Fascynacja Jacka Podsiadły dzwonami jest doprawdy porywająca. Trudno choć w minimalnym stopniu jej nie ulec. Za sprawą kilku esejów opublikowanych w ciągu ostatnich dwóch lat na łamach „Tygodnika Powszechnego”1 (które mogłyby rozwinąć się w niepospolitą książkę), poeta dał się poznać jako wędrowny kampanolog, przemierzający Polskę w poszukiwaniu dzwonów, oczytany w fachowej literaturze, przeprowadzający wizje lokalne bądź też obserwacje uczestniczące, kolekcjoner dźwięków z najrozmaitszych miejsc, do jakich udało mu się dotrzeć (co dokumentuje również w filmie pod tytułem Głos z góry). Podsiadło opowiada o całym spektrum praktyk i zjawisk, które można objąć szeroką formułą „zanikającej kultury dzwonów”, pisze więc o wsiach w Polsce, gdzie wciąż jeszcze nie są one napędzane mechanicznie (bo tylko takie go interesują), o związanych z nimi przekonaniach, rytuałach, o ludziach, którzy „rozciągają się” dla nich, udzielają im swoich ciał, siłą mięśni wprawiając je w ruch, pomagają wydobyć dźwięk i zarazem starają się sprostać ich potędze. Z pięciu eseistycznych tekstów Podsiadły i jednego – również eseistycznego! – poematu (o którym więcej za chwilę) wyłania się studium dzwonu jako przedmiotu nie-martwego, materii nie-ludzkiej, uformowanej oczywiście przez człowieka, ale dosłownie z(a) pomocą żywiołów – dzwon jest wszak odlewany ze stopu metali wydobywanych z głębi Ziemi, wypalany w ogniu (na wielu z nich wokół wieńca umieszcza się napis: „płynąłem przez ogień”), nierzadko też chrzczony wodą (i imieniem). Ożywa dopiero w powietrzu, kiedy dochodzi do głosu i zyskuje swoistą sprawczość (wierzono, że – rozpędzając demony – „robi w powietrzu przejścia dla aniołów”, w razie potrzeby oczyszcza je z zarazy).

Jak przypomina Podsiadło, dźwięk dzwonu dosłownie wytyczał kiedyś granice parafii, więc i wspólnoty, był (a może nadal bywa) wieloznacznym komunikatem: radosnym i złowieszczym. Wzywał do świętowania i bił na trwogę w obliczu tragedii takich jak pożar, wojna czy zaraza, przynaglając społeczność do szybkiego udzielenia pomocy poszkodowanym lub po prostu ratowania siebie. Informował o śmierci i pogrzebie kogoś z sąsiedztwa, ale też kogoś powszechnie poważanego, zasłużonego (dzwon Zygmunta do dziś zawiadamia o śmierci wybitnych Polaków). Przede wszystkim jednak odmierzał rytm dobowy, osadzał w codzienności, w powszechnie przyjętym porządku, dla niektórych zapewne dojmująco uciążliwym. Ale to wciąż zaledwie pochodne pierwotnej funkcji dzwonów – pośredniczenia między człowiekiem a Bogiem. O co również upomni się Podsiadło, po swojemu, więc jako ktoś, kto przyznaje się jedynie do wiary w poezję: „Lubię, gdy się rozlegną, po prostu stanąć i słuchać” (s. 9). To linijka ze wspomnianego poematu zatytułowanego Próba dzwonów, w którym autor ma zresztą sporo do powiedzenia zarówno o nadużyciach wobec dzwonów, gdy traktowane są one jako potencjalny surowiec wtórny, jak i o braku zrozumienia dla ich złożonego charakteru, skutkującego uporczywym oddzielaniem ich od świata bądź nachalnym do niego przykuwaniem. A przy tym wszystkim Podsiadło czyni je, wprawdzie mimochodem, pojemną metaforą języka poetyckiego oraz praktyk dyskursywnych, w jakie się go bezpardonowo angażuje (na przykład poprzez manipulacje, uproszczenia i ujednoznacznienie wymowy wierszy). W rezultacie Próba dzwonów (i całe Podwójne wahadło) – ponieważ uwzględnia tego rodzaju dysonanse, a także dowartościowuje materialność instrumentu, nie tylko jego magiczną moc – poszerza kulturowy, imaginacyjny kod interferencji między brzmieniem muzyki i poezji, z jakim kojarzeni są m.in. Józef Czechowicz (autor nuty na dzwony) czy też Konstanty Ildefons Gałczyński (mający szczególne upodobanie do tego instrumentu, by przypomnieć poematy Niobe i Wit Stwosz), we współczesnej poezji zaś: Krystyna Dąbrowska – raczej punktowo – w wierszu Kołysanka (ze Ścieżek dźwiękowych) czy, wcześniej, Joanna Roszak (która w debiutanckim tomie Tintinnabuli na wielu płaszczyznach, nie tylko w tytule, nawiązywała do stworzonego przez Arvo Pärta stylu muzycznego, odsyłającego do gry na małych dzwonkach). 

Właśnie w Próbie dzwonów, wydrukowanej najpierw w „Tygodniku Powszechnym”2, a w książce umieszczonej jako drugi utwór w kolejności, Podsiadło przywołuje nieco odmienioną tytułową frazą tomu, pisząc: „[dzwon – A.J.] dla fizyka: podwojone wahadło” (s. 9). W istocie, dzwon to szczególny przypadek podwójnego wahadła (ze względów konstrukcyjnych rzeczywiście trafniejsza wydaje się zamiennie używana forma „podwojone”), dlatego traktowane jest ono jako model, który pozwala za pomocą opisujących go skomplikowanych równań obliczyć siłę drgań i stopień obciążenia budowli, gdzie dany dzwon został umieszczony3. Ta analogia sprawdza się jednak tylko w przypadku teoretycznej symulacji. O ile bowiem jesteśmy w stanie opanować technikę posługiwania się dzwonami – po prostu nauczyć się gry na nich tak, by wydobywać miarowe dźwięki (co nie znaczy, że zawsze się to w pełni udaje) – o tyle działanie rzeczywistego podwójnego wahadła, w którym nic nie ogranicza wychyleń dolnego ramienia, cechuje nieprzewidywalność i niepowtarzalność trajektorii ruchu, ponieważ w tak złożonym układzie nie sposób precyzyjnie odtworzyć tych samych warunków początkowych, a nawet najdrobniejsze odchylenie będzie poważnie wpływać na efekt końcowy, wywołując trudne do przewidzenia zmiany. Tym samym podwójne wahadło unaocznia zjawisko chaosu deterministycznego, powszechnie występujące w świecie fizycznym, więc także w zachowaniach, jakie na co dzień obserwujemy, oraz w interakcjach, w jakich tak czy inaczej uczestniczymy4. Wahadło okazuje się więc, podobnie jak poezja („luneta wycelowana w kosmos”, s. 47), czułym instrumentem dającym wgląd w podstawowe, choć niejawne, zasady rządzące rzeczywistością (stąd przypomina się wahadło Foucaulta wraz z jego znaczeniem w powieści Umberta Eco). I tu objawia się zatem pokrewieństwo z dzwonami – tyle że w ich przypadku przeniesione w wymiar egzystencjalny. 

Idę za tymi skojarzeniami, gdy czytam najnowszą książkę poetycką Podsiadły i przekonuję się, że autor układa wiersze według – potraktowanego, rzecz jasna, umownie – równania na dzwon, a zarazem stara się zachować w nich coś, co reprezentowałoby swobodny ruch podwójnego wahadła. Nie znosi więc napięcia między zsynchronizowanymi dźwiękami, mniej lub bardziej regularnie uporządkowanym tekstem (już od dawna upodobanie poety do rymów i wynalazczość w tym względzie jest nie do przeoczenia) a czasem chaotyczną rzeczywistością, o której wciąż opowiada, wystawiając język na próbę (również próbę melodii). Stąd też wielowątkowa struktura, dość szeroka tematyczna rozpiętość jego tomu. Bo dominantą jest tu samo powstawanie i działanie wiersza – zdumiewające jak to równanie, zdolne precyzyjnie ukazać parametry wszelkich kombinacji nieuchwytnego właściwie ruchu. Oba, przecież niepozorne, działają na wyobraźnię.

Podsiadło stara się zachować w wierszach coś, co reprezentowałoby swobodny ruch podwójnego wahadła

Chyba najwyraźniej słychać (i widać) tę zależność w długim, pisanym rymowanym pięciozgłoskowcem poemacie Słup ze słów, który podejmuje – wypowiedziany pełnym głosem, choć przez ściśnięte gardło krótkich wersów – problem polskiego antysemityzmu wojennego i powojennego, ze szczególnym uwzględnieniem zdarzeń, do jakich doszło w rodzinnych okolicach Podsiadły (Ostrowcu Świętokrzyskim i Kielcach). Trudno było przeoczyć pierwodruk tego tekstu w magazynie „Książki” w kwietniu 2020 roku, także ze względu na pełen podziwu komentarz Joanny Tokarskiej-Bakir ogłoszony w „Gazecie Wyborczej” oraz późniejsze, w większości pozytywne wypowiedzi badaczy i badaczek Zagłady, którzy wzięli udział w dyskusji zorganizowanej na łamach „Wizji”. Publikacji prasowej wiersza towarzyszyły dość obszerne objaśnienia autora, w książce z przyczyn oczywistych już niezamieszczone, natomiast integralną częścią tekstu pozostaje szereg „spóźnionych mott”, jak gdzie indziej nazywa je Podsiadło (s. 28): są to wypisy z dokumentów i świadectw Zagłady, przypominające legendę do mapy (już bez terytorium), odsyłające bezpośrednio do słów i życiorysów, ze strzępów których powstał wiersz. Przed tymi słowami – słowami ofiar i ich oprawców (bo i te odnotowuje) – poeta chce odpowiadać jako potomek ludzi winnych morderczych prześladowań, konfrontując się z atmosferą, w jakiej dorastał, zatrutą pospolitą mieszanką wrogości i obojętności na los Żydów, wymazanych zresztą z lokalnej historii. 

Ale autobiograficzny, więc i rozliczeniowy, wymiar poematu sięga głębiej, ostatecznie dotyczy wyborów tożsamościowych, wynikłych z innych impulsów, a zrozumiałych dopiero po czasie („I tyle razy / pytano mnie o / pogardę dla świata, / skąd to się wzięło” – s. 16, a w jednym z kolejnych utworów rzuca: „Poszedłem w świat i Matka zabrała się z powrotem do nawlekania zębów na różaniec” – s. 42). Toteż chyba najbardziej zmartwiałym miejscem tomu jest wiersz bez tytułu, opowiadający o rytualnym spotkaniu z matką chorą na alzheimera, ale obcą znacznie dłużej (s. 29), której nie-czuły portret pojawił się już w zbiorze Przez sen5, i którą – jako strażniczkę antysemickich fantazmatów – surowo, bez taryfy ulgowej, osądza się w Słupie ze słów. Niemniej ten poemat, swoją bezkompromisową wymową niewątpliwie rezonujący ze współczesną refleksją o Zagładzie, nie określa tonu całej książki Podsiadły, ani też jej nie rozsadza; również dlatego okazuje się tak ważny. Autor zaznacza, i to nie po raz pierwszy, nieodzowną wręcz przygodność owego tematu w swojej poezji, zapośredniczonego wyłącznie w lekturach, nawiedzającego jego wyobraźnię, która zwykle jednak pracuje w innych rejestrach. Ale zarazem można by uznać ten wiersz – gdyby szukać ujęcia scalającego Podwójne wahadło – za kontrapunkt dla całej poetyckiej narracji: antyświat, gdzie wszystko zostało już za nas pomyślane, rozstrzygnięte, a znaczenia rozdysponowane. To świat, od którego Podsiadło zawsze chciał trzymać się z daleka – szczelnie zamknięty, zbudowany ze zbiorowych odruchów wyuczonej niechęci, zawczasu ustalonych podziałów, słów im podporządkowanych, unieruchomionych w nie swoich sprawach. Tak właśnie formują się zręby opresyjnej i w konsekwencji morderczej mowy – przeciwpoetyckiej. Skojarzeń z nią można się doszukać w ciągu obrazów z poematu o dzwonach: „To łgarstwo, co pisał Mickiewicz, że «zstępowały z wieżyc» / i ochotniczo «gromadziły się do arsenałów», / aby śpiew swój przetopić w śmiertelną czkawkę armat. / Przelewano je. […] / Wywyższano ich poniżenie” (s. 8-9).

Czytaj także:
esej Joanny Mąkowskiej
o poezji Adrienne Rich

Tymczasem język Podwójnego wahadła jest wszechstronnym instrumentem – gra z życiem i o życie, gra też przeciwko nadużyciom (a wtedy jawnie gra o siebie). Wedle takiego rozróżnienia można wydzielić trzy podstawowe, choć niekoniecznie rozłączne, modalności wierszy w nowym tomie Podsiadły, począwszy od impulsów, które wyrywają je do tańca, czy raczej na swój sposób pozwalają im wyręczyć się tańcem, po to zwłaszcza, aby mówić o bliskości. Jak w Będę tańczył (napisanym na „domową melodię”, opowiadającym o wieczornym rytuale wymyślonym dla córki, by dyskretnie upewnić się, czy zasnęła) albo w 1992. Barbara Thornton i Tadeusz Murawski, czyli obserwowanej niegdyś i spisanej z pamięci scenie elektryzującego tańca pary obcych ludzi („Gdybym to ja tak umiał! Ufał ciału, nie słowu!”, s. 38), spotkania bez szans na dalszy ciąg i bez takiej potrzeby, które skutkuje stworzeniem jednorazowego dzieła-z-ruchu. Zaraz po tym tekście następują dwa inne – pokazują one, że taniec niekoniecznie trzeba tu rozumieć dosłownie; tak będzie w przypadku subtelnego zapisu miłosnego zbliżenia w wierszu bez tytułu o incipicie „Schodzimy w głąb swoich ciał” (s. 39) oraz w Takcie i wędzidle, czyli żartobliwym, ujętym w dziewięć zgrabnych strof safickich (!), sprawozdaniu z lekcji jazdy konnej pełnej niezgrabności. Każdy z nich oddaje różne warianty zestrojenia dwóch ciał, w odmienny sposób mówi o tym, że czasem dobrze się wystawić na działanie czegoś większego, co rozkołysze język (zwłaszcza poetycki), i czemu będzie on chciał zarazem sprostać i nadać sens. Zgodnie z logiką gry na dzwonie, instrumencie, który wedle studiów Podsiadły szczególnie rezonuje z ciszą – językowi potrzebna jest też zmiana tempa: „Są gdzieś na świecie pojedynczy ludzie, którzy mają jeszcze lepiej niż ja./ Ale to ja będę dziś czytał «Obras» de Quevedo i przeglądał się w brzydkiej rzece” (Obraz, s. 42). Tytułowy Obraz nie tylko oddaje tu nieco inny – bardziej statyczny – stan skupienia tekstu, lecz i życia w tekście – jako echa lektury dzieł hiszpańskiego poety barokowego .

Zgodnie z logiką gry na dzwonie, językowi potrzebna jest też zmiana tempa

Autor poszukujący lekkości frazy w tego rodzaju zabiegach, równocześnie stara się opisać, jak język dociąża rzeczywistość. W wierszu, który Podsiadło rozpoczyna od przywołania okoliczności, w jakich dowiedział się o śmierci Julii Hartwig (gdzieś pod Hłuskiem, zapewne w trakcie wakacyjnej wyprawy), a który kończy nawiązaniem do koncepcji Giordano Bruno głoszącej, że Bóg (boskość) jest tożsamy z przyrodą, akcent pada na niepozorną uwagę: „Jak dotąd nie wymyślono / niczego lepszego niż samo życie” (***, s. 22). Tę myśl zdają się dopełniać słowa z poematu o dzwonach: „Żądano czystego tonu / jakby brud świata ich nie dotyczył, jakby nie były / kalane, obryzgiwane błotem, najczęściej zaś zwyczajnie / obsrane przez ptaki, Boży drobiazg, który/ i fruwa, i śpiewa naprawdę / bez sznura i giserskich sztuczek” (s. 9). Podobnie jak w poprzednich książkach Podsiadły, tak i w Podwójnym wahadle poezja staje się sposobem, jeśli nie warunkiem, przeżywania życia – odsyła do konkretnych sytuacji, zdarzeń, pozwalając odtworzyć ich przebieg. Jednocześnie autor sygnalizuje, wprawdzie raczej nie wprost, że coraz uważniej (i podejrzliwiej) przygląda się własnej praktyce pisarskiej. Stąd – jako jeszcze jeden wariant znaczenia tytułowej frazy tomu – wahanie między tym, o czym mówi się w tekście otwarcie, a tym, co pozostaje w domyśle, wahanie raczej nieprzypadkowo tematyzowane w miłosnym wierszu Przed Chrystusem (s. 26). Bo też wyraźnie rysuje się tu narracja o przyjaźni, która dość nieopatrznie mogłaby obrócić się w miłość („Mówię Walentynce jako przyjaciel od serca: / «Mam dla ciebie w sercu same drugie miejsca»”, s. 23) i miłości, której ten impuls jednak nie zagraża. Wręcz przeciwnie – utwierdza się ona w sobie, osiągając punkt kulminacyjny w przedostatnim w książce Dźwięku de (s. 45–47),poświadczającym potrzebę urzeczywistnienia jej w języku poezji (i muzyki). Właśnie od tej strony Podsiadło niemal na każdym kroku sprawdza, czy z powodu nagromadzenia subtelnych niedyskrecji jego teksty nie tracą autonomii, a także szczególnie rozumianej sprawczości. Chodzi mu bowiem o te momenty, kiedy wiersz nie ustępuje życiu, a życie wierszowi, innymi słowy, kiedy w życiu (wiersza) „do wioli dołącza bas” (s. 26). Co więcej, upominając się o nie, posuwa się do tego, że pisze wiersze w obronie poezji przed poetami oraz trybami tak zwanego życia literackiego (Związki literatów, czyli dziesięć deszczułek dla Pawła Próchniaka oraz Tomasz Pułka, który się trupom nie kłaniał).

Bez względu na to, o czym i w jakiej formie mówiłby wiersz – czy byłaby to wartka narracja, czy skondensowany, metaforyczny obraz (na przykład z Wiewiórek) – ma on być miejscem, w którym język odzyskuje energię (w tym celu poeta zasila go dawno nieużywanymi słowami lub używanymi rzadko, raczej w zamkniętych, fachowych obiegach), i zarazem bywa miejscem rejestrowania procesów skutkujących wytracaniem energii języka. Podsiadło bowiem patrzy innym na język, jak się patrzy na ręce6, czego znakomitymi przykładami są drażniące swą konwencjonalnością sytuacje komunikacyjne opanowane przez szlagworty, zapisane w Najnowszym numerze życia (piosence) czy Dziś w promocji emocje. Oba te teksty kończą się zresztą radosnymi ucieczkami (trochę wagarami) od dyktatu nieznośnych frazesów.

Czytaj także:
Jan Potkański pisze o
esejach Jarosława Rymkiewicza

Natomiast ostatni wiersz tomu, Litania do stałych związków, zbudowany z wywoływanych w porządku alfabetycznym fraz wielokrotnego użytku („Gradzie pytań”, „Ułańska fantazjo” itp.), jest tyleż prześmiewczy, co swoiście dla tych fraz ocalający. Wyrywając te wyrażenia z kontekstu, poeta zdradza bezinteresowny stosunek do nich, pozwala im wybrzmieć. Znamienne, że książka zamknięta tym na swój sposób ratunkowym wierszem, przenikniętym jednak krytycznym nerwem, zaczyna się od wyjawienia podłoża osobistej relacji z językiem, skutkującej zobowiązaniem wobec niego: „Myślę o rozlewności / swoich dawnych wierszy, / o życiu, które wystąpiło z brzegów. / Pozostał z tamtego mnie / język polski, jot pe” (Moje wiersze (hasztag „aż tak”),s. 5). Jeśli czytać ten fragment przez pryzmat (naj)wcześniejszych tomów autora, staje się jasne, że przez „wiersze rozlewne” trzeba by rozumieć nie tyle długie, ile konfesyjne, „wylewne” wiersze, przywołujące konkretne fakty, co dość charakterystyczne dla jego twórczości – wiersze, które po czasie niekoniecznie rozpoznają się w swoich początkach sprzed tekstu. Ale choć te szczegóły stopniowo się rozmywają, to powstałe na ich kanwie zapisy odciskają na języku „imienne” ślady, po nich autor wraca do siebie, odnajdując potwierdzenie dla tak ukształtowanej tożsamości w swych inicjałach, (nie)przypadkowo wspólnych z polszczyzną. Wygląda na to, że kierując się tymi samymi przesłankami – na tyle niepoważnymi, że pociągającymi – w dwóch pierwszych linijkach wiersza Podsiadło wzywa znane badaczki form literackich, Słowinię Tynecką i Lucyllę Pszczołowską, których niepospolite imiona i nazwiska, niejako wystając z języka, sygnalizują różnice w stosunku do niego występujące między poetą a uczonymi. Autotematycznych obserwacji Podsiadły nie sposób sprowadzić jednak do retrospektywnej refleksji – rzutują one na całość książki, na wszystkie mniej lub bardziej czytelne aluzje, bo najwyraźniej trudno się bez nich obejść, nawet jeśli okażą się ulotne. Warto tu raz jeszcze sięgnąć do Próby dzwonów: „Żeby dzwon miał duszę, / zawsze potrzebny jest ktoś, / kto by przelał na niego / swoją Miłość” (s. 7).

Autor „Podwójnego wahadła” przypomina, że elementarne sprawy poezji są sprawami osobistymi

Ostatecznie Podsiadło nie rozwiązuje tego skomplikowanego – a zarazem nieodzownego, choć z perspektywy pewnych stanowisk banalnego – równania na język i życie. Przypomina za to, że elementarne sprawy poezji są sprawami osobistymi, stąd potrzeba wracania do nich, nadawania im nowego wyrazu, co dopiero pozwala na wpisywanie w ich ramy doświadczeń przerastających pojedyncze życie, a także na docieranie słowami do muzyki. Na tym też polegałaby specyfika „wahadła Podsiadły” oraz wkład autora w interpretację dzwonu – im dokładniej się mu przyglądać, tym więcej udaje się za jego pomocą powiedzieć o pisaniu wierszy.

Wśród najistotniejszych (meta)poetyckich gestów determinujących wymowę tomu nie można pominąć okładki współgrającej z wierszami. Magnetyzującej. Znalazło się na niej dość znane, ale raczej nie ikoniczne, zdjęcie zrobione przez Josepha Eida – tak ważne, że aby nie odwracać od niego uwagi, tytuł oraz imię i nazwisko autora tomiku zostały zamieszczone na czwartej stronie okładki, której połowę zresztą zajęła jeszcze ta fotografia. Przedstawia ona zniszczone, prawie zburzone wnętrze do niedawna eleganckiej sypialni, w której pośród gruzów (a także porozkładanych na meblach książek), na pościelonym łóżku, spokojnie siedzi brodaty, starszy mężczyzna w znoszonej, zielonej marynarce (kojarzy się on trochę z dzikim włóczykijem z jednego z wierszy z Włosa Bregueta7, a trochę z Huckiem Finnem z nowego tomu, tylko bardzo wydoroślałym [Huckleberry Finn krzyżuje palce i kładzie dłoń na Biblii, s. 43]), i paląc fajkę, wsłuchuje się w muzykę płynącą ze starego walizkowego gramofonu na korbę. Wydaje się wewnętrznie wolny, co nie znaczy, że obojętny na otaczającą go rzeczywistość. (Pisał Podsiadło w jednym z esejów, że „w zażyłość z dzwonami zawsze łatwo wchodzili najbardziej rasowi przedstawiciele społeczeństwa otwartego, czyli postaci z jego marginesów. Różnego rodzaju «samotni w tłumie»: bezdomni nędzarze, włóczędzy, kloszardzi, odmieńcy wszystkich odmian”8). A więc dwa rytmy. Harmonia uporządkowanych dźwięków w obliczu chaosu. Oto – dzięki niespodziewanej zbieżności wyobraźni poety i wrażliwości fotografa – Podwójne wahadło w wizualnym skrócie. 

Ale opatrzmy jeszcze tę scenę „spóźnionymi” przypisami, dopowiadając, że uchwycona została w Aleppo, 9 marca 2017 roku, a bohaterem zdjęcia – przez pewien czas szeroko rozpowszechnianego w światowej prasie – jest Mohammed Anis, posługujący się pseudonimem Abu Omar, lokalny biznesmen, znany kolekcjoner zabytkowych amerykańskich samochodów, który, straciwszy w wyniku wojny pokaźną część swoich zbiorów, postanowił nie opuszczać domu, mimo grożącego mu niebezpieczeństwa9. To ukonkretnienie nie tyle przydaje fotografii dramatyzmu, ile raczej odsłania jego źródła, a zarazem w pewnym stopniu problematyzuje dość ryzykowny gest Podsiadły, wszak swoim wyborem „zdjęcia-wizytówki” tomu autor abstrahuje od okoliczności, do których ono odsyła. Ale być może również na tym polega podwójne życie wiersza charakterystyczne dla tej poezji. W konsekwencji rysuje się tu ciekawa – kto wie, czy zamierzona – zależność. I tak tytuł książki, zapisany właściwie na rewersie okładkowej fotografii, nie tylko zachęca do powtórnej lektury, wskazuje na sens zaczynania od końca, od nowa – w dowolnym kierunku, lecz jednocześnie świadczy o zadłużeniu wyobraźni w zdarzeniu z nie własnej historii. Analogicznie, składające się na tom utwory powstają na rewersach przeżyć oraz lektur (często zupełnie nieoczywistych, takich jak poemat Władysława Syrokomli poświęcony śmierci Sebastiana Klonowica czy dzieła Francisco de Quevedo), a nawet kompozycji muzycznych. Wiersze Podsiadły, niczym to zdjęcie z Aleppo, wciągające in medias res, opowiadają o bezwarunkowym zaangażowaniu w życie jako manifestacji naturalnych skłonności języka, które dopiero w poezji zostają wyzwolone.


1 J. Podsiadło, Człowiek rozciąga się, „Tygodnik Powszechny” 2019, nr 8; Kogo one wołają, „Tygodnik Powszechny” 2019, nr 14; Za wiatru obrotem, „Tygodnik Powszechny” 2019, nr 21; Dzwon i działo, „Tygodnik Powszechny” 2019, nr 27; Przejścia w powietrzu dla aniołów, „Tygodnik Powszechny” 2020, nr 30. 
2 Tegoż, Próba dzwonów, „Tygodnik Powszechny” 2019, nr 51.
3 Zob. P. Rapp, Zabytkowe dzwony – zagadnienia mechaniki i napędu, „Wiadomości Konserwatorskie” 2014, nr 40, s. 55–56.
4 Zob. M. Eckstein, Co dwa wahadła, to nie jedno, „Tygodnik Powszechny” 2016, nr 48, dodatek „Wielkie Pytania 3”: Porządek i chaos, s. 3–6.
5 J. Podsiadło, Matka się przechwala, w: tegoż, Przez sen, Wydawnictwo Ośrodek „Brama Grodzka – Teatr NN”, Lublin 2014, s. 12.
6 Od jakiegoś czasu podobne uchybienia w poprawności dobitnie i z pewną satysfakcją Podsiadło punktuje również w felietonach publikowanych na łamach „Tygodnika Powszechnego”. Zob. np. tegoż, „Szczerze?”, „Tygodnik Powszechny” 2020, nr 48.
7 Tegoż, *** [„Kiedy dziki włóczykij przechodzi środkiem wsi…”], w: tegoż, Włos Bregueta, Wojewódzka Biblioteka Publiczna i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu, Poznań 2016, s. 18.
8 Tegoż, Kogo one wołają…
9 Zob. https://correspondent.afp.com/music-over-ruins-aleppo [dostęp: 17.04.2021]. 


Jacek Podsiadło
Podwójne wahadło

Wydawnictwo WBPiCAK, 2021, s. 52.



Anita Jarzyna – dr hab., pracuje w Instytucie Filologii Polskiej i Logopedii Uniwersytetu Łódzkiego, wykładowczyni Wydziału „Artes Liberales”. Badaczka literatury, głównie poezji dwudziestowiecznej, interpretatorka. W obszarze jej zainteresowań znajdują się studia nad zwierzętami oraz studia nad Zagładą. Ostatnio opublikowała Post-koiné. Studia o nieantropocentrycznych językach (poetyckich) (2019). Zastępczyni redaktor naczelnej rocznika „Narracje o Zagładzie”.