– Prawie go nie słychać – stwierdziła Marlene.

– Tylko wtedy, kiedy utknie. I kiedy musi zawrócić. Wtedy tak – powiedziała Filippa, mając przed oczami wczorajszą scenę, kiedy we troje kupowali to urządzenie: trochę sztucznego trawnika przed sklepem, na nim tekturowa owca i robot do koszenia trawy, który jeździł nieustannie w tę i z powrotem na maleńkim zielonym skrawku plastiku. Uśmiechnęła się.

Matka, córka i syn stali na tarasie i patrzyli na ogród. Nieznośnie upalnie i cicho było tu, na peryferiach miasta. Potem nagle głośniej zawarczał motor, robot natknął się na krzak róży i nie mógł pójść dalej, męczył się na próżno. Bob zaklął i zszedł po schodach do ogrodu. „Chyba trzeba te róże ogrodzić”, usłyszał za sobą głos matki, „sprzedawca mówił przecież…”.

Badziewie, pomyślał Bob, co za durny sprzęt, kiedy robot znów potoczył się dalej bez trudu po równej powierzchni trawnika; sztuczna inteligencja nie była jeszcze tak zaawansowana. Po co w ogóle kosić trawę, zżymał się Bob i krzyknął w kierunku tarasu:

– Następnym razem zamiast tego kupimy owcę.

– Munir mógłby skosić. Nawet z chęcią. Ale sąsiadka… – powiedziała Marlene i dodała ciszej, kiedy Bob znalazł się znowu obok niej: – Ostatnio spotkałam ją w mieście, w piekarni. Problemem jest konwencja genewska w sprawie uchodźców. Nie mówiła tego do mnie, usłyszałam mimochodem. Inaczej coś bym odpowiedziała. Ale tak wyglądają tutaj sprawy.

I wskazała głową sąsiedni dom położony z przodu przy ulicy.

– Więc nic jej nie powiedziałaś? – spytał Bob.

– Nie. Tylko na nią spojrzałam. Żeby wiedziała, że słyszałam, co mówiła.

– Mimo wszystko można coś powiedzieć – stwierdził Bob.

– A ty zawsze coś mówisz, kiedy słyszysz coś takiego? Gdzieś w pociągu, w samolocie? – spytała Filippa.

– Nie podsłuchuję rozmów innych ludzi. Noszę słuchawki na uszach. Jestem zajęty własnymi myślami. Ale jeśli już, to tak. Kiedy słyszę jakąś bzdurę, której niczym nie da się dowieść, a ja o tym wiem i mogę to uzasadnić, to tak, oczywiście – odparł Bob – nawet jeśli to mój własny wujek. Jak wiemy.

Marlene uśmiechnęła się. Jej syn wydawał się taki pogodny, odkąd tu był, zupełnie inaczej niż ostatnio.

– Wyższa sztuka dyplomacji – rzuciła i pomyślała, że chętnie pogłaskałaby go teraz po włosach, po czym znowu spojrzała na robota, który strzygł trawnik. Bob miał przecież rację. Już chciała coś powiedzieć, jednak ostatecznie zabrakło jej odwagi, żeby poprosić Munira o skoszenie trawnika w zamian za kieszonkowe; zamiast tego kupili to drogie ustrojstwo, które teraz nadal jeździło po trawniku i strzygło trawę.

 Potem z wnętrza domu dobiegły elektroniczne dźwięki Schuberta – telefon Marleny. Marlena weszła do środka, a Bob mruknął do siostry:

– Straszne to życie tutaj. Sama zobacz: płoty, zraszacze trawników i wypasione SUV-y.

– Zachodnia wizja szczęścia – odpowiedziała Filippa. – Nowe centrum handlowe, tuż obok Starego Miasta, też niedługo będzie gotowe.

I pomyślała wtedy o swoim byłym, Matthiasie, i o tym, że ten dom, który pewnie stoi gdzieś tu, na przedmieściach, mogłaby prawdopodobnie wybudować z nim. Ale nie byłoby to jej miejsce, musiała odejść, i chociaż jej życie było dziś tak skomplikowane i pełne napięć, zostanie tu nie wchodziło w grę.

Potem na taras wróciła Marlene i powiedziała:

– Mieszkanie, Mojtaba i Kamran mają mieszkanie, i jego siostra z mężem też mogą się tam wprowadzić. Wszyscy pod jednym dachem, w końcu problem rozwiązany. W ciągu jednego tygodnia: praca i mieszkanie.

Po pięćdziesięciu daremnych próbach znalezienia jakiegoś miejsca, po wielu telefonach, kiedy zawsze słyszała to samo – „migranci, nie, wykluczone, takim nie wynajmujemy, tym bardziej tym bez pracy” – teraz znalazła dla nich mieszkanie. Czysty przypadek: spotkała na cmentarzu koleżankę, której opowiedziała o swoich problemach. I teraz zadzwoniła przyjaciółka siostry koleżanki, ona wynajmuje uchodźcom w sąsiedniej miejscowości, to znaczy tak naprawdę potrzebowała Kamrana w charakterze taksówkarza na mecze piłki nożnej, ale jakoś sobie z tym poradzą.

– A jego brat też ma pracę? – spytała Filippa.

– Tak, sam znalazł, przez kolegę, który już tam pracuje. Będzie sprzątał. Niemiecki nie jest mu do tego potrzebny. Do czyszczenia kibli nie będzie potrzebował niemieckiego.

Znowu zamilkli. Przyglądali się robotowi, który zatrzymał się przed brzozą, zmienił kierunek i pojechał dalej.

– Jestem zadowolona, że kwestia spadku została uregulowana – powiedziała potem Marlene – już niedługo powinniście mieć pieniądze na koncie. Co z nimi zrobicie, to wasza sprawa, mnie to nie obchodzi. Ale wszystko, co dotyczy domu i inwentarza, musimy ustalać wspólnie. Bo teraz wszystko należy do wszystkich. Inaczej nie obejdzie się bez kłótni.

Spojrzała na Boba.

– Przecież ten drobiazg, który sobie wziąłem, jakaś pamiątka z podróży… Ona jest nic niewarta w porównaniu z aparatem, który wzięła Filippa – powiedział Bob i zerknął w stronę siostry.

– Ta Leica nie jest wcale z tych najstarszych. Wiem przecież, ile one kosztują.

– Każda Leica ze zbioru ojca jest cenniejsza od tego małego podróżnego teleskopu. Jeśli to w ogóle Leica. A nie wydaje mi się, żeby tak było. Nie ma ani niebieskich, ani szaroniebieskich aparatów Leiki.

– Są. Umiem przecież czytać.

I Filippa pomyślała: „Mam nadzieję, że jej nie zgubiłam, tylko faktycznie zostawiłam w mieszkaniu w Paryżu”. Nie miała pojęcia, gdzie mógł się podziać aparat, taka była prawda.

Znowu się kłócą, pomyślała Marlene i powiedziała:

– Mówię: ani słowa więcej na temat teleskopu i aparatu fotograficznego. Bo ja też coś wzięłam. I w ten sposób każdy dostał po prostu jakiś przedmiot, który coś dla niego znaczy i który mu się przyda.

– Co takiego wzięłaś? – spytała Filippa.

– Jeden z rowerów wyścigowych, ten starszy, na prezent dla Samima. Tak dobrze zdał ten test językowy… Jest już na poziomie A2 – powiedziała Marlene.

Bob rzucił się pędem w stronę garażu, usłyszała tylko jego okrzyk:

– Chyba nie Colnago?!

Zawołał coś jeszcze, a ona poszła za nim. O co mu znowu chodziło?

Bob lustrował wzrokiem ściany garażu. Myślał: „W porządku, przynajmniej nie wzięła Colnago, bo ten jeszcze wisi. Więc którego brak?”. Potrzebował kilku chwil, żeby obliczyć. Potem przyszło mu na myśl, że to musi być Bianchi. „Też szkoda”, pomyślał. Usłyszał, że przyszły za nim matka i siostra i powiedział:

– Tak nie może być, żebyś po prostu brała stąd rzeczy i je rozdawała.

Zaczął szukać pompki od roweru.

– Ale ty sam przecież zacząłeś – zauważyła Filippa.

– Ja wziąłem coś, co jest wam całkowicie obojętne i co nie kosztuje nawet pięciuset euro. Ty wzięłaś coś o wiele droższego.

– Nie masz zielonego pojęcia, o czym mówisz, jeśli nie wiesz, który to aparat – powiedziała Filippa, myśląc przy tym: „Cholera, może sobie przypomnę, gdzie jest, przecież nie zostawiłam go w samolocie…”.

Usłyszała, że matka pyta, ile mógł być wart rower, który ofiarowała w prezencie, i ile w ogóle są warte te wszystkie rowery. Bob odpowiedział, że nie wie, w jakim stanie był Bianchi, ale w każdym razie ocenia go na jakieś osiemset do tysiąca euro.

– Najdroższy jest ten – wskazał na czarny rower wyścigowy na ścianie. – Pinarello Dogma, ojciec kupił go dopiero rok temu, to nówka warta na pewno z dziesięć tysięcy euro. Ten – wskazał głową na Colnago, którego tylne koło zaczął właśnie pompować – ma tylko wartość sentymentalną. Ale to też wartość. Wcześniej to był właściwie mój rower. Po tym, jak ojciec kupił sobie ten Bianchi. Wtedy nim jeździłem, pewnie jeszcze pamiętasz – rzucił w stronę matki i wyprowadził rower z garażu na podjazd.

Marlene próbowała sobie przypomnieć i przypomniała sobie niejasno – syna i Hermana, kłócą się. „Pamiętam ich przede wszystkim jak się kłócili”, myślała Marlene, „od pewnego czasu. Wcześniej byli nierozłączni…”.

– W takim razie: ten rower należy teraz do ciebie – powiedziała po chwili. Stali we troje na podjeździe. Bob wskoczył na siodełko, sprawdził hamulce, zatoczył rowerem koło. – A z pozostałymi rzeczami zrobimy tak, jak powiedzieliśmy. Będziecie mi zgłaszać za każdym razem, kiedy będziecie chcieli coś wziąć, a ja zapiszę to na liście jako pożyczone – dodała. – Tak przecież chcieliście, komunistycznie.

– Ale tak jest najsprawiedliwiej – odparowała Filippa. Siedziała na schodach przed domem i patrzyła w ziemię. – A jeśli ktoś naprawdę chce mieć jakiś przedmiot tylko dla siebie, może go odkupić.

Spojrzała na matkę. Marlene pokręciła głową.

– A jeśli ktoś nie wyrazi zgody? Co wtedy? Komunizm upadł nie bez przyczyny.

– Potrzebne są więc zasady, zrozumiałe dla wszystkich, które pozwolą zdecydować, czy daną rzecz dostanie ktoś tylko dla siebie, czy nie. Konieczność, na przykład – powiedziała Filippa i znów spojrzała w ziemię. – Tak w każdym razie jest najsprawiedliwiej. A sprawiedliwość jest ważna.

– Och, Pippo, a niby co jest sprawiedliwe! – Marlene wzruszyła ramionami. – Inni w ogóle niczego nie dziedziczą. Albo tylko wojnę.

Spojrzała na córkę. „Ona za dużo się martwi, wszystkim się martwi”, pomyślała. Ale czemu właściwie się dziwi? Niedobrze wychowali swoje dzieci, zaszczepili im wzniosłe ideały, całkiem na bakier z dzisiejszym światem.

[…]

 A potem Marlene usłyszała, jak jej syn woła, że idzie na rower. O robota nie musi się już troszczyć, on wszystko załatwi.

Marlene pomyślała, że jej syn nagle znowu jeździ na rowerze. Już całe lata nie jeździł, tu w domu, z ojcem, ani razu, a teraz nagle…

[…]

Wieczorem Filippa siedziała na balkonie. Powietrze było przyjemne, upał zelżał. Góry w oddali ściemniały zupełnie, ze słońca pozostała tylko słaba, bladoczerwona poświata, niebo przeszło w ultramarynę. Bardzo lubiła tę błękitną godzinę przed zmierzchem.

[…]

„Świerszcze są dziś wyjątkowo głośne”, myślała Filippa i wydawało jej się, że nagle wszystko jest jak dawniej. To, że siedzi tutaj, jak przed piętnastoma, dwudziestoma laty, kiedy zawsze o tej porze siadała na tej ławce, jeszcze ciepłej od lipcowego upału. A w powietrzu zapach lata, później czarnego bzu, krzak w ogrodzie ciągle jeszcze kwitł.

Bob wyszedł ze swego pokoju, przeciągnął się, czuł w mięśniach błogie zmęczenie po kilometrach przejechanych na rowerze. Zobaczył siostrę. „Znów wygląda trochę smutno”, pomyślał i dosiadł się do niej, delikatnie trącając ją ramieniem.

– Co tam u ciebie?.

Filippa wzruszyła ramionami.

– Źle – odpowiedziała po chwili.

– Czemu?

Znowu wzruszenie ramion.

– Może dlatego, że nie jestem delfinem. Mimo że mnie tak nazywasz. Skończ z tym wreszcie.

Nagle poczuła w sobie złość – na to przezwisko, na te wszystkie imiona, które jej nadawali: Pippa, Flip, Flippa, Flippita… Dlaczego każdy nazywał ją tak, jak tylko mu pasowało?

– Ale Flipper, z tego serialu, to było superinteligentne zwierzę. Supergwiazdor. Delfiny są co najmniej tak inteligentne jak ludzie. Prawdziwi indywidualiści, wspaniali analitycy, ale potrafią też długo i intensywnie cierpieć. Widzisz podobieństwa?

 – Dobrze, więc jestem smutna, dlatego że nie jestem delfinem. I czuję się obco wśród wszystkich ludzi.

Welcome to my world – Bob zaśmiał się krótko. Z parapetu okna skubał lakier, który w jednym miejscu zaczął odpadać. – Z powodu tej historii z mailem, tak?

Filippa skinęła głową.

– Tak, między innymi. Zarzucają mi, że nie chcę dyskutować na uniwersytecie o zarządzaniu różnorodnością,tak jak inni. I pytają, dlaczego sprzeciwiam się rozmowie i proponuję w zamian jakieś warsztaty pisarskie? Czyżbym myślała tylko o sukcesie?

 – No dobrze, ale przecież w końcu nikt nie podjął tego twojego pomysłu.

– Właśnie, i to mnie najbardziej wkurza. Więc na koniec napisałam już tylko, że uważam za absolutnie niedobre, że ta część rozmowy, która pokazałaby, że nie jestem przecież niechętna wobec zarządzania różnorodnością, a wręcz przeciwnie, że może coś innego uważam za równie warte wsparcia, na przykład umiejętność wyrażania się na piśmie, która coraz bardziej upada (z czym zresztą właściwie wszyscy się zgodzili)… no więc że ta część rozmowy zupełnie nie została podjęta w dyskusji. Ja wiem, jedno jest w zasadzie nieporównywalne z drugim. To znaczy, no, na końcu sama przeprosiłam, nawet jeśli niedosłownie. I to mnie złości.

Bob przestał skubać lakier, wyciągnął nogi przed siebie, splótł ręce na karku i pomyślał: „Jezu!”.

– Może moim problemem jest to, że wśród ludzi naprawdę jestem delfinem? – ciągnęła Filippa. – Ludzie nie akceptują kogoś takiego jak ja, i tego, że można inaczej wyglądać, że można być introwertykiem, no właśnie, że można być delfinem. Chociaż słowo «różnorodność»piszą wielkimi literami na transparentach. Rozumiesz? To jest dla mnie w tym absurdalne… Tak wiele mówi się o różnorodności, ale kiedy chcemy wcielać ją w życie, to nagle tej różnorodności nie ma wcale tak dużo. Najwyraźniej istnieje tylko jedna jedyna najlepsza praktyka, która polega na tym, że o wszystkim musimy rozmawiać otwarcie. Nawet o rzeczach najbardziej intymnych, jak orientacja seksualna. Zastanawiam się, co to w ogóle znaczy diversity management. Dosłownie: „zarządzenie różnorodnością”. Czyli chodzi o to, żeby pozwolić innym być sobą. A może się mylę? I może dlatego nie rozumiem, dlaczego tak mnie atakują? To nie w porządku. W każdym razie dla mnie nie jest to żadna best practice w diversity management.

– Może powinnaś pojechać do Japonii – powiedział Bob i pomyślał, że dziś na pewno dobrze będzie mu się spało. – Jest tam taka wyspa, na której rybacy ogłosili, że uznają delfiny za współobywateli i przyznają im te same prawa co ludziom. Bo one są co najmniej tak samo inteligentne jak my. I równie wrażliwe. Tak samo intensywnie odczuwają. I nadają sobie imiona, opłakują swoich zmarłych i tak dalej.

Filippa przyjrzała mu się. Najwyraźniej znowu miał dobry okres w życiu. Dawno już nie był tak rozmowny. Uporał się ze śmiercią ojca i nie wpadł w żaden większy kryzys. Czy to możliwe?

A potem pomyślała: „Teraz sam się podłożył”. I zapytała go, czy wie to wszystko, bo jego dziewczyna jest zoolożką i bada delfiny, czy też skończył już z ciemną materią i nagle zaczął się obsesyjnie fascynować ssakami wodnymi, zainspirowany jej przezwiskiem.

Bob milczał przez chwilę, a potem powiedział, że z ciemną materią nie da się tak po prostu skończyć. Filippa odparła, żeby nie zmieniał tematu. Bob na to, że to ona odeszła od tematu. A potem powiedział, że ważne, żeby być precyzyjnym, bo społeczeństwo nie jest precyzyjne, dlatego w ogóle dochodzi do tak przykrych sytuacji jak ta, której ona doświadczyła albo czego doświadczył on jako mężczyzna dyskryminowany na rynku pracy.

Problem z „najlepszą praktyką w zarządzaniu różnorodnością” polega jego zdaniem na tym, że cały ten mechanizm działa po prostu niezbyt precyzyjnie. Ba, stoi nawet w sprzeczności z prawdziwą różnorodnością. Bo pionierzy zarządzania różnorodnością i ci, którzy odgórnie ustalają parytety, nie traktują tej wyjątkowo złożonej tożsamości, jaką jest człowiek, jako czegoś całościowego – choć pochodzenie pojęcia indywiduum wskazuje przecież, że indywiduum jest niepodzielne. Mimo wszystko próbuje się je nieustannie kawałkować; wyciąga się i uwzględnia zaledwie kilka pewnych cech, na przykład seksualność, pochodzenie, kolor skóry, a nie dostrzega się innych, na przykład spokojnego, introwertycznego temperamentu Filippy – czyli tego wszystkiego, co dopiero czyni indywiduum naprawdę niepowtarzalnym, i co sprawia, że traktuje się je tylko jako część grupy. I on uważa, że społeczeństwo znalazło się po prostu na niewłaściwej drodze, ponieważ ostatecznie nigdy nie traktuje się indywiduum tak, jak ono tego wymaga, bo jego istoty nie postrzega się jako pojedynczości.

Nawet w kosmologii ten problem pozostaje kwestią stylu: ludzie nadal próbują stosować stare metody Newtona, żeby opisać cały Kosmos. Styl Newtona opierał się na upraszczaniu, na fragmentaryzowaniu i idealizowaniu, to jasne. I dlatego nigdy nie nadawał się do tego, żeby w adekwatny sposób opisać hiperkompleksowe wszystko, które obejmuje ten pojedynczy przypadek, jakim jest Kosmos. Jednak wiele osób nadal to ignoruje i zachowuje się tak, jakby ten tradycyjny styl Newtona był najlepszym sposobem myślenia, na jaki stać ludzkość, jakby nie było żadnej alternatywy.

– Większość ludzi jest po prostu za słaba, żeby przyznać, że mimo całego postępu w gruncie rzeczy wiemy jeszcze bardzo mało o świecie – powiedział Bob. – Nie wytrzymują po prostu, kiedy coś jest od nich większe. Dlatego wmawiają sobie, że sami są wielcy i zachowują się tak, jakby wiedzieli, co jest najlepszą praktyką. Przy czym tak naprawdę najlepsza praktyka być może w ogóle nie istnieje, albo istnieje tylko jako utopia. I jako taka odpowiada istocie rzeczy. Dużo nad tym myślałem w ostatnim czasie, to znaczy o kwestii stylu.

Bob i Filippa zamilkli. „Ma rację”, myślała Filippa, „best practice zapewne nie prowadzi do Leibnizowego najlepszego ze światów”.

Bob klepnął ją w udo i powiedział:

– Ale jeśli jakiś system cię wyautuje, bo uważa na przykład, że jako biały mężczyzna musisz odpokutować czyny swoich ojców, to musisz sobie szukać miejsca gdzie indziej i stworzyć sobie nowe, własne. Może naprawdę wylądujemy jeszcze oboje w Japonii, na tej wyspie.

Filippa pomyślała: „Teraz to było kropka w kropkę jak tata – gesty, dobór słów, ton głosu, zupełnie jak on”. Skinęła głową, spojrzała na Boba.

– A ta Zoe to jest teraz twoją dziewczyną, czy nie? – spytała po chwili.

Bob zaśmiał się i milcząco pokręcił głową. Patrzył przed siebie, w niebo. Ostatnia czerwień znikła, świat stał się czystym, ciemnym błękitem.

Filippa spojrzała na Boba, a potem znów przed siebie. Zatnie się teraz w milczeniu, ten jej młodszy brat, dobrze o tym wiedziała. Kiedy nie chciał nic mówić, po prostu nic nie mówił. Ponieważ umiał milczeć. To potrafił. Ale przynajmniej była pewna, że nie jest już sam, że ma dziewczynę i że prawdopodobnie jest to Zoe.

– A dlaczego masz ostatnio taki dobry czas w życiu? – spytała po chwili. – Choć tak niesprawiedliwie każe ci się pokutować za czyny przodków,a świat zdycha w złym stylu? Przynajmniej mi powiedz.

– Dostałem maila z Kanady. Od profesora, u którego chciałbym się habilitować. Napisał, żebym złożył podanie, wprawdzie na najbliższy rok akademicki jest już za późno, ale na rok następny są wolne miejsca. Bardzo uprzejmie napisał. – Znowu wróciło to uczucie zwycięstwa, którego doznawał, kiedy czytał ten mail. Po czym dodał: – I mam propozycję pracy.

„Więc naprawdę u niego wszystko w porządku”, pomyślała Filippa, podczas gdy u niej wszystko szło jakby coraz gorzej. Milczała. Usłyszała pytanie brata:

– A dlaczego masz depresję?

– Nie mam depresji, jestem smutna – powiedziała Filippa.

„Czy powinnam mu teraz powiedzieć? On nie chce mieć dzieci. I na pewno nie będzie wiedział, co powinien odpowiedzieć. Ale wszystko jedno, czemu nie”.

– Bo nie będę mogła mieć dzieci – dodała.

A Marlene stała poniżej, na parterze, w otwartych drzwiach tarasu, i myślała: „Nie podsłuchiwałam, chciałam tylko zamknąć drzwi, nie wiedziałam przecież, że tam siedzą. Zorientowałam się, kiedy zaczęli rozmawiać. Ale wtedy musiałam już słuchać, musiałam. Nie muszę im tego mówić, zwłaszcza Bobowi”, dodała w myślach i odwróciła się, zostawiając za sobą otwarte drzwi. Poszła do kuchni. I poczuła, że spada jej kamień z serca. Chłopak jest uratowany, myślała. Ma pracę. Herman, twój syn ma znowu pracę. Co za ulga, myślała, gdy nalewała sobie kieliszek wina.

„Jeszcze tylko córka”, pomyślała w następnej chwili i westchnęła. Ledwie jedno z jej dzieci złapie grunt pod nogami, a już drugie wydaje się tonąć. Stała z kieliszkiem przy oknie w kuchni, patrzyła w dal, na wjazd na posesję, zobaczyła białe auto, które stało w mroku zapadającego wieczoru, i upiła łyk wina. Wyobrażała sobie, jak przez te wszystkie miesiące czuła się Pippa – blada, przybita. Jej biedna córka.

I co mogła zrobić? Zawsze to pytanie: co mogę zrobić? I zawsze poczucie, że niewiele – niewiele albo nic. Nie mamy żadnej władzy, żadnej kontroli, tylko niepokój. O innych. Niepokój. O dziecko. Wzięła jeszcze jeden duży łyk wina. I dlaczego tak często tu stoi, przy tym oknie, i patrzy tam, w tamto miejsce?



Friederike Gösweiner
DE: geb. 1980 in Rum (Österreich), studierte in Innsbruck Germanistik und Politikwissenschaft und promovierte 2009 mit einer Arbeit über Einsamkeit in der jungen deutschsprachigen Literatur der Gegenwart. Seither arbeitet sie als freie Autorin, Literaturkritikerin und Korrektorin. Ihr Debütroman Traurige Freiheit (Droschl 2016) wurde mit dem Österreichischen Buchpreis (Debüt) ausgezeichnet, ihr erstes Libretto, basierend auf Yasushi Inoues Novelle Das Jagdgewehr für den Komponisten Thomas Larcher, wurde 2018 bei den Bregenzer Festspielen uraufgeführt. Ihr zweiter Roman Regenbogenweiß erscheint im Frühling 2022.

PL: ur. 1980 r. w Rum (Austria), studiowała germanistykę i politologię w Innsbrucku. W 2009 r. obroniła pracę doktorską o samotności w młodej współczesnej literaturze niemieckojęzycznej. Pracuje jako niezależna autorka, krytyczka literacka i korektorka. Za pierwszą powieść Traurige Freiheit (Droschl 2016) otrzymała Austriacką Nagrodę Literacką za najlepszy debiut; jej pierwsze libretto na bazie noweli Yasushi Inoue Das Jagdgewehr dla kompozytora Thomasa Larchera miało premierę na festiwalu w Bregencji w 2018 r. Jej druga powieść Regenbogenweiß ukaże się wiosną 2022 r.

Urszula Poprawska
PL: Tłumaczy od dwudziestu lat dla takich wydawnictw i instytucji jak Czarne, Otwarte, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Prószyński i S-ka, Od-Do, Biuro Literackie, WAM, Instytut Goethego. Ma na koncie około pięćdziesięciu przełożonych pozycji książkowych, w tym literaturę non-fiction, reportaże i beletrystykę. Ważniejsze przekłady literackie: Uwe Timm, Odkrycie kiełbaski z curry (Wydawnictwo Od-Do, 2018), Katia Petrowska, Może Estera (Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2015), Meral Kureyshi, Słonie w ogrodzie (Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2018), Nino Haratiszwili, Ósme życie (Wydawnictwo Otwarte, 2016), Nino Haratiszwili, Kotka i generał (Wydawnictwo Otwarte, 2019), Günter Wallraff, Z nowego wspaniałego świata (Czarne, 2012), Rebija Kadir i Alexandra Cavelius, Szturmując niebo (Czarne, 2011). W przygotowaniu Tyll Daniela Kehlmanna (dla Wydawnictwa Literackiego).

DE: Übersetzt seit zwanzig Jahren für solche Verlage und Institutionen wie Czarne, Otwarte, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Prószyński i S-ka, Od-Do, Biuro Literackie, WAM, Goethe-Institut. Autorin von über 50 Übersetzungen, darunter von non-fiction, Reportagen und Belletristik. Wichtigere Literaturübersetzungen: Uwe Timm, Odkrycie kiełbaski z curry (Wydawnictwo Od-Do, 2018), Katia Petrowska, Może Estera (Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2015), Meral Kureyshi, Słonie w ogrodzie (Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2018), Nino Haratiszwili, Ósme życie (Wydawnictwo Otwarte 2016), Nino Haratiszwili, Kotka i generał (Wydawnictwo Otwarte, 2019), Günter Wallraff, Z nowego wspaniałego świata (Czarne, 2012), Rebija Kadir i Alexandra Cavelius, Szturmując niebo (Czarne, 2011). In Vorbereitung: Tyll von Daniel Kehlmann (für Wydawnictwo Literackie).

Ola Szczepaniak (ur. 1997) – studentka grafiki na warszawskiej ASP, główna redaktorka graficzna magazynu Wizje. Zajmuje się ilustracją i projektowaniem graficznym. Uwielbia papier, i to, jakie stwarza możliwości. Najbardziej inspirują ją polskie ilustracje i plakaty lat 50 i 60. Miłośniczka długich poranków. instagram