I zobaczcie, co to życie robi ze mną. Zamiast grabić liście – te piłkowane, dłoniasto złożone, eliptyczne, nieparzystopierzaste, spiczaste, sercowate, lancetowate, trójlistkowe i te całkiem pojedyncze też! – siedzę sobie rano na ławeczce i zapętlam swoje różne myśli. Nagle patrzę, a tu liść obok mojej stopy uderzył o ziemię, rozległ się dźwięk, głośny, pomyślałem o pękającej ludzkiej czaszce. Patrzę na tego liścia, a on się kuli, zwija, jak w agonii, myślę sobie, że to jakieś przywidzenie, przesłyszenie. Długo nie chciałem sięgnąć po tego liścia, a gdy w końcu to zrobiłem, okazało się, że pod nim ślimak, skorupka pęknięta, teraz to już tylko zastanawianie się, skąd ten mięczak znalazł się na wysokości, żeby obciążyć liść. Poranek pełny białych, pustych stron stoi przede mną otworem, ponownie staję się jego bohaterem. Siedzę na pergaminowych kartach i wdycham zapach ustępującej mgły, a krople atramentu mieszają się z promieniami słońca – historia zaczyna swój bieg. Przystanąłem na pierwszym epizodzie. Trzymam w dłoni okaleczonego ślimaka, nad którym ani na moment nie potrafię się wzruszyć, tylko pcham go swym władczym palcem naprzód.

Wiatr zakręcił liśćmi, wszechświat zawirował. Żeby tylko nie stracić oddechu i wziąć się do roboty, sprzątnąć wokół domu. Boję się najprostszych słów. Zawsze rano wychodzę przed dom i wiecznie udaję, że robię coś pożytecznego. Opisuję ruch włosów, grymas ust i wyraz oczu. Za każdym razem tak samo. Poczucie szarej codzienności. Wiem o tym. Wiecznie te same podłe barwy życia.

Jak ja siebie nie szanuję, dlaczego nie chcę być pisarzem, dlaczego nie powiem wprost – podziwiajcie mnie, jestem pisarzem, jestem niezwykłym człowiekiem, gdyż widzę więcej niż wy wszyscy razem wzięci. Jeśli nie będę się szanował, to nikt nie będzie mnie szanował. Skąd ta niechęć do bycia kimś. Ta chęć bycia nikim. Albo kimś, albo nikim. Nic pomiędzy. Czuję, że gromada mnie chce, ale żeby do pożaru biegł, gdy zawyje syrena strażacka, żebym zajął się czymś konkretnym, mógłbym na przykład jakąś księgarenkę ze starymi książkami otworzyć, taki antykwariat, gdzie można by dostać egzemplarze po 50 groszy, albo mógłbym urzędować w gminnie i codziennie przyjmować interesantów w najróżniejszych sprawach, chociażby to były same skargi i donosy. Czego się boję, że nie chcę określić koloru munduru, w którym powinienem na co dzień chodzić. Nakrycia głowy też się w wstydzę, żeby tylko nie przypisano mnie do jakiejś grupy społecznej, skąd to się we mnie bierze, ta niechęć do konkretnej barwy narodowej. Nikt nie będzie tolerował zbierania niedopałków po ulicach. Na Rozalkę także nie zasługuję, bo i cóż ja mogę jej zaproponować, cóż mogę jej dać, czym zaimponować, czym nakarmić, ogrzać. Chociaż widzę niekiedy, że chce się zbliżyć do mnie, że lubi mnie trochę, a może nawet i więcej niż trochę, bo potrafi dłużej siedzieć przy mnie i słuchać, co mam do powiedzenia. Wydaje się niekiedy, że chciałaby być mną i siedzieć przy mnie w kuchni, czytając przy świetle rozmrażającej się lodówki o przemocy, której się dopuszczamy i którą sobie zadajemy, wzajemnym obwinianiu się, pojednaniu, uniesieniach i cierpieniach miłosnych. To powinny być wyznania, ale nigdy nimi nie będą, tylko tyle mi zostało z tamtych słów. Chodź do mnie, jestem ostatnią chłodną rzeczą. To nie najlepszy sposób na bycie mężczyzną, a jednak… prawie na pewno zabraknie mi sił, żeby wyjść stąd po cichu i umrzeć. Może ktoś mnie zabije, wielu gromadzi w sobie nienawiść do mnie. I wcale się nie dziwię, nic pożytecznego nie robię, chociaż wiele potrafię, to jednak tylko stanie w miejscu i rozmyślanie wychodzi mi najlepiej. Kiedyś Magdalena, córka mistrza rzeźnickiego, podeszła do mnie, żeby powiedzieć – pan tak stoi i patrzy, i zastanawia się, jak nas opisać, to miasteczko, ludzi. Jestem pana fanką, chociaż rodzice są przeciwni, mówią, że pan to taki darmozjad, że zły przykład daje młodzieży.

Jak cię widzą, tak cię piszą. Moje pisanie, żeby nie powiedzieć: grafomania, odrywa mnie od gromady, to, że każdą sekundę życia przemieniam w literaturę, ludzie biorą za zaprzedanie duszy diabłu. Gromada patrzy na mnie z politowaniem dlatego garnę się do kloszardów, do nich mam najbliżej, o nic nie pytają, niczym się nie interesują, wraz z nimi stanowię dla gromady margines, mają nas za wykolejonych. Nieraz słyszałem, jak mówią, co taki ktoś jak ja może ciekawego mieć do powiedzenia, przecież pochodzę z podłego domu, jestem niewychowany, zadaję się z menelami, to co ja mogę pięknego napisać. Umiem tylko grzeszyć, bo moja rodzina zawsze grzeszyła, ojciec po kryminałach się rozbijał, a matka potrafiła bawić się na całego. Ciągłe awantury w domu, bójki, tańce, popijawy, sodoma z gomorą. O ojcu mówiono, że to artysta, pamiętam, któregoś dnia maszynę do pisana skądś przytachał, postawił na stole i ona tam stała, aż przyjechał wujek ze Śląska. Znał fanaberie swego brata, więc się nie zdziwił, po co ojcu ten sprzęt. Wkręcił kartkę i coś tam postukał. Nazajutrz poszedłem zobaczyć, co tam jest napisane na tej kartce. Czytam: „Czemu się chuju kręcisz?”. To było olśnienie, objawienie, moc, już wiedziałem, że czeka mnie długa droga, by dorównać wujkowi. Pisanie wydało mi się takie proste. Będę pisał, przepisywał, będę walił w klawisze maszyny do pisania, aż wszystkim uszy zwiędną. Szukałem różnych melodii, przepisywałem różne książki, szło mi coraz lepiej. W końcu postanowiłem pokazać ojcu, jaki ze mnie pisarz, powiedziałem mu, że zostanę pisarzem, bo po coś tę maszynę kupił. Dałem mu do czytania kilkadziesiąt gęsto zapisanych kartek. Spojrzał na mnie, uderzył mnie w twarz, a zapisane kartki wrzucił do rozpalonego pieca.

– Ja ci kurwa dam, weź się do nauki, zawodu się wyucz, na murarza, albo na tokarza, co ty mi tu, że pisarzem zostaniesz, do nauki się bierz, bo wezmę cię ze sobą do roboty, do galopu cię wezmę, wybiję ci głupoty z głowy.

Po jakimś czasie podszedł do mnie i przeprosił za wymierzony policzek, powiedział, że go wkurwiłem i zaczął tłumaczyć, dlaczego.

– Żeby zostać pisarzem to trzeba być pięknym, młodym, seksownym, długowiecznym i wysportowanym. Pisać dla sławy i rozgłosu. Pewnie chciałbyś wstawać o dwunastej w południe, wypić kawę, przeczytać gazetę, a później (oczywiście w szlafroku) usiąść do pisania i pod jakimś dziwnym wpływem natchnienia pisać kolejne dzieła, za które oczywiście dostaniesz ogromne pieniądze. Pamiętaj, że do pisania trzeba dojrzeć. Zdobyć doświadczenie, swoje przeżyć i mieć coś światu do przekazania. Najlepiej, jakbyś zdał maturę i dostał się na studia.

Już nigdy nie pokazałem ojcu zapisanych kartek, chowałem przed nim każdą stronę, chociażby z jednym niewinnym słowem. Zacząłem korespondować z niektórymi znanymi poetami, którym pokazywałem swoje prace, ale nigdy nie pochwaliłem się ojcu, co mają do powiedzenia o moich staraniach. Tadeusz Nowak odpowiedział na jeden z moich listów, do którego załączyłem plik wierszy, żebym pisał tak, jak się pisze listy do znajomych. Ojciec oczywiście patrzył na mnie, na moje postępowanie, rzucał we mnie różnymi przedmiotami, szczególnie gdy, na jego gust, wkładałem na siebie nieodpowiednie ubranie. Drażniły go wszelkiego rodzaju kolorowe koszule. Aż w końcu wzięto mnie do wojska, ku radości ojca, on bardzo był za tym, żeby wojsko uratował mi życie.

Już pierwszego dnia dostałem w dupę, spóźniwszy się ze zgłoszeniem do jednostki. Obcięcie włosów, kąpiel, cóż za bezradność, gdy tak nagiego smagano wodą pod okiem wielu gapiów, jakieś śmiechy, obelżywe słowa. Oczywiście nic sobie z tego nie robiłem, przecież wysportowany jestem, przypierdolić potrafię, zaprawiony w boju. Postanowiłem jednak się nie odzywać, będę prowadził grę z całą kompanią, dopóki się da. Co mi tam, reguły drygu wojskowego nie są skomplikowane. Przecież od dziecka wiem, że nadaję się do wszystkiego, szybko przystosowuję się do każdej wymagającej sytuacji. Toteż w tle się rozmyłem, w samym środku zawieruchy, żeby być jak najmniej widocznym, niech szybo miną dłużące się szare dni. Aż tu nagle po paru miesiącach musztry poczułem zapach skoszonej świeżo trawy. Zerwałem się na proste nogi, przyjąłem postawę zasadniczą i zasalutowałem. Podziękowałem porankowi. Już wiem, co należy zrobić. Jak najszybciej opuścić mury koszar, bo co z tego, że potrafiłem się przystosować, nauczyłem dyscypliny, skoro byle zapach wywołuje tęsknotę za domem, za miasteczkiem, za Rozalką. A gdy po jakimś czasie ujrzałem na łące kopy siana, to już wiedziałem, że nic tu po mnie, że czas wracać w ojczyste strony. Wyrwać się stąd jak najprędzej, sposobem, bo nie można tak po prostu przebrać się, wsiąść do pociągu i już. Trzeba fortelem, oszukać dowództwo, że człowiek nie nadaje się do dalszej służby, że coś mu dolega i krzywdę może sobie zrobić, albo komuś innemu.

Postanowiłem spać na korytarzu. Wziąłem materac i rozłożyłem pod drzwiami sali. Oficer dyżurny spojrzał tylko i ziewnął. A co się będzie przejmował, w nocy spokojnie na kompanii. Rano dowódca plutonu wziął mnie na bok i zaczął musztrować.

– Baczność spocznij, padnij, co ty kurwa wyprawiasz, co to za spanie na korytarzu?

Zacząłem się tłumaczyć, tłumaczę starszemu plutonowemu, że za ciasno mi w sali, a poza tym to żołnierze mnie gwałcą, swoimi chujami mnie duszą, to jest nie do wytrzymania, spać nie mogą. To samo w łaźni, za dużo tych chłopców, za duże chuje mają, nie mogę patrzyć na takie mnóstwo jąder zwisających i chlustających się w kroczach szeregowców. I jak się kąpać, jak myć, gdy każdy czyha na mnie ze swą męskością. Z każdym dniem jest coraz gorzej. Od niedawana tak to się ze mną porobiło, bo przecież na początku dawałem sobie radę, nawet cieszyło mnie, gdy mogłem wydawać plutonowi rozkazy, i wszyscy mnie słuchali. Fajnie było mieć władzę, krzyczeć: „w tył zwrot, naprzód marsz, biegiem marsz, kolejno odlicz”. Ale teraz pewnie przyszła kara za tę radość w rozkazywaniu. Teraz chcą mię za to udusić, zgwałcić, torturować.

– Pierdolisz, szeregowy, jutro pójdziecie do psychologa, niech on z wami porozmawia, bo mnie się, kurwa, wydaje, że symulujecie. A jak się okaże, że nic wam nie jest, to będziecie mieć, żołnierzu, przejebane na kompanii. Odmaszerować.

Psycholog postanowił skierować mnie na komisję lekarską, nich ona zdecyduje, co dalej. Dla niego moje zachowanie to typowe zaburzenia adaptacyjne. Komisja może mnie odroczyć, ewentualnie uznać za trwale niezdolnego do służby wojskowej. Niedługo wszystko się wyjaśni, teraz czeka mnie powrót do koszar, wędrówka opustoszałym placem. Ale są też i dróżki, bo to miasteczko pomazane flamastrami. Głód mnie dopadał, słabość i drżenie kończyn, że ledwo mogę się poruszać. Gdzieś za rogiem powinien być bar mleczny, zawsze tam był, nieraz w nim jadłem bułkę z masłem. Ile bym dał, żeby zobaczyć teraz ten bar mleczny, gdy głód podchodzi do gardła, mięśnie nóg wiotczeją. Żarcie, zniszczone wspomnienia. Nie wiem, co tutaj robię. A w zasadzie nie jestem pewien. Ale czy to istotne? Jest wczesny poranek, kolejny dzień budzi się nieśmiało do życia. Hordy, nawet nie szarych, a przezroczystych mieszkańców, przesuwają się mozolnie w tradycyjnym dla siebie kierunku. Marzą o zboczeniu z utartej ścieżki. Czasem im się to nawet udaje. Przechodzą ukosem zamieniając się miejscami. Ale nie przychodzi im na myśl, że tak czy inaczej są uwięzieni w tej samej miejscowości co ja. Boją się wykroczyć poza literki i cyferki, jakimi ich ograniczono. Mnie dopadł głód. Już wiem, że z nie ma tego baru mlecznego. Muszę wrócić do skrzyżowania i pójść inną ulicą, by poszukać jakiejś jadłodajni. Przecież znam tę miejscowość, to moje miasteczko, więc dlaczego się w nim gubię, dlaczego nie potrafię znaleźć baru, w którym mógłbym zjeść chrupiące placki ziemniaczane i napić się zimnego piwa. Tak czy inaczej postanowiłem posuwać się do przodu. Jeszcze jedna przecznica. Odpaliłem papierosa znalezionego w kieszeni. Niech złagodzi głód, chociażby na chwilę. Chyba będę musiał się zatrzymać. Usiąść na ławce. Jestem zbyt słaby, nie mam siły do dalszej wędrówki w poszukiwaniu swojskiego jadła. Ludzie w takich sytuacjach zawsze spoglądają na mnie, na Pisarza, który nie potrafi o siebie zadbać i zawsze chodzi głodny. Obserwują mnie ukradkiem. Rzadko wdaję się z nimi w dyskusję, zazwyczaj nie prowadzą one do niczego. Chociaż lubię opowiadać. O wszystkim. Każdemu. Tylko, że miało kto chce mnie słuchać. Dosyć tego odpoczywania. Nabrałem siły, głód jakby zelżał. O ile dobrze sobie przypominam, to za zakrętem powinna być restauracja. Już niedaleko. Prawdziwą rzadkością są niespełnieni dobroczyńcy pragnący pokazać mi, dokąd mam się udać, jak pisać, dla kogo. Większość jednak uważa się za lepszych ode mnie pisarzy, bo ja tylko skromny grafoman. Ale mam złą wiadomość, nie pójdzie ze mną tak łatwo. Widok przechodniów cieszy mnie, lecz nie mam odwagi zapytać, gdzie można w tym miasteczku dobrze zjeść, przecież wezmą mnie za pomylonego, który pogubił się wśród ulic rodzinnego miasteczka. Nie mam im tego za złe. Ot, taką mają naturę. Nauczeni pewnego sposobu myślenia, przywiązani do otoczenia, tracą z nim więź. Stają się niewolnikami konkretnie ułożonego, nienaruszalnego, monotonnego i przewidywalnego terytorium. Wykroczenie poza jego ramy mogłoby przecież doprowadzić do nowych doświadczeń, bodźców, do szerszego poznania świata.

Otaczają mnie drewniane podcienia. Moja skóra zdaje się mieć kolor drewnianych belek podtrzymujących zadaszenia. Gdybym stanął w stylowych drzwiach gospody, mógłbym pozostać niezauważony. I to nawet nie dlatego, że ludzie z reguły nie chcą widzieć takich osób jak ja. Po prostu wyglądam jak kuglarz. Wyobraź sobie szarlatana. Udało się? To już wiesz, jak mniej więcej wyglądam. Średnio przyjemny widok, prawda? Zamiast stanąć w drzwiach gospody, stanąłem w drzwiach do pokoju ojca. Ten, gdy mnie zobaczył, przewrócił się na łóżko, skotłowaną pościel. Ja, ja… od razu chciałem podbiec, dałby bóg, naprawić… Tyle że co właściwie, co niby miałem? Gówno, piękne przywitanie, gdzie matka, jeść mi się chce, głodny jestem, najpierw głód zaspokoić, a dopiero po jedzeniu się tłumaczyć, że to pożyczanie zdań od innych ze stuprocentową pewnością, że ich się nigdy nie odda, czy to jest dobre postępowanie, ja mam ciągłe wyrzuty sumienia, że pisząc, źle robię, że to pisanie jest moralnie podejrzane, tyle innych robót do wyboru, szlachetnych, które powinny dawać radość, zadowolenie. Ojciec od razu uświadamiać nie chciał, na uświadomienie nie pozwolił. Silnie chwycił, zatrzymał mnie dłonią.

– Puść – zaprotestowałem spokojnie.

Zbyt spokojnie, ojciec nie puścił. Za to, nie mówiąc ani słowa, poprowadził mnie ku kartkom luźno leżącym na stoliku.

– To nie mój charakter pisma – powiedziałem.

– Nie? – zdziwił się ojciec. – Nie twój… a czyj?

Niemożliwym się to wydawało, nie wierzyłem. Odpowiedzi chciałem. Ojciec spojrzał na mnie, jak na idiotę.

– Jak to co?! – krzyknął. – Czyje to kartki?

– Niczyje. Po prostu tak miało być – zapewniłem.

Zatem… fatalizm. Sekretów, zawiści i ułomności nie znając, ja Pisarz… Rozwój swój uprzedziłem. Rączki już miałem w miedniczce, ręka rękę myje. Nie przypuszczałem nawet, że ojciec nie tak całkiem losowo, nie przypadkiem, znalazł te zapisane kartki.

– Podejdź tu synu, ja ci pięknym za nadobne odpłacę.

Pogłaskał mnie po głowie i stwierdził z powagą:

– Wczoraj ja, dzisiaj ty. Jedni przegrywają… – nieznacznie uśmiechnął się pod nosem, i dodał – a drudzy… drudzy coś chyba wygrali, cokolwiek by to nie było.

– Ale jak to?

Ojciec, zamiast odpowiedzieć, zdjął beret i podał mi, żebym przymierzył.

– Podoba ci się?

Wabił mądrze, przeciągał na swoją stronę. Spojrzałem na niego… Spojrzałem wyrozumiale. Zabić ojca? Ojcobójstwo to mniejszy grzech niż pisarstwo. Jak dotąd mam czyste ręce. Taki prywatny „fatalizm” pociąga, ma w sobie coś takiego… skrywana idea, idea pięknej równości. Wszystko zrobiło się samo, albo zupełnie odwrotnie… Były tylko uczucia, małe afekty, zawiści. Tak lepiej nawet! W afekcie, o tak! Tak się zdarzyło. Ojciec nie chce mnie więcej na oczy widzieć. Jeśli nie wezmę się do nauki, to nogi z dupy mi powyrywa.

– Do niczego się nie nadajesz. Idź do tych swoich kolegów, pijaków, z nimi się zadawaj, pasujecie do siebie… oni także wszystko mają w dupie, wyjebane, wypieprzone, wywalone.

Ech, jakiś jestem ostatnio do niczego, nic mi się nie chce i nic nie potrafię. Zostawiłem ojca i ruszyłem do rynku. Z daleka widzę siedzącego na ławce Ksawerego, syna dozorcy cmentarnego. Pod figurką św. Floriana na ławce rozpostarty, uśmiechnął się na mój widok, bo miał komu się pochwalić, że był na koncercie Dzieł Wszystkich Glenna Goulda.

– Jakiż on napisał długi kwartet w stylu wczesnego Weberna, bardzo mi się to podobało, choć można by się też wyśmiewać. Dosiadł się do nas Rajmund, nawet nie dosiadł, a przykucnął, zapytał, czy mamy pożyczyć kilka groszy, bo brakuje mu do wina. Ech, te kalki językowe.

– Wykop czytało się kiedyś z zapartym tchem, więc teraz chyba do kieszeni nie będę zaglądał – rzekł Fabian. – Ale wieczorem idę na spotkanie, mogę cię zabrać, popijesz – dodał.

Rajmund wyprostował się i poszedł tak, jak przyszedł. Fabian zaczął opowiadać sen, że byliśmy umówieni w Krakowie, bo tam mieszkałem, a on byłem recenzentem teatralnym i musiał obejrzeć przedstawienie, a właściwie występ kabaretowy polegający na tym, że dentystka boruje ząb pacjentce i zasypuje ją dowcipami, a po wyjęciu wszystkich tych przyrządów z ust pacjentka opowiada taki dowcip, że tamtej szczęka opada. Był tam z jakimiś wyjątkowo nudnymi ludźmi, których chciał się pozbyć, ja pojawiłem się pod teatrem, ale tak jakby przez przypadek i nie byłem nim zbytnio zainteresowany, bo szedłem z kolegami napić się piwa do geesowskiego kiosku, potem dołączyłem do nich z tym piwem i chodziliśmy po mieście, szukając jakiejś eleganckiej knajpy, w której czekali na nas jacyś z kolei jego znajomi, w końcu usiedliśmy tam i zaczęło się omawianie jakiegoś projektu czy czegoś, znów było bardzo nudno i w dodatku sen mu się urwał.

A zanim zaczął opowiadać coś nowego, bo mógłby mówić bez końca, zapytałem, dlaczego w tym ojczystym grodzie tak nas nienawidzą. Szczególnie grono pedagogiczne, urzędnicy banku, pracownicy urzędu gminy, poczty, kolesie, którzy prowadzą swoje biznesy też na nas krzywo patrzą. Skąd to się u nich bierze? Czym żeśmy zawinili?

– To nie wiesz, mają nas za nieszczęsnych pasożytów i próżniaków. Już siedźmy na tej ławce, tutaj nas nie rozpoznają, świetnie wśród kloszardów umiemy się ukrywać, upodabniać do nich. To wcale nie jest takie trudne, szczególnie, gdy za kołnierz się nie wylewa.

Przez tę naszą ławkę stojącą obok figurki św. Floriana wiedzie droga do wiedzy. Stąd widoczna jest niewierność, niestałość człowieka, wszelkie zwyrodnienie i histeria. Ale wystarczy już tych przemyśleń. Wypadałoby przecież coś ze sobą począć. Mógłbym się jakoś doprowadzić do porządku, nie wiem, zmienić ubranie. Szczerze mówiąc, nawet powinienem to zrobić. Tylko jakoś nie mam na to ochoty.

Fabian jeszcze odezwał się z żalem, że nie jest nominowany do niczego i chyba odechce mu się pisać. Przytuliłem go pocieszająco, mówiąc, że idę się przebrać, o Rozalce wspomniałem, bo chcę ją dzisiaj odwiedzić, na co on rzekł ze śmiechem, że to imię domniemanej, mało prawdopodobnej córki, identyczne z imieniem mniej sławnej pamięci babki nieboszczyka Osłabędzkiego, która była jedną z kochanek Stanisława Augusta.

– To jest coś – powiedziałem i zostawiłem go samego.

Idąc ulicą w dół, ujrzałem matkę, jak pędzi żwawo przed siebie, już w domu zauważyłem, że chowa zakupy za szafą. Boi się, by ojciec nie znalazł bielizny, którą sobie kupiła. Boi się krzyków, wypominania, że nie umie oszczędzać i wydaje pieniądze na zbytki. Spojrzała na mnie, chociaż wie, że jej nie zdradzę, a przy okazji poprosiła mnie, żebym zaczął zarabiać pieniądze, skoro nie umiem pisać, a i na naukę za późno. Ciągle wszyscy robią ze mnie wyrzutka społeczeństwa, jakbym nigdy nie pocałował matki w rękę, jakbym nigdy wobec niej nie wyraził czułości. Nieraz myślałem sobie, żeby zamieszkać na jakimś dworcu w wielkim mieście, i rozpocząć tam życie bezdomnego, włóczęgi. Tylko, że to takie banalne, już lepiej zmagać się otaczającą mnie tutaj gromadą. Widzę znowu moją matkę z ręka podniesioną na mnie. Chce, bym przestał pisać te głupoty, a wziął się do szkicowania jakiegoś bardziej przystępnego dzieła, żeby każdy mógł je przeczytać z satysfakcją. Matka powtarza, że nie mogę być dobrym pisarzem, wiodąc marnotrawny żywot. Wszyscy uwzięli się na mnie, nikt we mnie nie wierzy. Dlatego zadowalam się takim towarzystwem, jakie znajduję na marginesie, tylko do nich mogę mówić, to co dla mnie ważne, tylko oni chcą mnie słuchać i pić ze me mną wódkę. Nie przeszkadza im, jak jestem ubrany, dlaczego nie noszę nakrycia głowy, każdy z nich, tak jak i ja, ma niedopasowany ubiór. Nie jesteśmy członkami społeczeństwa, a już narodu to w ogóle, tylko. Nie mamy poważania u grona pedagogicznego, urzędnicy państwowi omijają nas z daleka, pracownicy banków wypięli się na nas, najwyżej panie z opieki społecznej nie przechodzą obok nas obojętnie. Dlaczego ciągle czuję się czemuś winny? Przecież pisanie opowiadań, zmyślanie ich, nie jest jakimś przestępstwem. Poprzez grafomanię także można dążyć do jakiegoś celu, walczyć o coś i cokolwiek wyrażać. Spontaniczne twórcze doświadczenie zachodzi bez oczekiwań, planów, przewidywania celu. Co z tego, że w mojej prozie przestrzeń nie podporządkowuje się geometrii euklidesowej, czas nie ma ciągłego i jednokierunkowego przebiegu, przyczynowość nie stoi w zgodzie z arystotelesowską logiką, nie ma rozgraniczenia między życiem a śmiercią. Przecież żyć w swoim świecie to nie zbrodnia. To nie powód, żeby wytkać mnie palcami, chcieć mnie napiętnować, skazać na potępienie, wykluczyć na dobre z gromady. Może nawet zabić. O nie, nie dopuszczę do tego, to już sam wolę skończyć ze sobą, zejść z oczu tym, którym moje postępowanie, moje pisanie jest nie w smak. No właśnie ja nie lubię tego wyciągania kutasa przez rozporek, zwłaszcza u dżinsów i jak są obcisłe, wolę rozpiąć pasek i się wysikać komfortowo, dlatego zwykle korzystam z kabiny. I spróbuję jeszcze sprzedawać książki, zważywszy, że książki się dzisiaj wyrzuca, i że prawie wszystkie z nich dostałem za darmo. Może to jakiś sposób na spokojną starość? Potem sprzedam płyty, potem obrazy, zostanę sam i umrę golusieńki, jak się urodziłem. Woźnica już ujął lejce, konie zarżały, zadowolone, że ruszają w drogę. Ledwie skończyło się drżenie, ledwie zaczęło cichnąć odbijające się jeszcze wśród drzew leśne echo, gdy na horyzoncie, dokładnie na samym końcu przestrzeni, pojawił się delikatny, nieznośnie jasny pomarańczowy łuk lśniący jak złote rybki. Na jego tle zaczyna być widoczny odległy niewyraźny kształt, zdający się z początku jedynie złudzeniem. W końcu ujrzałem dolinę, powalony drewniany płot, a po zboczu pędzi tłum, różnokolorowy, jakiś tęczowy.

Pisarz dołączył do tłumu, chociaż to za dużo powiedziane, raczej wlecze się na samym końcu, trudno powiedzieć, czy na dobre chce się do niego przyłączyć. Ciżby nikt nie jest w stanie powstrzymać, rozpędzony gna z impetem. Słychać głosy policjantów. Krzyczą, nawołują. Okazało się, że w stadzie są osoby, które pochowały po kieszeniach Ciało Chrystusa. Nie jest tajemnicą, mówią o tym zarówno misjonarze miłosierdzia, jak i egzorcyści, że często wynosi się z kościoła komunię i sprzedaje satanistom czy okultystom. Policjanci robią wszystko, co mogą, by zatrzymać winnych i odebrać im hostię, którą należy natychmiast oddać albo spożyć. Eucharystia nie jest kawałkiem chleba, nie jest opłatkiem, ale jest żywym Chrystusem.

Pisarz, nie chcąc wystawiać się na zło duchowe, wyprzedził rzeszę ludzi biorących udział w profanacji. A gdy znalazł się na przodzie: zawirował, zatańczył i sunie z górki po ściernisku. W dolinie widoczny jest rów wypełniony chochlikami i wampirami, i długonogimi zjawami, i tym wszystkim, co niepokoi nas w nocy – jego brzegi porośnięte morszczynem, liśćmi szanty i lebiodą. Pisarz spokojny i dumny mknie, zdając sobie doskonale sprawę ze swojej przewagi. Dzisiaj trybuny są pełne – jak zawsze zresztą. Tylko, że w tej chwili, mimo doświadczeń i stereotypów, znajduje się na nich sporo dziewcząt, kochających komedie romantyczne i najnowsze kolekcje Diora. Oczywiście nie dorównują mężczyznom w dopingu. Jęk zawodu na trybunach. Dziewczęce piski. Co to będzie? Co to będzie? I dalej, i ciągle, Pisarz majestatycznie oddala się od reszty, dążąc niestrudzenie do celu. Tamten ogon, wstęga, została odcięta dawno temu, nikt jej już nie pamięta. Cóż, niepotrzebny balast. Sam, niczym pustelnik na pustyni. Może jest duchem? Bo jedynie te straszne jasne oczy wydają się żyć, przyglądać się tym wszystkim szaleńcom, którzy zachowują się dość spazmatycznie. A gdy znalazł się na samym dole, wszedł do wykopu i stanął obok sanitarnej armatury. Chodzi głównie o to, aby trzymać wszystkich od siebie z daleka, jednakże żadnemu czytelnikowi nie powinien spaść włos z głowy. Inaczej musiałby tłumaczyć się z tego w każdym wywiadzie, powtarzać kolejną bajkę tysiące razy, tysiącom podobnych do siebie nawzajem twarzy patrzących przez chwilę z wyższością przy wypowiadanym pytaniu – myślących, że tylko oni dokopali się do prawdy, którą tak naprawdę zna co drugi krytyk literacki na świecie. On oczywiście okazałby się czysty jak łza. Pisarz oparł się o ścianę wyłożoną kafelkami. Na bidecie zauważył damską bieliznę. Prawda o byciu na scenie jest taka, że jeden zauważalny drobiazg może rozsierdzić gapiów. Teraz będzie musiał uzupełnić brakujące flizy. Nieraz już zajmował się glazurą. Spojrzał na ubytki w wielu miejscach i zaczął rozrabiać klej w wiadrze. Wśród wrzasków i ryków zaczął dolewać wody, by uzyskać odpowiednią konsystencję. Łukasz, syn mistrza robót kanalizacyjnych stoi z boku i przygląda się uważnie. Na całe szczęście sezon ma się ku końcowi, a ten remont jest ostatnim.

– Spójrzcie, to Pisarz, a jaki zaradny – rzekł do publiczności Łukasz. Zapowiada się niezłe przedstawienie. Zaraz też pojawił się brygadzista, najważniejsza osoba, od której zależy ostateczny wygląd remontowanego pomieszczenia. Pisarz zawstydził się, przecież nie po to tutaj się znalazł, żeby oceniano jego pisarstwo. Lecz ci, którzy przyglądali się z boku, poznali się na jego artyzmie i z podziwem przyglądają się, jak do poziomicy składa gres szkliwowy. Kafelek do kafla, płytka do płytki, jedna, druga, trzecia. Ściana nabiera wyglądu, połysku. Seweryn, syn właściciela furmanki, stojący najbliżej wiadra z klejem, stwierdził, że Pisarz uzmysławia nam, iż świat jest zawsze kombinacją nieskończonej liczby elementów odnalezionych na maksymalnie zawężonym obszarze. Rozpoczęła się rozmowa, zaczęły padać zdania, słowa, Amelia, córka kontrolera gazowego:

– Mam tym razem wrażenie, że on nie wymyśla tej alternatywnej rzeczywistości na potrzeby literatury, tylko naprawdę w niej żyje. Najbardziej jak zwykle podoba mi się to, jak pisze o tym, co istnieje niezależnie od człowieka, to jest bardzo poetyckie, a to, co dotyczy człowieka, człowiek kaleki, ułomny.

– Koń by się uśmiał, niech dobrze klej rozrobi – dało się słyszeć.

Pisarz przykleił na ścianie kolejną płytkę, ale zaraz oderwał, gdyż wydała mu się krzywo położona. A to wszystko, co się dookoła dzieje, rozprasza go: zdania, słowa powodują, że traci czucie w palcach, zdaje mu się, że krawędzie płytek nie chcą do siebie równo przylegać.
Seweryn dopowiedział:

– Wygląda na to, że ta nieprzystawalność wynika właśnie z tego, co zawsze wyróżnia pisarza, czyli ze stylu. On go już wypracował. To pisanie robi się charakterystyczne. Rozpoznawalne. Nie jest ono przewidywalne.

– Ożeż ty w mordę… – krzyknął jeden z przyglądających się pracy.

Mateusz chce pomóc Pisarzowi, jednak ten robi wszystko, by radzić sobie samemu, klej z kielni zsuwa się i leci na posadzkę. Potrącił poziomicę opartą o murek. Prostota, zdawałoby się, załatwi sprawę. Nie potrzeba żadnego komplikowania.

I jeszcze Amelia:

– Sądzę, że to Jego historie żyją własnym życiem. To normalne. Dla Niego wszystko wynika albo rodzi się z Cieżkowic. Pewnie dla nas też. Dla kogoś, kto nie jest stąd i nigdy tu nie był, ważniejsza będzie inna perspektywa. Wszystko zanurzone jest w Ciężkowicach.

– Chuj mu w dupę, poeta, tylko głowa nie ta, krzywo układa te tafle, niech częściej poziomicy używa.

– To się nazywa upiździć człowieka! – powiedział któryś z widzów.

Pisarz usiadł na korytarzu. Łukasz przestępuje z nogi na nogę, wysokie obcasy Amelii lśnią. Nieznośny stukot o wypolerowaną posadzkę. Udało się, ponieważ nie doszło do kompromitacji, teraz będzie mógł udać się do innych zajęć, nie ma się co popisywać. Przecież nie chciał, by wzięto go za pisarza, to wszystko przez Łukasza, który musiał się wygadać. A tyle razy prosił go, żeby nic nie mówił, że przecież to denerwujące, kiedy układasz kafelki, a wszyscy biorą cię za kogoś innego. Pisarz ciągle powtarza, że towarzyszy mu uczucie fałszu, że żywi się skłamaniem i nieprawdą. Dzisiejszy odbiorca, widz, czytelnik, musi mieć wszystko podane na talerzu, wraz z łyżką i widelcem, wtedy się zorientuje, że chodzi o spaghetti, bo inaczej kroiłby to nożem i myślał, że ma do czynienia ze stekiem wołowym bądź cielęcym. Do dupy z takim życiem. Zapaliłem papierosa. I ruszyłem do wyjścia, bo okazało się, już dawno po fajrancie. Rozalka nadeszła z przeciwka i powiedziała, że zaprasza mnie do siebie, muszę u niej zostać na noc, tak sobie zażyczyła, naszło ją na miłość ze mną, więc nie ma o czym gadać. To blisko stąd, nawet już jesteśmy na miejscu. Rozalka ma na sobie tylko szlafrok, stopa się jej podwinęła, upadła na podłogę. Pochyliłem się nad nią, widzę, że jest blada, że wymiotuje, ułożyłem ja na boku, żeby się nie udławiła wymiocinami. Ale nie, zaraz jej przeszło, podniosła się i żwawo gdzieś potruchtała, zostawiając mnie samego. Rozejrzałem się dookoła. Ten dom, jego wnętrze, jest mi obce, przynajmniej w tej chwili. Nie wiem, co mam zrobić, zajrzałem do najbliższego pokoju. Matka moja w nim chrapie, co mnie jakoś nie zdziwiło, ona lubi u sąsiadów się zdrzemnąć. Powinienem do łazienki, wyraźnie z siebie zadowolony. Przeszedł korytarzem i skręciłem w lewo, światełko ujrzałem, a pod ścianą łóżko, na którym córka Rozalki leży i porozumiewawczo puszcza do mnie perskie oko. Tylko że ja nie mam pojęcia, czego się domyślać. Szybko się wyjaśniło, dzisiaj niedziela, Rozalki mąż jest w domu, powinienem pomału się poruszać, cicho stąpać, żeby nie natchnąć się na niego. Rzeczywiście, słyszę, jak mówi coś o zapałkach, ale nie wiem do kogo, nie widzę go, chociaż wiem, że chce wyjść przed dom na papierosa, nasze drogi ciągle się rozchodzą ku uciesze domowników, Rozalka boi się, nie chce żebyśmy się nawzajem pozabijali.

Zaglądam do kolejnego pokoju, popatruję lubieżnie, widzę uda. Ciepło, więc nie osłonięte niczym, ale blade, blade. Jakąś ckliwość wywołują, chęć niesienia pomocy, tak, zaopiekować się solennie, czule. Ugłaskać te włoski ciemne, proste, kokardkę poprawić, zapiąć guziczek, a może rozpiąć. Tylko że to Fabian, a na nim jakiś młodzieniec całuje go po piersi nagiej i bez troski, coraz niżej go całuje, po brzuchu, majtki zsunięte do kolan, aż bierze do ust sztywne przyrodzenie, napięty łuk bioder, ssie żołądź, że Fabian cały w skowronkach, głośna muzyka zagłusza tę rozkosz, co to jest, cóż to za utwór taki potężny, coś jakby finał siódmej symfonii Beethovena. Skocznie, dobrze, dobrze, no to idę sobie, nie zauważyli mnie, całe szczęście. Leciutko, swawolnie nóżkami przydreptuję. Ojej, ojej, jak swawolnie.

Przypadkiem uchyliłem jeszcze inne drzwi do odrębnego pokoju, nie nachalnie, wstydliwie, mimochodem, ale szpiegowsko, penetrująco, lubieżnie. O, i pieprzyk tam jest, odznacza się w miejscu intymnym. Na bladej skórze pieprzyk znamieniem kusi. I tak zanurzyć się okiem w wilgotny zakątek, zakamarek, w te ustronia, zacisza, w te blade krągłości, wklęsłości, pieprzyki pikantne. W sieni jakiś rumor, krzyk, przekleństwa.

– Zajebię każdego, niech się tylko jeden z drugim do niej zbliży. To mąż Rozalki rozwścieczony. Należy przed nim się schować, ukryć. Pobiegłem na strych, ukląkłem za jakąś starą otomaną, nakryłem się derką. Tu nikt mnie nie znajdzie. Tylko ten głos niemilknący, żebym wziął się wreszcie do jakiejś pożytecznej pracy.



Waldemar Bawołek (ur. 1962 w Ciężkowicach) – polski prozaik. Autor pięciu książek. Laureat konkursu „Nowego Nurtu” i Wydawnictwa Kurpisz oraz Ogólnopolskiego Konkursu Wydawnictwa Zielona Sowa. Dwukrotnie nominowany do Nagrody Literackiej Gdynia: w 2015 za powieść To co obok oraz w 2018 za powieść Echo słońca.