Ilustracja: Natalia Trochowska

Ostatni rok

wiosna.

Jagoda mieszkała chyba przy Puławskiej. Sama, w dwupokojowym mieszkaniu z kuchnią. Miała może z sześćdziesiąt lat. Miała niepewny, młodzieńczy głos i pachniała świeżo, kwiatami. Nie wiem, dlaczego o niej piszę, co było w niej tak ciekawego, czy – co było w niej ciekawie nudnego.

Na pierwszym roku studiów uczyłam się łaciny. Potrzebowałam korepetycji. I wtedy pojawiła się ona. Agnieszka chodziła do niej na zajęcia, gdy była na archeologii. Podobno potrafiła zdziałać cuda z deklinacjami i koniugacjami.

To był początek wiosny. Sobotnie poranki. Pierwsze tygodnie marca były zimne i błotniste. Przed każdą lekcją chowałam się za rogiem jej domu i wypalałam jednego papierosa.

Co tydzień czekała w drzwiach. Na stole stała przygotowana filiżanka, zawsze ta sama, z herbatą, zawsze tą samą. Zapamiętała po pierwszym spotkaniu.

Chciałabym zrozumieć, co było tak smutnego w tych sobotach. Może to, że całym jej życiem była łacina i starożytna greka. Mówiła, że już nikt nie chce się ich uczyć i jej praca nie ma sensu. Kilkanaście lat wcześniej prowadziła lektorat na medycynie, ale już nikt jej nie potrzebował. Jej czy łaciny? Przez sposób, w jaki formułowała zdanie, nie dało się tego wywnioskować.

To nie jest kolejna opowieść o starszej osobie, która straciła sens życia. Ani o spotkaniu starszej i młodszej kobiety, które stają się dla siebie ważne i dzięki sobie coś odkrywają.
To chyba opowieść o niczym istotnym, tych momentach, które nie mają najmniejszego znaczenia, ale jednak tkwią w pamięci i są w jakiś sposób dziwne, trudne, bolesne.

Dni stawały się coraz cieplejsze i jaśniejsze, czułam w sobie coraz większy niepokój. Wczesna wiosna roztapia strach. Powietrze pachnie czymś niepokojącym, nieprzyjemnym, przenika przez skórę.
Jagoda czekała na wiosnę. Czekała, aż drzewo moreli za oknami salonu rozkwitnie. Podobno w całym mieszkaniu czuć wtedy jego zapach. Do pokoju wpada zaróżowione od kwiatów światło. Nie pamiętam tego, to chyba był tydzień, w którym wyjechałam. Przegapiłam to światło.

Z tego, co mówiła Agnieszka, Jagoda miała tragiczne życie. Dwóch mężów, albo jednego. Pierwszy bił ją. Poroniła. Drugi mężczyzna zmarł, wcześnie. Nawet jeżeli nie byli małżeństwem, Jagoda została wdową. Opiekowała się córką swojej siostry, Mają. Maja wyleciała ze studiów, archeologii, a potem do Stanów. Poznała Amerykanina, wzięli ślub. Też ją bił, uzależnił się od alkoholu i hazardu. Odszedł od niej, zostawiając jej długi i połamane żebra. Nie wiem, co dzieje się z nią teraz. Agnieszka nie ma już z nią kontaktu.

Kiedyś pokazała mi łacińskie tłumaczenie Kubusia Puchatka. Pamiętam, że zapytałam się jej wtedy, czy kiedy studiowała, to na zajęciach rozmawiali po łacinie. Była zdziwiona, że taka myśl w ogóle przyszła mi do głowy. Oczywiście, że nie. To martwy język. Nie do końca wiadomo, jaka była jego fonetyka. Brzmienie słów rozwiało się gdzieś, obkruszyło się.
Mówiłam do niej po imieniu.

Za którymś razem było inaczej. Odkryłam trzeci pokój w jej mieszkaniu – sypialnię i gabinet jednocześnie. Dostała propozycję pracy przy redakcji słownika polsko – łacińskiego. Pokazała mi fiszki ze słowami, opowiadała, jak wygląda cały proces opracowywania haseł.
Potem wróciłyśmy do kuchni, na stole czekała filiżanka z herbatą. Woda akurat się zagotowała.

Zdałam egzamin na trójkę. Postanowiłyśmy z Agnieszką, że będzie miło, jeśli przyjdziemy do niej razem. Kupiłyśmy różowego storczyka i ciasto, ale po raz pierwszy wypiłyśmy razem kawę w kawiarni przy placu Zbawiciela. To był chyba pierwszy raz w dorosłym życiu, kiedy zrozumiałam, że moja relacja z matką przestanie istnieć, że ona kiedyś zniknie i zostawi mnie samą. Poczułam tęsknotę, chciało mi się płakać. Nie wiedziałam, co mam robić, to było idiotyczne, ale nie mogłam opanować tego przeczucia.
Po kawie pojechałyśmy na Puławską. Jagoda nie czekała w drzwiach. Tym razem otworzyła je, dzierżąc w dłoni szklankę brandy. Cześć dziewczynki, jak miło, że mnie odwiedzacie.

Siedziałyśmy w salonie. Dużo rozmawiałyśmy. O ludziach, których one znały, a ja nie. O Jagodzie i szczątkach jej rodziny. O strzępach pamiątek, które jej zostały. Skończyło się brandy. Jagoda zarządziła, że przygotuje nam koktajl Franka. Nie pamiętam dokładnie jego historii. Wiem, że była w Meksyku ze swoim drugim mężem. Poznali tam Franka. Poczęstował ich wtedy tym drinkiem. Wódka, sok grejpfrutowy, sok pomarańczowy i coś jeszcze.
Po raz pierwszy w życiu piłam alkohol z moją matką. Po raz pierwszy byłyśmy dwiema dorosłymi kobietami, które spotykają się z trzecią dorosłą kobietą.

Minęło trochę czasu. Miałyśmy odezwać się do Jagody. Dzwoniła. Chciała się spotkać.

Nie wiem, nie mam pojęcia, dlaczego nie oddzwaniamy.

 

lato.

Zamykam oczy i czuję ten zapach. Błoto, liście, mokra ziemia, łąka spalona słońcem. Wieje wiatr. W rogu działki dziadków rośnie wielki dąb. Ubieramy się z siostrą cioteczną
w prześcieradła i odprawiamy obrzędy na jego cześć. Żeby dał nam wiatr, chłód, szelest. Godziny spędzone w lesie, tajemnice zakopane w korzeniach drzew, zdarte spodnie i kolana. Wymyślałyśmy sobie imiona i całą inną rzeczywistość, chyba czasami nawet była lepsza. Mogłam być każdym, mogłam być inna.
Gdy prababcia była już bardzo stara i schorowana, ale miała jeszcze dużo siły, zabierała nas na spacery nad zalew. Na brzegu rósł łopian. Babcia zrywała wielkie liście i robiła nam z nich kapelusze. Dopiero teraz, Babciu, dowiedziałam się, że łopian usypia.

Łapałyśmy świetliki, chociaż ich blask mnie zawiódł. Myślałam, że są jaśniejsze. Małe, wolno przemieszczające się zielonkawe plamki na tle ciemności. Ledwo dostrzegalne.

Łapałam też motyle. Przy studni rósł groszek, do którego przylatywały chmary cytrynków. Chwytałam je w dłonie, a później rwałam ich skrzydełka. Gdy po latach sobie o tym przypomniałam, popłakałam się ze wstydu i współczucia. Żółte płatki, zielonkawe strzępy ulatują na wietrze. Jest gorąco. Od lasu bije chłód.

Przed snem snułam pierwsze fantazje erotyczne. Szczelnie owinięta w śpiwór pociłam się i co jakiś czas bałam się, że ktoś się dowie, że ktoś odkryje mój niemy, lepki sekret.
Przez sen potrafiłam zeskoczyć z łóżka, zanurkować pod dywan i pływać żabką.
Byłam dobrym, samotnym, zabarykadowanym dzieckiem. Nie wiem, kim byłam.

Jeszcze wcześniej, w okresie, z którego pamiętam dosłownie parę rzeczy, chodziliśmy z dziadkami do lasu zbierać grzyby i jeżyny. Obłaziły mnie wtedy mrówki. Panicznie się ich bałam, do tego stopnia, że dziadek musiał mnie nosić na barana. Bałam się postawić stopę na ziemi. Żeby mnie odciągnąć od strachu, dziadek opowiedział mi wtedy o „Panu Tadeuszu” i słynnej scenie z mrówkami. To jedno z moich pierwszych wspomnień związanych z poważną literaturą.

Odkąd pamiętam, pomagałam Babci w ogródku. Nauczyłam się odróżniać korzenie chwastów od korzeni kwiatów. Wiem, kiedy kwitną liliowce, kiedy trzykrotki, kiedy zamykają się w reakcji na co, to robią. Nad rzeką latały turkusowe ważki i zimorodki. Mogłam być naga, chodzić boso i nic sobie nie robić z kujących w stopy liści pokrzyw.

Czasami bałam się ciemności, cieni znanych drzew i przedmiotów, które po zmroku zaczynały żyć innym, nocnym życiem. Stawały się duchami i zabłąkanymi włóczęgami, którzy nagle wyłaniają się z mroku. Pomagało mi wtedy nucenie, głosem próbowałam rozwiać upiory.

To zawsze będzie tylko moje miejsce. Zakorzenione w przeszłości, niezmienne. Byłam w nim z różnymi ludźmi, przeżywałam różne rzeczy. Znikają, gdy wracam sama z lasu, ubrudzona i obdrapana, z kieszeniami wypchanymi obrazami, które są ważne tylko dla mnie i które na zawsze pozostaną moją tajemnicą. Dziadkowie krzątają się na tarasie domu. W radio leci sygnał lata z jedynką. To jeden z dosłownie kilku momentów, o których mogę powiedzieć, że czuję się bezpieczna, beztroska, spokojna, szczęśliwa.

 

jesień.

Nigdy nie zauważam momentu, kiedy liście zmieniają kolor. Dopiero gdy potykam się o kruszący się szelest uświadamiam sobie, że coś przegapiłam. Światło jest niższe, jakby chciało być bliżej powierzchni. Drzewa rzucają dłuższe cienie. Rodzice nigdy nie przegapiali. Kiedy byłam mała, zawsze chodziliśmy do ogrodu botanicznego. Mama zbierała liście i kwiaty o dziwnych kształtach, później układała je w mozaiki, czasami malowała wijące się kształty w ciepłych kolorach. Tata brał aparat fotograficzny i robił nam zdjęcia. Zawsze powtarzał, że lubi chryzantemy.
We wrześniu mam urodziny, ostatnio przyłapałam się na tym, że nie pamiętam, kiedy dokładnie. W sumie nawet nie jestem pewna, czy jesienią, czy we wrześniu. To chyba nie jest istotne.
Pierwsze dni szkoły, zawsze jeszcze było gorąco, lato dogorywało, biała koszula lepiła się do ciała. Szłam za rękę, nie pamiętam, czy z mamą, czy z tatą. Serce waliło jak młot. Bałam się. Odkąd pamiętam boję się. Ale jesień bywa spokojna, nie wiem, na czym to polega. Może na szeleście, może na ciepłym świetle, które nisko spływa na czoło. Świat jest w nie otulony i nic nie musi się zmieniać. Nie trzeba mrużyć oczu, nic nie oślepia.
W listopadzie w trzeciej liceum podjęłam pierwszą dorosłą decyzję i nigdy później nie udało mi się być tak konsekwentną. Zamknęłam się na dwa miesiące w swoim pokoju, leżałam bez ruchu w łóżku, nie miałam siły płakać. Co jakiś czas budziłam się i zaczynało wszystko boleć. Każda część ciała, każdy organ, rozsadzało mi głowę. A później padała na mnie bezsilność.
I sen. I tak na przemian. Któregoś dnia, na fali tych stanów, postanowiłam, że nauczę się doprowadzać do orgazmu. Przez ból nauczyłam się swojego ciała, w bólu przeżywałam je aż do niedawna.

Zdarzało się też tak, że w przedszkolu wymykałam się opiekunkom. Nie wiem, czy to prawdziwe wspomnienie, o ile istnieje taka kategoria, ale pamiętam, że któregoś popołudnia zakopałam się w górze suchych liści. Nikt mnie nie widział, nikt nie wiedział, gdzie jestem, nie wiem, czy ktokolwiek mnie szukał i czy ktokolwiek odnotował moją nieobecność. Przyspieszony oddech, ktoś może mnie znaleźć. Znowu usłyszę, że jestem nie taka, że mam krótkie włosy, że jestem chłopcem, że nikt nie chce się ze mną bawić, że nigdzie nie przynależę. Znowu ktoś mnie poddusi, uderzy w brzuch, stracę oddech.
Słodkawy zapach mokrych, obumarłych liści, wilgotna, zimna ziemia, cisza, taka cisza jak pod wodą, przytłumione głosy.

Wynurzyłam się. Mam nadzieję, że to wyglądało spektakularnie, jakby szklaną kulę coś rozsadziło od środka. Małe, mieniące się drobinki powoli osiadają w twoich włosach, rzęsach, układają się w dziwaczne wzory na twoich rozpostartych w zdziwieniu dłoniach.

 

zima.

Lubię ciszę śniegu przerywaną skrzypiącymi krokami, można się wtedy poczuć w pełni sam na sam ze sobą i swoim oddechem.

Jestem zmęczona. Z każdym dniem tracę mimikę i umiejętność udawania, że jest inaczej. Wyobraź sobie wodę podmywającą brzeg, tak po cichu i systematycznie. W ciszy tracę błysk w oku, matowym spojrzeniem spoglądam na te wszystkie dni, kiedy wracałam sama do domu ze szkoły. Pada śnieg, zaciskam odmrożone palce, bo znowu zapomniałam rękawiczek. Autobus nie przyjechał, muszę wracać pieszo, siąpiąc nosem, prawie nie oddychając.

Wagary i śnieg pod kurtką, pod swetrem, pod koszulą, roztapia się na ciele, spływa nisko, aż do linii majtek, miesza się z potem. Przewracam się na oblodzonym chodniku, nabijam kolejne siniaki. Nie wiem kim chcę być, panicznie boję się przyszłości. Nie widzę w niej żadnego miejsca dla siebie. Nie chcę utknąć w jednym miejscu, z tymi samymi osobami, robiąc codziennie te same rzeczy. Robiąc fikcyjne rzeczy, odhaczając kolejne fikcyjne dni.
Fikcyjne, samotne życie podszyte szeptem pustki.

Zimą nauczyłam się pierwszego hebrajskiego słowa, dabar. Oznacza jednocześnie „słowo” i „rzecz”. „Ejn dawar” – po polsku „nie ma sprawy”, dosłownie: „nie ma rzeczy”. Albo nie ma słowa. Czasami czuję się, jakbym żadnego nie miała i ze światem zewnętrznym nie było żadnego połączenia. Bezpieczne określenia nie prowadzą mnie za rękę do tego, co widzę i chcę wypowiedzieć, do tego co myślę i do twojego ucha. Wyszeptałabym Ci jakieś słowo-rzecz.
To właściwie jedyna rzecz, która nie daje mi spokoju.

W sumie nie mam żadnych konkretnych wspomnień związanych z zimą, albo – żadnych, które różniłyby się od tych letnich, jesiennych, wiosennych. Nic konkretnego, nic ważnego, nic, co powraca.
Może dźwięki? Może to uczucie, zamykam oczy i czuję mróz rozlewający się w żyłach. Wypływa na powierzchnię skóry, jest oszroniona. Nie boję się, nie słyszę nic, poza swoim oddechem. Nie myślę o niczym konkretnym, powietrze jest słodkie, szumi prosto do ucha, będę mieć później spierzchnięte wargi. Śnieg tłumi odgłosy innych. Co jakiś czas udaje mi się nawet usłyszeć bicie serca, chyba mojego.

 

piąta pora roku.

Nie mam ci nic do powiedzenia. Nie wiesz o moim istnieniu. Pojawiam się, kiedy zamyka oczy i jest sama ze sobą. Wspomnienia suną pod powiekami i pozwala im na to. Czasem drgnie, na przedramionach pojawi się gęsia skórka i sutki twardnieją. Nie z podniecenia – ze strachu, lęku, trwogi. Nie będę ci opisywać, dlaczego tak się dzieje, ani jakie to wspomnienia.

Bo piąta pora roku trwa dwanaście pełnych miesięcy, pod zamkniętymi lekko, od niechcenia, powiekami, w kąciku jej oka.

Czasami jest spokojna i leniwa, przepływa od minuty do minuty, jakby mimochodem. Wtedy lekko się uśmiecham. Ciepły dreszcz łaskocze kark, szyję, piersi, schodzi niżej. Niech tak zostanie.

Czasami jest bolesnym impulsem, który rozsadza moje ciało od środka. Drżę i nie mogę złapać oddechu. Czuję ból, lęk, przyszłość nie istnieje. Chcę sobie zrobić krzywdę, albo zniknąć po cichu, tak, żeby nikt nie zauważył. Zawsze napawałam się tymi aktami bez znaczenia, drobnymi gestami, których wiem, że nikt ich nie zauważa. Taka tajemnica.
Nie wiem po co, nie wiem, dla kogo.

Czasami celebruje czas, napawa się nim i na krótką chwilę czuje się pewnie – tak jest dobrze, najlepiej, niezależnie. Czuje się kochana, ale nie przez nikogo konkretnego. I to jest najcudowniejsze uczucie. Patrzenie z miłością, przez miłość, bezpańską i bezdomną, na mijane ulice, dziwacznych ludzi w nocnych autobusach, swoje odbicie w lustrze,
w przypadkowych witrynach, na dnie szklanki, swoje odbicie, którego nie rozpoznaje.

Nie wiem, z pełną niewinnością tych słów, dlaczego zdecydowałam się na patrzenie na ciebie z miłością. W nieustannym skupieniu.

W piątej porze roku jest cicho. Cisza. To chyba najważniejsze słowo, którego się nauczyłam. Samotność, intymność, której nie będę, nie chcę z nikim nigdy dzielić. Mimo, że o niej piszę, nie masz do niej dostępu, dostajesz marne ochłapy, okruchy, sekundowe spojrzenie, które nic nie znaczy. Ziarenko, które pielęgnuję, ale go nie zasadzę.

W piątej porze roku odkryłam kobiecość, pragnienia i to, co chciałabym dawać innym ludziom. To, jak chciałabym z nimi rozmawiać, uczyć się, popełniać błędy. Stoję naga na środku ulicy. Jest zimno. Patrzcie, możecie.

I tak jestem niewidzialna, w tej piątej porze roku.

Czy jest ciepło, samotnie, słonecznie? Czy zimno, pusto, pada śnieg? Deszcz? Czy słońce zachodzi wcześnie? Późno? Czy spędzamy wieczory w parku, pośród spadających jabłek i słów bez znaczenia?

To bez znaczenia.

Jest piąta pora roku, będzie.



Zuzanna Środa (ur. 1996) – studiuje w Warszawie, debiutowała na łamach I numeru „Wizji”.


Więcej tekstów w kategorii Proza: