6 XI 10

Conference niejakiej madame Chenu o Mussecie[1]. Żydowski zwyczaj cmokania u kobiet, rozumienie francuszczyzny poprzez wszystkie przygotowania i trudności anegdoty, aż wreszcie tuż przed słowem końcowym, które na gruzach anegdoty ma żyć w sercach dalej, francuszczyzna gaśnie nam przed oczyma, być może dotychczas zbytnio się wysilaliśmy, ludzie znający francuski wychodzą przed końcem, bo słyszeli już dość, inni jednak słyszeli wciąż dalece za mało, akustyka sali, która bardziej sprzyja kasłaniu w lożach niż wypowiadanemu słowu; kolacja u Rachel która czyta Racine’a: Fedra z Mussetem[2]; książka leży między nimi na stole, na którym zresztą leży wszystko, co możliwe. Konsul Claudel[3], błysk oczu, chwytany przez szeroką twarz i z powrotem z niej promieniujący, ciągle chce się żegnać, udaje mu się to w pojedynczych przypadkach, lecz na ogół nie, ponieważ ledwie kogoś pożegna, pojawia się ktoś nowy, do którego tamten pożegnany na powrót dołącza. Nad mównicą jest galeria dla orkiestry. Przeszkadza wszelki możliwy hałas. Kelnerzy z korytarza, goście w swych pokojach, jakiś fortepian, jakaś orkiestra smyczkowa w oddali, stukanie młotkiem na koniec jakaś kłótnia, której zlokalizowanie nastręcza dużych trudności i dlatego drażni. W jednej z lóż jakaś dama z diamentami w kolczykach, których światło zmienia się prawie nieustannie. Przy kasie młodzi ludzie z jakiegoś kółka francuskiego, ubrani na czarno. Jeden z nich wita się głębokim ukłonem, który oczom jego każe ślizgać się po podłodze. A przy tym uśmiecha się szeroko. Ale robi tak tylko w obecności dziewcząt, mężczyznom od razu patrzy prosto w twarz, nadawszy ustom wyraz powagi, co sprawia, że tamto wcześniejsze powitanie deklaruje równocześnie jako ceremonię komiczną być może lecz w każdym razie konieczną.


7 XI 10

Wykład Wieglera[4] o Hebblu[5]. Siedzi na scenie pośród dekoracji ukazującej nowoczesny pokój, jakby jego ukochana miała tu wparować drzwiami, aby wreszcie zacząć sztukę. Nie, on wykłada. Głód Hebbla. Skomplikowane relacje z Elizą Lensing[6]. Jego nauczycielką w szkole jest stara panna, która pali wciąga bije a grzecznym daje w prezencie rodzynki. Jeździ wszędzie [Heidelberg, Monachium, Paryż] bez widocznego naprawdę zamiaru. Jest najpierw służącym u przewodniczącego parafii, śpi w jednym łóżku z woźnicą pod schodami.


Teraz być może wydaje ci się, że chcę się na to uskarżać? Nie, dlaczegóż to miałbym się uskarżać, ani jedno, ani drugie nie jest dla mnie dozwolone. Muszę tylko odbywać moje spacery, na tym koniec, w zamian jednak nie istnieje takie miejsce na świecie, w którym nie mógłbym odbywać spacerów. Ale teraz wydaje się znowuż, że staję się z tego powodu próżny


A więc mam z tym łatwo. Nie musiałbym przystawać tutaj przed domem.

Nie porównuj się w tym ze mną i nie pozwól, abym cię onieśmielił. Przecież jesteś człowiekiem dorosłym, a także jak się zdaje dość samotnym w tym mieście

Czy nie czujesz po swojej odwadze, że w tych sprawach nie możesz się ze mną równać. Nie pojmuję tego. Jak długo już jesteś tutaj w mieście?
„Pięć miesięcy” powiedziałem tak ostrożnie, że usta trzymałem potem wciąż jeszcze otwarte. Tak, pięć miesięcy. To była prawda. Pozwoliłem, by brama


Gdy uważasz, ostatecznie czujesz to przecież po twoim


Właśnie w tym nie możesz się ze mną porównywać. Ale czyż muszę ci to mówić, przecież gdy się skupiasz, ostatecznie czujesz to już po twej odwadze. Jak długo jesteś już właściwie w mieście.
Pięć miesięcy powiedziałem tak ostrożnie, że usta trzymałem potem wciąż jeszcze otwarte.

Właśnie w tym nie możesz się ze mną porównywać. Że też muszę ci to mówić! Czy nie czujesz już tego, gdy się skupiasz, choćby po twej odwadze? Jak długo jesteś już właściwie w mieście?

I te poranki, człowiek wygląda za okno, ściąga krzesło z łóżka i siada nad kawą. I te wieczory człowiek podpiera się ramieniem i trzyma dłonią ucho. Tak, gdybyż to było wszystko! Gdybyż człowiek nabył przynajmniej kilka nowych nawyków, każdego dnia obserwowanych tutaj na ulicach


Julius Schnorr von Karolsfeld[7] wg rysunku Friedricha Oliviera[8], rysuje na zboczu jakiż jest tam piękny i poważny (cylinder, niby zgnieciona czapka klauna o stromym opadającym na twarz brzegu, falowane długie włosy, oczy wbite w obraz, spokojne dłonie, tabliczka na kolanach, jedna noga ześlizgnęła się trochę niżej po pochyłości.)
jednak nie to Friedrich Olivier narysowany przez Schnorra

A zatem teraz nie wolno ci o mnie myśleć. Jakże zresztą chcesz się ze mną porównywać. Już od dwudziestu lat jestem tutaj w mieście. Przemyśl dobrze co to znaczy. Dwadzieścia razy spędziłem tutaj każdą porę roku –
Teraz potrząsnął luźną pięścią ponad naszymi głowami.
Drzewa tutaj rosną od dwudziestu lat, jakże mały robi się pod nimi człowiek. I te liczne noce, wiesz, we wszystkich tych mieszkaniach. Raz człowiek leży pod tym murem, raz pod tamtym, wokół niego wędruje okno. I te poranki,


Jestem bliski tego. Zdawało się już, że moja opiekuńcza natura ulegnie w tym mieście rozkładowi, byłem piękny w pierwszych dniach bowiem rozkład przyjął kształt apoteozy, gdzie wszystko co nas trzyma przy życiu odfruwa, lecz odfruwając, po raz ostatni omiata nas ludzkim światłem. Tak oto stoję przed mym kawalerem, on zaś dlatego najprawdopodobniej mnie kocha, nie zdając sobie jednak sprawy dlaczego. Niekiedy to, co mówi, zdaje się dowodzić, że się w tym rozeznaje, że wie, kogo ma przed sobą, i że dlatego może sobie na wszystko pozwolić. Nie, tak jednak nie jest. W ten sposób wszedłby już raczej każdemu w drogę, bo może żyć tylko jako osiedleniec lub nicpoń. Osiedleńcem jest tylko pod przymusem, jeśli zdarzy się, że przymus ów zostaje pokonany przez siły, których on, jak w tym przypadku, nie zna, już się z niego robi nicpoń, zachowuje się wtedy bezczelnie jak tylko on potrafi. Lecz uratować go nie może na tym świecie już nic, tak więc jego zachowanie przywodzi na myśl zwłoki topielca, które wypchnięte na powierzchnię przez jakiś prąd, uderzają o zmęczonego pływaka, kładą na nim ręce i chcą się go przytrzymać. Zwłoki nie wracają do życia ba nie czują się nawet bezpiecznie, ale mogą pociągnąć człowieka w dół


A zatem teraz nie wolno ci o mnie myśleć. Przyjemnie jest, wiem o tym, w obcym mieście raz na zawsze postawić się na równi z mężczyzną, którego uważa się za doświadczonego


A zatem teraz nie wolno ci o mnie myśleć.


Godzina dziesiąta 15 listopada 1910 Nie pozwolę, abym miał się zmęczyć. Wskoczę w moją nowelę, choćby mi to miało porozrzynać twarz[9].

16 list. {1910} godzina dwunasta Czytam Ifigenię w Taurydzie[10]. Trzeba tu pomijając kilka jawnie błędnych miejsc naprawdę podziwiać suchą niemczyznę w ustach tego czystego chłopca. W momencie lektury wers unosi przed czytelnikiem każde słowo na wyżyny, gdzie staje ono w świetle skąpym może ale przenikliwym.

27 {listopada 1910} Berhnard Kellermann[11] miał odczyt: kilka niedrukowanych rzeczy mojego pióra, tak zaczął. Na pozór przemiły człowiek, włosy niemal siwe sterczące, z trudem ogolony gładko, spiczasty nos, ponad kośćmi policzkowymi mięśnie to wznoszą się, to opadają jak fala. Pisarz przeciętny, kilka dobrych miejsc (ktoś wychodzi na korytarz, kaszle i rozgląda się wokół, czy nikogo tam nie ma) a także człek rzetelny, który chce przeczytać to, co obiecał, ale publiczność mu na to nie pozwoliła, ze strachu wywołanego historią o zakładzie dla nerwowo chorych, z nudów wywołanych sposobem czytania ludzie mimo kiepskich miejsc w historii wychodzili pojedynczo, z taką gorliwością, jak gdyby obok też trwał odczyt. Kiedy po 1/3 historii wypił trochę wody mineralnej, wyszła cała masa ludzi. Przestraszył się. Zaraz koniec, skłamał po prostu. Gdy skończył, cała sala wstała, było trochę oklasków, które brzmiały tak, jakby pośród wszystkich stojących ludzi jeden wciąż siedział i klaskał sobie samemu. Kellermann chciał teraz przeczytać jakąś inną historię, chyba nawet kilka. Na ten wymarsz otworzył tylko usta. Wreszcie zasięgnąwszy rady powiedział: Chętnie przeczytam jeszcze krótką baśń, która trwa tylko 15 minut. Zrobię 5 minut przerwy. Kilka osób zostało jeszcze, po czym odczytał baśń, która miała takie miejsca, że każdy mógł się czuć uprawniony do wybiegnięcia z sali z najdalszego jej miejsca na przełaj, przez wszystkich słuchaczy.

Rudle[12] 1 k
                     winien
Kars[13] 20 h

Ty powiedziałem i dałem mu małego szturchańca kolanem (gdy wypowiadałem te słowa tak nagle, wyleciało mi z ust trochę śliny, zły znak) nie zasypiaj

„Nie zasypiam”, powiedział i potrząsnął głową, otwierając oczy. Jeślibym zasnął, jakże mógłbym cię strzec? Czyż nie muszę tego robić? Czy nie dlatego wówczas uczepiłeś się mnie przed kościołem. Tak to było dawno temu, wiemy o tym, zostaw no zegarek w kieszeni.


Jest już przecież bardzo późno powiedziałem i wzruszyłem ramionami, czym równocześnie usprawiedliwiłem swoją niecierpliwość, czyniąc mu zarzut z tego powodu, że tak długo mnie zatrzymywał.

„Ty” powiedziałem i dałem mu małego szturchańca kolanem (gdy wypowiadałem te słowa tak nagle, wyleciało mi z ust trochę śliny, zły znak).


Nie zapomniałem o tobie powiedział i potrząsnął głową otwierając oczy.
Ależ nie obawiałem się tego odparłem. Nie zwróciłem uwagi na jego uśmiech i spojrzałem na bruk. Chciałem ci tylko powiedzieć, że teraz wejdę z pewnością na górę. Tak. Albowiem jak wiesz zaproszono mnie tam, zrobiło się późno, oczekują mnie. Być może w oczekiwaniu na mnie przesuną nawet kilka występów. Nie chcę tak twierdzić z całą pewnością lecz jest to bądź co bądź możliwe. Zapytasz mnie teraz, czy nie mógłbym zrezygnować z tego towarzystwa.
O to nie zapytam, gdyż po pierwsze wprost cały się palisz, aby mi to powiedzieć, a po drugie nic mnie to nie obchodzi, ponieważ wszystko mi jedno, czy to góra, czy dół. Czy to kiedy leżę tak sobie w rynsztoku, spiętrzając deszczówkę, czy też gdy tymi samymi ustami popijam szampana nie sprawia mi to żadnej różnicy, nawet w smaku


15 XII 10 Nie dowierzam po prostu swoim wnioskom wysnutym z obecnego mojego rok już niemal trwającego stanu, na to stan mój zbyt jest poważny. Nie wiem nawet czy mogę stwierdzić że nie jest to nowy stan. Wszelako moim właściwym mniemaniem jest takie oto: stan ów jest nowy, miewałem podobne, ale takiego nie. Jestem wszak jak kamień, jak własny mój nagrobek, nie ma tu żadnej szczeliny na wątpliwości czy wiarę, na miłość czy odrazę, odwagę czy strach w poszczególnych przypadkach, czy w ogóle, żyje tylko mglista nadzieja, lecz żyje nie lepiej niż inskrypcje nagrobne. Prawie żadne słowo jakie zapisuję nie pasuje do innego, słyszę jak spółgłoski metalicznie pocierają się o siebie, a samogłoski przyśpiewują do tego jak wystawieni na pokaz murzyni. Moje wątpliwości otaczają kręgiem każde słowo, dostrzegam je wszystkie wcześniej niż słowo, ale cóż to! słowa już w ogóle nie widzę, wynajduję je. To jeszcze nie byłoby największym nieszczęściem, musiałbym tylko umieć wynajdywać słowa, które są w stanie dmuchać trupi swąd w jakimś kierunku, ażeby nie bił on od razu w moją albo czytelnika twarz. Siadając za biurkiem nie czuję się lepiej niż ktoś, kto upada na samym środku place de l’Opera[14] i łamie obie nogi. Mimo hałasu, jaki wydają pojazdy, wszystkie one dążą milcząco we wszystkich kierunkach, lepszy porządek niż policjanci zapewnia ból tamtego mężczyzny, zamykający mu oczy i pustoszący plac i ulice, tak że pojazdy nie musiałyby zawracać z drogi. Tyle życia sprawia mu ból, bo jest on przecież zawadą w ruchu ulicznym, lecz pustka wcale nie jest gorsza, ponieważ to ona właśnie wywołuje właściwy jego ból.

16 {grudnia 1910} Nigdy więcej nie opuszczę tego dziennika. To tu muszę się uchwycić siebie samego, bo tylko tutaj to potrafię.
Z chęcią wyjaśnię uczucie szczęścia, które od czasu do czasu, jak teraz właśnie, w sobie noszę. To coś doprawdy musującego, co napełnia mnie całego miłym lekkim drżeniem i co wmawia mi umiejętności o których nieistnieniu mogę z całą pewnością przekonać się każdej chwili teraz także.


Hebbel wychwala „Cień podróży” Justinusa Kernera[15]
„I takie oto dzieło prawie nie istnieje, nikt go nie zna”


Ulica opuszczenia W. Freda[16]. Jak pisze się takie książki? Ktoś solidny w małych rzeczach rozciąga tu swój talent do rozmiarów powieści w tak żałosny sposób, że człowiekowi robi się niedobrze, nawet jeśli uwzględni się podziw dla energii, z jaką źle traktuje on własny swój talent.


To tropienie osób drugorzędnych o których czytam w powieściach, sztukach teatralnych itd. To poczucie przynależności, które mam wówczas! W „Dziewicach z Bischofsbergu”[17] (tak to się nazywa?) jest mowa o dwóch szwaczkach szyjących bieliznę dla panny młodej ze sztuki. Jak się wiedzie owym 2 dziewczętom? Gdzie mieszkają? Co zbroiły, że nie wolno im pojawić się w sztuce, lecz mogą tylko tam, w dole, dosłownie na zewnątrz, przed Arką Noego, tonąc w strugach deszczu, po raz ostatni przycisnąć twarz do okna kajuty, ażeby widz na parterze ujrzał przez chwilę coś ciemnego.


17 {grudnia 1910} Na czyjeś natrętne pytanie, czy nic nie spoczywa w miejscu, Zenon[18] odpowiedział: Tak, lecąca strzała


Jeśliby Francuzi byli w swej istocie Niemcami, jakże by wówczas Niemcy ich podziwiali.


To, że tak wiele odłożyłem na bok i powykreślałem, wszystko prawie co w tym roku w ogóle napisałem – na pewno bardzo mnie to hamuje w pisaniu. Istna góra, 5 razy więcej od tego co kiedykolwiek w ogóle napisałem, i już choćby samą swą masą przyciąga do siebie wszystko co spływa mi z pióra


18 {grudnia 1910} Gdyby nie było żadnych wątpliwości, że powodem, dla którego pozostawiam listy (nawet takie o treści przypuszczalnie błahej, jak właśnie jeden przed chwilą) przez pewien czas nieotwarte, jest tylko słabość i tchórzostwo, które zwlekają z otwarciem listu podobnie, jak zwlekałyby z otwarciem drzwi do pokoju, w którym jakiś człowiek niecierpliwie już być może na mnie czeka, wówczas owo odkładanie listów można by znacznie lepiej wyjaśnić skrupulatnością. Przyjmując mianowicie, że jestem człowiekiem skrupulatnym muszę próbować rozciągnąć jak najbardziej wszystko, co ma związek z listem, a więc powoli go otwierać, powoli i po wielokroć czytać, długo nad nim przemyśliwać, przygotowywać czystopis w oparciu o wiele pomysłów i wreszcie zwlekać jeszcze z samą wysyłką. Wszystko to jest w mojej mocy, i tylko nagłego otrzymania listu nie da się uniknąć. Ale i to nawet opóźniam w sztuczny sposób, nie otwieram go długo, leży przede mną na stole, wciąż mi się ofiarowuje, wciąż go otrzymuję, ale nie biorę do ręki.


pięknoduch


wieczór pół do dwunastej. To, że jestem, dopóki nie uwolnię się od biura, po prostu zgubiony, jest dla mnie jasne ponad wszystko inne, chodzi jedynie o to, aby głowę trzymać w górze tak wysoko, bym nie utonął. Jak trudne to będzie, jakie siły to ze mnie wyciągnie, widać już choćby stąd, że nie trzymałem się dziś mojego nowego podziału czasu, aby od 8 do 11 wieczorem siedzieć przy biurku; że obecnie nie uważam tego nawet za wielkie nieszczęście, że tych kilka linijek zapisałem jedynie w pośpiechu, aby pójść do łóżka.

19 {grudnia 1910} Praca w biurze, początek. Po południu u Maxa.
Czytałem trochę dzienników Goethego. Oddalenie nadaje temu życiu spokój, dzienniki podkładają pod to ogień. Przejrzystość zdarzeń nadaje im tajemniczość, tak jak ogrodzenie parku uspokaja oczy podczas oglądania rozległych trawników, a przecież napawa nas niewspółmiernym szacunkiem.
Moja zamężna siostra właśnie przychodzi do nas po raz pierwszy z wizytą[19].

20 {grudnia 1910} Czym usprawiedliwiam wczorajszą uwagę o Goethem (która jest prawie tak nieprawdziwa, jak opisane przez nią uczucie, bo przecież tamto prawdziwe przepędziła moja siostra)? Niczym. Czym usprawiedliwiam fakt, że niczego jeszcze dziś nie napisałem? Niczym. Zwłaszcza, że moje samopoczucie nie należy do najgorszych. Wciąż mam w uchu wezwanie: „O gdybyś przybył niewidzialny sądzie!”


Ażeby wreszcie dały mi spokój te nieprawdziwe ustępy, które za żadną cenę nie chcą opuścić historii, zapisuję tutaj dwie:

„Jego oddechy były głośne jak westchnienia nad marą senną, gdzie nieszczęście łatwiej znosić aniżeli w naszym świecie, tak iż zwykłe oddechy są już dostatecznym wzdychaniem”.


„Objąłem go wzrokiem teraz tak swobodnie, jak obejmuje się nim małą składankę, o której człowiek mówi do siebie: „Co z tego, że nie potrafię trafić kuleczkami w odpowiednie dziurki, do mnie należy przecież wszystko, szkiełko, oprawa, kuleczki i cała reszta; całą tę sztukę mam w jednym małym palcu”.

21 {grudnia 1910} Osobliwości z „Czynów Aleksandra Wielkiego” Michaiła Kuźmina[20]:

„Dziecko, którego górna połowa jest martwa, dolna zaś żywa”, „zwłoki dziecka z poruszającymi się czerwonymi nóżkami”
„nieczystych królów Goga i Magoga, żywiących się robactwem i muchami, wypędził w popękane skały i po wsze czasy zapieczętował pieczęcią Salomona”
„kamienne rzeki, gdzie zamiast wody z hukiem toczyły się kamienie, obok piaszczystych strumyków, płynących 3 dni na południe i 3 dni na północ”
Amazonki, kobiety z wypalonymi prawymi piersiami, krótkimi włosami, o męskim obuwiu
krokodyle, których mocz wypalił drzewa


Byłem u Bauma[21], tak cudne rzeczy słyszałem. Ja sam osłabiony jak dawniej i zawsze. Mieć uczucie, że jest się uwiązanym, a równocześnie tamto inne, że, jeśli by się uwolnić, byłoby jeszcze gorzej.

22 {grudnia 1910} Dzisiaj brak mi nawet odwagi, aby coś sobie zarzucać. Gdyby krzyknąć w ten pusty dzień, echo byłoby wstrętne.


24 {grudnia 1910} Dokładniej obejrzałem sobie teraz moje biurko i zobaczyłem, że nic dobrego na nim zrobić się nie da. Leży tu wszędzie tak wiele różności, tworząc nieład pozbawiony porządku i bez jakiejkolwiek możliwości strawienia nieuporządkowanych rzeczy, która zresztą czyni znośnym każdy nieporządek. Niech tam na zielonej chuście będzie nieporządek jaki tylko chce, na parterze dawnych teatrów było to dozwolone. Ale żeby z miejsc stojących

25 {grudnia 1910} z otwartej szuflady pod blatem sterczały na kształt schodów zewnętrznych broszury, stare gazety, katalogi pocztówki, listy, wszystkie częściowo podarte, częściowo otwarte, ten niegodny stan zaprzepaszcza wszystko. Pojedyncze stosunkowo ogromne obiekty parteru występują z największą możliwą energią, jak gdyby w teatrze było dozwolone, że na widowni kupiec porządkuje swoje księgi handlowe, cieśla wali młotkiem, oficer wymachuje szablą, duchowny odwołuje się do serc, uczony do rozumu, polityk do poczucia obywatelskiego, że kochankowie niczym się nie krępują itd. Prosto stoi na moim biurku tylko lusterko do golenia, potrzebne przy goleniu, szczotka do ubrań leży na chuście szczeciniastą powierzchnią do dołu, portmonetka leży otwarta na wypadek gdybym chciał zapłacić, z pęku kluczy wystaje jakiś klucz gotowy do działania, krawat zaś owija się częściowo wokół zdjętego kołnierzyka. Następna od góry szuflada blatu, zwężona małymi zamkniętymi szufladami bocznymi to nic innego jak po prostu graciarnia, tak jakby niski balkon widowni, w istocie najbardziej rzucające się w oczy miejsce w całym teatrze zarezerwowano dla zwykłej hołoty dla stałych bywalców, których brud wypływa stopniowo ze środka na zewnątrz, prostacy, którzy zwieszają nogi z poręczy balkonów, rodziny z taką chmarą dzieci, że tylko krótko spogląda się w ich stronę, bo nie sposób ich zliczyć wnoszą tutaj brud nędznych izb dziecięcych (przecież na parterze już cieknie) z tyłu w ciemnościach siedzą nieuleczalnie chorzy, szczęściem widać ich jedynie wtedy, gdy skieruje się na nich światło itd. W owej szufladzie leżą stare papiery które dawno bym wyrzucił gdybym miał kosz na śmieci, ołówki z ułamanym końcem, puste pudełko zapałek, przycisk na listy z Karlowych Warów, linijka o krawędzi zbyt nierównej, nawet jak na wiejską drogę, sporo guzików od kołnierzyka, tępe ostrza do brzytwy (nie ma dla nich miejsca na tym świecie), zaciski do krawatów i jeszcze ciężki żelazny przycisk do listów. W szufladzie powyżej –
Nędza, nędza, a przecież zamiary były dobre. Jest przecież północ, lecz jest to, jako że spałem bardzo dobrze, o tyle tylko usprawiedliwione żem za dnia nic w ogóle nie pisał. Włączona lampa, ciche mieszkanie, na zewnątrz ciemność, ostatnie chwile świadomości dają mi one prawo do tego, by pisać, niechby to była nędza nad nędzami. Śpiesznie korzystam z tego prawa. A więc taki jestem.


26 {grudnia 1910} dwa i pół dnia byłem – nie całkiem wszakże – sam i nawet jeśli nie uległem przemianie, to jestem na najlepszej drodze. Samotność daje mi siłę, która nigdy nie zawodzi. Wnętrze moje uwalnia się (tymczasem jedynie przejściowo), gotowe, by wydobyć coś głębszego. Zaczyna się zaznaczać niewielki wewnętrzny porządek i nic mi już więcej nie trzeba, przy nikłych bowiem umiejętnościach nieporządek to rzecz najgorsza.

27 {grudnia 1910} Siły moje nie wystarczają już na ani jedno zdanie. O tak, gdybyż się rozchodziło o słowa, gdyby wystarczyło dostawić jedno słowo i odwrócić się w spokojnym przeświadczeniu, że wypełniło się je całym sobą.


Popołudnie częściowo przespałem, czuwając, leżałem na kanapie, rozmyślałem nad kilkoma przeżyciami miłosnymi z młodości, zatrzymałem się ze złością przy pewnej zaprzepaszczonej okazji (leżałem wówczas trochę przeziębiony w łóżku, moja guwernantka czytała mi „Sonatę Kreutzerowską”[22], wiedziała, jak się sycić moim podnieceniem), wyobraziłem sobie kolację wegetariańską, byłem zadowolony ze swego trawienia oraz miałem obawy, czy wzrok mój wystarczy mi na całe życie.


28 {grudnia 1910} Gdy przez parę godzin zachowuję się po ludzku, jak dzisiaj z Maxem, a później u Bauma, przed zaśnięciem ogarnia mnie pycha

3 I 11

„Ty” powiedziałem i dałem mu małego szturchańca kolanem. „Chcę się pożegnać”. Gdy wypowiadałem te słowa tak nagle, wyleciało mi z ust trochę śliny, zły znak.
„Długoś się nad tym zastanawiał” powiedział odstąpił od ściany i wyciągnął się.
Nie. W ogóle się nad tym nie zastanawiałem.
O czym więc myślałeś?
Ostatni raz jeszcze przygotowałem się na towarzystwo. Choćbyś się wysilał, jak tylko potrafisz, nie zrozumiesz tego. Ja, przypadkowy człowiek z prowincji, którego w każdej chwili można wymienić na jednego z tamtych, co to stoją gromadnie przed dworcem, wyczekując określonych pociągów

4. I. 11 „Wiara i ojczyzna” Schönherra[23]. Wilgotne palce gości na galerii pode mną, którzy pocierają sobie oczy.

6 I 11
„Ty” powiedziałem, wycelowałem i dałem mu małego szturchańca kolanem, teraz jednak już idę. Jeśli chcesz na to patrzeć, otwórz oczy
A więc jednak? zapytał, całkowicie otwartymi oczyma spojrzał na mnie prosto, lecz spojrzeniem tak słabym, że mógłbym je odgonić machnięciem ręki. A więc jednak już idziesz. Co robić. Zatrzymać cię nie mogę. A gdybym nawet mógł, nie chcę. Mówiąc to, chcę tylko wyjaśnić ci twoje własne uczucie, które mogłoby sprawić, że cię jednak zatrzymam. I z miejsca przybrał wyraz twarzy pokornych sług, z którym w obrębie państwa o stosunkach zresztą uregulowanych wolno im uzyskiwać posłuch pańskich dzieci lub też straszyć je

7. I. 11 Siostra Maxa, tak zakochana w swoim narzeczonym, że tak wszystko próbuje urządzić, aby z każdym gościem rozmawiać pojedynczo, gdyż pojedynczemu człowiekowi lepiej można wyrazić swą miłość i powtarzać

7 I 11 Jak za sprawą czaru, bo na przeszkodzie nie stały mi ani okoliczności zewnętrzne, ani też wewnętrzne, życzliwsze teraz niż w ostatnim roku trzymało mnie coś cały ten wolny dzień, jest niedziela z dala od pisania. – Na pociechę naszło mnie kilka nowych obserwacji dotyczących owego nieszczęśnika, jakim jestem ja sam.


Ty powiedziałem i dałem mu małego szturchańca kolanem, otwórz oczy, chcę się pożegnać. Gdy wypowiadałem te słowa tak nagle, wyleciało mi z ust trochę śliny, zły znak.
A więc jednak? powiedział, patrząc na mnie wzrokiem kilkukrotnie ślizgającym się po mojej twarzy, który zdawał się trafiać we mnie jedynie przypadkiem, tak iż mógłbym odgonić go machnięciem ręki.

12. I 11
Wiele w tych dniach o sobie nie napisałem, po części z lenistwa (za dnia sypiam teraz tyle i tak twardo, w czasie snu mam większą wagę), ale po części ze strachu przed wyjawieniem mojego samopoznania. Strach jest uprawniony, samopoznanie bowiem wolno utrwalić na piśmie tylko wtedy, gdy dokonało się ono z całą kompletnością po najdalsze uboczne następstwa, jak również z całkowitą szczerością. Bo jeśli tak się nie stanie – a w każdym razie ja nie jestem do tego zdolny – wówczas rzecz napisana zastąpi, zgodnie z własnymi intencjami i z przewagą, jaką mają rzeczy utrwalone, to, co odczute ogólnie, w ten tylko sposób, że właściwe uczucie zaniknie, bezwartościowość notatki zaś zostanie rozpoznana zbyt późno.


Przed kilkoma dniami Leonie Frippon artystka kabaretowa miasta Wiednia. Fryzura kopczyk obwiązanych loków. Zły gorset, bardzo stara suknia (dama rycerza), ale bardzo ładna z tymi swoimi pełnymi tragizmu ruchami, szybkim mruganiem powiek, wymachiwaniem długimi nogami, należytym wyciąganiem ramion wzdłuż ciała, uwidacznianiem sztywności szyi przy miejscach dwuznacznych. Śpiewała: Kolekcja guzików w Luwrze.

Schiller narysowany przez Schadowa[24] 1804 w Berlinie, gdzie zebrał wielkie hołdy. Przy takim nosie nie da się już twarzy uchwycić mocniej. Grzbiet nosa lekko opuszczony za sprawą nawyku skubania nosa podczas pracy. Miły człowiek o trochę wklęsłych policzkach, któremu wygolona twarz prawdopodobnie nadała wygląd starca.


14 I 11
Powieść Beradta „Małżonkowie”[25]. Dużo kiepskiej żydowskości. Nagły jednostajny kokieteryjny występ autora np. wszyscy byli weseli, ale był tam jeden, który wesoły nie był albo też przybywa niejaki pan Stern (którego zdążyliśmy już poznać aż po same jego powieściowe kości). U Hamsuna też znajdziemy podobne rzeczy, ale tam jest to tak naturalne jak sęki w drewnie, tutaj zaś skapuje do fabuły niczym jakieś modne lekarstwo na cukier. – Akcja bez powodu zatrzymuje się w dziwacznych miejscach np. zajmował się jej włosami, zajmował i jeszcze raz zajmował. – Pojedynczo ludzie prezentują się, a przy tym nie trzeba ich ukazywać w nowym świetle, dobrze, tak dobrze, że nie wadzą nawet okazjonalne błędy. Postacie drugoplanowe przeważnie beznadziejne.

17 I 11 Max przeczytał mi na głos pierwszy akt „Pożegnania z młodością”[26]. Jakże mogę, w dzisiejszym moim stanie, poradzić sobie z tym; musiałbym szukać rok, zanimbym odnalazł w sobie prawdziwe uczucie, a tymczasem dręczony wiatrami z powodu złego mimo wszystko trawienia mam do późna jakoś uprawniony wysiedzieć w kawiarni na krześle.

19 I 11
Będę musiał, jako że jestem, jak się zdaje, wykończony do szczętu – w ostatnim roku ocknąłem się nie dłużej niż na 5 minut – codziennie albo życzyć sobie zniknięcia z powierzchni ziemi, albo też, nie mogąc dostrzec w tym wszystkim najskromniejszej choćby nadziei, zacząć od początku jako małe dziecko. Pójdzie mi to od zewnątrz łatwiej niż wtedy. W tamtym bowiem czasie nie zdążałem jeszcze z mętnymi przeczuciami ku takiej formie wyrazu, która kolejnymi słowami wiązałaby się z moim życiem, którą mógłbym przyciągnąć do swej piersi i która wyrwałaby mnie z mego miejsca. Z jakim ja zaczynałem lamentem (z tym obecnym wszakże nieporównywalnym)! Jakiż chłód z zapisanych rzeczy prześladował mnie całymi dniami! Jakże wielkie było niebezpieczeństwo i jak rzadko ustawał jego wpływ, żem tamtego chłodu w ogóle nie odczuwał, co oczywiście na ogół nie zmniejszało za bardzo mej niedoli.
Miałem kiedyś w planach powieść, w której walczy ze sobą dwóch braci, z których jeden pojechał do Ameryki, drugi natomiast został w europejskim więzieniu[27]. Zacząłem pisać po parę linijek, bo od razu czułem się od tego zmęczony. No i pisałem też w pewne niedzielne popołudnie, kiedyśmy byli w odwiedzinach u dziadków, jak zwykle zajadając się tam wyjątkowo miękkim chlebem posmarowanym masłem, coś o moim więzieniu. Bardzo możliwe, że robiłem tak przede wszystkim z próżności, chcąc przesuwaniem papieru po obrusie, stukaniem ołówkiem, rozglądaniem się pod lampą po wszystkich obecnych przywabić kogoś, kto by mi zabrał, co napisałem, obejrzał to i mnie podziwiał. Tych kilka linijek zasadniczo opisywało korytarz więzienny, przede wszystkim jego ciszę i zimno; na temat brata, który został, padły słowa współczucia, ponieważ był to ten dobry brat. Być może chwilami miałem poczucie bezwartościowości opisu, tyle że przed tamtym popołudniem nie bardzo zwracałem uwagę na takie odczucia, siedząc wśród krewnych, do których przywykłem (moja lękliwość była tak wielka, że w okolicznościach, do których przywykłem, czyniła mnie ona już na wpół szczęśliwym), wokół okrągłego stołu w znajomym mi pomieszczeniu, i nie mogąc zapomnieć, że jestem młody i z owego ówczesnego spokoju powołany do rzeczy wielkich. Wreszcie wuj który lubił się naśmiewać zabrał mi kartkę, którą trzymałem bardzo słabo, rzucił na nią okiem, zwrócił mi ją nie śmiejąc się nawet, i do innych, którzy wodzili za nim wzrokiem powiedział „Zwykłe rzeczy”, mnie nic nie powiedział. Wprawdzie nadal siedziałem, jak wcześniej, pochylony nad kartką, tak już teraz zbędną, ale z towarzystwa w rzeczy samej wypędzono mnie jednym pchnięciem, wyrok wuja powracał do mnie jakby miał znaczenie naprawdę i nawet w obrębie rodzinnego uczucia dostrzegałem zimną przestrzeń świata, którą musiałem grzać ogniem, jakiego dopiero chciałem poszukiwać


Franz Kafka
Dzienniki

Przełożył Łukasz Musiał
Officyna, 2022, s. 592
Premiera: 31 maja 2022

[1] Alfred de Musset (1810–1857) – francuski pisarz, dramatopisarz, poeta, przedstawiciel romantyzmu w literaturze.
[2] Kafka ma na myśli szkic de Musseta opisujący kolację u aktorki Elisy Rachel Félix (1821–1858), słynnej między innymi z tytułowej roli w sztuce Racine’a Fedra.
[3] Paul Claudel (1868–1955) – francuski poeta, dramatopisarz i dyplomata; ówcześnie konsul w Pradze.
[4] Paul Wiegler (1878–1949) – historyk literatury, eseista, tłumacz, redaktor wpływowego dziennika „Bohemia”, w którym ukazywały się szkice Kafki.
[5] Friedrich Hebbel (1813–1863) – niemiecki dramatopisarz i poeta, jeden z najważniejszych przedstawicieli niemieckiego dramatu realistycznego.
[6] Elise Lensing (1804–1854) – protektorka i przyjaciółka Hebbla, później także jego kochanka, z którą miał on dwóch przedwcześnie zmarłych synów.
[7] Właśc. Julius Schnorr von Carolsfeld (1794–1872) – malarz niemiecki, często podejmujący w swych dziełach tematykę biblijną.
[8] Właśc. Friedrich von Olivier (1791–1859) – niemiecki malarz epoki romantyzmu.
[9] Aluzja do licznych i często nieudanych prób kontynuacji opowiadania Opis walki.
[10] Ifigenia w Taurydzie (Iphigenie auf Tauris) – dramat Goethego z 1779 roku.
[11] Właśc. Bernhard Kellermann (1879–1951) – pisarz niemiecki.
[12] Prawdopodobnie chodzi o Rudolfa Hermanna, brata Karla Hermanna, szwagra Kafki.
[13] Prawdopodobnie chodzi o Georga Karsa (właśc. Jiří Karpeles, 1882–1945), czeskiego malarza i rysownika, zaprzyjaźnionego z Maxem Brodem.
[14] Właśc. Place de l’Opéra – jeden z największych placów paryskich. Prawdopodobnie jest to wspomnienie z podróży do Paryża w październiku 1910 roku, z powodu choroby Kafka musiał ją przerwać.
[15] Justinus Kerner (1786–1862) – niemiecki lekarz, pisarz i poeta.
[16] Aluzja do powieści W. Freda (właśc. Alfreda Wechslera, 1879—1922) Die Straße der Verlassenheit. Zehn Jahre (Ulica opuszczenia. Dziesięć lat) z 1905 roku.
[17] Aluzja do komedii Die Jungfern von Bischofsberg (Dziewice z Bischofsbergu).
Gerharta Hauptmanna (1862—1946), niemieckiego pisarza i dramatopisarza, laureata Literackiej Nagrody Nobla w roku 1912.
[18] Zenon z Elei (ok. 490 p.n.e. – ok. 430 p.n.e.) – starożytny filozof grecki, twórca paradoksów myślowych ukazujących trudności w rozumieniu czasu i przestrzeni.
[19] Chodzi o Elli, najstarszą siostrę Kafki, która wyszła za Karla Hermanna w listopadzie 1910 roku.
[20] Michaił Kuźmin (1872–1936) – rosyjski pisarz i kompozytor.
[21] Oskar Baum (1883–1941) – jeden z trzech (obok Maxa Broda i Felixa Weltscha) najbliższych przyjaciół Kafki; niewidomy pisarz.
[22] Sonata Kreutzerowska – nowela rosyjskiego pisarza Lwa Tołstoja (1828–1910), opublikowana w 1889 roku.
[23] Niem. Glaube und Heimat – sztuka autorstwa Karla Schönherra (1867–1943), austriackiego lekarza i pisarza.
[24] Johann Gottfried Schadow (1764–1850) – wybitny pruski grafik i rzeźbiarz klasycystyczny, twórca między innymi słynnej kwadrygi na Bramie Brandenburskiej w Berlinie.
[25] Martin Beradt (1881–1949) – niemiecki prawnik i pisarz.
[26] Niem. Abschied von der Jugend – komedia Maxa Broda opublikowana w 1912 roku.
[27] W zmienionej formie Kafka zrealizuje niebawem ten pomysł, przystępując do pisania powieści Zaginiony.



Franz Kafka (1883-1924) – pisarz niemieckojęzyczny pochodzenia żydowskiego. Powszechnie uznawany za jednego z najważniejszych prozaików XX wieku.

Łukasz Musiał – badacz literatury, eseista, krytyk literacki i tłumacz, od lat związany z Uniwersytetem im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Autor m. in. następujących książek: Kafka. W poszukiwaniu utraconej rzeczywistości, O bólu. Pięć rozważań w poszukiwaniu autora (nominacja do Nagrody Literackiej Gdynia 2017 w kategorii esej), Do czego używa się literatury? czy Zaufanie i utopia. Eseje o literaturze. Współredaktor m.in. zbiorów Nienasycenie. Filozofowie o Kafce oraz Języki przemocy, a także redaktor Wyboru prozy Franza Kafki oraz antologii Franz Kafka: Prozy utajone. Autor nowego przekładu Dzienników Kafki, który ukazał się w maju 2022 r. nakładem Wydawnictwa Officyna. Pracuje nad książką poświęconą twórczości Roberta Walsera.