Grafologia Rojasa Jiméneza

Oto nader ciekawy fakt dla grafologów: od Rojasa Jiméneza pochodzi pewien typ pisma, którym została napisana znaczna część współczesnej poezji chilijskiej. Jego rękopisy były tak osobiste i uwodzicielskie, że wielu współczesnych mu pisarzy (a wśród nich ci bardziej znani) z prawdziwą obsesją kopiowało jego kreskę.

Ci, którzy mieli okazję trzymać w swoich dłoniach poetyckie rękopisy naszego śmiałego pokolenia, od razu rozpoznali spośród wszelkich charakterów pisma ową zręczną i muzyczną kreskę, z niewielkimi odstępami między sylabą a sylabą, opadającą pod koniec linijki w ucieczce, wskazującej na żarliwość i rozczarowanie – co jest tak bardzo charakterystyczne dla Rojasa Jiméneza.

Podstawa tłumaczenia: Alberto Rojas Jiménez, Grafología de Rojas Jiménez [w:] Plath O.(red.), Alberto Rojas Jiménez se paseaba por el alba, Dirección de Bibliotecas, Archivos y Museos, Santiago 1994, s. 16 i n.

List-Ocean

Człowieku ze świata,
w moich oczach zakotwiczyłeś smutek,
w wieczór wieczorów: wieczór w Ameryce.

Samotność dzieciństwa
gruntownie spaliła żółć wiosek.
W owym czasie pomarli moi krewni.
Żaluzje, które wabiły dzień, były czarne,
a głos mej matki zamroczył wspomnienia.

Byłem poetą ubranym jak dziecko,
w roku pełnym smutku, w którym dzieci łamały kwiaty.
Nikt nigdy nie powiedział mi, że powinienem śpiewać.
Księżyc biegł za chmurami.
Słońce zwęgliło owoce i górskie grzbiety.
Moje ręce wodziły za świetlikami
wśród wilgotnego cienia zimy.

Pierwsza pieśń z drętwych słów,
prosta jak woda. Nie umiałem wówczas igrać.
Ja, milczący mówca, w strachu przed deszczem,
na dnie lustra odnalazłem pierwszego przyjaciela.

Niewidzialna dłoń wygasza letnie dni.
Oni, płosi ludzie, sielska elegancja,
wyczekują panny młodej u wrót kościelnych.
Nagle wszystko się zapadło.
Zmieniły się nazwy czasopism.
Ktoś powiedział, że wzniesiono nowe budynki.
Znam na pamięć rozkłady pociągów
i wiem, że staruszki z mego kraju
strzegą swoich monet zawiniętych w chusty.

Nagle wszystko się zapadło, nastał wiek boleści.
Wiatr, wiatr mnogi
zatracił głos rozbitków,
rozproszył różane ognisko ze snów.
Teraz, tuż przy Elbie, jak i w Hamburgu,
ożywiam słowami naszyjnik z moich lat.
Jesień od północy. Kotwicę rzuciły w mgłę
czarne budowle łodzi lunatycznych.

Moja odległa ziemio! Kraju płonących lasów!
Wśród obczyźnianej nocy, co mnie trzyma za stopy,
wyciągam ku tobie dłonie, człowieku w swetrze.

W owym czasie pomarli moi krewni.
Dzieciństwo żałoby w cieniu bzów.
W świetle lamp igrała moja siostra.
Na zawsze utkwił mi na plecach
portret mojego umęczonego ojca.
Pamiętam, że było tam wzgórze,
na którym był utwierdzony krzyż.
Był wtedy maj i umalowani ludzie
tańczyli wokół, chłoszcząc ziemię.
Rzeka przecina wieś. Każdego poranka
unosiła ze sobą kobiece zwłoki.
Smutne dzieciństwo z pasmem modlitw.
Nocą galop koni wystraszył mój sen,
a słońce zwlekało ze świtem.
Pewnego razu przybył cyrk.

Zielona kobieta balansowała na mojej pamięci,
wisząc nad trapezem.
Podziwiałem złote ryby w srebrnej wodzie.
Dzwonnica łkała, gdy nikło popołudnie.
Latawiec śni na niebie mego dzieciństwa.
Młodość oparta na okiennej ramie
zaczęła wówczas śpiewać pieśń, która trwa do dziś:
starą historię o tęczy i słowie „miłość”.

Widok pierwszego samolotu mnie nie przeraził,
więc wspiąłem się na mój dom, aby ująć go w dłonie.
Był to wiek boleści, pożądania i oczekiwania.
Ubrany na czarno uczestniczyłem w pierwszym pogrzebie.
Wtedy ujrzałem na własne oczy portret bohaterów,
zdobiących witraże wszystkich aptek.
Dom był przepełniony gośćmi.
Napisałem swój pierwszy list.
Zabrali mnie do portu, żeby pokazać mi morze.

Uczeń bez talentu – niedola matek.
Ptaki ze zużytego papieru spadły mi do stóp.
Czas wyciekał, a ja miałem piętnaście lat.
Byłem nastolatkiem od kinematografów.
Niestrudzony czytelnik smutnych powieści
powtarzał często: „jestem znudzony… chcę odejść.”
Przechowuję w portfelu portret dziewczyny.
Mówię to wszystko w taki sposób,
jakbym siedział przy stole z kartą w dłoniach.
Jestem taki sam i wśród twoich
i jej uśmiechów posuwam się w latach.
Zagubiony, złakniony, niespełniony.
Cudzoziemiec zakochany w rzeczach i swej pieśni.

Zanurzasz się w dniu, dosięga cię moja pamięć.
Śniegowy łabędź roztapia się
w zatęchłej wodzie twego ducha.

I tu oto jesteśmy, gdzie słońce nie świta.
Twoja czysta obecność rozprasza mrok.
Wysokie, rozległe miasto mnogiego życia.
Długie łodzie ze srebra śpią na Sekwanie.
Podła pora roku gnębi parki.
Na tej zrujnowanej ścianie ktoś napisał słowo „Porzucenie”.
Głęboką nocą zaczął padać deszcz,
a ptak z lodu przysiadł na mych dłoniach.

Imię twoje w tłum uwikłane.
Nader smutna jest nasza droga.
Biedny hotel, tak bardzo biedne życie.
Upadają przed nami żółte liście.

Ach, dziewczyno pełna żalu, moja słodka dziewczyno!
Markotne samoloty rodzą się za dnia,
a dzień każdy przynosi nam zwiędłe kwiaty.

Odbyłem najweselsze oraz najsmutniejsze podróże.
Za moimi snami kryje się kwiecista Ameryka.
Marynarze tańczyli nad Morzem Karaibskim.
Osamotniony muzykant
twoim był zmartwieniem, nie zaś wiatr, co nadymał ci akordeon.

Nocny hangar. To między twoimi ciemnymi ścianami moje serce się budzi.
Wycieram, wypalam godziny żarem mojego papierosa.
Szklanka wina dławi wszelkie wyjaśnienia.

Przechodzisz teraz przez bulwary, tak samo jak wówczas,
a stare zniechęcenie pęta każde twe działanie.

Głosy jakieś dochodzą spod spodu. Listy. Gazety z nowinami.
Pablo i Tomás okradają tubylców.
Opuszczony dom. Tak samo jak rewolucja.

Ludzie tu mają kredowe twarze.
Dusza zimy skrywa dzieci.
Deliryczne auta pchają zmierzch,
a pojmany księżyc wybiela tarasy.

To w jasności lamp cię kocham, towarzyszko tej godziny.

Umyka przed nami wieczór.
Słowo żalu opuszcza twoje usta,
by pamiętać gitary z kraju Tarzana.

Oto nasza ulica. Hotel Nantes. W tym miejscu cię kocham.
Jesteś wysoka. Wąchasz jabłka.
Obok kominka leży przygaszony papieros.
Zawierasz w sobie dzwony Stuttgartu.

Wszystko to widziałem. Cmentarze również.
Przygnębiony głos fotografii.
Ileż razy samotny przed peronem.
Żółte listy, wachluję się z nudy.
Zła wieść rozniosła się nocą.
To bezsenność wtłoczyła w moje wersy
stary smutek romantycznego poety.
Zawsze jesteś ze mną, a ja wszystko to widziałem.
Stare drzewa wyznaczyły kres.
Fastrygując nazwy stolic,
Potok słów, sieć telegraficzną.
Podróż, której niepamięć strzeże.
Skłaniam się do brzegu lustrzanych zaświatów.
Poniżej na ulicy oraz tutaj w pokoju
blady, rozczochrany – piszę, a ty mi towarzyszysz.
Nadszedł czas rozłąki i pilnujesz pocałunku.
Wołałem cię w lasach, u mego boku kwitł twój uśmiech.
Nie pamiętasz. Dachy były czerwone.
Drzewa z dymu. Kraina, którą mi obiecałaś,
tak samotna i biedna wśród swoich sióstr.
Wystrzegam się zapomnienia. Pojawia się we śnie
na żelaznym moście moja zamyślona żona.

Gazety, czasopismo, w kawiarni, którą widziałem.
Wszystko już było, rocznica i czarne charaktery.
Twoje własne imię u podnóża portretu,
motyl śpiący na krawędzi mojej szklanki.
Zniknęły gdzieś mandoliny, a gwiazdy przetrwały.
Las odszedł do dni szczęśliwych.
Udomowiona dłoń zgasiła lampę.
Noc Walpurgi! Niemcy z duszy!

Zielona jaszczurka między twoimi piersiami.
Nie potrafię wyjaśnić twoich stóp wieczornych,
niedokończona miłości, skarbnico nadziei,
kobieto, kielichu wypełniony dniem,
wyruszamy w podróż bez celu, a jednak tkwimy w miejscu.
Poszukiwania trwają, a dym z pociągu
postarza twój profil. Na moich dłoniach złóż swe oblicze.

Nauka liczenia nie jest tym, czego pragnę.
Nauka pisania – również.
Obcy język, jezioro, poezja.
Wzgórze różane, co głos mój pieści.
Zawsze do ciebie wracam, przyczyno mego milczenia.
Wśród długiego wieczoru: opowieść bez pojednania.
Imię, data i biel włosów,
pieśń moją literując, gdy dni się kończą.
Daj mi ten zeszyt, oto bezkresne pijaństwo.
W drodze napotkasz nieprzeniknioną geografię.
A później kapelusz na podłodze, zwiędłe ubrania,
poza winem i tytoniem przyjaciele pragną ciebie.
Historie, pieśń z wysp – wyleciały mi z pamięci.
Wszystko jest po twojej stronie, nocna szeptunko.
Dłoń swą podniosłaś, by powstrzymać bieg
gwiazd pachnących jak źrzałe owoce.
Owej nocy twój ojciec śpiewał w karczmie.
Gdybym tylko wyrazić potrafił moją miłość do ciebie!
Stawiałaś kroki w lesie, a w twoich włosach,
leśnym darze, zamknęłaś świetliki.
Strzegły szczęsnej tajemnicy oczu,
a jedno twe słowo wyzwoliło łodzie.
Zniosłaś klątwę, wiatr odwróciłaś,
wszystko mogłaś i właśnie wtedy cię straciłem.
Kiedy się oddalałaś, ja, wartownik brzasku,
oparty o strzelbę, wabiłem ciszę.
Widziałem później w odjeżdżających pociągach
pożegnalne gesty twoich dłoni.

Skoro tylko powrócisz z czasu rozproszonego
przynosząc mi nowe oblicze stamtąd odebrane!
Po tej stronie świata krzyżują się wysokie, ciemne, nocne palmy.
Cieniste jezioro, w nim właśnie tonie łódź pomówień.
Nim minął dzień wczorajszy, a nawet zanim dzień się skończył
i bezustannie powtarzana nadzieja, niegasnąca żądza.

O północy, kiedy wszelkie kształty gasną,
deszcz czarny i nieuchwytny niczym zapomnienie,
w środku nocy, w oddali, ziemia, co niesie twoje kroki,
nie dosięga cię mój głos, a łzy twoje są odległe.
Wizerunek stu, wszyscy ku mnie lgną, książka żyjących obrazów.
Rzeka, ich czarne drzewa, twoje słowo, jego chwilowy azyl.
Tłum szarżujący na zmierzch, pociągi,
tam, gdzie jedziesz, obecność moja nieodłączna,
tam, gdzie jedziesz, milcząca, zamyślona,
na szczyt czasu, co odległość przemienia.

W dni świąteczne moja pamięć cię dosięga
oraz o świcie, co z popiołów wznosi swe sztylety.
Pojawiasz się w czas nieszczęsnych nadziei
albo to głos dziecięcy przywołuje twój obraz.
Z dala od ciebie, lecz wciąż mieszkam w twych oczach.
Gromadzę tam ciemność, której pożąda zmęczenie.
Doglądam milczenia, co moim imieniem je odganiasz.
To prawda, że moje niewidzialne i odległe dłonie
każdej nocy stają się słońcem twojej lampy.

Podstawa tłumaczenia: Alberto Rojas Jiménez, Carta-Océano [w:] Plath O.(red.), Alberto Rojas Jiménez se paseaba por el alba, Dirección de Bibliotecas, Archivos y Museos, Santiago 1994, s. 70-75.

Autobiografia dwudziestojednolatka

Portret
Gdzieś w starej kasetce mojej siostry, wśród jej listów, wstążek i papierów, zachowała się moja dawna fotografia, zrobiona ledwo po tym, jak skończyłem sześć lat.
Teraz zastanawiam się nad tym, dlaczego ten niewyraźny obraz dzieciństwa tak porusza moje wspomnienia. Ile miłosnego cienia, teraz już niemalże rozproszonego, od nowa domaga się moje serce! Jakże się wznosi i osiąga nową rzeczywistość! Ach, dziecięcy wieku, szczęsny wieku, z jakimże to pośpiechem odszedłeś, nie nasycając mnie sobą!
Jakże wciąż dźwięczy mi w uszach zasłyszana pieśń wszystkich tych wspaniałych, świeżych, rozświetlonych słów twego świtania. W twoim wspomnieniu moje oczy starają się radośnie uśmiechać, a dłonie naśladują znaki z zapomnianych już zabaw. Jednak ani moje dłonie, ani moje oczy nie dosięgają rzeczywistości. Ach, wieku ulotny, płonny jest każdy mój wysiłek, by odsłonić czarny welon, co zalega dziś na moich źrenicach i rękach. Nie mogą one dziś przybrać innego wyrazu niż ten pochodzący od zatrutej wody, do której tak wiele razy były popychane.
O, dziecięce lata, co tak prędko nam umknęłyście, utkajcie w mej pamięci litościwy naszyjnik, by ten połączył mojego teraźniejszego, zwyciężonego i zmąconego ducha z odświeżającą wonią młodości.

Zabawy o zmierzchu
Od dziecka byłem zawsze skryty, słaby, chudziutki i blady, zawsze ubrany na czarno, nie potrafiłem znaleźć wśród rówieśników ani jednego towarzysza w słabości i w milczeniu.
Dorastałem więc z dala od zabaw i radości, pozbawiony jakiegokolwiek towarzystwa poza Azorem, pudlem, który z obojętnym szczęściem lizał moje dłonie.
Wspominając dzieciństwo, każdy przywołuje przyjaciela, z którym przeżywał zabawy i dni pierwszych lat pełne przygód.
Jeżeli ktoś chciałby zapytać mnie o moje pierwsze kroki na tym świecie, nie mógłbym nie wspomnieć właśnie o Azorze. On był moim jedynym przyjacielem z tych odległych dni.
Czas płynął opieszale i kładł na mojej twarzy swoje bezbożne dłonie, wciąż jednak pamiętam kosmaty pyszczek Azora i jego wymownie smutne oczy. Nie zapomniałem również echa jego szczeknięć oraz charakterystycznego sposobu poruszania się.
Azor był moim przyjacielem i współdzielił ze mną życie. Razem odkrywaliśmy tajemnicze zaułki ogrodu, a wieczorami uważnie i milcząco w bezruchu obserwowaliśmy z domowego podwórka chłopców i dziewczynki bawiących się na osiedlu.
Słońce złociło ich małe głowy i rzucało różowy blask na liście drzew. Wieczorny wiatr kołysał dziecięce odgłosy i niósł je ku nam – wymieszane i rozproszone.
Niebieski cień zacierał kontury ludzi i rzeczy. Ktoś za oknem zapalał światło, a niedługo później ulice i domy tonęły w mroku nocy. Bawiące się dzieci zaczynały być znudzone i wyczerpane, aż w końcu wraz z Azorem zostawaliśmy sami, chłonąc ciszę pod pierwszymi gwiazdami.
Moja mama pojawiała się w przedsionku, wołała mnie i wychodziła mi na spotkanie. Razem z moim przyjacielem wchodziliśmy do domu skąpanego w ciemnościach. I każdy wieczór wyglądał tak samo.

Moja rodzina
Kiedy się zastanawiam, skąd pochodzą ten brak woli, niezdecydowanie oraz chorobliwy sentymentalizm, które górują nad moją osobowością, nie znajduję żadnej odpowiedzi.
Przyglądając się moim przodkom, nie znalazłem z nimi prawie żadnych punktów stycznych.
Mój ojciec był krzepkim marynarzem i jego życie było wzorem energiczności. Bezustannie kochał się w kobietach. Był reporterem wojennym. (p.s.)
Wśród jego krewnych nie było żadnych wyróżniających się typów osobowości. Jedynie jego stryjeczny dziadek przykuł moją uwagę. Był jezuitą i natchnionym kompozytorem.
W rodzinie mojej matki byli szlachcice należący do zakonu morskiego. (p.s.)
Moja matka, średniego wzrostu blada dama, jawi się w moich wspomnieniach jako kobieta pogrążona zawsze w ciszy i osamotnieniu. Kiedy byłem dzieckiem, zawsze doglądała mnie z dziwną troskliwością. W mojej pamięci zachowały się jej powolne i spokojne ruchy. Ale nie udało mi się zachować nawet śladu echa dźwięku wymawianych przez nią słów. Zawsze mówiła do mnie niskim głosem, uśmiechając się, tak samo jak wobec obcych. Po raz pierwszy opuściłem ją w wieku trzynastu lat. Przez trzy zimy byłem pozbawiony jej czułości.
Po raz drugi opuściłem ognisko domowe ze smutną i niepodważalną stanowczością.

Moja babcia
We wczesnym dzieciństwie czuwała nade mną wynajęta opiekunka. Miała na imię Carmen, była rezolutną brunetką, która prawie cały czas śpiewała. Podczas gdy ja spałem u niej na ramionach, głos jej śpiewu wypełniał dom i czuwał nad moim snem. Kiedy byłem większy, mój ojciec już nie żył, a moja matka otuliła mnie przytulnym płaszczem swojej miłości. Moja babcia, chudziutka, przyjazna staruszka o smutnych, łagodnych i głębokich oczach, z dziecięcą radością obserwowała, jak bieg lat nadaje mi kształt małego człowieka.
Wieczorami, kiedy moja mama była zajęta domowymi obowiązkami, babcia brała mnie na kolana, wymyślała naiwne i niedorzeczne opowieści albo uczyła mnie pierwszych liter na tytułach artykułów.
W salonie mojego domu stał czarny i ogromny fortepian. Czasami, późnym wieczorem, babcia grywała stare menuety i walce, które uszczęśliwiały moją kwitnącą duszę.
Pewnego dnia babcia udała się w podróż na północ i wróciła dopiero, kiedy skończyłem piętnasty rok życia. Miała okrutnie zestarzałą twarz, a włosy, które według mojej pamięci powinny być czarne, przerzedziły się i wybieliły.
W noc jej powrotu wspomniałem o niegdysiejszych wieczorach i walcach, bujających moją dziecięcą głową. Babcia podeszła wzruszona do fortepianu, spróbowała zagrać parę taktów, ale jej zdrętwiałe od wieku palce plątały się i nie trafiały w dźwięki. Nie byłem w stanie usłyszeć muzyki z moich najszczęśliwszych wspomnień. Spojrzała na mnie oczami pełnymi łez. Być może chciała powiedzieć:
– Widzisz? Jestem już stara. Nie potrafię…
Miałem wówczas piętnaście lat i babcia była pierwszą kobietą, która płakała na moim ramieniu.

Kobiety
Tylko jedna spośród nich pozostawiła w mojej pamięci ślad wdzięczności oraz czułości: Solnei.
Inne jedynie przelewały moje wino przez sączek zniechęcenia i rozgoryczenia. Przez dwa lata Solnei opromieniała swym wdziękiem moje życie. Złączyła swój los z moim. Moje powodzenia, podobnie jak nędze – należały do niej. Razem bywaliśmy pod różnymi niebami, a w wielu wioskach zostawiliśmy po sobie jakiś ślad.
Smukła, jasnowłosa, miała lekko zachrypnięty głos, więc wymawiała słowa z kubańską słodyczą. Jeszcze długo nie będę mógł zapomnieć tego płomienistego spojrzenia i krótkich, kręconych włosów tancerki. W moim sercu wciąż jest miejsce dla jej ciepłego, jasnego imienia, które było mi tak lube.

Moje położenie
W wieku dwudziestu lat moje życiowe położenie nijak się nie ustabilizowało. Przyszłość nie martwi mnie w najmniejszym stopniu.
Od dziecka nie przejawiałem powołania do niczego konkretnego. Miałem niezdecydowane i słabe usposobienie, a moja wrażliwość do tej pory jest niczym szyba.
Byłem i jestem nadmiernie żarliwy. Wszystkim moim czynom, słowom i temu, co mnie otacza – ludziom, rzeczom – ofiarowuję w całości moje obnażone życie*.
W walce o egzystencję byłem naprzemiennie wątły i silny.
Wiele osób, widząc moje uzdolnienie plastyczne, przewidywało, że zostanę sławnym malarzem. Zapisałem się na kurs na Akademii Sztuk Pięknych. Nużyła mnie zuchwałość profesorów i opieszałość toku nauczania, więc nie byłem w stanie rozwinąć moich zdolności malarskich.
Często na spotkaniach kawiarnianych coś naszkicuję, wzbudzając aprobatę moich znajomych, ale jestem pewien, że nigdy nie będę w stanie całkowicie się temu poświęcić.
Kiedy byłem dzieckiem, mój mózg był wypełniony legendami o bohaterach i z naiwnością dziesięciolatka doszedłem do przekonania, że odnajdę swoje powołanie w Marynarce Wojennej. Marynarska przeszłość mojego ojca i podziw, jaki mnie przeszywał na widok jego portretu w czapce garnizonowej, z szablą u boku, podsycały mój entuzjazm wobec życia na morzu. Na szczęście moja matka sprzeciwiła się tym planom i Akademia Morska nie mogła mnie uznać jako swojego ucznia.
Uczyłem się w liceum na prowincji i w Santiago**. Przez kilka miesięcy byłem także uczniem liceum w Valparaíso. Na studiach byłem wiecznie krnąbrny i nie widziałem niczego pociągającego w karierze akademickiej.
Skoro wciąż nie dorobiłem się własnej woli, moja rodzina chciała ze mnie zrobić księdza, lecz od tej katastrofy uratował mnie brak znajomości łaciny. W tym czasie miałem za sobą trzy lata liceum i gdybym wstąpił do Seminarium, musiałbym zacząć od nowa.
Miałem dwanaście lat i mieszkaliśmy wówczas w Quillocie. Następnie wysłali mnie do liceum z internatem w Santiago. Tym, co wówczas zajmowało mnie w największym stopniu, był mój wygląd. Przeglądałem się w lustrach z pilnością i entuzjazmem gogusia. Wyrobiłem w sobie nawyk szkicowania autoportretów w każdych okolicznościach. Z czasem oczywiście objawiła mi się niedorzeczność tych zachowań, ale przynajmniej one uchroniły mnie przed potępieniem oczywistego faktu, że wszystko to było rezultatem ogromnego pragnienia nienaganności – skłonności utrzymującej się we mnie do dziś.
Choć wtedy nie znałem się na literaturze, już wtedy przedkładałem kapelusze z szerokim rondem nad te nijakie z rondem wąskim, a ponieważ zawsze nosiłem czarne ubranie, mój projekt nabrał rysu romantycznego, co ani kiedyś, ani dziś nie wydaje mi się czymś całkowicie nietrafionym.
Z czasem zaobserwowałem, że większość kobiet czuje niesmak na widok mojego pozbawionego wdzięku wyglądu, co sprawiło, że myślę o nim z wdzięcznością.
Wraz z tymi troskami czysto zewnętrznej natury zrodziło się we mnie ogromne pragnienie poznania świata, który w moich wyobrażeniach był przepełniony niemożliwymi do przewidzenia czułościami i urokami. Gdybym mógł, wyrwałbym się ze szkoły i wsiadłbym na pokład pierwszego lepszego statku parowego, nie pytając o to, w którym kierunku płynie.
Przestałem być niemotą, umknęła ponura i przygnębiona aura z dzieciństwa. Zmieniłem się w hałaśliwe, nierozważne, zuchwałe i ciekawskie dziecko z głową wypełnioną niedorzecznymi planami. Dopiero po dwudziestu latach odzyskałem moje pierwotne zamiłowanie do samotności i ciszy.
W liceum czułem się silny i zdolny, by porwać się na każdą przygodę. Powab tego, co niepoznane, urok ogromnych stolic i najodleglejszych mórz – to wszystko mnie pociągało i paliło niczym byt najmilszy. Czytałem wówczas książki podróżnicze. Opisy egzotycznych krajów i obyczaje ludów tak różne od tych, które mnie otaczały i w których uczestniczyłem, przepełniły moją głowę różnymi wspaniałościami oraz szalonym pragnieniem wolności i przygód. (p.s.)
W licealnym okresie gorączkowej egzaltacji, razem z pierwszymi literackimi krokami, nadszedł długi okres duchowych niepokojów. Pierwsze wątpliwości religijne, pierwsze rozmyślania filozoficzne i pierwsze poważne idee, dotyczące życia oraz świata, przypuściły atak na mój mózg, zatrważając mego ducha.
Książki, które przysłoniły mój horyzont, poszerzyły moje źrenice, ostatecznie rozbudzając w mnie umiłowanie piękna – przez lata były moimi jedynymi towarzyszkami i siostrami. To właśnie dzięki książkom oraz zmysłowi estetycznemu, co tak przedwcześnie się we mnie zrodził, nie zmieniłem się w nikczemnika albo łotra, choć było ku temu wiele okazji.
Mój krytyczny duch wyostrzył się, wykształcił i wszystko, co wydawało mi się wcześniej nieinteresujące – osobistości, posiedzenia, instytucje, zwyczaje, przyzwyczajenia i prawa cywilne – wszystko to objawiło mi się w prawdziwym obnażeniu i napełniło mnie ostateczną odrazą.
Dokonując analizy samego siebie w relacji z otoczeniem, dość szybko doszedłem do wniosku, że jestem nierozgarnięty i nieprzystosowany.
Często słyszę, jak mówią o mnie:
– Biedaczysko!
Osąd ten zawsze odnajduję na ustach tych, którzy są sługami wszelkich pustych formuł; tych, którzy przesycają swoje otoczenie społeczną hipokryzją; tych, dla których niemożliwy jest choćby najmniejszy przejaw buntu albo osobowości.
Owszem, biedaczysko.
Ponieważ nauczyłem się nienawiści do fałszu, konwencjonalizmów i kłamstwa, ponieważ zawsze unikałem międzyludzkich intryg, buntowałem się i zwracałem się przeciwko wszelkiej wyższości, która nie wynikała bezpośrednio z talentu.
Nieprzystosowany. Z pewnością. Nigdy nie mógłbym się nawet w połowie przystosować do tego, z czym się nie zgadzam, tego, co jest mi zupełnie obce.
Kochałem i kocham żyć pełnią życia w moim słodkim oraz ogromnym śnie o umiłowanej wolności. Wolności ptaków, nieba i morza. Wolności jedynej.
Nie mam nic. I pragnę tylko takich dni, które zawsze będą mi przynosić nieco miłości i piękna.
Ja, nieprzystosowany i nazywany biedaczyskiem, podnoszę źrenice, zapalam gwiazdy i obejmuję ziemię, niebo wraz z morzem – tak jakby były moje.

*Poniższy ustęp nie mógł zostać dokładnie odtworzony z powodu częściowych uszkodzeń tekstu oryginalnego (przyp. red.).
**Przed reformą edukacji w Chile z 1966 r. po sześciu latach obowiązkowej szkoły podstawowej można było udać się na sześć kolejnych lat na nauczanie drugiego stopnia (humanidades lub bachillerato), które dla uproszczenia przetłumaczyłem jako liceum (przyp. tłum.).

Podstawa tłumaczenia: Alberto Rojas Jiménez, Autobiografía de los 21 años [w:] Plath O.(red.), Alberto Rojas Jiménez se paseaba por el alba, Dirección de Bibliotecas, Archivos y Museos, Santiago 1994, s. 13-16.



Alberto Rojas Jiménez (1900-1934) – chilijski poeta i dziennikarz. Podobnie jak Pablo Neruda należał do grona „Pokolenia 1920" i czynnie uczestniczył w życiu artystycznej bohemy. Może nie żył zbyt długo, ale za to intensywnie. Był jednym z twórców grupy poetyckiej „Uremia" inspirowanej dadaizmem, której postulaty wyłożył wraz z Martínem Bunsterem w Pierwszym manifeście »A gu«. W 1923 r. udał się w podróż po Francji, Niemczech i Hiszpanii. Po powrocie opublikował swoją jedyną książkę pt. Chilijczycy w Paryżu (1930). Cztery lata później zmarł na odoskrzelowe zapalenie płuc.

Justyna Bojczuk (ur. 1995) – absolwentka wzornictwa na Zachodniopomorskim Uniwersytecie Technologicznym w Szczecinie i debiutująca ilustratorka. Uwielbia ciepłe kolory i ciepłe dni.

Kacper Szpyrka (ur. 1991) – zamieszkały w Krakowie filozof z papierami Uniwersytetu Jagiellońskiego. W wolnych chwilach pisze, innym razem coś przetłumaczy, czego rezultaty można podpatrzeć w takich wirtualnych miejscach jak np. „Wizje”, „Stoner Polski” czy „Inter-”. Krzyczy i gra w zespole Kirszenbaum.