnego razu zasnęła w kotle, kiedy go myła…

[Przekład na podstawie wydania: T. Malarczuk, Howoryty, [w:] eadem, Bożestwenna komedija, Charkiw 2009, s. 434–441]


Tania Malarczuk – ukraińska pisarka i publicystka. Autorka książek prozatorskich: Endspiel Adolfo, abo Trojanda dla Lizy (2004), Zhory wnyz. Knyha strahiw (2006), Jak ja stała swiatoju (2006), Howoryty (2007), Zwirosłow (2009), Biohrafija wypadkowoho czuda (2012), Zabuttia (2016, najlepsza ukraińska książka roku według BBC).  W 2018 wydała Mox nox – książkę o życiu na zgliszczach ludzkiej cywilizacji przeznaczoną dla dzieci i młodzieży. Następczyni fenomenu stanisławowskiego. Jej utwory były tłumaczone na kilka języków – w tym angielski, niemiecki, rosyjski, czeski i polski. W 2018 zdobyła pierwszą nagrodę w literackim konkursie im. Ingeborg Bachmann za krótki utwór niemieckojęzyczny. Urodziła się w Iwano-Frankowsku, obecnie mieszka w pięknym mieście nad Dunajem.

Marcin Gaczkowski – literaturoznawca, redaktor, nauczyciel akademicki, próbuje interpretować Ukrainę – w ogóle i w szczególe, realną i wyśnioną, na miejscu i na telefon. Tłumaczy z ukraińskiego i rosyjskiego. Mieszka przeważnie w pewnym mieście nad Odrą.

 

Więcej tekstów w kategorii „Proza”:

JAKUB WIŚNIEWSKI

ALEXEJ SEVRUK

ŁUKASZ DROBNIK