Robert Walser najbardziej lubił kolor śnieżnobiały. Przywoływał go, ilekroć chciał nasycić swoją prozę atmosferą intymności. Biel wyrażała obietnicę duchowej ojczyzny, życia czystego, pięknego, prostego, spokojnego; życia pośród ciszy, akustycznie odgrodzonego od zgiełkliwości świata grubą kołdrą śniegu. Dlatego radość wywołaną nowym1 wydaniem powieści Jakob von Gunten mąci mi okładka. Patrząc na nią, widzę nagrobek z czarnego granitu. Wydać tę książkę na czarno – co za nieszczęśliwy pomysł! Przecież biała była nawet śmierć pisarza, któremu serce odmówiło posłuszeństwa podczas zimowej przechadzki. Zrobione kilka godzin później fotografie – piękne, choć trochę creepy – ukazują martwe ciało otulone śnieżnym puchem.

Ale nie chcę wybiegać tak daleko w przyszłość. Jest dopiero rok 1909 i śmierć musi sobie na Walsera poczekać jeszcze niespełna pięć dekad. Do niemieckich księgarń właśnie trafia historia Jakoba von Guntena, który wstępuje do sennej szkoły dla służących, zwanej bombastycznie Instytutem Benjamenty. To trzecia powieść w ciągu trzech ostatnich lat, bardzo dla pisarza udanych. Opuściwszy prowincjonalną Szwajcarię, Walser usiłuje od jakiegoś czasu wyrobić sobie literacką markę w Berlinie, najprężniejszym obok Wiednia ośrodku artystycznym, naukowym i kulturalnym krajów niemieckojęzycznych. Komu marzy się kariera pisarza, powinien tam mieszkać. Powinien tworzyć i publikować, a także wychodzić sobie odpowiednie „stosunki” w kręgach wpływowych literatów, krytyków, wydawców. Walserowi udaje się opanować reguły tej niełatwej przecież gry całkiem biegle, bo kiedy jego nowa powieść ukazuje się w renomowanej oficynie Bruno Cassirer Verlag, od dawna nie jest już autorem anonimowym, mimo wciąż młodego wieku. Zarówno zbiór krótkich utworów prozą zatytułowany Rozprawki Fritza Kochera (Fritz Kochers Aufsätze, 1904), jak i dwie wcześniejsze powieści, Rodzeństwo Tanner (Geschwister Tanner, 1907) i Willa pod Gwiazdą Wieczorną (Der Gehülfe, 19082) przyjęto, mimo raczej skromnych wyników sprzedaży, życzliwie.

Tymczasem Jakob… wywołuje od początku mieszane reakcje. Nawet ci, którzy chwalą powieść, nie ukrywają bezradności. Bo wprawdzie świat przedstawiony – Instytut Benjamenty – to szkoła dla służących i lokajów, czy jednak rzeczywiście tylko to „ma autor na myśli”? Może szkoła jest parodią mieszczańskiego wychowania? Albo ironicznym obrazem elitarnych stowarzyszeń pleniących się w Niemczech przełomu wieków jak chwasty (w rodzaju Kręgu Georgego, Kręgu Charona, ruchu Wandervogel czy rozmaitych kolonii artystycznych, dla których prawzorem było Towarzystwo z Wieży sugestywnie opisywane przez Goethego w Latach nauki Wilhelma Meistra)? Albo surrealistyczną projekcją społecznych norm zachowania, ukazaną w krzywym zwierciadle ironii? Albo wielopoziomową intertekstualną trawestacją Uczniów z Sais Novalisa? Czytelnicy stosunkowo szybko odszyfrowywali liczne aluzje już to do pedagogicznych tradycji Bildung, już to do Nietzschego i filozofii życia, już to do psychoanalizy Freuda, wreszcie do krytyki kultury, nurtu wówczas niezwykle silnego wśród artystycznych i intelektualnych elit Europy. I mieli rację, ponieważ spośród wszystkich powieści Walsera Jakob… najobficiej sięga po dyskursy epoki i najbardziej jest filozoficzny. A jednak znowuż tej racji nie mieli: gdy tylko czytelnik nabiera pewności, że wie, „co autor ma na myśli”, pojawiają się przedziwne narracyjne wibracje, które relatywizują każdy dopiero co odkopany koncept. Dokładnie tak, jak pisze o sobie i swoich kolegach tytułowy Jakob: „Wibrujemy. Świadomie czy nieświadomie uwzględniamy po trosze rozmaite sprawy, jesteśmy duchem to tu to tam, a uwagę rozsyłamy we wszystkie możliwe strony, zbierając doświadczenia i obserwacje. (…) Nadstawiamy ucha w stronę życia”. Urocze i zgrabne, tylko nie wiadomo, co konkretnie znaczy.

Dlatego na pomoc przyzywa się albo film braci Quay Instytut Benjamenty (ekranizację niepozbawioną onirycznego uroku, lecz obcą klimatowi powieści i spłycającą jej przesłanie), albo biografię Walsera, który kilka lat wcześniej naprawdę ukończył berlińską szkołę dla służących, wykorzystując nabyte tam kwalifikacje w śląskim Dambrau, gdzie przez kilkanaście tygodni pracował jako lokaj. Swoje wrażenia utrwalił następnie w zbeletryzowanej formie, oprócz Jakoba…pisząc między innymi opowiadanie Tobold (II). Istotnie, wątki autobiograficzne nie są w tej powieści bez znaczenia, tym bardziej, że literacki klimat przełomu wieków sprzyjał różnym formom autobiograficznie zabarwionej introspekcji, dość wymienić Inferno Strindberga (1897), Niepokoje wychowanka Törlessa Musila (1906), czy Pamiętniki Malte-Lauridsa Brigge Rilkego (1910), nie wspominając o kolejnych powieściach Hessego. Nie znaczy to, że biografia wszystko nam załatwia. W końcu określić Jakoba… książką o szkole dla służących to w przybliżeniu tak, jakby uznać Proces Kafki za powieść o środowisku prawników. Niby się zgadza, a przecież to bzdura.

Krótko mówiąc, Jakob… jest narracyjnie bodaj najprzejrzystszą i najbardziej przystępną powieścią Walsera, najbliższą też tradycji europejskiego modernizmu. Zarazem jednak najbardziej mglistą w swych intencjach i w swej rozchwierutanej wymowie zdecydowanie najbardziej zwodniczą. John Christopher Middleton, poeta, a przede wszystkim tłumacz, który przed przeszło siedemdziesięciu laty wprowadzał twórczość Walsera do anglosaskiego obiegu literackiego, nazywał Jakoba… pierwszą powieścią dwudziestego wieku, w której absurd staje się przedmiotem analizy egzystencjalnej. Dlatego skądinąd ta książka mogła tak bardzo zafrapować Kafkę. O ile jednak swoje własne analizy egzystencjalne autor Przemiany nasączał później silnymi dawkami zwątpienia, a nawet tragizmu, o tyle Walser rzadko kiedy pozwala własnym bohaterom tracić pogodę ducha, jak gdyby uleganie rozpaczy było przejawem braku ogłady. Ogładę zaś nie kto inny, jak tylko Jakob nazywa tym, co w człowieku „czułe i myślące”. Współczesny czytelnik, nie potrafiąc wyobrazić sobie porządnej literatury bez odpowiedniej dawki egzystencjalnego rozdarcia, doprawionego szczyptą melancholii, skłonny jest traktować tego rodzaju deklaracje z daleko posuniętą ostrożnością, jako zamierzoną ironię. Niesłusznie. Jeśli absurdy ludzkiej egzystencji świadczą o niedoskonałości świata i prowizoryczności fundamentów naszego życia, to tak właśnie ma być. Bo „gdyby nie wady i błędy, świat byłby pozbawiony ciepła, uroku i bogactwa”.

„Jakob von Gunten” jest narracyjnie
najprzejrzystszą i najbardziej przystępną powieścią Walsera

W Jakobie… Walser nie robi nic, czego nie robiłby we wszystkich swych utworach, od tych najwcześniejszych po ostatnie z początku lat trzydziestych: nasłuchuje życia, nadstawia na nie uszu, śledzi kierunki, jakie ono obiera. Instytut Benjamenty przygotowuje swych wychowanków przede wszystkim do życia, którego metaforą, w tym utworze i w bardzo wielu innych, jest dla pisarza służba. Idea służby odgrywała w światopoglądzie Walsera ogromną rolę; to głównie przez wzgląd na nią – a nie, jak się niekiedy uważa, dla kaprysu – pisarz wstąpił w 1905 roku do szkoły dla służących, a później pracował jako lokaj. Służyć innym, zatrzeć ślady własnej indywidualności, stać się małym i nic nieznaczącym: oto życiowy program większości bohaterów Walsera. Szczery program. „Czy życie nie staje się naprawdę piękne dopiero z chwilą, gdyśmy się nauczyli wyzbywać wszelkich pretensji, zapominać o indywidualnych pragnieniach i chęciach albo odsuwać je na bok, a za to ze szczerego, ochotnego serca poświęcamy się nakazowi, twardej służbie (…)?”, zapytuje Tobold całkiem poważnie.

Takie deklaracje były trudne do przełknięcia dla pierwszych czytelników Walsera, są trudne do przełknięcia dzisiaj. Przeciętny człowiek, wychowany w tradycji zachodniego indywidualizmu, przywykł rozpatrywać swoje życie jako sumę działań skutecznie poprawiających jego jakość, a za bodaj najbardziej przydatną społecznie cechę uznaje sprawczość, czyli zdolność oddziaływania na swoje otoczenie, bliższe i dalsze. Z tego powodu ustawicznie poszukuje dla siebie chociaż skrawka przestrzeni, w której będzie mógł poczuć się panem. Takie panowanie nazywa, zazwyczaj na wyrost, wolnością. Nie znajdzie się tutaj zbyt wiele miejsca dla Walserowskiej idei służby. Toteż zdecydowana większość czytelników będzie skłonna dostrzegać w niej wyłącznie kolejną kpiarską zagrywkę pisarza-żartownisia, w samym zaś Jakobie… przede wszystkim satyrę na mieszczańskie praktyki pedagogiczne i mieszczański styl życia, którego celem jest odpodmiotowienie jednostki, jej depersonalizacja, poniżanie. W posłowiu Piotr Paziński trochę zbyt pochopnie sprowadza te praktyki do powtarzania „wykutych na blachę formułek i kelnerskich gestów”, nie mogąc jakby przyjąć do wiadomości faktu, że wybitny pisarz traktuje ideę służby, cierpliwości i posłuszeństwa całkowicie serio. A tak przecież jest. Sporadycznie rozsiane aluzje do słynnej rozprawy Kleista O teatrze marionetek tylko to potwierdzają. Praca ta, odczytana właściwie, stanowi filozoficzny komentarz do historii upadku człowieka i grzechu pierworodnego, a ukazana w niej idealna marionetka nie jest bynajmniej odartym z duszy niewolnikiem, posłusznie wykonującymi wyuczone gesty, tylko symbolicznym obrazem człowieka sprzed upadku w grzech, wyzbytego samoświadomości. Upadając, człowiek nabiera owej samoświadomości, wtedy też zostaje wepchnięty w nieodwracalny kryzys podmiotowości i egzystencjalne rozdarcie. Samoświadomość odcina bowiem od bezpośredniego związku ze stwórcą i z „czystym” istnieniem, a jednocześnie odbiera ludzkiemu zachowaniu wszelką naturalność. Tymczasem zaletą „lalki” będzie właśnie, jak sugeruje Kleist, doskonała naturalność postawy. W przeciwieństwie do człowieka lalka nie „gra”, lecz po prostu „jest”. Dopiero pojąwszy tę zależność, nie całkiem oczywistą na pierwszy rzut oka, zrozumiemy słowa Jakoba, który z początku nienawidził uniżonej grzeczności lokajskiej, bo wydawała mu się ona śmieszna i głupia, teraz jednak uważa ją za „wytworną i piękną”.

Czytelnikowi niełatwo podzielać takie przeświadczenia. Jeszcze trudniej mu zaakceptować fakt, że idealnym upostaciowieniem owej wytworności i piękności czyni Jakob innego ważnego bohatera, Krausa, który „jest niczym, jest sługą”, „pragnie tylko pomagać, słuchać i służyć”. Często odbierany w lekturze jako groteskowe przejaskrawienie najgorszych, najbardziej głupkowatych cech lokajskich, jest Kraus raczej kimś, kto w sposób doskonały nauczył się szanować konieczność. Nie zgodzę się z tym, że trzeba tę charakterystykę uznać za przejaw Walserowskiej ironii. Ironiczny jest bowiem tylko styl powieści, same jej figury ironiczne nie są, a to ogromna różnica. Mało tego, szkicując pewnego rodzaju opozycję między Krausem a Jakobem, pisarz mógł mieć w pamięci rozróżnienie, jakiego Schiller, jeden z jego ulubionych autorów, dokonał w rozprawie O poezji naiwnej i sentymentalnej (1795). Krausa trzeba by wtedy uznać za sługę „naiwnego”, który, wyzbyty samoświadomości alienującej go od życia, czuje się szczęśliwy i spełniony – bo zachowuje całkowitą tożsamość z samym sobą. Taki rodzaj szczęścia Jakobowi, słudze „sentymentalnemu”, nie jest dany: na przeszkodzie stoi ów dokuczliwy upiór epoki nowoczesnej, czyli świadomość własnego istnienia i wszystkie wynikające stąd konsekwencje. Dlatego ironia, jaką pośpiesznie i często błędnie przypisujemy Walserowi, jest w istocie ironią naszą własną, czytelników, bijących pokłony przed fałszywym bożkiem samoświadomości. Cóż, być może nas, którzyśmy stracili raj, po prostu nie stać na lepszych bogów.   

Tak, Jakob to ktoś, kto w Instytucie poszukuje utraconej niewinności, rajskiej „gracji”, i jeśli tak potraktujemy jego zamysł, opowieść nabiera zgoła innego wymiaru. Innej wymowy nabierają też rozsiane po książce wypowiedzi a to o małości, a to o myśleniu, które psuje człowieka, a to o pustce, w którą wychowankowie mają ustawicznie spoglądać, a to o zaletach przymusów i wyrzeczeń, a to o uczeniu się na pamięć, a nawet o wychowawczych korzyściach  lenistwa i nudy: „Kiedy się po prostu jest i nic nie robi, czuje się nagle, jak uciążliwą rzeczą jest istnienie”. Wyborny kawałek, i jakże filozoficzny! Instytut Benjamenty urasta do rangi swoistej szkoły istnienia, cierpliwie wychowującej ku byciu niezapośredniczonemu przez świadomość. To jakiś rodzaj „nie-świata”, trochę senna, a trochę komiczna próba odwzorowania życia w raju, poza czasem historycznym. Oczywiście nie wolno znowuż traktować tych koturnowych odniesień zbyt poważnie –  Jakob „nasłuchuje” ich tak jak wszystkich innych, z uwagą, a zarazem dystansem.

Jakob to ktoś, kto w Instytucie poszukuje utraconej
niewinności

Do myślenia powinno dać już nazwisko tytułowego bohatera. Arystokratyczne „von” jest typową Walserowską zmyłką, bo przy poprawnej wymowie zbitki wyrazowej „von Gunten” głoska „g” prawie znika i do ucha dociera jedynie coś na kształt „von unten” – a to oznacza po niemiecku „z dołu” lub „od dołu”. Czytelna wskazówka: Jakob jest człowiekiem „pomniejszonym”, który zadowala się rolą cichego obserwatora, statusem egzystencjalnego zera. „Mogę oddychać tylko na nizinach”, powiada. W takich zresztą miejscach Walser prawdopodobnie świadomie spiera się z Nietzschem, filozofem, który w tym okresie był na ustach całej Europy i którego idee przenikały do ówczesnego obiegu intelektualnego niemal osmotycznie. Przy wszystkich powierzchownych i mylących podobieństwach Walserowskich postaci do „linoskoczków” Nietzschego, trudno sobie wyobrazić postawy bardziej od siebie odległe – wolę mocy autora Antychrysta i wolę niemocy wychowanków Instytutu. Ale oto czytelnik nie zdążył jeszcze porządnie przemyśleć tej skomplikowanej filozoficznej kwestii, a tu tylnymi drzwiami wchodzi już następna, dawniejsza, która tak zajmowała Hegla w Fenomenologii ducha, mianowicie dialektyka relacji między panem a sługą (nieporządnie przekładanym na polski jako „niewolnik”): pan jest co prawda na „górze”, lecz swą nadrzędną pozycję zawdzięcza istnieniu sługi, jego uznaniu. Mało tego: dzięki wykonywanej pracy sługa stopniowo wzmacnia świadomość własnej wartości i na swój sposób się emancypuje. Dynamika tej dialektyki nie pozwala rozstrzygnąć, kto ostatecznie znajduje się „u góry” a kto „na dole”. Widać to świetnie na przykładzie relacji między „panem” Benjamentą a Jakoben „von unten”. W relacji tej (miejscami erotycznej, miejscami zaś, jakby nie dość tu było pogmatwań, noszącej znamiona konfrontacji nieledwie „biblijnej”, na co poza wszystkim innym wskazuje imię Jakob, a biblijny Jakub zmagał się, jak wiemy, z aniołem) początkowo wszystkie karty trzyma w ręku Benjamenta, później jednak przewagę zaczyna zdobywać wyraźnie energiczniejszy Jakob, któremu „pan” chwilami staje się posłuszny jako dziecko. Dziecko? No tak, biblijny Beniamin był przecież synem Jakuba… Ileż smaczków powtykał tu Walser! Ileż mylących tropów i smakowitych odniesień! I ciągle mu mało, ponieważ w zakończeniu powieści dorzuca nam jeszcze jeden rodzynek: widoczną aluzję do historii Don Kichota i Sanczo Pansy. Każdy, kto ją zna, wie doskonale, jak niejednoznaczny był ów związek między rycerzem a giermkiem i jak zawiła nim powodowała dialektyka3.

Od tego wszystkiego może się zakręcić w głowie, to prawda. Zabawne, bo w oczach wielu czytelników Walser uchodzi za pisarza świadomie aintelektualnego, nieskorego do filozofowania; któremu w głowie jedynie przechadzki, dzieciaki, gospody, drzemki pod gołym niebem, piwo, kotlety, swawole, beztroska, językowe igraszki. Ot, „urocze” opowiastki dla „miłych” czytelników złaknionych lektury „radosnej”. Zwłaszcza w ostatnich latach rozpowszechnia się w Polsce taki model odbioru. Uważam, że na dłuższą metę prowadzi on do interpretacyjnej infantylizacji, a może wręcz „upupienia”, zjawiska dla intelektualnej jakości utworów Walsera głęboko krzywdzącego. W końcu, jak w Dziele otwartym niestrudzenie wykazywał Umberto Eco, sztuka poznaje świat za pośrednictwem własnych struktur kształtujących, co w dużym skrócie oznacza, że filozoficzny bywa nawet przecinek, postawiony przez pisarza w odpowiednim miejscu.

Czytaj także:
Robert Walser

Zbój (fragment)

Od wykopywania wszystkich poukrywanych w Jakobie… pokładów myślowych można się naprawdę spocić. W spokoju nie zostawia nas nawet ostatnia scena, wspomniana już i bardzo znacząca. Planowana w ekstazie donkichotowska podróż na pustynię symbolizuje najwyraźniej nieujarzmioną tęsknotę Jakoba, sługi „sentymentalnego”, za życiem „zerowym”, niezapośredniczonym przez nowoczesną świadomość; życiem wedle terminologii Schillera „naiwnym”, a więc, w osobliwym sensie, pustym, dokładnie tak samo jak puste jest zero, które zawiera w sobie potencjalność wszystkich pozostałych cyfr. Życie „zerowe”, o jakim marzy Jakob, to życie otwarte na nieskończone modulacje, fluktuacje i wibracje istnienia; życie poza tekstem, poza pisaniem, poza kulturą i, naturalnie, poza powieścią. Można to też wyrazić filozoficznie, jak Schiller w dwudziestym drugim Liście o estetycznym wychowaniu człowieka: „Jeśli więc estetyczne usposobienie umysłu z jednej strony musi być uważane za zero, (…) to z drugiej strony trzeba uznać je za stan najwyższej rzeczywistości (…). Nie można więc nie przyznać racji także tym, którzy stan estetyczny uważają za najowocniejszy, jeśli chodzi o poznanie i moralność” (przeł. Irena Krońska i Jerzy Prokopiuk). Walser musiał do tych słów nawiązywać –  to już nawet nie podobieństwo do konceptów Schillera, lecz ich wierna kopia.

W tym świetle Instytut Benjamenty, do którego przybył Jakob, nie jest, w przeciwieństwie do tego, co się niekiedy uważa, zaprzeczeniem kanonów Bildung, tylko placówką, której zasady wychowawcze konsekwentnie prowadzą do dialektycznego samozaprzeczenia, a sam instytut do autodestrukcji – po to, by w owym geście negacji móc wreszcie podjąć próbę urzeczywistnienia Bildung totalnego i bezkompromisowego. Nieprzypadkowo „dziennik” Jakoba kończy się w tym właśnie momencie: tekst, ów zbiornik dla samoobserwacji i refleksji, przestaje być do czegokolwiek potrzebny. Jeśli Jakob chce stać się zerem – a chce – to musi przezwyciężyć własne uwikłanie w słowo i zająć się poważniejszym zadaniem: żyć, nie mniej i nie więcej.

Czy i jak wytrąci się z tekstu, z owych tysięcy wibrujących słów, życie szczęśliwe, o tym już Walser nie pisze. A przynajmniej nie tutaj. W innym jednak miejscu nie stawia marzeniom żadnych ograniczeń i szkicuje przepiękny happy end. Mam na myśli kapitalną opowiastkę Koniec świata (Das Ende der Welt, 1917), historię osieroconej dziewczynki, samotnej i opuszczonej, która postanawia iść przed siebie dopóty, dopóki nie dotrze na koniec świata. Wędruje całymi latami, o głodzie i chłodzie, wreszcie pewnego dnia odnajduje wielką, cudownie urządzoną i wspaniale prowadzoną gospodę o nazwie Koniec świata. Dziewczynka pyta życzliwą gospodynię, czy może zostać i służyć. Usłyszawszy przyjazne „tak”, z radością pojmuje, że to kres jej tułaczki i że nareszcie znalazła swój dom, swoje miejsce w świecie. A może po prostu raj. Słowo jest tym, co znaczy, nazwa gospody tym, co zostaje nazwane, miejscem poza czasem, poza horyzontem historii. Język i życie, brutalnie odcięte od siebie w chwili upadku Adama i Ewy, wracają do siebie z powrotem.

To doprawdy rozbrajające zakończenie mogłoby wieńczyć niemal wszystkie utwory Walsera. „Rozbraja” ono jednak nie dlatego, że projektuje idyllę, tylko że jest rodzajem zaproszenia. Do tego, by porzucić nasz „nowoczesny” krytycyzm, tak łatwo wyradzający się w jałowe czarnowidztwo lub czczą ironię; by przestać hołubić samoświadomość, której skutkiem zbyt często jest tania melancholia lub przekonanie o własnej wyjątkowości. Bohaterowie Walsera zerkają w zupełnie inną stronę, a ich losy uczą mądrego szacunku dla konieczności, który przyswoić sobie jest o wiele trudniej aniżeli szacunek dla wolności. Choćby z tej przyczyny, że my, ludzie Zachodu od czasów oświecenia przywykliśmy rozpatrywać wolność głównie w wymiarze społeczno-politycznym, Walser tymczasem umiejscawia ją w dużo pojemniejszej, lecz filozoficznie także bardziej rozmytej sferze egzystencji. A czy tam naprawdę mamy tak wiele wolności? Owszem, wszyscy gorąco jej pragniemy, lecz jeśli uczciwie przyjrzeć się naszemu życiu, okazuje się ono – zwłaszcza w perspektywie doświadczenia kilkudziesięciu lat, pomnożonego przez szereg następujących po sobie pokoleń – raczej ciągiem mniej lub bardziej monotonnych powtórzeń, wiecznym nawrotem tego samego, krótko mówiąc sekwencją konieczności. Przypomina mi się Sprawozdanie dla Akademii Kafki, historia uczłowieczonego szympansa, który z ironią odnosi się do ludzkich mrzonek o zerwaniu tych egzystencjalnych łańcuchów:

(…) tą wolnością ludzie zbyt często się oszukują. A jak wolność zalicza się do najbardziej wzniosłych uczuć, tak i odpowiadające jej złudzenie należy do najwznioślejszych. Często przed moim występem widziałem w variétés dwoje artystów popisujących się na trapezach, wysoko pod pułapem. Kołysali się, huśtali, skakali, rzucali się sobie nawzajem w ramiona, jeden unosił drugiego, chwytając go zębami za włosy. »To także jest wolność ludzka – myślałem – ten własnowolny ruch«. O szyderstwo świętej natury! Żaden gmach nie utrzymałby się pod naporem małpiego śmiechu na ten widok. Nie, wolności nie chciałem. Tylko wyjścia: na prawo, na lewo, dokądkolwiek; nie miałem żadnych innych wymagań, niechby nawet to wyjście było złudzeniem; wymaganie było małe, nie większe byłoby złudzenie. Naprzód, naprzód! Przede wszystkim nie tkwić w miejscu, z podniesionymi ramionami, przyciśnięty do ścian skrzyni. (przeł. Juliusz Kydryński)

Jakob…? Kropka w kropkę:

– To jest wolność – powiedziała nauczycielka. – Ma w sobie coś zimowego, coś, czego przez dłuższy czas nie da się znieść. Trzeba być ciągle w ruchu, (…) na wolności trzeba bezustannie tańczyć. (…) Spójrz, cudowny tor, po którym się ślizgamy, powoli się rozpływa. Teraz, jeśli będziesz miał otwarte oczy, zobaczysz, jak wolność umiera.

Brać te słowa od ich tragicznej strony, dowodziłoby oczywiście braku ogłady. Życie, którego Instytut Benjamenty uczy swoich wychowanków, nie jest tragiczne, lecz konieczne. A gdy przychodzi pora, wygasa i wtedy „sen, który nazywa się ludzkim życiem, przybiera inny kierunek”.

*

Pedagogiczna utopia Walsera nie jest na dobrą sprawę wymierzona w indywidualizm, cywilizację, kulturę, zachodnie przywiązanie do wolności czy do idei postępu i rozwoju. Nie jest wymierzona w cokolwiek, bo nie jest „przeciwko”, tylko zawsze „za”. A najbardziej za szacunkiem, cierpliwością, służbą, wyciszeniem rozbuchanej „sobości”. Niech każdy z nas udzieli sobie szczerej odpowiedzi na pytanie, czy w swojej fascynacji tą „beztroską” i „uroczą” prozą rzeczywiście jest gotów za takim Walserem podążyć. Aż na koniec świata.


1 … i zmodyfikowanym przez nieocenioną Małgorzatę Łukasiewicz, która odeszła od częstego w dawniejszych przekładach zwyczaju spolszczania imion bohaterów, a przede wszystkim wyeliminowała główną usterkę wcześniejszej edycji, jaką była błędna odmiana nazwiska rodzeństwa Benjamentów. Zresztą błąd ten przeszedł później na polski tytuł filmu braci Quay, będący swobodną adaptacją powieści Walsera. Tytuł ów powinien brzmieć Instytut Benjamenty.
2 Właściwszym tytułem byłby Pomocnik. Co prawda polski wydawca, zapowiadając już przyszłą reedycję powieści, anonsuje ją pod nowym tytułem Pomagier, należy jednak mieć nadzieję, że ta raczej nonszalancka decyzja (daleka od czytelnych intencji oryginału, a także od opinii samego Walsera, który niechętnie odnosił się do tytułów zbyt wyrazistych) zostanie jeszcze raz rozważona.
3 Najpełniejszy obraz zawikłanej dialektyki pana i sługi daje Walser w powieści Willa pod Gwiazdą Wieczorną, której oryginalny tytuł to właśnie Der Gehülfe, czyli Pomocnik.


Robert Walser
Jakob von Gunten. Dziennik

Państwowy Instytut Wydawniczy, 2021, s. 180


Łukasz Musiał – badacz literatury, eseista, krytyk literacki i tłumacz, od lat związany z Uniwersytetem im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Autor m. in. następujących książek: Kafka. W poszukiwaniu utraconej rzeczywistości, O bólu. Pięć rozważań w poszukiwaniu autora (nominacja do Nagrody Literackiej Gdynia 2017 w kategorii esej), Do czego używa się literatury? czy Zaufanie i utopia. Eseje o literaturze. Współredaktor m.in. zbiorów Nienasycenie. Filozofowie o Kafce oraz Języki przemocy, a także redaktor Wyboru prozy Franza Kafki oraz antologii Franz Kafka: Prozy utajone. Obecnie przygotowuje nowy przekład Dzienników Kafki oraz książkę poświęconą twórczości Roberta Walsera.