Z tomu Naśladowca głosów

Hamsun

W pobliżu Oslo poznaliśmy około sześćdziesięcioletniego mężczyznę, który opowiedział nam jeszcze więcej o owym domu starców, niż wiedzieliśmy już o nim z zapisków Hamsuna dotyczących ostatniego roku jego życia, ponieważ mężczyzna był w tym domu starców zatrudniony dokładnie wtedy, gdy mieszkał tam także największy pisarz norweski. Człowiek ów od dłuższego czasu zwracał naszą uwagę swoim milczeniem w tamten piątkowy wieczór w głośnym z natury rzeczy zajeździe w pobliżu Oslo, w którym nocowaliśmy przez kilka dni. Kiedyśmy usiedli przy jego stole i się przedstawili, dowiedzieliśmy się, że mężczyzna pierwotnie był studentem filozofii i z racji swoich studiów przebywał między innymi cztery lata w Getyndze. Najpierw wzięliśmy go za norweskiego kapitana statku i podeszliśmy do jego stolika, aby dowiedzieć się czegoś więcej o żegludze morskiej, a nie o filozofii, od której przecież uciekliśmy z Europy Środkowej do Norwegii. Mężczyzna dał nam jednak spokój z filozofią i powiedział, że istotnie w wieku dwudziestu siedmiu lat porzucił ją z dnia na dzień i oddał się do dyspozycji domu starców. Dodał, że nie żałuje swojej decyzji. Jego pierwszym zadaniem było pomóc pewnemu starszemu panu wstać z łóżka, prześcielić je i ponownie go w nim ułożyć. Tym starszym panem był Hamsun. Przez wiele miesięcy woził go potem codziennie do ogrodu znajdującego się za domem starców i kupował mu we wsi owe ołówki, którymi Hamsun napisał swoją ostatnią książkę. To on pierwszy ujrzał zmarłego Hamsuna. Wtedy oczywiście nie wiedział jeszcze, kim był Hamsun, którego martwą twarz przykrył prześcieradłem.

Z miłosierdzia

Pewna sąsiadująca z nami starsza pani posunęła się zbyt daleko w swoim miłosierdziu. Wzięła do siebie, biednego, jak sądziła, Turka, który początkowo był zresztą wdzięczny za to, że nie musi już wegetować w przeznaczonym do rozbiórki baraku dla robotników budowlanych, lecz dzięki miłosierdziu starszej pani może teraz mieszkać w jej miejskim domu znajdującym się w dużym ogrodzie. Przydawał się starszej pani jako ogrodnik i był przez nią nie tylko stopniowo od nowa ubierany, ale także prawdziwie rozpieszczany. Pewnego dnia Turek pojawił się na komisariacie policji i zeznał, że zamordował starszą panią, która z miłosierdzia wzięła go do swojego domu. Udusił ją, jak stwierdziła komisja sądowa podczas natychmiast zainicjowanej wizji lokalnej. Kiedy komisja spytała Turka, dlaczego zabił, czyli udusił starszą panią, odpowiedział: Z miłosierdzia.

Odkrycie

Poniżej masywu Ortler pewien turyński przemysłowiec polecił sławnemu na cały świat architektowi zbudować hotel dla swojego dwudziestodwuletniego syna, który to hotel, w chwili ukończenia budowy ogłoszony najnowocześniejszym i najdroższym hotelem nie tylko w całych Włoszech, miał dwanaście pięter i rzeczywiście już po półtora roku był gotów. W tej do tej pory absolutnie niedostępnej okolicy, jednej z najbardziej dziewiczych w całych Alpach, która przemysłowcowi z Turynu po raz pierwszy wpadła w oko podczas wędrówki górskiej przedsięwziętej z przyjaciółmi z Anglii i natychmiast wydała mu się odpowiednia, by zbudować tutaj taki hotel, trzeba było, zanim jeszcze rozpoczęto prace budowlane, poprowadzić drogę długości dziewiętnastu kilometrów. Na budowie znalazło pracę około tysiąca robotników. Dzień przed otwarciem hotelu syn ambitnego turyńczyka poniósł śmierć na torze wyścigowym w Monzy. W związku z tym uroczystość otwarcia się nie odbyła. Nieszczęśliwy ojciec jeszcze w dzień pogrzebu syna postanowił, że ani razu nie przekroczy progu ukończonego właśnie hotelu i pozwoli, żeby popadł on w całkowitą ruinę. Zapłacił wszystkim zatrudnionym już ludziom niezbędnym do jego prowadzenia, zwolnił ich, zamknął drogę dojazdową i zabronił wstępu do całej doliny, na której końcu stoi hotel. W czasie wycieczki na masyw Ortler natknęliśmy się nagle, podchodząc od strony Gomagoi, na ów hotel, który w tym czasie, trzy lata po wybudowaniu, robił już okropne wrażenie. Kilkuletnie niepogody dawno już zniszczyły okna i zerwały w dużej mierze dachy, a z nadal kompletnie urządzonej kuchni wyrosły tymczasem wysokie drzewa, prawdopodobnie sosny.

Fałszywy śpiew

W belgijskim mieście Brugia ścięto podobno przed dwustu laty dziewięcioletniego chórzystę, który podczas mszy odprawianej w brugijskiej katedrze przed całym królewskim dworem zaśpiewał fałszywie jedną nutę. Wskutek tej fałszywie zaśpiewanej przez małego chórzystę  nuty królowa zemdlała i do śmierci nie obudziła się z omdlenia. Król złożył podobno ślubowanie, że jeśli królowa nie dojdzie do siebie, każe ściąć głowę nie tylko temu jednemu winnemu chłopcu z brugijskiego chóru, lecz również wszystkim pozostałym chórzystom brugijskim, a także organiście katedralnemu, co też uczynił, gdy królowa nie obudziła się z omdlenia i umarła. Przez wiele wieków nie słyszało się żadnych muzycznych mszy w Brugii.  

Silos

Pod koniec wojny niemieccy żołnierze koczowali w opuszczonym cementowym silosie pod Steinbach nieopodal szczytu Ziehberg. Zanim przyszli Amerykanie, wyszli z silosu i zamurowali go od zewnątrz. Gdy w tych dniach właściciel silosu ciężkim tak zwanym młotem kamieniarskim otworzył prowadzącą do niego bramę, całkowicie zardzewiałą z biegiem czasu, ponieważ miał zamiar rozebrać opuszczony od tak dawna silos i zbudować na tej działce zakład trzody chlewnej, dokonał przerażającego odkrycia. W silosie, tuż za bramą, leżały dwa całkiem zgniłe ludzkie ciała, ubrane jeszcze w niemieckie spodnie od munduru i tak zwane koszule Wehrmachtu. Rolnik stwierdził, że to najprawdopodobniej towarzysze owych niemieckich żołnierzy, którzy pod koniec wojny koczowali w silosie, a potem nagle zniknęli. Władze natychmiast podjęły wysiłki, żeby powiadomić krewnych obydwu zmarłych w silosie. Jeszcze po trzydziestu dwu latach papiery znalezionych mężczyzn zachowały się w tak dobrym stanie, że nie było najmniejszych trudności z ich odczytaniem. Jeden mężczyzna był porucznikiem, drugi starszym szeregowcem. Obaj pochodzili z Nackenheimu nad Renem. Powstaje pytanie, czy teraz nie należałoby odnaleźć ich może jeszcze żyjących towarzyszy, czy też nie. Ludzi zaprząta myśl, czy zostawili oni tych dwóch umyślnie czy nieumyślnie w zaryglowanym na cztery spusty silosie. W każdym razie mówią, że morderstwo nie jest wykluczone.  

Pogodzony

Na uniwersytecie w Coimbrze, najstarszym uniwersytecie Portugalii, przez który zostałem zaproszony do wygłoszenia wykładu, pewien profesor historii prawa, z którym po moim wykładzie byłem w małej winiarni na kolacji, powiedział mi, że w dniu tak zwanej Pierwszej Rewolucji wszyscy koledzy z jego wydziału zostali powieszeni w tak zwanym gabinecie historii naturalnej, ponieważ nie chcieli solidaryzować się z ówczesnymi rewolucjonistami. Dwa lata później, w dniu tak zwanej Drugiej Rewolucji, w tym samym gabinecie historii naturalnej powieszono tych, którzy dwa lata wcześniej powiesili swoich kolegów. Na moje pytanie, dlaczego wobec tego on sam jeszcze dzisiaj żyje, odpowiedział, że wszystko to, co mi właśnie powiedział i co rzeczywiście jest zgodne z prawdą, przewidział w pewnym śnie. Wiedział, że ten sen, który miał już na rok przed faktycznymi wydarzeniami, stanie się rzeczywistością, przyjął więc przewidziane na cztery lata zaproszenie na Uniwersytet Oksfordzki w Anglii, o które wystarał mu się nauczający tam od wielu lat przyjaciel. Oczywiście czuje przygnębienie z tego powodu, że sam jeszcze dzisiaj żyje i znowu naucza na uniwersytecie w Coimbrze, ale już dawno pogodził się z tym nieustającym przygnębieniem.

 

Z tomu Zdarzenia

DWOJE MŁODYCH LUDZI ucieka do wieży, która niegdyś służyła obronie miasta, wspinają się bez słowa, nie chcą się zdradzić, zakłócając milczenie. W bezmyślnym pośpiechu realizują swój zamiar. W połowie drogi ich oczom ukazuje się niespodzianie fragment bezkresnego krajobrazu wokół wieży. Chłód murów sprawia, iż posuwają się do góry jak w bryle lodu: z otwartymi ustami, z wyciągniętymi w przód rękoma, jakby sądzili, że przez te na poły prawdziwe gesty sztucznie zmniejszą odległość, którą zamierzają przebyć. Okazuje się jednak, że dzięki swej wyobraźni dziewczyna osiąga większą szybkość niż umysłowo ograniczony mężczyzna. Należy przy tym stwierdzić, że chociaż idzie dobre osiem lub dziesięć stopni za młodzieńcem, swoim kochankiem, w istocie wyprzedza go o piętnaście lub dwadzieścia długości schodów. Całkowicie pozbawiona okien wieża jest przedsionkiem ciemności, który tylko jako taki jawi się wyraźnie. Kiedy wreszcie wchodzą na szczyt, rozbierają się i nadzy padają sobie w ramiona.

  przełożyła Sława Lisiecka 

KASJER z huty żelaza ożenił się z kobietą starszą od siebie o osiem czy dziewięć lat. Zaraz po ślubie zaczynają się kłótnie. Obydwoje zasypiają i budzą się pełni bezgranicznej, wzajemnej niechęci. W końcu żona zapada na jakąś ciężką chorobę, która zapewne ma związek z jej bezdzietnością, co jakiś czas wraca do zdrowia, nagle jednak traci mowę, może się porozumiewać tylko na migi, a w domu wszystko zapisuje na kartkach z kalendarza, na przykład: „Chcę odejść” albo „Na dworze jest pięknie”. Nienawidzi, gdy ktoś się nad nią lituje. Wreszcie pojawiają się bóle nóg i na koniec sztywność stawów. Trzeba ją wozić na wózku inwalidzkim. Stale przesiaduje przy oknie. Gdy mąż wraca do domu, musi zabierać ją na spacer. Zawsze tą samą drogą. Coraz dalej. Żona wygraża mu zaciśniętymi pięściami. Jest coraz bardziej głodna nowych domów, nowych drzew, nowych ludzi. Wyglądając spod wełnianego koca, wpatruje się w przestrzeń pomiędzy drzewami alei. Pewnego wieczora mąż idzie skrajem drogi, pchając przed sobą wózek, po czym nagle go odwraca i spycha w przepaść. Kobieta nie może krzyczeć. Metalowy wózek się roztrzaskuje. To się mężczyźnie tylko śni. Myśli jednak, że zrobi z nią coś takiego.

  przełożył Adam Białecki

  

WŁAŚCICIEL ZIEMSKI śni, że jeden z robotników rozkopuje ziemię w wielu miejscach na terenie jego posiadłości i że wszędzie ukazują się zwłoki. Każe robotnikowi przekopać cały teren wokół domu. Ale nie ma miejsca, w którym nie leżałby pogrzebany trup. Każe więc stu robotnikom przekopać całą posiadłość, która jednak pod cienką warstwą ziemi jest rzeczywiście bez wyjątku gęsto pokryta trupami. Każe prezentować sobie wszystkie pojawiające się zwłoki – są to ciała w różnym wieku i obojga płci – i przypomina sobie, że każdego ukatrupił własnoręcznie. Jednak strach, że sam zostanie zabity, nie pozwala mu ujawnić zbrodni. Wpada na pomysł, żeby zacząć poszukiwania mordercy bądź morderczyni. W tym celu organizuje aparat urzędniczy, któremu słono płaci. Już po kilku dniach znajdują mordercę. Chociaż właściciel ziemski wie, że w przypadku tego zupełnie nieznanego mężczyzny nie ma do czynienia z mordercą, każe go postawić przed sądem, który skazuje go na śmierć. Morderca zostaje stracony. W ten sposób urzędnicy znajdują jeszcze wielu morderców. W końcu znajdują tylu morderców, ilu jest zamordowanych. Wszyscy zostają straceni i pogrzebani w ziemi właściciela. Teraz właściciel ziemski budzi się i wstaje. Idzie do lasu, żeby ustalić, ile drzew i jakie każe ściąć tej jesieni. Ta kwestia zajmuje go już od wielu dni.

przełożyła Anna Turzyniecka

  

AKTOR występuje w bajce dla dzieci, gra w niej złego czarodzieja. Ubierają go w owczą skórę i wkładają mu o wiele za małe buty, w których ma bardzo ściśnięte stopy. Cały kostium jest tak nieprzyjemny, że aktora zalewa pot, ale przecież nikt tego nie widzi, a poza tym on nade wszystko lubi grać właśnie dla dzieci, bo to najwdzięczniejsza publiczność. Dzieci, jest ich trzysta, ogarnia przerażenie, kiedy on wchodzi na scenę, ponieważ są pod urokiem pary młodych ludzi, których zamienia w dwoje różnych zwierząt. Najchętniej oglądałyby tylko tych dwoje młodych, odzianych w barwne szaty, nic więcej, ale wtedy przedstawienie nie byłoby prawdziwym przedstawieniem i już po krótkim czasie ze sceny zaczęłoby wiać nudą. Dlatego od dawien dawna w każdej baśni musi się pojawić zła, nieprzenikniona postać, która pragnie zniszczyć albo przynajmniej ośmieszyć to, co dobre i przejrzyste. Kiedy więc kurtyna podnosi się po raz drugi, dzieci nie sposób zatrzymać. Zrywają się z foteli, wbiegają na scenę i zdaje się, że jest ich nie trzysta, lecz wielokrotnie więcej, i chociaż aktor płacze pod maską i błaga, żeby przestały kopać i bić go twardymi metalowymi przedmiotami, dzieci nie ustępują, tylko tłuką go i skaczą po nim dopóty, dopóki nie przestanie się ruszać, a jego blade okaleczone ręce nie zastygną w zakurzonym powietrzu sznurowni. Kiedy przybiegają pozostali aktorzy i orientują się, że ich kolega nie żyje, dzieci wybuchają potwornym śmiechem, tak wielkim, że wszystkie tracą od niego rozum.

  przełożyła Joanna Diduszko

 

LISTONOSZ z torbą pełną pieniędzy ucieka za granicę. Przepłynąwszy rzekę, chwyta sterczący z gęstwiny kikut gałęzi, żeby wydostać się na brzeg. Zdejmuje buty i boso błądzi po lesie. Im bardziej oddala się od swojej wsi, tym posępniejszy staje się krajobraz. W końcu listonosz całkowicie pogrąża się w ciemności. Czołga się po połaciach mchu i kaleczy kolana. Według jego poczucia czasu dawno już powinien nadejść dzień. Ale ciemność nie ustępuje. Nawet krzykom, które listonosz wydaje, siedząc na obalonym pniu, nie wtóruje echo. Potem uświadamia sobie nagle: Nie wolno mi krzyczeć! Widzi światło, kontury wiejskiej chałupy. Podchodzi, torbę z pieniędzmi ciągnie za sobą. Otwiera ją i zamyka, po czym wlecze się dalej. Myśli: Nie wolno mi tam wejść! Głód rozpoczyna swoje dzieło i w końcu rzuca go, rozgorączkowanego, do jakiegoś rowu. Przed uderzeniem o ziemię listonosz budzi się i stwierdza, że wszystko było tylko snem, po którym nie pozostało nic prócz jego ciała rozpalonego gorączką. Wstaje i wychodzi. Idzie na spacer i dopiero o czwartej rano kładzie się znowu spać. Mimo to nazajutrz wymawia posadę listonosza i prosi o przeniesienie. Żonie mówi, że woli mieszkać w mieście, wśród ludzi, tam ciemność nie jest tak głęboka.

  przełożyła Ewa Ziegler-Brodnicka

 

ROBOTNIK TOROWY, który ku zadowoleniu przełożonych przez siedemnaście lat wypełniał swoje obowiązki, a za oszczędności wybudował niewielki dom koło nasypu kolejowego, idąc do domu drogą wiodącą przez dworzec towarowy zauważa otwarty wagon chłodniczy z wiszącymi w nim świńskimi tuszami. Ponieważ nie widać żadnego z celników, którzy zwykle pilnują transportu, zaciekawiony wchodzi do środka, żeby sprawdzić na własnej skórze, jak zimno jest w wagonie. Siada na desce leżącej na podłodze i zasypia. Siedzi w rogu, który jest niewidoczny dla celników, dlatego nie dostrzegają go i plombują wejście do wagonu, gdyż skończyli kontrolę, zanim torowy wszedł do środka. Cztery dni później, na stacji docelowej, zostaje znaleziony martwy; siedzi na desce pośród padliny. Ludzie, którzy go znajdują, w pierwszej chwili myślą, że zamarzł, ale później zauważają, że ten człowiek, który ma na sobie tylko kombinezon roboczy i o którym nie wiadomo, kim jest, nie mógł zamarznąć, ponieważ urządzenie chłodzące przestało działać i, jak się okazuje po dokładnym sprawdzeniu, mięso jest zepsute i nie nadaje się do spożycia. Mężczyźni, którzy chwilowo przenoszą zmarłego na rampę przeładunkową, przypuszczają, że ze strachu przed niemożnością wydostania się z wagonu i zamarznięciem dostał udaru.

  przełożyła Agnieszka Jarzębowska

 

MŁODZIENIEC próbuje udowodnić starszemu mężczyźnie, że – on, młody – jest samotny. Opowiada, że przybył do miasta, aby poznać ludzi, lecz do tej pory nie udało mu się nikogo do siebie przekonać. Próbował różnych sposobów, by pozyskać zaufanie ludzi, w każdym jednak budził niechęć. Wprawdzie kiedy mówił, wszyscy go słuchali i zawsze pozwalali mu dokończyć, ale nikt nie chciał go zrozumieć. Przynosił ludziom prezenty, bo podarunkami łatwiej przecież zaskarbić sobie przyjaźń i przychylność. Ale oni nie przyjmowali prezentów, a jego samego wypraszali za drzwi. Całymi dniami zastanawiał się, dlaczego nie chcą mieć z nim do czynienia, lecz zupełnie nie potrafił sobie tego wytłumaczyć. By zjednać sobie ludzi, przeobrażał się czasem w kogoś innego; raz stawał się tym, raz tamtym; z powodzeniem wcielał się w różne postacie, ale także w ten sposób nikogo do siebie nie przekonał. Młodzieniec z taką gwałtownością zasypuje słowami siedzącego przed domem starca, aż zaczyna się wstydzić. Cofa się o krok i stwierdza, że nie robi na starcu najmniejszego wrażenia. Nie dostrzega w nim żadnej reakcji. Biegnie więc do swojego pokoju i chowa się pod kocem.

  przełożyła Ilona Kromp

 

KANCELISTA powołuje się na męski głos, który usłyszał, wchodząc na most, gdy akurat zamierzał udać się do domu. Ten głos – powiada – wezwał go do popełnienia czynu określanego tu jako przestępstwo. „Stał się tak natarczywy, że byłem wobec niego bezbronny. Ale być może nie wiecie, drodzy panowie, jak to jest, gdy człowiekiem zawładnie taki głos. Takie głosy pojawiają się niespodzianie”. Kancelista opowiada z najdrobniejszymi szczegółami o swej drodze do domu. Tak – myśli sobie – muszę jeszcze wspomnieć o tym i o tamtym, nie mogę pominąć najmniejszej drobnostki. Na jego twarzy widać ogromny wysiłek spowodowany przypominaniem sobie przebiegu wydarzeń. Tacy ludzie – należący do warstwy niższych urzędników – stają codziennie przed sądem i to właśnie ich szczegółowe zeznania zanudzają słuchaczy. Kancelista mówi, że wcale nie chciał wieść takiego życia, „ale ostatecznie przecież nie można – skoro się je raz przyjęło i zaczęło nim żyć – od razu go zniszczyć, po prostu zrujnować”. Jako dziecko zawsze był traktowany gorzej. Próbował wprawdzie dzięki nadzwyczajnej grzeczności zyskać sympatię nauczycieli, ale z czasem jego wysiłki okazały się płonne. Trafił do biura i zestarzał się. Wziął ślub, bo rówieśnicy jego pokroju też to robili, ale przez nieuwagę pewnego automobilisty stracił żonę. Opisuje, jak próbował wyrwać aktówkę starszemu panu. „Wydaje mi się – mówi – że gdy naprawdę przyszedł moment, aby chwycić teczkę i uciec, już wcale nie chciałem tego zrobić. Nigdy tego nie chciałem. Nie. Ale ten człowiek nie dawał się przekonać. Krzyczał. Nie robił nic innego, tylko krzyczał. I chociaż mogłem uciec, nie ruszyłem się z miejsca. Czy nie jest to wystarczający dowód mojej niewinności? Było tak, jak gdybym stał się nagle częścią tego mężczyzny. Powiedziałem mu, dlaczego nie chcę uciekać, ale nie słuchał. Wysoki Sądzie, moje słowa są prawdą. To wszystko prawda! A gdyby nawet to było kłamstwo, i tak jest to prawda. Panowie – mówi kancelista – ponadto jestem z natury dobrym człowiekiem, może nie tyle dobrym, ile bez zarzutu. Proszę o uwzględnienie tego”. Sąd jednak nie znajduje dla niego zrozumienia, a tym mniej dla męskiego głosu, który – w jego opinii – oskarżony wymyślił. Skazuje kancelistę na dwadzieścia lat więzienia. Na najwyższy wymiar kary, wszak chodzi tu o rozbój.

  przełożyła Karolina Pawlaczyk

 

POGANIACZ BYDŁA wyobraża sobie w drodze do T., że stać go na kupno zwierząt z całego regionu. Nagle widzi, że inni poganiacze spędzają stada ze wszystkich stron, a on czeka pośrodku i prowadzi skup. Siedzi na trójnożnym stołku. Po pewnym czasie właściciele bydła sami przychodzą do niego, aby osobiście sprzedać mu swój inwentarz. Nie traktują go już jak zwykłego poganiacza, co do tej pory zawsze czynili – zapraszają go nawet do swych wytwornych domów. Wydzierżawił duży plac, aby mogło się na nim zmieścić bydło. Zatrudnił także parobków, którzy mają karmić i doić krowy. W końcu już nikt nie przyprowadza mu zwierząt, ponieważ to on jest teraz właścicielem bydła z całego regionu. Wszyscy mówią, że w żadnej oborze nie stoi już ani jedna sztuka bydła. To dowodzi, że poganiacz został najbogatszą osobą w okolicy. Ciasno stłoczone zwierzęta stają się nagle niespokojne, czują bowiem, że to poganiacz jest winny ich strasznej sytuacji. Wkrótce parobkowie zadający paszę nie mogą przecisnąć się do środka stada, tak wielkiego, że nie sposób ogarnąć go wzrokiem; głodne teraz i narowiste bydło zaczyna ryczeć i zbija się w grupy. W chwili, kiedy dwa wzdęte krowie brzuchy miażdżą nieprzytomnego już poganiacza, on znów widzi przed sobą miejscowość T., do której musi się udać, tak mocno bije więc po zadach zwierzęta człapiące przed nim po rozgrzanym gościńcu, że wydają bolesne jęki uśmierzające ból.

  przełożył Waldemar Fortuna

 

DYREKTOR SZKOŁY wzywa do siebie nauczyciela i obwinia go o dopuszczenie się czynu lubieżnego na jednym z uczniów. Nie wie, co powiedzieć w tej sytuacji, ale uważa, że nie obejdzie się bez przeniesienia nauczyciela do innej wsi. Prawdopodobnie sprawca będzie musiał nawet zaniechać pracy w szkolnictwie. W każdym razie konieczne jest złożenie doniesienia do kuratorium i cała sprawa może mieć o wiele gorsze konsekwencje niż wymienione przed chwilą. Nauczyciel wcale się nie usprawiedliwia, twierdzi jedynie, że niczego takiego nie zrobił, czyn lubieżny, przed którego szczegółowym opisem dyrektor nie może się powstrzymać, nawet nie przyszedłby mu do głowy.

Chociaż nauczyciel się broni, na nic się to zda. Dyrektor oznajmia, że w trybie natychmiastowym zawiesza go w obowiązkach, i każe mu odejść, nie podając nawet ręki, jak to zawsze miał w zwyczaju. Ponieważ nauczyciel nie ma sobie nic do zarzucenia, myśli, że jego niewinność wyjdzie z czasem na jaw, a on po prostu wykorzysta okres zawieszenia jako urlop. Wierzy, że to pomówienie nigdy nie wydostanie się poza mury szkoły. Ale jest w błędzie. Plotka rozchodzi się błyskawicznie, powiela ją nawet lokalna gazeta. Pisze, że człowiek taki jak ten nauczyciel powinien trafić za kratki. Żadna kara nie byłaby dla niego za wysoka. Wszelkimi sposobami należy przed nim chronić młodzież, a zwłaszcza dzieci. Sytuacja ta jest dla nauczyciela tym bardziej nieprzyjemna, że niedawno się ożenił. Gdy żona dowiaduje się o zarzutach, nie wierzy w jego niewinność i odchodzi. Już cztery dni po zawieszeniu w obowiązkach nauczyciel otrzymuje wezwanie z sądu rejonowego. Nie wiadomo, jak spędza czas przed rozprawą, w każdym razie nie pokazuje się publicznie. Tymczasem wszyscy znają już jego historię. Gospodyni zwraca mu opłacony z góry czynsz i nakazuje opuścić mieszkanie. Na dzień przed rozprawą zwłoki nauczyciela zostają znalezione w wezbranych wodach rzeki, siedemnaście kilometrów od miejsca jego zamieszkania. Jak się okazuje, wcale nie popełnił samobójstwa, lecz nieszczęśliwie wpadł do rzeki i utonął. Teraz zgłasza się uczeń, który mówi, że cała ta historia była nieprawdziwa – zmyślił ją, by zemścić się na młodym nauczycielu.

  przełożyła Magda Kaczmarek

 

Fragmenty ze Zdarzeń © Suhrkamp Verlag Frankfurt am Main 1991;  © Wydawnictwo OD DO Łódź 2019
Fragmenty Naśladowcy głosów © Suhrkamp Verlag Frankfurt am Main 1978; ©Wydawnictwo OD DO Łódź 2019.



Thomas Bernhard (ur. 1931 – zm. 1989) – pisarz austriacki; działalność literacką rozpoczął w latach 50. XX wieku, publikował wtedy krótkie teksty dziennikarskie (m.in. sprawozdania sądowe) i recenzje teatralne na łamach prasy Salzburga, Monachium i Wiednia, wydał też trzy tomiki wierszy. Od roku 1955 do 1957 studiował dramaturgię i reżyserię w Akademii Mozarteum w Salzburgu. Wymieniany od końca lat 50. wśród liczących się postaci literatury austriackiej, pierwszy sukces odniósł powieścią Mróz z 1963 roku. Przez następne ćwierć wieku publikował praktycznie corocznie kolejne utwory prozą – powieści i opowiadania (do najważniejszych należą: Kalkwerk, Korekta, Beton, Wycinka, Wymazywanie oraz pięcioczęściowy cykl autobiograficzny), a od 1970 roku także dzieła dramaturgiczne.

Sława Lisiecka (ur. 1947) – tłumaczka literatury niemieckiej. Jest autorką przekładów prozy Thomasa Bernharda, Hermana Hessego, Uwe Johnsona, Josepha Rotha, Friedricha Nietzschego i wielu innych. Laureatka wielu nagród translatorskich, w tym prestiżowego wyróżnienia „Literatury na Świecie” za przekład Domniemań w sprawie Jakuba Uwe Johnsona, a także nagrody fundacji Kunststiftung Nordrhein-Westfalen za całokształt twórczości przekładowej, ze szczególnym uwzględnieniem tłumaczeń dzieł Thomasa Bernharda. W 2018 roku otrzymała Nagrodę Literacką Gdynia za Chodzenie. Amras Thomasa Bernharda. Od 2011 prowadzi wydawnictwo Od Do wydające książki niskonakładowe.

Adam Białecki, Anna Turzyniecka, Joanna Diduszko, Ewa Ziegler-Brodnicka, Agnieszka Jarzębowska, Ilona Kromp, Karolina Pawlaczyk, Waldemar Fortuna, Magda Kaczmarek – tłumacze i tłumaczki, uczestnicy i uczestniczki warsztatów przekładowych prowadzonych przez Sławę Lisiecką.