To już chyba z tydzień, jak moja żona chciała się zabić.
Wypatrzyłem odpluty skrzep, treść żołądkową i ząb. Uszczerbiła się. Straciła trochę krwi, trzeba będzie dokupić ręczniki. Wyrzuciłem rajstopy, sweterek – przypominały szpitalne odpady. Przetarłem podłogę, na mokro i do sucha, ściągnąłem rolety, uchyliłem okno. Mogłaby zalać się w trupa, byłoby mniej sprzątania. Sprzątnąć się – do tego też trzeba mieć talent.
Utrzymuję się z cudzych chorób, w moim życiu jest nadwyżka dzieci, naprawdę urocze nie zdarzają się często.
Tamtego dnia skończyłem w dogodnym czasie, z bólem trójdzielnym skroni. Pojawiła się pokusa, by położyć się, zanim ona wróci. Nie lubię, jak inni patrzą na moje zmęczenie, od tego robię się bardziej zmęczony.
W przedpokoju wykonałem kilka półobrotów: odłożyć kapelusz, zdjąć szalik, chwycić się w lustrze dla przygładzenia, wtedy zobaczyłem rozlew krwi. Powtórzony, wzorzył się na klepce, uciekał w głąb domu.
Poszedłem za odruchem zbrzydzenia i znalazłem ją w sypialni.
Zamarła w sukience i pod kołdrą, dość swobodny rigor mortis, ciągle było jej zimno. Narzuciłem kocyk w kolorze zielska, stary, zatem przypadkowo żałobny – na wsi pokrzywą okrywano nieboszczyków, by szybko się nie wygnili.
Chwilę na nią patrzyłem. Jedna noga wystaje, łydka ze szwem, co się paprze. Broda, szyja, policzek pod kołtunem –  wszystko uwalane, nie doskrobała się do czysta. Gęba wyparzona, warga wymknięta, dynda, może memłała jeszcze ostatnie słowo, memła, wymemłać się nie umie.
Poszedłem do łazienki. Przemyłem ząb, chwilę ważąc go w dłoni dla osuszenia. Kieł, trójeczka okopcona nikotyną, wrzuciłem do portfela, między drobniaki.
Rwie mnie policzek, odleżyna po pocałunku, wydzielonym przez nią dawno temu. Stoję w oknie, niebo brudne, dnia przybywa. Patrzę na koty na dachach, w tym świetle podają się za lisy polarne, wyświnione, od roztopów osowiałe.
Wstała.
Nie daje do siebie podejść. Kiedy się na siebie natykamy, traktujemy się z wymuszoną serdecznością wspólników w kwarantannie. Uparta – udaje, że mnie nie widzi, ja też jestem uparty – – nie odzywam się do niej. To się chyba nazywa zgodność charakterów.
Chciałem nam ugotować. Chwilę siedziałem przy stole w kuchni. Bez żadnej myśli. Jakbym złożył zamówienie.
Nie doczekałem się kelnerki ani głodu. Kilka razy otwierałem lodówkę, by pobudzić soki żołądkowe. Kupiła bękarta kalafiora, warzywo prawie czarne, zatem stosowne do tonacji wieczoru. Postawiłem na radosne menu kampingowe. Otworzyłem puszkę. Żarłem jak gruby nastolatek, pokątnie, w niewygodzie pleców, we wstydzie.
Nagle zawiesiłem przeżuwanie, tu sobie też pobroczyła, pod krzesłem zauważyłem plamę w barwie siekanej wątróbki. Zeschnięta – ładnie odskoczyła pod nożem.
Położyłem się w salonie.
Był już dobrze wieczór, kiedy dopadły mnie choroby zawodowe, za dużo stempluję i przytrzymuję. Ogólnie jestem drętwy, a najbardziej w kończynie górnej prawej: zespół cieśni nadgarstka, zespół rowka nerwu łokciowego, zespół kciuka matki karmiącej – na przyjęciach koedukacyjnych nazywam go „zespół de Quervaina”.
Uniosłem rękę i zamachałem, wyglądało to na przywoływanie taksówki w dawnym stylu, tęsknię za tym.
Wstałem. Przezimowałem, schudłem, a dźwigam się cięższy. Zamiast kręgosłupa poczułem kręcone, żelazne schody, całkiem wąskie, nie na dorosłą miarę.
Nagle zadzwonił domofon, deprymująco. Chwilę zwlekałem. Już całkiem pod drzwiami odezwało się dziecięce pragnienie, by zapiszczeć: „Mamy nie ma w domu”.
Wpuściłem bez pytania. Odsunąłem zasuwę. W razie niespodziewanych wizyt, nie muszę się pospiesznie upiększać. Z powodu pewnego wewnętrznego rygoru zawsze jestem ubrany niby w gości –  chociaż prowadzę dom zamknięty, ona otwiera go jak wrota do stodoły, a strojna do gnoju.
Czekając na szczęk windy, przysiadłem na szafce z butami. Ogarnął mnie nastrój pucybuta z zaawansowanym trójpłaszczyznowym skrzywieniem kręgosłupa.
Uciekło mi skupienie, drgnąłem od dzwonka, drzwi otworzyłem siłą przyzwyczajenia, jakbym odbierał telefon.
Doktor Ludwik Prokopiuk, słucham. Gorączka jest?, zapytałem.
Koszmarny w fasonie i teksturze płaszcz, mocno rozpięty, by lichy, niegustowny pulower mógł się również zaprezentować – na progu stał syn antykwariusza, młody Stamirowski. Poczciwina. Urodziwy, choć nie do końca po męsku.
Zapomniałem odwołać wizytę. Przyniósł pocztówkę z lirą da braccio, kartonik z wyrwanymi rogami, tak bezbronny – nie targowałem się.
Kurtuazyjnie zaproponowałem szklaneczkę whisky, niestety nie odmówił. Zachęcony, wyszukał dla siebie fotel w bibliotece z miną rozochoconą, jakbym wprowadzał go do socjety.
Ze dwie godziny siedzieliśmy w milczeniu, gardząc towarzyskością. Potańcówka to nie była.
Ona raz się pokazała, w stroju dość niekompletnym, z tyłkiem na wierzchu. Przeszła amfiladą z papierosem w ustach, oklepując się po figurze, gwałtownie, jakby gasiła ogień. Po tym poznałem, że szuka zapalniczki.
Zniknęła.
Żona?, po dłuższej przerwie dopytał gość.
Miłość małżeńska w praktyce jest nawet gorsza niż jej reputacja, wygłosiłem w uroczystej posępności pana domu.
Młody Stamirowski nie polemizował.
Nalałem nam.
Obejrzałem go sobie. Po każdym łyku nagląco odkładał szklaneczkę, by potrzymać głowę w dłoniach, jakby chciał się wziąć w garść, w naprężeniu karku miga wtedy coś od czego szkło pęka. Pomyślałem, że jego matka musi być kształtna, przynajmniej w górnej swojej części, gdyż ojciec ma łeb jak puzon.
W korytarzu przed wyjściem, już w tym niefortunnym płaszczu, co to go zapiął na co drugi i nie ten guzik, nabrał mocniej powietrza, rzeczowym tonem prosząc o radę:
Czy w takim stanie mogę udać się na przyjęcie? To katolicki dom, doktorze, nie chciałbym iść na bani na kinderbal.
Z rozmachem dawnej pasji, zaordynowałem pewne sposoby medycyny dość niekonwencjonalnej, by nie powiedzieć: ludowej, których nie mam okazji sobie aplikować. Na finał dodałem, że bycie na bani na kinderbalu jest dyspozycją sprzyjającą zachowaniu szeroko rozumianej higieny psychicznej.
Pożegnał się.
Zszedł schodami. W rytmice nie do końca zbornej. Po plecach poznałem, że to ten typ, co mówi do siebie, na linii obojczyków było jakieś pochylenie, wzruszająca skolioza, maleńka.
Zamknąłem przesadnie głośno, myśląc, że ona się teraz pokaże. Wpadnie susem półdzikiej kotki po wyjściu obcego. Albo wykpi nowy egzemplarz do kolekcji. Nieco lubię być lżony, to mnie dopinguje w hobbystycznych ślizgach.
Nie było jej.
Poszedłem do sypialni.
Zakasłałem by się zameldować. Zapaliłem światło.
W końcu otworzyła oczy. Zanotowałem wylewy podspojówkowe, oczodoły wypełnione galaretą, gruzłowatą, czerwone białka.
Śpisz?, zapytałem.
Przysiadłem z intencją na trochę. Wziąłem rękę. Puls przyspieszony, stosowny do sytuacji, powysiłkowy, zmartwiała i chlapała sobą gdzie popadnie. Zsunąłem się z nadgarstka. Podkuliła dłoń, chwiejne palce, rozchodzą się, schodzą, trudno wyłapać, to nie jest poręczna kobieta.
Chciała się odprawić na tamten świat, a wylądowała w małżeńskim łóżku, zamierzałem powiedzieć, że dostrzegam zbieżność tych dwóch zaświatów, o pomyłkę zatem łatwo.
Zadzwonić po karetkę?, zaproponowałem bez zobowiązań.
A co mówią lekarze, wyrzekła obojętnie.
Że do wesela się zagoi, zapewniłem.
Zapiszczała jak czytnik kodów, wykrzywiła się.
Gapiłem się na nią z gorliwością pomocy technicznej.
Poruszyła ręką. Odczytałem i pogrzebałem na nocnym stoliku. Zapaliłem.
W usta wepchnąłem jej już tylko papierocha. Może czasami chciała czegoś innego. Kiedyś pochyliłem się nad nią z gotowym ognikiem w palcach, powiedziała: „Szyja ci się zrobiła jak moszna”. Nie polemizowałem. Trudno wadzić się z prawdą.
Drugiego wypaliliśmy na spółkę, potem po kilka na główkę jednym ciągiem, bez słowa przerwy, w całkiem ładnym zamroczeniu, patrząc aż dym rozwłóczy się po całym mieszkaniu, niczym dżin, nasze zakręcone, krnąbrne dziecko, doskonały plagiator swoich rodziców, od których wziął, co najgorsze, i teraz się tym chełpi.


Zyta Rudzka (ur. 1964) – polska pisarka, scenarzystka filmów o sztuce, psycholog, absolwentka Wydziału Psychologii Akademii Teologii Katolickiej (1991). Jej twórczość była tłumaczona na niemiecki, rosyjski, francuski, czeski, włoski, angielski, chorwacki i japoński.