Karl

Na Karlu można było polegać. I na odwrót. Ślepo im ufał. Kiedy mężczyzna podrzucał go do góry brzuchem, by go po chwili chwycić i objąć, Karl parskał z uciechy i nie bronił się, a będąc jeszcze w powietrzu, nawet nie próbował się odwrócić, aby opaść na łapy.Gdy zaś ojciec, wychodząc z pokoju, otwierał drzwi i kazał mu pozostać w środku, Karl słuchał go i albo siadał pod drzwiami, po czym się kładł, albo chodził przed nimi w tę i z powrotem, w nadziei że drzwi się otworzą, a gdy tak się działo i ojciec wchodził do pokoju, Karl witał go tak, jakby nie widzieli się całą wieczność.

Zabawa ta sprawiała mężczyźnie radość, często więc wychodził z pokoju tylko po to, by zobaczyć, jak Karl cieszy się z ponownego spotkania.

Nikt nie chciał, aby Karl czuł się wykluczony. Dlatego w całym domu we wszystkich drzwiach wycięto otwory – Karlowe drzwiczki, jak je nazywali. Dzięki temu w każdych drzwiach Karl miał swoje drzwiczki i mógł pójść, dokąd chciał i kiedy chciał. W ciągu dnia nie było godziny, której nie spędzaliby razem. Chodził z nimi na zakupy, wyprowadzał oboje na spacery i dbał o to, żeby wrócili o czasie na swój ulubiony program telewizyjny. Słuchał, jak rozmawiają przez telefon, a jeśli nie mógł przy tym być, opowiadali mu o przeprowadzonej rozmowie. Kiedy kobieta otwierała gazetę lub książkę, Karl trącał ją pyskiem, dając w ten sposób do zrozumienia, żeby mu coś poczytała. Kładł wówczas łeb na jej kolanach albo na stopach mężczyzny, a ona czytała im obu, aż nadchodził wieczór, a potem noc i wtedy Karl odprowadzał oboje do łóżka i przez pewien czas czuwał nad ich snem. Obszedłszy wszystkie kąty w domu i upewniwszy się, że wszędzie panuje cisza i spokój, udawał się do swojego kosza, aby następnego ranka pójść do nich do pokoju i czekać w nogach łóżka, aż się obudzą.

Po śniadaniu kładł się w kuchni na podłodze i przewróciwszy się na grzbiet, rozprostowywał łapy w oczekiwaniu, że kobieta pochyli się nad nim i go podrapie. I tak musiało być codziennie. Leżał wtedy na grzbiecie z zamkniętymi ślepiami, poddając się jej troskliwym dłoniom i wyciągając ku nim, a pod ich dotykiem skomlał, wił się i prężył. Palcami gładziła jego sierść, masowała łapy, raz je wykręcając, raz przesuwając czy pociągając, a jemu sprawiało radość, gdy mógł je wyprostować i luźno zwiesić.

Cmokał i mlaskał jęzorem, powarkiwał i gwizdał melodię, w której rytm kobieta go głaskała i który tylko ona umiała złapać. Bo jak inaczej wytłumaczyć, że przy tego rodzaju kontaktach stale dochodziło do nieporozumień – jak mówili – kiedy ktoś inny niż kobieta próbował się z nim w ten sposób spoufalić. Potrafił wówczas bez widocznego powodu chwycić rękę, pod której dotykiem dopiero co się wił, i wpić się w nią zębami, by już w następnej chwili oczekiwać dalszych pieszczot i głaskania, jak gdyby nigdy nic, jakby nie stało się to, co właśnie się stało.

Z kobietą nie dochodziło do takich nieporozumień, a jeśli już, to rzadko, kiedy więc pieściła go wystarczająco długo i wszystko odbywało się, sprawiając mu zadowolenie, nagle spoglądał na nią zdumiony i popadał w odrętwienie, z którego wybudzały go jej ręce. Mijało trochę czasu, zanim wracał do wspólnego życia. A potem dziękował jej i patrząc na nią, lizał rękę, która wprawiła go w tak błogi stan, kładł jęzor we wnętrzu dłoni kobiety i trwał bez ruchu.

Karl kochał i był kochany. Nawet jeśli ktoś go nie lubił, to nikt nie pozostawał wobec niego obojętny. Tylko dla listonosza nie istniał, przynajmniej tak się zdawało. A to właśnie jego Karl szczególnie sobie upodobał. Kiedy listonosz zbliżał się do ich domu, często zaś już w chwili, gdy kilka domów wcześniej skręcał w uliczkę, ale jeszcze nie było go widać z okna, Karl zaczynał szczekać i kładł się pod drzwiami, wyczekując chwili, gdy mężczyzna przed nimi stanie. Było po nim widać, że z trudem tłumi podniecone skomlenie, poprzedzające każde z tych spotkań.

Najczęściej przed dom wychodził ojciec i odbierał pocztę. Karl zostawał w środku i nasłuchując ich rozmowy, obwąchiwał szparę w drzwiach, aby poczuć woń listonosza, o którym krążyła plotka, że to właśnie on pewnego ranka podrzucił go do ogrodu starszych państwa.

Listonosz nigdy nie pytał o Karla, a jednak każde zadane przezeń pytanie było pytaniem o niego, tak przynajmniej im się wydawało, bo jakkolwiek na to patrzeć, on sam też miał na imię Karl i za każdym razem wciągał ojca w rozmowę, chcąc może przez chwilę pobyć blisko Karla, który opierał się pokusie wyjścia na dwór, żeby poprzymilać się do listonosza, jak to czynił w przypadku każdej innej osoby.

Kiedy listonosz, pożegnawszy się, ruszał w dalszą drogę do sąsiadów, przystawał przed ich furtką, by spojrzeć w głąb ogrodu i na Karlowe drzwiczki, których klapa poruszała się na wietrze i zza której Karl wciąż próbował wywęszyć jego zapach.

Listonosz fascynował Karla, ale fascynowały go także dzieci, które każdego ranka w drodze do szkoły przechodziły obok jego domu. Na długo zanim można było usłyszeć ich głosy, kładł się na chodniku w słońcu albo w cieniu drzew, nie mogąc się doczekać, aż dzieci wyciągną z tornistrów grzebienie i szczotki, przymocują je do patyków, schowanych uprzednio za płotami okolicznych ogródków, i zaczną go wyczesywać. Rzucały się na niego z krzykiem, a Karl leżał na grzbiecie i delektował się tą chwilą, poddając się im, kiedy go szorowały i czesały. Zajmowanie się nim w ten sposób sprawiało dzieciom wielką radość, on zaś śmiał się z nimi i popiskiwał z frajdy i rozkoszy.

Jego rodzice przyglądali się z okna tym zabawom odprężeni, ale też zatroskani, że nastrój Karla w każdej chwili może się zmienić i doprowadzić do jakiegoś nieporozumienia, co się jednak nigdy nie zdarzyło.

Wreszcie dzieci odchodziły, a Karl zostawał w tym samym miejscu i spoglądał za nimi jeszcze długo po tym, gdy stracił je z oczu, a ich głosy już umilkły. Otrząsał się i wracał do domu bądź mościł się na ławce w ogródku między mężczyzną a kobietą, oni natomiast kładli mu ręce na łbie lub na karku. I tak siedzieli długo bez słowa albo wypytywali go, które z dzieci do siebie dopuścił, a których nie, i na kogo przyjdzie kolej przy następnej okazji, na co Karl kręcił łbem albo nim przytakiwał, jakby chcąc im o wszystkim opowiedzieć.

To były chwile szczęścia, które dzielili razem z nim. I musieli tak robić, bo nie można było zostawić go samego. W przeciwnym wypadku zawsze coś działo się w domu i z Karlem. Już on się umiał o to za każdym razem postarać.

Przez jakiś czas brał na celownik książki, zapewne z powodu zapachu, który na nich zostawiali, często trzymając je w rękach, a który  kojarzył mu się z nimi zawsze wtedy, gdy musiał spędzać czas samotnie. Były to ich ulubione książki, a on przegryzał się przez nie i przeżute na drobne kawałki roznosił po całym mieszkaniu. Początkowo sięgał po egzemplarze z dolnych półek regału, z czasem jednak wgryzał się w kolejne tomy, włażąc do góry po sofach i krzesłach.

Uwziął się też i rzucał na kaktusy podczas nieobecności rodziców, a oni, wracając do domu, często zastawali go leżącego pod roślinami wielkości człowieka, z mnóstwem kolców wbitych w ciało podczas prób powalenia którejś z nich.

Tych dwoje uprawiało je, od kiedy zamieszkali razem. W końcu po kilku latach wszystkie kaktusy, te w mieszkaniu i te w ogrodowej szklarence, zostały powalone i rozgryzione, wszystkie z wyjątkiem paru nadgryzionych i bezwartościowych kikutów, o których trudno było powiedzieć, czy pewnego dnia także nie padną łupem Karla, jeśli tylko na wystarczająco długo zostawi się go samego w domu.

Starali się więc nie wychodzić bez niego. Zawsze któreś z nich zostawało z Karlem albo brali go wszędzie ze sobą. A jeśli inaczej się nie dało i musieli wyjść sami, myśl o tym, co podczas ich nieobecności mogło mu się przydarzyć, skłaniała oboje do powrotu, w mieszkaniu zaś Karl witał ich z taką radością, jakby już zdążył uwierzyć, że na zawsze stracili się z oczu, ale oto został odnaleziony i uwolniony od wszystkiego, co nakazywało mu bezwzględnie rozprawiać się ze sobą i z otoczeniem. Stąd brała się radość, z jaką za każdym razem ich witał. Tymczasem oni, zawstydzeni, świętowali ponowne spotkanie, zapewniając go o miłości i zabiegając o jego względy, każde na swój sposób.

Mimo to jednak pozostawała w nich jakaś resztka niepewności. Coraz częściej dochodziło między nimi do nieporozumień, a sympatia, jaką Karl ich darzył, w jednej chwili przeradzała się w antypatię.

Choć wciąż rzucał im szczere, zaciekawione spojrzenia, którymi ich wręcz chłonął, zbliżanie się do niego było niewskazane, jeśli tego nie chciał albo gdy się go wprawdzie domagał, lecz równocześnie przed nim wzbraniał.

Żeby dzień był szczęśliwy, musiał się rozpocząć uściskiem w kuchni. Od pierwszego dnia Karl czuł potrzebę, by w ten sposób okazywano mu troskę i poświęcano uwagę. Gdy któregoś razu zabrakło uścisku, nie wydawał się specjalnie zmartwiony. Choć może tylko nauczył się tłumić złość z tego powodu albo jej nie okazywać, a może to oni nie potrafili wytłumaczyć sobie jego emocji. Z czasem jednak nie dało się nie zauważyć zmiany w zachowaniu Karla, za bardzo bowiem obnosił się ze swoim niezadowoleniem, co przejawiało się tym, że nagle i niespodziewanie to capnął ich, to ugryzł – wprawdzie nie za mocno, jakby w zabawie, niewątpliwie jednak było to ostrzeżenie.

W każdym razie źle się działo i nikomu nie wychodziło na dobre, jeśli codzienne pieszczoty o poranku nie przebiegały po myśli Karla. Kiedy kobieta nie mogła złapać rytmu, w którym chciał być głaskany, albo jej dotyk z jakiegoś powodu nie przypadał mu do gustu, obrażał się na wiele godzin albo i dni, i jakkolwiek się do niego zwracali, chcąc okazać mu sympatię, nijak nie udawało im się go udobruchać. Dzień wlókł się wtedy, odmierzany kolejnymi obawami, toteż oboje uważali na każdy swój krok, a naprawdę musieli uważać, bo często właśnie zaledwie jeden dzielił ich od kolejnego ugryzienia.

Karl mógł być wszędzie – pod każdym stołem czy krzesłem – i wszędzie mógł ich capnąć. Przesiadywał bądź leżał w swoim koszu obok telefonu. Stamtąd miał na wszystko baczenie. Starsi państwo siedzieli w kuchni lub w którymś pokoju i robili, co mogli, żeby go obłaskawić, ale im bardziej się starali, tym bardziej mogli wszystko popsuć.

Kiedy dzwonił telefon i nikt nie podnosił słuchawki, przyjaciele i sąsiedzi przeczuwali, że Karl źle się czuje, a starsi państwo potrzebują pomocy. Załatwiali wówczas za nich różne sprawy, robili im zakupy, stawiali je pod drzwiami domu albo na parapecie, skąd starsi państwo mogli je zabrać, jeśli Karl im na to pozwolił.

Gdy zasłony jeszcze w południe były zaciągnięte, mogło to oznaczać tylko jedno – że Karl w dalszym ciągu nie czuje się najlepiej. Nie znosił wtedy światła, więc w domu panował mrok. Jeśli sytuacja przez dłuższy czas nie ulegała zmianie, pomóc mógł jedynie listonosz. W jego obecności Karl się uspokajał. Chociaż listonosz pozornie niczego nie zauważał, okazywał im swoje wsparcie, wysłuchując ich, jak tylko Karl potrafił to czynić, i w ten sposób dodawał im otuchy, nie wspominając o nim ani słowem.

To pomagało. Lecz sama myśl o tym, że listonosz mógłby popaść w niełaskę u Karla i utracić na niego wpływ, była nie do zniesienia, dlatego nie chcieli zbyt pochopnie korzystać z jego pomocy.

Wyglądało to tak, jakby Karlowi zależało na izolowaniu i głodzeniu starszych państwa. Nie pozwalał im wyjść z domu, ale też nikt nie mógł ich odwiedzić, żeby nie zostać pogryzionym. Taki stan rzeczy utrzymywał się często całymi dniami i tygodniami. Kilka razy przesuwali jego kosz w bardziej odległy kąt korytarza albo do któregoś pokoju, skąd miałby gorszy widok, jednak Karl uparcie spędzał noce i dnie w tych miejscach, gdzie mógł mieć wszystko na oku.

Jeśli ktoś go rozgniewał, można było przyjąć, że mu to popamięta i nie tak szybko wybaczy wszelkie próby jego udobruchania. Niezbędne były uroczyste przeprosiny, pokajać musiał się on, ona i każdy, kto nie chciał narazić się także starszym państwu, odmawiając pojednania z Karlem.

Należało przy tym uklęknąć przed nim i dotykać go tak, jak lubił, a im bardziej ktoś dał mu się we znaki, tym większą bliskość Karl wymuszał na winowajcy.

Kiedy mieli gości, rozglądał się po zgromadzonych i wybierał sobie kogoś, kto miał go przeprosić i komu mógłby wybaczyć albo i nie, więc ta osoba klękała przed nim i tak długo musiała masować mu sierść, aż popadał w odrętwienie i się uspokajał. Nie do pomyślenia było używanie szczotek albo innych przyborów, za pomocą których dałoby się go utrzymać na dystans. Musiało się to odbywać bez jakichkolwiek ochraniaczy, gołymi rękoma, a przy tym trzeba było uważać, aby złapać rytm, który pozwalał Karlowi zapomnieć o doznanych urazach i sprawiał, że dzień stawał się dla niego piękniejszy, podobnie jak dla wszystkich wokół.

Najczęściej chodziło o szybkie i w żaden sposób niezapowiedziane ugryzienie, a jeśli nie następowało po nim kolejne, to Karl już po chwili troskliwie zajmował się raną, którą dopiero co zadał, lizał ją i pokrywał śliną. Najpierw capał, a potem pomagał opatrzyć obrażenia. Cmokał, lizał, gryzł, jak popadnie, całkiem nieprzewidywalnie, przez co na dłuższą metę nie dało się z nim wytrzymać. Kiedy jego zęby wpijały się w spodnie albo ciało ofiary, spoglądał jej dobrodusznie w oczy, aby może już w następnym momencie ugryźć jeszcze mocniej, dopóki ktoś się wreszcie nie wtrącił i go nie powstrzymał.

Wyglądało na to, że Karl lubi wszystkich. Wszystkich też gryzł, każdego w swoim czasie. Nie oszczędzał nawet siebie. Bywały dni, kiedy sam wymierzał sobie karę podobnie jak i innym. Kąsał wówczas jedną z łap i ledwo udawało mu się przestać, po czym zaszywał się w którymś pokoju i godzinami nie pokazywał.

Opatrunki były zawsze pod ręką. Kiedy razem wychodzili z domu, brali je ze sobą, aż w końcu Karl sam zaczął je nosić. Przypinali mu na grzbiecie torebkę, do której chętnie pozwalał im sięgać, jeśli znowu doprowadził do tego, że były potrzebne.

Jeśli do nieporozumienia dochodziło w miejscu publicznym, Karl pierwszy zajmował się rannym, zwracając uwagę skomleniem i szczekaniem na osobę w potrzebie i gromadząc wokół niej przechodniów, którzy mogliby udzielić pomocy.

Z czasem na ciałach rodziców nie było już miejsca choćby raz nieopatrzonego z powodu Karla, co wstydliwie próbowali ukrywać. Niepotrzebnie zresztą, bo w okresach, kiedy on gwałtowniej niż zwykle ulegał swoim skłonnościom, połowa osiedla chodziła w bandażach i było powszechnie wiadomo, co jest na rzeczy, a ludzie mijali się, kuśtykając, albo podnosili na powitanie zranioną rękę czy palec.

Gdy ktoś idący z naprzeciwka po drugiej stronie ulicy wyglądał na wystraszonego, a ojciec odczytywał to jako próbę wykręcenia się od ewentualnego spotkania, wówczas przechodził z Karlem przez ulicę, aby zapewnić danego przechodnia, że nie grozi mu z jego strony żadne niebezpieczeństwo.

− To jest Karl – mówił – chce się tylko przywitać. 

Karl potakiwał i spoglądał do góry przyjaźnie i z zaciekawieniem, po czym dobierał się do spodni albo kostek swojej ofiary.

− Karl chyba bardzo pana lubi – zapewniał ojciec w drodze do lekarza albo do szpitala, dokąd obaj odprowadzali rannego – inaczej by tego nie zrobił.

Kiedy ojciec proponował, że od czasu do czasu wpadnie z Karlem, żeby zobaczyć, czy wszystko jest w porządku, i upewnić się o szybkim powrocie do zdrowia, a także by przyspieszyć proces gojenia dzięki możliwości pojednania, jego propozycja często była odbierana jako bezczelność; ale jeszcze większą złość wzbudzał, kiedy próbując załagodzić sytuację, wyjaśniał zaatakowanemu człowiekowi, że zapewne zirytował Karla nieprzemyślaną wypowiedzią, mimowolnym ruchem albo jakimś innym działaniem, bo tylko tak można było wytłumaczyć jego zachowanie. Ojciec starał się za wszelką cenę wymusić pojednanie i nie dawał za wygraną, dopóki poszkodowany nie przyznał, że był to jedynie pech, pomyłka, że wszystko stało się niechcący i na pewno nie wynikało ze złej woli Karla. I faktycznie, zawsze udawało mu się przekonać poszkodowanego zarówno o tym, że zachowanie Karla nie wynika z jego podstępności, jak i o tym, że gryząc, okazuje poszkodowanemu sympatię czy swego rodzaju uznanie, czego po prostu nie potrafi inaczej wyrazić.

Większość pokrzywdzonych nie potrzebowała jednak takich wyrazów uznania, przynajmniej w pierwszych latach, kiedy jeszcze nikt nie wiedział o późniejszych zdolnościach Karla. Ci, którzy go nie znali, byli wstrząśnięci i reagowali przerażeniem, a w stosunku do jego rodziców złością, bo czuli się zaatakowani także przez nich. Tych zaś, którzy słyszeli o Karlu albo bliżej go znali, łatwiej dawało się przekonać o jego dobrych intencjach.

To, czy takie spotkanie kończyło się niegroźnie czy nieprzyjemnie, zależało od przeszłości poszkodowanego i od przebytych przezeń chorób. Najmniejsze zranienie traktowane przez jednych jako dowód miłości, u innych mogło rodzić obawę, czy nie utracą palca lub nogi.

Któregoś dnia lekarz starszych państwa stwierdził, że w dłuższej perspektywie życie z Karlem nie wyjdzie na zdrowie również im samym i że powinni pomyśleć o sobie i oswoić się z perspektywą oddania go do schroniska lub przekazania ludziom, którzy lepiej sobie z nim poradzą.

Ale oni nawet nie chcieli o tym słyszeć. Nie do pomyślenia było dla nich życie bez Karla, przynajmniej z obawy, że ta myśl mogłaby się wydać. A nawet jeśli ośmielali się wyobrażać sobie zalety życia bez niego, takie myśli trzymały się ich niczym zapach, który Karl mógł zwęszyć, co zresztą czynił.

Było jasne, że Karl potrzebuje pomocy. Z coraz większym trudem wspinał się po schodach na piętro albo schodził do piwnicy, by doglądać tam porządku. Wcale nie musiał tego robić, przynajmniej nie codziennie, a już na pewno nie po kilka razy na dzień, czego sam od siebie wymagał. Bez pomocy z zewnątrz nie byłoby to możliwe przez dłuższy czas i oni też tak czuli, sądząc, że swoim brakiem uwagi sami wywołują u Karla nader osobliwe zachowania, a na dodatek popełniali błąd za błędem, próbując okazywać mu zainteresowanie i chcąc go w ten sposób udobruchać albo przekupić, pewni, że tego oczekuje, ale za każdym razem coraz bardziej zdecydowanie sobie to wyprasza.

Nie można było zbliżyć się do niego, nie odnosząc ran. Rozumiano to i prawie nie brano mu tego za złe. Wręcz przeciwnie. Akurat ci, którzy zostali przez Karla poszkodowani, próbowali się doń zbliżyć, stąd jego ofiary, gdy tylko ich rany się zagoiły, a nieraz jeszcze w opatrunkach, często odwiedzały starszych państwa, żeby spotkać się i  trochę z nim pobyć.

Takie spotkania przebiegały bardzo różnie. Albo Karl już z daleka radośnie witał pogryzionego, albo też wcale go nie zauważał. Przynajmniej tak to wyglądało z boku, bo w rzeczywistości miał baczenie na swoją ofiarę, choć nie dawał tego po sobie poznać. Mogło to trwać nawet dłuższą chwilę, nim w końcu taka osoba została na powrót przyjęta do kręgu, gdyż Karl niby przypadkiem ocierał się o nią barkiem i w ten sposób ją do siebie dopuszczał, do czego z reguły dochodziło najpierw w miejscach neutralnych. Siedząc naprzeciwko siebie na dwóch ławkach, próbowali na nowo nawiązać kontakt i pojednać się, a jeśli wszystko poszło, jak należy, w dalszą drogę ruszali już razem, aby po jakimś czasie usiąść na jednej ławce, po kolejnym zaś przełamaniu lodów Karl prowadził danego osobnika na swojej smyczy do mieszkania i tam się nim zajmował.

Zwykle okazywał wtedy zainteresowanie raną, którą zadał swojej ofierze. Namiętnie obwąchiwał opatrunek i próbował ściągnąć bandaże, aby dobrać się do zranionego miejsca, obejrzeć je, położyć na nich jęzor i długo tam go trzymać.

A kiedy potem wyciągał się jak struna i domagał od gościa, żeby poświęcił mu uwagę, rosły podniecenie i radość, ale też obawa, bo zawsze mogło się zdarzyć, że ze wspólnie dzielonego szczęścia albo z jakiegokolwiek innego powodu Karl capnie i zacznie gryźć ofiarę, nie mogąc przestać, najczęściej w to samo miejsce, co za pierwszym razem, w dodatku mocniej. Teraz jednak każdy był świadom, że on robi tak w dobrej wierze, więc odbierano to jako wyraz poufałości i cieszono się w takim stopniu, w jakim pozwalały na to środki, które należało przedsięwziąć.

Pewnego dnia, po tym, gdy Karl jakby od niechcenia, ale jednak dość mocno ugryzł w nogę mężczyznę chorującego na reumatyzm i serce, ten został w jednej chwili uzdrowiony. Jego dolegliwości ustąpiły bezpowrotnie. Odczuwał jedynie lekki ból po ugryzieniu, co stanowiło skutek uboczny, na który, jak sam mówił, chętnie przystał, bo było to niczym w porównaniu z dotychczasowym cierpieniem. Od tej pory mężczyzna ten zarzekał się, że przy wszelakich niedomaganiach, mniejszych czy większych, ponownie skorzysta z usług Karla. Zgłaszały się też inne jego ofiary mające podobne doświadczenia, gdyż dopiero teraz docierało do nich, że uśmierzenie swojego bólu zawdzięczają spotkaniom z Karlem. Tak jak niczym nadzwyczajnym nie było wystawianie ciała na użądlenia pszczół, tak ludzie ci wierzyli w uzdrawiającą moc ugryzień Karla.

Z dnia na dzień rosła liczba szukających pomocy u Karla, którzy czekali na niego na ławce przed domem albo w jednym z pokojów, aby się nimi zajął. Karl robił, co w jego mocy, i pomagał. Każda osoba z kolejki, klękając przed nim, podwijała rękaw lub nogawkę i zabiegała o jego względy. Ci zaś, którzy nie chcieli mu przy tym patrzeć w ślepia, mogli wsadzić rękę lub nogę przez Karlowe drzwiczki, w nadziei że Karl, który już tam czekał, ich nie zawiedzie.

Zabieg nie zawsze kończył się powodzeniem, ale nikt, kto mu się poddał, nie śmiał się skarżyć z powodu kolejnej szkody.

Bywało, że Karl odmawiał wykonania zabiegu albo przerywał go, pozostawiając jedną czy drugą osobę nieobsłużoną. Odtrąceni próbowali wymusić na nim, żeby poświęcił im uwagę, ale on nie dawał się sprowokować i kąsał ich jedynie w wyjątkowych sytuacjach , a i to raczej we własnej obronie niż z dobrej woli, co nie przynosiło spodziewanego efektu.

Chociaż rodzice próbowali go chronić, tłum rósł ponad miarę, a Karl zdawał się coraz bardziej wyczerpany, coraz częściej też – i to na coraz dłużej – uchylał się od wykonywania usługi, aż w końcu przestano jej od niego wymagać.

Karl szybko odzyskał kondycję. Bardzo często kopał teraz w ziemi. Dawniej także lubił kopać. Teraz do tego wrócił. Znowu częściej chodzili na spacery, podczas których kopał doły na łące, w lesie czy w ogrodzie, a potem kładł się przed nimi i szczekał, tak jak to robił w pierwszych latach życia.

Potrafił spędzać całe dnie, leżąc przed takim dołem i szczekając w głąb niego, by w końcu w nim zniknąć. Z każdym dniem wkopywał się głębiej i znikał w dole na coraz dłużej. Wkrótce przebywał prawie wyłącznie pod ziemią. Wychodził z domu wczesnym rankiem, po czym chował się w którejś z dziur i poza przytłumionym szczekaniem w ogóle nic nie było słychać.

Na wypadek, gdyby potrzebował pomocy, mężczyzna i kobieta przesiadywali na ławce, trzymając straż, dopóki Karl nie będzie miał dość i nie wyjdzie z nory. Otrzepywał się i czyścił godzinami, w czym oboje mu pomagali.

Pewnego poranka nie przyszedł do ich łóżka.

Zaczęli go szukać, w czym pomagali im również sąsiedzi. Przekopano nawet ogródek, choć bardziej po to, żeby uspokoić starszych państwa niż w nadziei na odnalezienie Karla.

Rozeszły się plotki, że Karl został przyłapany na kłusownictwie i zabity przez myśliwego, który rzeczywiście przez pewien czas go prześladował, nie mogąc przeboleć, że ten odmówił mu zabiegu.

Mężczyzna milczał jak zaklęty. Milczał także listonosz, którego plotkarze wzięli na języki, bo on jedyny w okolicy nie dopytywał się o Karla. Według relacji innych osób Karla widywano co rusz wewnątrz przejeżdżających samochodów, jak szczeka, wystawiając łeb przez okno, co mogło być prawdą, gdyż uwielbiał pozdrawiać ludzi z okna samochodu i przyciągać ich uwagę.

W końcu plotki ucichły, a zdjęcia Karla jeszcze długo wisiały na drzewach i latarniach, zanim dzieci zaczęły w nie rzucać śnieżkami, już go nie pamiętając.

przełożył Paweł Dydak

Sprawunki na dzisiaj

− W tym roku ptaki przyleciały wcześniej. Ależ kłócą się o każdego robaka,widzisz? Potem zejdziemy nad wodę. Właśnie wykluwają się tam ważki. Ryby w stawie przeżyły. Tam na łące stawiałem pierwsze kroki. Stąd na mnie patrzyłeś. Tak mi o tym zawsze opowiadaliście. A te twoje zdjęcia, masz je jeszcze? Teraz Max uczy się tutaj chodzić. Nie otworzysz oczu? Wiatr dobrze robi skórze. Dasz mi rękę? Chyba nie jest ci teraz zimno w takim słońcu? Pani Gärtner raczej dzisiaj nie przyjdzie. Zwykle o tej porze już tu jest. Wczoraj pytała o ciebie. Pani Gärtner byłaby nawet zainteresowana. Tylko musiałbyś chcieć. Jak uważasz. Kupić mąkę. Chciałbyś coś upiec? Mąkę kupimy w drodze powrotnej. Najpierw jednak zajrzyjmy do róż. I nad staw. I do mamy. Sama zasadziła narcyzy. Chciałbyś je zanieść mamie? To zanieśmy. Kupić też chleb? Ile masz jeszcze kartek? Dobrze. Chleb też kupić. Ale chleb na pewno jest w domu. 

− Liść. Liść. Liśćliśćliśćliśćliść.

− Co się stało? Nie przerażaj się tak od razu.

− Liśćliśćliśćliść.

− Nic się nie dzieje, słyszysz, wszystko w porządku, jest dobrze.

− Liśćliśćliśćliść.

− Kos, tak, co kos? Nie wstawaj.Jeszcze się przewrócisz. Teraz obudziłeś Maxa. Mam przegonić kota, o to ci chodzi? Max, widzisz tego kota? Przepędź go, Max.

− Hop. Hop. Hop.

− Potrafi już rzucać. Gorzej z celnością. Kos wróci. Kot zresztą też. Musimy częściej tutaj siadywać i chronić kosa. Jak myślisz, Max, ty też byś chciał?

− Hop. Hop. Hop.

− No to dobrze. Zaczynamy od dzisiaj. Gerda też niedługo przyjdzie. Wiesz, wróciła do pracy. Max chce ci podarować kamyk. Otwórz dłoń, to ci go da. Max się cieszy, że jesteś. Jakoś się dogadacie. Ciągle o tobie mówi.

− Hop. Hop. 

− Bieg, Max, bieg. Bierz rozbieg.

− Hop. Hop, hop.

− Mierz bieg, mierz brzeg, bierz rozbieg i bieg, i bieg, i bieg.

− Hophophophophop. Hop.

− Słyszysz? Max też chce wiedzieć, co to było. Przecież dobrze się rozumiecie. Powiesz mu? Max cię teraz potrzebuje. Jest nieśmiały. Ale ciebie się nie boi. Gerda i ja także cię potrzebujemy. Cieszymy się, że teraz wszystko będzie, jak będzie. I hop, i dość, i hop, i dość, do domu nie zajrzy gość.

− Hop. Hop. 

− Mówią, że ktoś podłożył ogień. Nie, Max, nie w usta, z psami się tak nie robi.

− I. Hop.

− Spójrz na tego psiaka, nadstawia pysiaka i mówi, że wabi się Baka.

− I. Hop. I.

− Wabię się Baka i dam teraz Maxowi buziaka. Dlaczego znów się paliło? Powiesz mi? Widzi to kot, włazi na płot i mówi, że Max dostanie zaraz faks. Żadnemu psu, nawet jeśli to Baka, nie daje się nigdy buziaka. Milczeć, tylko to potrafisz. Pamiętaj, że siedzimy tutaj ze względu na ciebie. Ale nie możemy siedzieć tu wiecznie.

− Liść.

− Liść, mówisz, liść. Obawiam się, że tym razem nie wystarczy powiedzieć „liść”. Po drugim razie rzuciłeś palenie. Nie można powiedzieć, żebyś się nie starał. 

− I. I.

− Jeśli Bakę pocałujesz, to na pewno zachorujesz. Zostaw psa, Max, inaczej kot Kac napisze faks. Tym razem to była kuchenka. Mieszkańcy domu mówią, że to się może powtórzyć i że to się kiedyś źle skończy. Czerwone, Max, musisz wziąć czerwone drewienko. Czerwone, spójrz.

− Hop. Hop.

− Czerwone. Hop, tak. Weź drewienko i wracaj prędko. Liść, mówisz. A co ja mam powiedzieć, mam też powiedzieć „liść”, po raz trzeci?

− Hop. Hop. Ho.

− Na łące, gdzie jest staw, tam mieszka sobie paw. Niebieski paw jest nastroszony i wypatruje żony.

− Hop. Hop. Ho.

− A teraz drugi paw udaje się nad staw i jest to szara pani paw. Ów nastroszony paw spostrzega panią paw i rzecze, nic już mi nie pomoże, wszak zadurzyłem się w szarym kolorze. 

– Hop. Ho. Ho. 

– Ja niebieski, a ty szara, będzie z nas małżeńska para. Ona na to: lubię tylko barwę szarą, nie będziemy nigdy parą. Niebieski paw i szary paw, i łąka, gdzie jest staw. Miała po nas przyjść Gerda. Jest teraz bardzo zajęta. Pewnie czeka na nas w mieszkaniu. Jeśli wszystko potoczy się tak, jak powinno, twoje rzeczy już tam będą. To znaczy to, co z nich pozostało. Kiedy wrócimy, poczujesz się jak u siebie, zobaczysz. Jakbyś był w domu. I tak też jest. Był paw niebieski, był paw szary, niestety się nie dogadały. Większość rzeczy jest bezużyteczna. Ale o tym sam zdecydujesz. Na łące się spotkały. Ależ ty patrzysz na człowieka. Nie ma ku temu powodu. O wszystko zadbaliśmy. Rzeczy przecież nie znikną, przewiozą je tylko do nas. Kiedy przyjdziemy do domu, będą już tam stały. Tak jak stały u ciebie. Zobaczysz, wszystko będzie, jak było. Zamieszkasz w pokoju Maxa. On go jeszcze nie potrzebuje. Potem zdecydujemy, co dalej. Tak, Max, kos wrócił do gniazda, widzę go. Chcesz mu dać chleba? Wtedy odleci. Zaraz pójdziemy do kaczek. Pani Gärtner dziś nie ma. Wczoraj pytała o ciebie, tato. Wiesz, teraz często bywam tu z Maxem. Zawsze karmimy kaczki. Pani Gärtner nam pomaga.

− Hop. Ho. Hop.

− To nie była kuchenka, ale komu ja to mówię.

− Hop. Dobrze.

− Zielony czy żółty, szary czy niebieski, samotny paw, a obok staw. Co będzie następnym razem? Co się spali, powiesz mi? Dlatego lepiej teraz wezmę jasną skórę Wilhelma Tella, wielkiego bohatera. Tato. Masz sąsiadów. W domu mieszkają dzieci. Oni się o nie boją. Rozumiesz, nie ufają ci. Ale mówią, że będzie im ciebie brakowało. Proszą, żeby cię pozdrowić, słyszysz.

− I. Dobrze. I.

− Zresztą, co miałbyś tam robić całymi dniami, sam jeden? Max wymaga teraz dużo uwagi. I ruchu na powietrzu. Mógłbyś się tym zająć. Miałbyś co robić. Zastanów się. Wszystko zależy także od ciebie. Jutro też tu przyjdziemy. Pani Gärtner znów będzie tutaj siedziała. Czasem chcesz być sam. Możesz, w pokoju Maxa. Zbyt dużo się nie zmieni, zobaczysz. Przecież park ci się podoba? Pani Gärtner też czuje się tutaj dobrze, od kiedy przyjechała. Powiedziała, że rozkwita, pamiętasz? Odebrałem to jako zaproszenie dla ciebie. Sam zdecyduj sam.Z mieszkania jest widok aż do tego miejsca w parku. Przyzwyczaisz się. Codzienny spacer wszystkim nam dobrze zrobi. Zastanów się. Nad stawem czekają kaczki. Potem pójdziemy do róż. Później odwiedzimy mamę. Mąkę też musimy kupić.

przełożyła Anna Mużdżak


Alois Hotschnig

Na siedząco lepiej się ucieka

Przeł. uczestnicy warsztatów translatorskich prowadzonych przez Sławę Lisiecką w Austriackim Forum Kultury w Warszawie
Wydawnictwo Od Do, 2022, s. 244


Alois Hotschnig (ur. 1959) – austriacki prozaik, mieszka w Innsbrucku. Studiował germanistykę, anglistykę i medycynę. Jest autorem wierszy, prozy, sztuk teatralnych i słuchowisk radiowych. Za opowiadania „Aus” i „Eine Art Glück” dwukrotnie otrzymał nagrodę kraju związkowego Karyntii. W 1989 roku ukazała się jego powieść „Leonardos Hände”, uhonorowana nagrodą im. Anny Seghers. W 2000 roku opublikowano drugą powieść Hotschniga, „Ludwigs Zimmer”, za którą autor otrzymał nagrodę im. Itala Sveva, a w 2008 nagrodę im. Ericha Frieda. W 2006 ukazał się tom opowiadań „Die Kinder beruhigte das nicht”, a w 2009 roku „Im Sitzen läuft es sich besser davon”. W 2011 roku wyróżniono Hotschniga nagrodą im. Gerta Jonkego, w 2022 zaś nagrodą Christine Lavant za powieść „Der Silberfuchs meiner Mutter”.

Paweł Dydak – tłumacz, korespondent zagraniczny, przewodnik miejski po Warszawie. Studiował języki biznesu i tłumaczenia. Absolwent Katedry Języków Specjalistycznych Uniwersytetu Warszawskiego. Laureat 3. nagrody w konkursie translatorskim Puls Literatury Oddziału Łódzkiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich (2008). Od tamtej pory uczestnik warsztatów translatorskich przy Austriackim Forum Kultury w Warszawie. Przekładał m.in. wiersze Annette Gonserowski z tomiku Ukochana przyjaciółko tęsknoto (SQL 2009). Pochodzi z Zagłębia Dąbrowskiego, mieszkał w Warszawie i w Nadrenii m.in. jako stypendysta Fundacji Roberta Boscha. Dekadę temu ponownie zamieszkał w Niemczech.

Anna Mużdżak – magister filologii germańskiej, specjalność nauczycielska na Wydziale Neofilologii Uniwersytetu Warszawskiego. Od 1997 r. starszy wykładowca języka niemieckiego na Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej w Warszawie. Od 2008 r. uczestniczka warsztatów translatorskich przy Austriackim Forum Kultury. Oprócz Sprawunków domowych w ramach warsztatów przetłumaczyła:  opowiadania Ilse Aichinger (Nauczyciel domowy) i Thomasa Bernharda (Czterdziestolatek), współtłumaczyła: powieść Zakurzony język Hanny Sukare oraz sztuki Volkera Schmidta Trzeba być wdzięczną i Wśród ryb.