Kiedy Jan Kraus – Czech z miasta Vimperk (niem. Winterberg), który mieszka w Berlinie i zarabia na życie jako opiekun osób starszych – zaczyna pracować u Wenzela Winterberga, wydaje mu się, że jego jedynym zadaniem będzie dotrzymywanie towarzystwa emerytowanemu maszyniście tramwajowemu, który powoli zbliża się do śmierci. Okazuje się jednak, że osobliwą parę czeka zupełnie inna wędrówka. Dziewięćdziesięciolatek nie chce odejść z tego świata, dopóki nie odbędzie ostatniej podróży po dawnych Austro-Węgrach. Wie, że nie ma zbyt wiele czasu, zmusza więc Krausa, by wyprawił się razem z nim.

Czytelnik podąża za dwoma bohaterami, razem z nimi przesiada się do kolejnych pociągów i stara się nie zgubić w obszernych fragmentach bedekera wydanego w 1913 roku, który jest dla Winterberga podróżniczą biblią. Rzecz dzieje się w tym samym roku, a w powietrzu czuć wojenny szał, który niebawem ogarnie Europę. Celem zwariowanej podróży jest Sarajewo, a więc południowe rubieże c.k. monarchii. To także miejsce, z którego miała pochodzić ostatnia wiadomość od Lenki Morgenstern, Żydówki z Liberca – rodzinnego miasta Winterberga – i niegdyś wielkiej miłości starszego pana.

Książka Rudiša opowiada o podróży, ale to nie droga jest w niej najważniejsza. Kluczowe są raczej nakładające się na siebie epoki, echa wydarzeń historycznych, a przede wszystkim niezdrowa, neurotyczna fascynacja, którą te ostatnie budzą w Winterbergu. Bohater nazywa swoją pasję „patrzeniem przez pryzmat historii” – gdyby nie był równolatkiem Czechosłowacji i urodził się sto lat wcześniej, na starość z pewnością zostałby zagorzałym miłośnikiem historyzmu w sztuce. Jest człowiekiem ukształtowanym przez niezwykle burzliwy XX wiek, podatnym na historyczne uniesienia, zafascynowanym przeszłością i ponownym jej odczytywaniem. Obsesja Winterberga może się czytelniczkom i czytelnikom wydawać niegroźna, i rzeczywiście, bardziej niepokojące jest to, że Winterberg uosabia współczesne patrzenie na przeszłość, cierpi bowiem na coś, co nazywa atakami historii. W jego zachowaniu łatwo rozpoznać syndromy środkowoeuropejskiej histerii na punkcie historii – nostalgia za Wielkimi Węgrami, romantyczna wizja polskich Kresów czy idealizowanie czasów komunizmu są zjawiskami, które odpowiadają przypadłości Winterberga, i występują od Bałtyku po Adriatyk. Jedynym sposobem na zwalczenie owej histerii jest jej wykrzyczenie, opisanie jej do ostatniego słowa. „Nie przedstawia to pięknego widoku” – powiedziałby tytułowy bohater.

Czytaj także:
Jakub Skurtys
recenzuje Raster Lichtensteina
Agnieszki Wolny-Hamkało

Poznajemy człowieka, który odrzuca nowoczesność, a więc odmawia przyglądania się jej problemom. Zamiast patrzeć przed siebie, spogląda w przeszłość, szukając w niej odpowiedzi na nurtujące go pytania czy uzasadnień dla swoich kłopotów i potrzeb. Wszystkim, którzy pragną mu się przeciwstawić, odpowiada jednym i tym samym zdaniem: „Nie potraficie patrzeć przez pryzmat historii”. Sam jednak nie dostrzega, że jego wizja dziejów jest jednostronna i wyjątkowo powierzchowna, że nagina historię i ją zniekształca – jak choćby wtedy, gdy na różne sposoby opisuje swoją rolę w II wojnie światowej i ucieczce Lenki Morgenstern, za każdym razem przedstawiając inną wersję wydarzeń. 

 Często obserwujemy Winterberga oczami Jana Krausa, który zupełnie inaczej postrzega Europę i swoje pochodzenie. Postać pielęgniarza to alter ego staruszka. Kraus urodził się w mieście Vimperk – którego nazwa jest przecież czeskim echem nazwiska podopiecznego – na Szumawie, w południowej części Czech. Gdy mieszkał w Niemczech, robił wszystko, by zapomnieć o własnych korzeniach i nie zapuścić ich nigdzie indziej. Wyrzuty sumienia z tego powodu targają nim jednak mimo niechęci, którą odczuwa do rodzinnych okolic. Nie ma tam już nikogo bliskiego: młodsza siostra zginęła w trakcie inwazji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację, rodzice zmarli po dramatycznej ucieczce Jana na Zachód. To człowiek bez narodowości i ojczyzny, nawet czeszczyzna brzmi dla niego obco i nienaturalnie. Obie postaci walczą więc z historią: jedna stara się do niej zbliżyć, a druga – uciec od niej jak najdalej. Ich losy ściśle przylegają jednak do wielkiej historii XX wieku.

Obie postaci w powieści walczą z historią: jedna stara się do niej zbliżyć, a druga – uciec od niej jak najdalej

Po bezczasowej Europie – w której mieszają się współczesność, czasy monarchii austro-węgierskiej, wojna austriacko-pruska, II wojna światowa, Liberec, Berlin, Vimperk i Sarajewo – nie można podróżować inaczej niż pociągiem. Jaroslav Rudiš jest zresztą znany ze swojej fascynacji koleją, która wydaje się symbolem dawnego ładu, świata jeszcze uporządkowanego i zrozumiałego. Tym większa jest rozpacz głównego bohatera, gdy odkrywa, że z Zagrzebia do Sarajewa nie da się już dojechać pociągiem. Duch Europy Środkowej ugina się pod ciężarem historii – choć jeszcze pod koniec XIX wieku wyobrażano ją sobie jako jeden organizm, dziś znikają nawet połączenia kolejowe. Czy to znaczy, że ta połać Europy ostatecznie się już rozpadła i że jedynym sposobem na jej scalenie jest podróż z bedekerem wydanym na początku zeszłego stulecia? Obawiam się, że to właśnie sugerują nam Winterberg, Kraus, a także Rudiš, obserwujący poszczególne kraje dawnej c.k. monarchii z okien mniej lub bardziej komfortowych wagonów.

Doświadczenie jazdy koleją kształtuje też język książki. Rudiš przyznaje, że znaczną część tekstu napisał w pociągach na trasie obranej przez swoich bohaterów. Te dwa tryby podróży – przeżywany i opisywany – nadały specyficzny rytm powieści, który wyraźnie słychać w długich, lekko monotonnych monologach starego Winterberga. Refreniczność i powtarzalność jego opowieści przypominają miarowy stukot pociągu na torach.

Czytaj także:
Łukasz Wróbel
recenzuje Wyrok śmierci
Maurice’a Blanchota

Ciekawe wymiary Ostatniej podróży kryją się w rozmowach Winterberga i Krausa. Bohaterowie są przeciwieństwami, które podążają jednak w tym samym kierunku – trochę z przypadku i wbrew sobie. Mimo początkowej niechęci coraz bardziej się do siebie zbliżają, odkrywając karty. Pod koniec książki bohaterowie zdają się uzupełniać siebie nawzajem, łączyć w jedną, wielowarstwową postać. Interesującą kwestią, którą poruszają w swoich rozmowach, jest stereotypowe postrzeganie czeskości. To zresztą, obok pociągów, również jedna z obsesji Rudiša. Winterberg, Niemiec urodzony w Libercu, zauważa, że sławny czeski humor i ironia to często maska – że tak naprawdę najsilniejszą cechą narodową Czechów jest melancholia. Melancholia wymieszana z piwną pianą: 

Mieszkaniec Czech jest skazany na tę melancholię, mawiał Bitzan, dlatego usiłuje być zawsze taki dowcipny, stąd ten okropny czeski humor, nieważne, czy się mówi po niemiecku, czy po czesku, niczego bardziej nie znoszę niż tego okropnego czeskiego humoru, tak, tak, wszędzie, gdzie tylko pojawia się mieszkaniec Czech, oczekuje się, że będzie zabawnie, że Czech przede wszystkim będzie żartować z siebie samego… A przecież to najczęściej w ogóle nie jest zabawne, nie i jeszcze raz nie, mieszkaniec Czech nie jest zabawny, jest melancholijny. 

Kraus natomiast gorzko stwierdza, że jedynym, na co mogą sobie pozwolić mieszkańcy Czech, jest kac – kac jako stan ducha i ukryta przyczyna wszystkich narodowych niepowodzeń:

Źle się czułem, w głowie huczało mi tysiące wiertarek, przyszedł mi na myśl ojciec, który zawsze mówił, że kac to jedyna pewna rzecz, którą ma się w Czechach. Jedyna pewna rzecz, której nikt nam nie może odebrać. Cały kraj może być zajęty. Cały kraj może znów być wolny. Powinniśmy walczyć. Powinniśmy świętować. Ale zawsze mamy kacy i dlatego nie robimy zupełnie nic. Bo jesteśmy na kacu i jedyne, co potrafimy zrobić, to wypić kolejne piwo.

Ta wymiana wydaje mi się wyjątkowo istotna w kontekście polskiej czechofilii i tendencji do gloryfikowania czeskiego humoru, który jest ważnym składnikiem niezmiennie pozytywnego stereotypu Czechów w Polsce. Rzutuje on jednak na nasze zainteresowanie kulturą południowych sąsiadów i chyba dobrze by było go przewartościować.

Wspomniałam o kryzysie Mitteleuropy, rytmie opowieści i języku kształtowanym podróżą, ale jedną ważną sprawę, która w większości opisów książki pojawia się na pierwszym miejscu, zostawiłam sobie na koniec. Ostatnia podróż Winterberga to pierwsze dzieło Rudiša napisane po niemiecku. Decyzje o przejściu na inny język zawsze wydają mi się fascynujące. Rudiš zdradza w wywiadzie dla czeskiego radia Vltava, że pisanie po niemiecku to zwieńczenie pewnego procesu, do którego długo dojrzewał – coś, co przyszło naturalnie jako konsekwencja wcześniej obranego kierunku. Być może jest też tak, że teksty nie pytają, po prostu przychodzą do dwujęzycznego autora w języku, w którym powinny być opowiedziane. Niemiecki był przecież lingua franca Europy Środkowej w czasach, które wspomina i z którymi walczy sam Winterberg. Ostatnia podróż Winterberga jest więc powieścią niemiecką, ale i środkowoeuropejską, a mimo zmiany języka zasługuje również na miano powieści czeskiej. Z niecierpliwością czekam więc na reakcję czeskiej krytyki i środowiska literackiego na przekład z niemieckiego autorstwa Michaeli Škultéty, który wydano w połowie października. Recenzje dopiero się ukazują, ale te, do których na razie udało mi się dotrzeć, są jednoznacznie pozytywnie (tekst Jana M. Hellera w Salonie Práva, Radima Kopáča na idnes.cz czy tekst Petra Fichera na Aktualne.cz, który jako jedyny ukazał się przed czeskim wydaniem).

Jedną z najgorętszych czeskich debat krytycznych ostatnich lat jest dyskusja na temat „czekania na wielką powieść”, a więc na temat ogólnej kondycji czeskiej prozy, o nienadążaniu za trendami światowymi i niezdolności do reagowania na społecznie aktualne tematy. Popularny jest też osąd, że poezja ma się pod tymi względami znacznie lepiej niż proza. W czeskim mainstreamie literackim pojawia się wiele książek, które wracają do wydarzeń historycznych, przede wszystkich XX-wiecznych (dwa totalitaryzmy, Zagłada), i do nich odwołuje się też Rudiš. Niektóre z nich pojawiają się także po polsku: dzieła Alenay Mornštajnovej ukazują się w wydawnictwie Amaltea, Jiříego Hájíčka – w Książkowych Klimatach, a Kateřiny Tučkovej – w Aferze. Zdecydowana większość narracji budowanych „na tle wielkiej historii” nie stara się jednak opowiedzieć historii na nowo i traktuje dzieje Europy jako atrakcyjne dekoracje . W Ostatniej podróży Winterberga istotne jest więcprzede wszystkim to, że Rudiš pracuje z historią zupełnie inaczej. Nie czerpie z faktografii, ale pojmuje dzieje jako żywioł, który – przemawiając do nas z przeszłości – potrafi wpływać na nasze postrzeganie spraw aktualnych. Od czeskiego wydania książki minął dopiero miesiąc, ale być może to ironiczny koniec wspomnianej debaty – być może wielka czeska powieść właśnie się objawiła, tylko w innym, większym języku.


Jaroslav Rudiš
Ostatnia podróż Winterberga

przeł. Małgorzata Gralińska
Książkowe Klimaty, 2021, s. 584


Zofia Bałdyga (ur. 1987) – autorka książek poetyckich Passe-partout (Warszawa 2006), Współgłoski (Nowa Ruda 2010) oraz Kto kupi tak małe kraje (Warszawa 2017). Ostatnio opublikowała wybór wierszy czeskich poetek, Sąsiadki (2020). Absolwentka Instytutu Slawistyki Zachodniej i Południowej UW. Tłumaczka najnowszej poezji czeskiej i słowackiej. Mieszka w Pradze.