komprwizje_bawo__ek

Proza

WALDEMAR BAWOŁEK

Numer 3/2018
Gra
Ilustracja: Bartosz Kolczykiewicz

Turnikiety
(fragment niepublikowanej powieści)

 

Muszę w końcu przestać uciekać jak przestępca. Przecież na mojej ulicy nie ma przeszłości, wszystko jest teraźniejszością, nic się nie zmienia. To po co ciągle kłamać, grać komedię, na poczekaniu wymyślać jakieś historie pośród starych drewnianych domów. Na ulicy, gdzie tłum halabardników bez ornamentalnych dekoracji, bruk i podjazdy, ogrodzenia, światło i zieleń, jest nadzieja, że jednak jakoś wszystko się wyjaśni. Takich rzeczy nie można ukrywać w nieskończoność. Ludzie zaczną mówić. Jeśli ja tego nie opowiem, to inni opowiedzą. Ale ja bywałem bliżej, po przyjacielsku, miałem wgląd.

Przepycham się między nonkonformistami, którym wrodzona wrażliwość nie pozwala na zachwyt nad koślawymi freskami zdobiącymi nowoczesne bazyliki, pełne złota, blichtru, kiczu i tandety. Zmierzam prostą drogą w dół, by odwiedzić mojego przyjaciela Szczepana. Nasza znajomość trwa tak jakby od zawsze. Idę, bo wiem, że czeka na mnie kolejna uczta Baltazara. Jego życie jest jedną wielką ucztą, mającą wiele wspólnego z umieraniem. To zaczęło się w Pyrzycach. Po ukończeniu szkoły średniej pojechaliśmy tam na plantację czereśni.

Rozległe sady, upał. Drzewa, ich gałęzie uginające się pod ciężarem dorodnych owoców, napęczniałych, krwawych i gorących od słońca. Ciągnące się w nieskończoność szpalery, aleje, szeregi skrzyń, skrzynek, trawników, krzewów i drzew. Zrywać, zrywać, czereśnia za czereśnią, z jednej gałęzi, z drugiej. Żeby jak najwięcej, żeby jak najszybciej. Tylko ja ze Szczepanem jakoś niespiesznie zataczaliśmy się od jednej czereśni do drugiej, kosztując największe owoce, dobierając je pieczołowicie, oglądając pod słońce, smakując, cmokając. Żarłoczność Szczepana widoczna jak na dłoni. Pożera miąższ wraz z pestkami, napycha żołądek, słodycz zalepia mu usta, sok rozlewa się po jelitach, brzuch wzdyma się, gazy uchodzą odbytem. Krzątanie jest, kołowrót, mijamy dziewczyny i chłopców – wszyscy zajęci pracą. Czereśnie zrywa się do metalowych pojemników zawieszonych na piersiach. Pod niektórymi drzewami siedzą pracownicy zajęci istotą bytu, sensem wszechświata i swego w nim posłannictwa. Jest też opiekun, ekonom, który na nasz widok chyli się pod ciężarem nieprzystosowalności do sadu, do tego, co się w nim wyrabia. Szczepan poklepał się po brzuchu i powiedział, że jest zawsze gotów rozbić w sadzie pięć namiotów. Nie było to zbyt grzeczne, nie wiem, co nas spotka po tym afroncie, ale Szczepanowi ani w głowie się tym przejmować, podchodzi do kolejnych gałęzi i zrywa z nich dorodne czereśnie, które jakby same wpadają mu do ust. Po chwili biegnie do innej alejki, by w obliczu zastanej tam samotności móc sobie ulżyć. Zapewne już wtedy jego naczynia krwionośne zaczęły ulegać uszkodzeniu, ale kto by się tym przejmował, gdy rozkosze dnia codziennego brały górę. Nawet mrowienie stóp nie było w stanie przerwać uczty, która chyba właśnie wówczas zaczęła się na dobre .

Po skończonej pracy powracaliśmy na kwaterę, gdzie nie tylko chlebem i solą żeśmy się raczyli. Chlaliśmy wódę, ile wlezie, nie martwiąc się o porannego kaca. – Skocz no Maniek po wódkę, już wiesz, gdzie ją w tym miasteczku kupić, w międzyczasie posmarujemy ci kromkę masłem i posolimy.

Życie na prowincji w dzisiejszych czasach nie jest łatwe. Radzę sobie z tym raz lepiej, raz gorzej, szamocząc się pośród ludzi mi bliskich. Wędruję z jednego miejsca do drugiego, od matki do żony, od knajpy do domu rodzinnego, upatrując w tej wędrówce sensu, który usprawiedliwiłby wszelkie nieporozumienia, wynikające z ciągłego zagubienia w świecie. Szczepan pomaga mi w tym na ile może, na ile potrafi, nie zdając sobie sprawy, że sam przecież często się wścieka przy goleniu i zacina ze złości, mimo że jak dotąd raczej sprawny jest i odważny. Nikogo się nie boi, ani Stwórcy, ani Króla. To nonszalancja i chamstwo. Wiara w samego siebie, w wartość ciułanych pieniędzy, bez względu na swoje ułomności. Odwiedzam go często i bez zapowiedzi, odwołując się do innych motywacji niż „sukces”, „kariera”, „majątek” czy „stabilizacja”. Już nie opuszcza mnie myśl, kogo ja tam zastanę, czego dotknę, gdzie usiądę.

Wyciągnąłem portfel z kieszeni, by sprawdzić ile mam pieniędzy przy sobie, czy w ogóle coś tam jeszcze znajdę, i jak zwykle okazało się, że wieje pustką. Przypomniałem sobie, że przecież niedawno ukryłem, zakopałem niedaleko stąd dość sporo gotówki w zawiniątku. Muszę się pospieszyć, żeby zdążyć przed przyjazdem ostatniego pociągu, nie chcę przy rampie natknąć się na podróżnych, którzy mogliby mi przeszkodzić w poszukiwaniu skarbu. Koleinami wyrobionymi przez wozy drabiniaste jadę rowerem, omijam kałuże. Raz za razem koła wpadają do dołków pełnych wody. Nogawki mam już całe mokre. Na szczęście już niedaleko do upatrzonego miejsca. Tylko w jaki sposób wytrzasnę spod ziemi potrzebną mi forsę? Nie mam ze sobą żadnej łopatki, żadnego ostrego, odpowiedniego narzędzia. Mnożą się przeszkody, coraz głębsze koleiny, a i ludzie się pojawiają jakby spod ziemi. Słychać gwizd nadjeżdżającego pociągu. Zostawiłem rower przy rampie i ruszyłem w odwrotnym kierunku, bo stało się jasne, że nie uda mi się odkopać skarbu, że będzie musiał pozostać na swoim miejscu do następnego razu.

Koniec jezdni. Zatrzymałem się przy drzwiach do domu Szczepana. Jeszcze raz zajrzałem do portfela i, o dziwo, znalazłem w nim nowiutkie banknoty dwustuzłotowe, stuzłotowe, nawet jakiegoś funta zauważyłem, nawet chciałem przeliczyć ile jest w zwitku, ale usłyszałem kroki. Nie chciałem, by ktoś nakrył mnie z gotówką. Jedno, co może z tego wyjść na dobre, to to, że Szczepan nie będzie mógł mieć do mnie pretensji. Z każdym razem, gdy przychodzę do niego bez grosza, wyzywa mnie od darmozjadów, pasożytów, pijawek. A kiedy wreszcie coś postawię, czymś go poczęstuję? – Flaszkę wódki byś przyniósł, gołąbki, te zawijane przez matkę.

Zapukałem, zaraz Szczepan otwiera, mówi, że ma dla mnie niespodziankę. Eulalia z dziećmi jest u niego i czeka na mnie, bo chce się ze mną wreszcie kochać bo długiej przerwie. Dziećmi mam się nie przejmować, one maleńkie, jeszcze niczego nie rozumieją. Szczepan zostawił mnie z Eulalią, a sam poszedł do kuchni, bo ucztę musi przygotować jak się patrzy. U Szczepka jedzenia i picia nigdy nie brakuje, bo on nie z tych, co to nie orzą i nie sieją. Umie zarabiać pieniądze, umie oszczędzać – biznesmen. Nikogo się nie boi, zdrowie u niego jakie było, takie jest. – Nic się nie dzieje, nic mnie nie boli – powtarza, chociaż niekiedy widzę, jak robi sobie zastrzyk w ukryciu. – A jebać to.

Eulalia umoszczona na sofie gładzi moje ramię. Uda połyskują potem, jakieś zmokłe, oślizgłe, łydki wygolone, stopy pobrużdżone, tętnice nabrzmiałe. Całe ciało przygotowane do skoku. Usiadłem obok i otarłem się o nią. Po coś nas tutaj zaproszono? Żeby nie obecność córek Eulalii, pewnie doszłoby do zbliżenia, ale młodsza wskoczyła mamie na kolana i tuli się, i szepcze do ucha, że chce już do domu, że nie podoba jej się tutaj. Chciałaby się pobawić, tylko nie ma z kim. Starsza siedzi naprzeciw i dziwnie oczami mruga, jakby perskie oko do mnie puszcza, żebym z nią na stronę się udał. Nic sobie z tego nie robi, że matka obok głaska swoje udo tak, jakby i moje głaskała. Zdaje się mówić coś o starszeństwie, o pierwszeństwie. Nawet nie wiem, jak to się stało, ale leżę pośrodku, matka z córką zajmują się mną, bawią jak jakimś manekinem, jakbym był ze sklepu i nigdy nie miał swojego domu. Pełne wyższości wobec mnie, zagubione między moimi udami. Zapach kadzidełek, parzonej kawy i gorzałki z kłoskiem nie chce przepędzić woni wydzielin ciał. Obraz nie chce umknąć, rozpłynąć się. Dopiero, jak Szczepciu wrócił, coś drgnęło. Bo on się nie pierdoli, tylko od razu mnie pyta, na co to tak patrzę, że też nie znudzi mi się oglądanie tej golizny, tego ciągłego dupczenia się, zapominając o tym, że to on ciągle ogląda pornografię na zmianę z meczami piłki nożnej. Toteż poprosił mnie. A gdzież tam „poprosił” – rozkazał zmienić obraz, żeby trybuny zawyły, a nie te suki, dziwki, jedno do drugiego podobne. Okropny hałas. Przejrzyste, czyste gwizdy, wolne od wszystkiego, zagłuszają komentarz: „Źle ułożył stopę do podania.” Zawsze to samo, te krosy, to rozbieganie po boisku. Szczepan potrafi kilka razy ten sam mecz oglądać i zachwycać się. A to taka monotonia. Piłka od nogi do nogi, zagranie na prawą stronę, rozpoczynanie od swojej bramki, strata piłki, nieodpowiednie zachowanie w grze obronnej, zaczynają przyspieszać, rzut rożny, świetny wślizg, świetna interwencja, powalczył w powietrzu, w takim zagęszczeniu, moment nieuwagi i znowu bramka.

Na stole już półmisek z zakąskami, jest szynka, jest boczek, są też potrawy z grilla ociekające tłuszczem. Szczepan nie zważa na dietę, ma gdzieś rygor zalecony przez lekarza, a co on mu będzie, kurwa, radził, dostaje pieniądze, to niech się nie wtrąca. Przepije się wódą, zapali papierosa, jakoś to będzie, grunt, by kasa się zgadzała i żeby nikt mu nie podskoczył, bo jest we wszystkim najlepszy.– No, co tam Waldek, częstuj się, napij, no, nasze zdrowie.

Szczepan wprawia mnie w zachwyt, ale nie ma w nim nic takiego, co byłoby tego warte. Kocham chaos, jest nieoczekiwanie zmienny, nie można go zniszczyć – jest odmiennością Szczepka, jego przeciwieństwem. Szczepan jest tak hałaśliwy, że niszczy go najdrobniejszy szmer. Jak grot przecina go moje słowo, jak taran miażdży moje milczenie. Ale on zawsze swoje, wszystko wie lepiej, mnie uważając za ignoranta – że nie ma we mnie pokory, że zarozumiały jestem i nikt przez to mnie nie lubi. Jak to łatwo jest oceniać innych, nie siebie. Ale on uważa, że jestem jego przyjacielem, więc może mi mówić wszystko, co ślina na język przyniesie, jemu wolno, bo jak nie on, to kto może być wobec mnie aż tak szczery.

Posłusznie i wygodnie rozpieram się w fotelu. Szczepan wyszedł po coś do kuchni. Ciągła teraźniejszość, którą można w niefrasobliwy sposób roztrwonić i porzucić. Nad czym tu się zastanawiać. Na stole żarcie, na parapecie medykamenty. Tu półmiski z mięsem, tam fiolki z tabletkami. Tu karkówka usmażona w głębokim tłuszczu, tam strzykawka, a wszystko to przepływa przed oczami w jakimś fantastycznym korowodzie. Staram się to posegregować, powiązać w jakąś logiczną całość, wysnuć wnioski z nazw, z wyrazów, z wpływu tych substancji na jego organizm. Nie bardzo mi się to jednak udaje. W głowie mam kompletny chaos i nie wiem, od czego zacząć. Widać, nie musiałem się wysilać, bo wszedł Szczepek, dając do zrozumienia, co jest dla niego najbardziej pożyteczne. – Człowiek musi coś zjeść, z pustym żołądkiem daleko nie zajedziesz. A to ci jeszcze powiem, że w mojej robocie najważniejszy jest spokój. Tak. Spokój i jeszcze raz spokój. Langsam langsam aber sicher, cisze jedziesz, dalsze budiesz. Tak od razu nie przeskoczysz.

A to my gdzieś się wybieramy, co?

A coś ty myślał, że będziemy tylko tak siedzieć, przecież mam dzisiaj wolne, przejedziemy się moją nowa maszyną.

Po pijaku?

A kto nam podskoczy? Nie bój się, przecież nie pierwszy raz, stało ci się coś?

Jedziemy, droga zostaje za nami. Dokąd, nie mam zielonego pojęcia.

A co cię to obchodzi, jak dojedziemy, to zobaczysz, źle masz ze mną? Perfumy wiozę jednej takiej dziwce, zamówiła.

A to jesteś właścicielem manufaktury, czy komiwojażerem?

Każdy grosz się liczy, dziwka jest ładna, zobaczysz, może ci da?

Na co ci tyle tych pieniędzy, przecież z tymi, które masz, nie wiesz co zrobić.

A ty tylko kosa i sierp, tobie nigdy nic nie trzeba, wiesz za kogo cię mają, za nędzarza, gdyby nie ja, to nikt by ci ręki nie podał.

Stara śpiewka.

Toczymy się monotonnie. Rozciągliwa, życiodajna przestrzeń zostaje za nami. To, co przed nami, może okazać się jałowe, bezludne, groźne. Szczepan tak bardzo zgadza się ze sobą, że chce zniszczyć to, co jest idealne. Chce zniszczyć to, czego nie umie pojąć, więc chce by ludzi podobnych do niego było jak najmniej. Chce mieć nad nimi przewagę. A gdy przyłapuje się na tym, że nic od niego nie zależy, wyżywa się na mnie. Twierdzi, że jestem beznadziejny i do niczego się nie nadaję. Nie można mieć kontroli nad miłością, nad swoim wzrostem, długością palców, kształtem ust. Nade mną też nie uda mu się zapanować, niedoczekanie jego. To takie proste, a jednocześnie takie trudne, bo w tym pędzie do zapanowania nad innymi traci się siebie. Chce więcej i więcej, twierdząc, że wszyscy jedzą mu z ręki, że każdego ma w kieszeni, bo tylko pieniądze się liczą, bo jak się ma kasę, to wszystko można, wszystko jest w zasięgu wzroku.

Z drogi śledzie, bo król jedzie – krzyknął Szczepan.

Uwaga, uwaga, bo jedzie łamaga – tak mi się powiedziało.

Zatrzymaliśmy się i kazał mi wypierdalać.

Jak wrócisz do domu na piechotę, to może zmądrzejesz.

Gubię się. Za każdym zakrętem kryje się kilka dróg, każda z nich może okazać się niewłaściwą. Nie lubię takich pól bitewnych. Kiedy nie umiem wybrać , moim żywiołem staje się profanacja, szarganie świętości. Ścieżki przegradzane żywopłotem. Cierniste, kaleczące, mordercze. Nie zależy mi na czasie. Mam go mnóstwo. Źdźbła trawy skrzą się do siebie, wiatr oprzędza ulicę, szkląc oczy przechodniów, rozwiewając nieskazitelne fryzury starszych pań. Zupełnie nic sobie z tego nie robię. Ileż to już razy znajduję się w tej samej sytuacji, na pierwszym planie, spuszczony z uwięzi. Przywołuję przeszłość. Jedna noga, druga, same wyrywają się do przodu, kroki szybkie, równe, trudno mi nad tym marszem zapanować. A dokąd to, a po co? Jak zwykle do Szczepana, no bo gdzie indziej. Szczepan przywołuje mnie do siebie jakby z zaświatów. Przeszedłem przez kuchnię. Jego siostra nawet mnie nie zauważyła. Zawsze tak samo, nawet nie muszę pukać. Kiedykolwiek bym się nie pojawił, Szczepan już czeka na mnie. Nie oglądając się na boki, pociągnąłem za złotą klamkę i zaraz moim oczom ukazało się łóżko. Szczepan siedzi na nim, patrzy przed siebie, na obraz, kilka obrazów, scen, ujęć. Obrazy przedstawiają dziesiątki odrębnych historii. Tych przerażających, pełnychśmiechu, seksu, łez, wszystkiego. Słyszę głosy dochodzące z wnętrza obrazów, odgłosy uprawianej, udawanej miłości, jakieś pornograficzne wygibasy, jęki, to całe seksualne obrzydlistwo. Sperma cieknie obficie, zatykając dziewczynom usta. Ale jak tylko stanąłem na progu, kobiece wzdychania zamilkły i dało się słyszeć gwizdy, krzyki, odgłosy stadionu. Komentarz jak zwykle adekwatny do tego, co widać na ekranie: „…źle przyłożył stopę do podania, oto zagranie na prawą stronę, zaczynają przyspieszać, stracił piłkę, rozpocznie od swojej bramki, nieodpowiedzialne zachowanie w grze obronnej, rzut rożny, świetny wślizg, świetna interwencja w powietrzu, w takim zagęszczeniu…”. Szczepan patrzy na mecz, nie wiadomo który raz na ten sam pojedynek – tych powtórek jest co niemiara. Siedzi i patrzy, jakby już bez skrzydeł, jakby latać mu się od nie chciało, skręca go coś w środku, zapewne boli. Bólem przeżarty. To nie jest tak, że nie widzi zmian w swoim ciele. Widzi. Nie sposób przecież nie zauważyć wiotczenia mięśni, wystających żeber. Zasadniczo wszyscy jesteśmy jak wino, tyle że jedni z wiekiem nabierają wyrazistego smaku, a inni zamienią się w kwas…

Szczepan nie chce mówić o swoim zdrowiu, udaje, że nic się nie dzieje, że wszystko jest jak dawniej. Są siły, jest moc. Najbardziej zły jest na ludzi, którzy pożyczyli od niego pieniądze i nie chcą oddać w terminie. To go boli na zewnątrz, o tym chce mówić, na to narzekać. Że w chuja go robią, okłamują.

Ludzie są niesłowni. Co oni sobie myślą, że jestem jakąś instytucją charytatywną? Że tylko mam zapierdalać, a inni będą ze mnie korzystać, doić mnie, a co to ja, dojna krowa jestem?

Dałbyś już sobie spokój z ciągłym zarabianiem pieniędzy, masz ich już tak dużo, że teraz powinieneś o sobie pomyśleć, o swoim zdrowiu, jak o nie zadbać, żeby jeszcze trochę się pobawić w życiu.

Ty mnie nie będziesz uczył, co dla mnie dobre, dziadzie jeden.

Coraz więcej wokół Szczepana tabletek, mikstur, flakonów z lekarstwami, flakoników. Leżą wszędzie porozrzucane: na stoliku, pod nim, na parapetach, w kątach pokoju, na szafkach i w nich. On jeden wie, jakie są zalecenia lekarzy. Uczty stają się coraz rzadsze i mniej obfite, coraz mniej mięs, wędlin, coraz więcej warzyw. Broń boże cukru, tłuszczów i białka w nadmiarze. Wódki też jakby ubywało, barek pustoszeje, goście rzadko zaglądają do Szczepana. Nie chcą patrzeć, jak chudnie, jak się zmienia. Jeszcze tylko ci, co potrzebują grosz pożyczyć, przychodzą i patrzą, jak mizernieje. Jego twarz, zawsze pełna życia, wyraża obojętność. Zupełnie spokojny, pogodzony z losem. Odrzucił jakąkolwiek myśl o walce. Co z tego, że jeszcze potrafi pracować, że pieniądze nadal umie zarabiać, skoro nawet przez chwilę nie chce pomyśleć, że czeka go życie na wózku inwalidzkim. Utracenie męskości jest dla niego zagładą. Po co żyć w kalectwie? Zawsze lubił być kimś. A tu masz. Serce chce wyskoczyć z piersi. Mówię mu, że zadzwonię po pogotowie, bo nie wiadomo, jak taka arytmia może się skończyć. Ale on nie, że samo przejdzie, musi przejść. A nawet jeśli nie, to co? Jakoś trzeba umrzeć. Grymas nagłego bólu, czy już trzeba podziękować za życie.

Chcesz krzyczeć, nie myśleć o chorobie, ale jesteś w coraz gorszym położeniu. Jest tak źle, że znowu zaczynasz sobie kłaść do głowy to, co kiedyś. Zarabianie pieniędzy, gonitwa za każdym groszem. Myślisz, że dojście do bogactwa będzie swojego rodzaju tryumfem, pokonaniem wszelkich cielesnych dolegliwości. Przestajesz patrzyć na wiotczejące mięśnie, na puchnące stopy. Bagatelizujesz poziom węglowodanów we krwi, arytmię mięśnia sercowego. Ciągle jeszcze nie odmawiasz sobie tłustego jedzenia, picia mocnych alkoholi. Nie omijasz restauracji, przyjęć i innych zakrapianych imprez. Bojąc się, że twoja tajemnica może wyjść na jaw, chcesz, by wszyscy widzieli, że nic ci nie jest, że jesteś nie do zdarcia. Żadnej bezsilności przy ludziach.

Każesz mi dopić kieliszek, bo już czas na nas, musimy się ruszyć, od stania w miejscu niejeden już zginął. – Dawaj, Waldek, odwiedzimy Eulalię. Kto chciałby przesiadywać głupio w domu, skoro ma do dyspozycji otchłań:

–…zawsze to samo. Bez pamięci dokądś wędrować, szukać wiatru w polu, błądzić, by o wszystkim zapomnieć, by nie myśleć. – A pierdol to, Waldek, co się będziemy przejmować…

Jak się nie przejmować, gdy trudno kolejny zakręt pokonać, gdy sen przychodzi, dopada znienacka. Nawet jednej chmurki na niebie, oślepiające światło na horyzoncie, jakby żółta wstęga. Po chwili zrobiło się ciemno. Rozpadało się równie nagle, jak niespodziewanie pojawiły się burzowe chmury. Widoczność pogorszyła się. Zagrzmiało. Podskoczyłem na swoim miejscu…

Wszystko będzie dobrze, będzie dobrze... – zamamrotał Szczepan.

Czuję, jak sprężyna zaciska się coraz mocniej na mojej szyi. W jakim kierunku podążamy? Czy rzeczywiście wpływ na to mają wzloty i upadki Golfsztromu, Oscylacja Północnoatlantycka, Oscylacja Arktyczna, planetarne fale Rossby’ego, plamy na Słońcu?

Nie lepiej zawrócić, póki nie jest za późno? – pytam głosem jak najbardziej wyciszonym.

Chcę tylko jednego: by ta podróż, niewróżąca nic dobrego, wreszcie się skończyła. By nikt nie podkładał mi nogi. Żeby Szczepan się otrząsnął, wziął za siebie, żeby nic mu się nie stało. W każdej chwili może zasnąć. Nawet chciałem wspomnieć o naszym ostatnim grzybobraniu w lasach Jankowej, o jego wspaniałych borowikach szlachetnych, które uważa za pierwszą ligę, nigdy nie schyla się po podgrzybki, czy jakieś maślaki lub inne psiuchy. Ale nagle zatrzymaliśmy się w szczerym polu i słyszę:

Jak ci, Waldek, coś nie pasuje, to wypierdalaj, droga wolna.

Idąc w dół ulicą Grunwaldzką, w zamyśleniu pocieram kark dłonią. Czuję się nieswojo. Mam ogromną ochotę powiedzieć Szczepanowi, co myślę. Ale skąd wziąć na to odwagę? Człowiek znajdujący się w obłędnym stanie ducha może zdobyć się na jakieś zupełnie nieobliczalne w skutkach posunięcie. A jeżeli sprawa wygląda zupełnie inaczej? Jeżeli całe moje rozumowanie okaże się oparte na fałszywych przesłankach? To co wtedy? Czy powinienem Szczepanowi robić jakiekolwiek nadzieje?

Idąc przed siebie we właściwym kierunku, dobrnąłem na miejsce i zabrałem się do forsowania drzwi. Nie było to łatwe: nikt nie odpowiadał na dzwonek, na pukanie. Nacisnąłem klamkę, uzyskanie przewagi nad nią nigdy nie było łatwe. Tym razem udało się bez problemów. W pokoju jeszcze większy nieporządek, niż ostatnio widziałem. Zdziwiła mnie zalegająca cisza, nie słychać jęków kobiet, sapania, odgłosów orgazmów. Trybuny stadionów piłkarskich także opustoszałe, żadnych wyć, gwizdów, komentarzy. Wszędzie walają się różne części garderoby, opakowania po lekarstwach, drobne pieniądze, banknoty. Wśród nich Pierrot, Arlekin i Kolombina, Murzyniątka, ślicznotki, Don Kichot i niezwykłe ptaki. Niemal wszystko odziane w jakieś brzydkie, wymyślne, czasem zniekształcające sylwetkę stroje, ni to halki, ni to serwety, źle skrojone, niewygodne, deformujące, w większości naprawdę ohydne. Mdła woń przepoconej pościeli. Na łóżku leży Szczepan, odwrócony twarzą do ściany. Jego ciało wygląda jak orientalny fresk w gotyckiej kaplicy. Przebite ręce, przebite nogi, kości policzone. Cały Ten człowiek w największym napięciu. jego szkielet, mięśnie, system nerwowy, każdy organ, każda komórka.


Waldemar Bawołek (ur. 1962 w Ciężkowicach) – polski prozaik.Autor pięciu książek. Laureat konkursu „Nowego Nurtu” i Wydawnictwa Kurpisz oraz Ogólnopolskiego Konkursu Wydawnictwa Zielona Sowa. Dwukrotnie nominowany do Nagrody Literackiej Gdynia: w 2015 za powieść To co obok oraz w 2018 za powieść Echo słońca.

 

Więcej tekstów w kategorii „Proza”:

WIESŁAW MYŚLIWSKI

ADAM KACZANOWSKI

JASTEK TELICA