viǐ / morţǐ

W rumuńskich cerkwiach są dwa oddzielone od siebie miejsca na świece zapalane przez wiernych. Mogą to być dwie wnęki w ścianie, dwa gzymsy lub dwie metalowe budki, w których migocą świece. Lewa strona jest wydzielona na świece dla żywych, prawa – dla umarłych. Gdy umiera człowiek, dla którego zapalono świecę za życia, przestawia się ją na prawą stronę. Z viǐ do morţǐ.

Zwyczaj zapalania świec w rumuńskich cerkwiach obserwowałam zawsze z boku, nigdy nie praktykowałam go sama. Widziałam, jak świece migocą w przeznaczonych dla nich miejscach. Odczytywałam litery umiejscowione nad prostymi wnękami w ścianie, występami, filigranowymi pojemnikami z kutego żelaza lub ażurowej blachy. Jawiły mi się jako nazwy, które wyznaczają przestrzeńnadziei, viǐ, i pamięci, morţǐ. Jedne świece oświetlają przyszłość, inne przeszłość.

Pewnego razu widziałam w filmie, jak mężczyzna wyjął z niszy viǐ migocącą świecę dla krewnej i przestawił ją do tej należącej do morţǐ. Z „tego, co nastąpi” do „tego, co minęło”. Z zaklinania przyszłości do obrazu zastygłych wspomnień. Gest w filmie ujmował prostotą i gorliwością, a jednocześnie – posłuszny i lakoniczny – wzbudzał odrazę jako wyraz ślepego posłuszeństwo zasadom.

Kilka miesięcy po tym, gdy zobaczyłam tę scenę w filmie, M. zmarł. A ja owdowiałam. Zanim się owdowieje, można wyobrażać sobie „śmierć”, ale nie „nieobecność”. Nieobecności nie da się pojąć tak długo, jak istnieje obecność. Świat tych, którzy owdowiali, określa nieobecność. Nieobecność światła w przestrzeni viǐ przesłania migotanie w pomieszczeniu morţǐ.

Teren

W Olevano Romano na jakiś czas zamieszkuję w domu na wzgórzu. Gdy jedzie się do miejscowości krętą drogą prowadzącą z doliny, budynek można dojrzeć z daleka. Po lewej od wzniesienia, na którym stoi dom, strome zbocze okala stara wioska o barwie skały. W zależności od światła i od pogody przybiera inny odcień szarości. Po prawej stronie od domu, nieco wyżej, leży cmentarz – kwadratowy, białawo-szarawy jak beton, otoczony wysokimi, smukłymi czarnymi drzewami. Cyprysami. Sempervirens, drzewo trumienne, które nigdy nie przekwita, ostro wybija się w niebo, na przekór beztroskim piniom. 

Wędruję wzdłuż muru cmentarza aż do miejsca, w którym ulica się rozwidla. Na południowy wschód prowadzi przez oliwne gaje, między bambusowym gąszczem a winnicami zamienia się w polną drogę, przecinając porośnięty skąpo brzozowy zagajnik. Trzy, cztery brzozy, rozrzuceni posłańcy, zagubieni przypadkiem wśród drzew oliwnych, ostrolistnych dębów i winnych krzewów, stoją krzywo na wzniesieniu przy drodze, które przypomina nos. Z jego czubka można zobaczyć dom na wzgórzu. Wieś leży teraz znów po lewej stronie, a cmentarz po prawej. Mały pojazd porusza się po wiejskich uliczkach, ktoś rozwiesza pranie na sznurze pod oknami. Pranie oznacza viǐ.

Gdy w XIX wieku zjawili się tu malarze, ten nos mógł posłużyć im za dobry punkt widokowy. Być może gdy wyciągali z kieszeni marynarki chustki do nosa – niczego nieświadomi, przez nieuwagę – rozsypali nasiona brzóz z rodzinnych stron o barwach Północy; wystarczył jeden kwiat brzozy, zebrany niegdyś podczas spaceru, który teraz wypuszczał tu w trawie korzonki. Malarze zapewne wycierali pot z czoła, po czym wracali do pracy. Góry, wieś, być może i drobne słupy dymu unoszące się na równinie. Gdzie był cmentarz? W najstarszym grobie, który znalazłam, pochowany był Niemiec z Berlina, który zmarł w 1892 roku. W kolejnym, nieco nowszym – mieszkaniec Olevano o zuchwałym spojrzeniu, z kapeluszem na głowie, urodzony w 1843 i zmarły w 1912.

Poniżej linii tych przypadkowo rozsianych brzóz, w winnicy, widzę mężczyznę przy pracy. Tnie bambus, wypala przerzedzone badyle, skraca i przycina łodygi do tej samej długości. Buduje z nich rusztowania, skomplikowane konstrukcje otaczające winne krzewy, które lada moment zaczną wypuszczać pędy. Miejsca, gdzie krzyżują się pale, obciąża kamieniami. Viti, pędy, rosną tutaj, pomiędzy viǐ w oddali, po lewej, i morţǐ, nieco bliżej, po prawej stronie.

Jest zima, wieczór nadchodzi wcześnie. Gdy zapada ciemność, starą wieś Olevano oświetla żółty blask latarni. Wzdłuż drogi do Bellegry, a także przez nowe osiedla po północnej stronie, ciągnie się łańcuch oślepiająco jaskrawych lamp. Cmentarz na wzgórzu unosi się w świetle niezliczonych, płonących bez ustanku zniczy, które połyskują obok pomników, ustawione jeden obok drugiego na gzymsach przed grobowcami. W wyjątkowo ciemne noce cmentarz oświetlony luces perpetuae dryfuje jak wyspa. Wyspa morţǐ nad doliną viǐ.

Droga

Gdy przyjechałam do Olevano, był styczeń, dwa miesiące i dzień po pogrzebie M. Podróż była długa, prowadziła przez brudne zimowe krajobrazy, których bez przekonania trzymały się ostatnie szare resztki śniegu. W Szumawie świeży mokry śnieg spadał z drzew i mącił widok roztaczający się po drugiej stronie zarośli – jak u Adalberta Stiftera – na młodą Wełtawę, której nawet przy brzegach nie pokrywała cienka lodowa powłoka.

Kiedy za stromymi zboczami ukazała się przestrzeń regionu Friuli, kamień spadł mi z serca. Zapomniałam już, jak wyglądało światło typowe dla tamtej strony Alp, i nagle zrozumiałam euforię mojego ojca, w którą wpadał za każdym razem, gdy zjeżdżał z autostrady w Alpach. Chociaż Montale pisał: Non ho amato mai molto la montagna / e detesto le Alpi („Nigdy nie przepadałem za górami, Alp wręcz nie znosiłem”), to w przypadku tej drogi ku innemu światłu wydawały się całkiem przydatne. Gdy dotarłam do rozwidlenia, które prowadzi do Wenecji, zaczął zapadać zmrok. Im ciemniej się robiło, tym większa, szersza i bardziej płaska wydawała się równina, temperatura spadła poniżej zera, widać było pojedyncze światła, tu i ówdzie jak gdyby małe ogniska na łonie natury, tak mi się zdawało. Zatrzymałam się w Ferrarze. Planowaliśmy to zrobić z M. w trakcie naszej podróży. Ferrara zimą. Ogród Finzi-Continich w śniegu albo marznącej mgle. Para unosząca się nad pianurą. Włochy były krajem, po którym nigdy wspólnie nie podróżowaliśmy.

Następnego ranka okazało się, że w samochodzie mam wybitą szybę. Tylne siedzenie i wszystkie leżące na nim rzeczy, zeszyty, książki i zdjęcia, pudełka z długopisami i ołówkami, pokrywały odłamki szkła. Złodziej zabrał tylko dwie walizki z ubraniami. W jednej z nich były ubrania, które M. nosił w ostatnich miesiącach. Wyobrażałam sobie, jak w obcym miejscu wieszam jego kurtkę o oparcie krzesła, jak podczas pracy mam na sobie jego swetry i śpię w jego koszulach.

Zgłosiłam sprawę na policję. Musiałam to zrobić w tamtejszej questurze, a ta znajdowała się w starym palazzo o masywnym portalu. Drobny policjant siedział przy biurku, na krześle z wysokim rzeźbionym oparciem, i spisywał moje zeznanie. Jego służbowa czapka zdobiona imponującym złotym sznurem leżała obok na stosie papierów i wyglądała jak zapomniany rekwizyt na balu karnawałowym, na którym wszyscy przebierają się za żeglarzy. 

Tak jak polecił mi jeden z policjantów niższych rangą, który wydał mi kopię zgłoszenia, spędziłam długie godziny obok parkingu u stóp miejskich fortyfikacji, przeczesując krzaki i krzewy w poszukiwaniu skradzionych walizek. Znalazłam tylko rower, który starannie zakryto suchymi jesiennymi liśćmi. Gdy zrobiło się ciemno, zarzuciłam poszukiwania i poszłam po najpilniejsze zakupy. Wieczorem przez przypadek spojrzałam na adres w nagłówku dokumentu, który dostałam w questurze: Corso Ercole I d’Este. To była ulica, z której wchodziło się do ogrodu Finzi-Continich.

Następnego dnia wcześnie wyruszyłam w stronę Rzymu i Olevano. Panował przenikliwy chłód, szron pokrywał trawę porastającą miejskie fortyfikacje, a oddechy handlarzy, którzy rozstawiali stragany na Piazza Travaglio, zamarzały w chmurach przed ustami. Kilku zziębniętych Afrykanów kręciło się wokół barów przy placu, dzień targowy zwiastował więcej życia i możliwości niż inne dni tygodnia, trochę zarobku, uściski dłoni, papierosy, kawa.

Światło za Bolonią, dziecięce wspomnienia widoków z autostrady, a nawet supermarkety przy stacjach benzynowych pełne czekoladowych konstrukcji o imponujących rozmiarach stanowiły dziwne pocieszenie, jak gdyby świat mógł pozostać tak nieszkodliwy i mało istotny, w żaden sposób nie wiązać się z całym bólem jak ten jasny krajobraz, który przelatywał za oknem, ruchoma panoramiczna scena, która miała wmówić mi – wyczerpanej tak bardzo, że sen w ogóle nie przynosił ukojenia – że to ona się porusza, a ja wciąż tkwię w tym samym miejscu, i zresztą przez pewien czas jej wierzyłam.

Gdy zjechałam z autostrady w Valmontone, znalazłam się jednak na nieznanym terenie, z dala od wspomnień. W zakorkowanym miasteczku, mozolnie posuwając się do przodu, pojęłam, jak bardzo zmieniły się Włochy z moich dziecięcych wspomnień. Za grzbietem niskiego pagórka rozciągała się równina, z drugiej strony wznosiły się góry. Szczyty na drugim i trzecim planie pokrywał śnieg, może była to już Abruzja, którą w anachroniczny sposób wciąż kojarzyłam z wilkami i rozbójnikami. Niedobry teren, tak jak wszystkie góry.

Pierwszego poranka w Olevano świeciło słońce, łagodny wiatr szumiał w zwiędłych liściach palmy, która przecinała widok na równinę u stóp wzgórza. Jeden dzwon bił co kwadrans, inny, blaszany, odzywał się minutę później, jak gdyby potrzebował tej przerwy, żeby upewnić się, czy to ta godzina. Po południu na niebie pojawiły się gęste chmury, wiatr przybrał na sile i nagle w wiosce rozległ się przeszywający hałas. Wioska wydawała się tak odległa, z domu na wzgórzu sprawiała wrażenie dziwnego złudzenia, bo do placu, na którym właśnie odbywał się festyn, szło się zaledwie kilka minut. Na festynie, w ogłuszającym huku szlagierów, prezenty rozdawała dzieciom Befana, epifaniczna wiedźma; to w jej w imieniu poprzedniego wieczoru babcie targowały się w małym supermarkecie o zniżki na tanie zabawki. Podarki wyciągały z koszy z promocjami, które zagradzały każdą alejkę: lalki Barbie ubrane na srebrno, neonowych wojowników i miecze świetlne do pozaziemskiego użytku. Animatorka cały czas wydawała okrzyki powtarzane przez chór nieśmiałych dziecięcych głosików, i cały czas słyszałam to słowo – Be-fa-na! – zgodnie z tutejszym dialektem akcentowane na pierwszą sylabę.

W noc po dniu Befany uliczkami z łoskotem pędziły skutery, a ja dowiedziałam się, że każdy dźwięk ulega tu zwielokrotnieniu, załamuje się na licznych powierzchniach i najwyraźniej zawsze powraca tutaj, do tego mało przytulnego domu na wzgórzu. Nie mogłam zasnąć i rozmyślałam nad tym, jak narzucić sobie porządek, który przez najbliższe trzy miesiące pozwoli mi poradzić sobie z tą niespodziewaną obcością.

Wieś

Przed południem chodziłam do wsi. Każdego dnia inną uliczką. Gdy myślałam już, że znam wszystkie drogi, moim oczom ukazywały się kolejne schody, strome przejście, łuk bramy. Zima była lodowata i mokra, wzdłuż wąskich przejść i schodów wilgoć szemrała w starym kamieniu. Wiele domów stało pustych, w porze obiadowej we wsi zapadała całkowita cisza, wręcz zamierało życie. Do uliczek tych nie docierał również wiatr, tylko słońce, którego zimą zazwyczaj brakowało. Widziałam starszych ludzi wdrapujących się pod górę z drobnymi zakupami. Tutejsi mieszkańcy musieli mieć zdrowe serca, skoro dzień w dzień ćwiczyli na tych podejściach, z ciężarami lub bez, pod naporem zimowej wilgoci. Niektórzy wspinali się bardzo wolno, ale bez ustanku, inni zatrzymywali się, wdychali powietrze, które zostało tu jeszcze do wdychania, w tym miejscu bez światła, pozbawionego zapachu jakiegokolwiek życia. Zimą około południa nie pachniało tu nawet jedzeniem. Gdy we wczesne niedzielne popołudnia przejaśniało się, z otwartych okien na Piazza San Rocco dochodziło stukanie naczyń i przyciszone głosy, jednak w szare zimowe dni w tygodniu okna pozostawały zamknięte. Nie kręciły się tu żadne koty. Psy szczekały na pojedynczych przechodniów, ale jeśli miały jakąś kostkę do obgryzania, były spokojne.

Pewnego dnia znów zaświeciło słońce. Starcy wyszli z domów i usiedli na nasłonecznionym Piazzale Aldo Moro, mrużąc oczy niczym zmęczone małe gady w watowanych płaszczach z futrzanym kapturem. Mężczyźni mieli na nogach schodzone buty. W kącikach kobiecych ust kruszyła się stara szminka. Po godzinie w słońcu śmiali się i rozmawiali. Gestykulowali, szurając poliestrowymi rękawami. Ich młodość przypadła na lata mojego dzieciństwa. Być może spędzili ją w Rzymie, rozrabiaki w żółtych butach, na skuterach, i młode kobiety, w dużych okularach przeciwsłonecznych, które chciały wyglądać jak Monica Vitti, całymi dniami stały w fabrykach i od czasu do czasu ramię w ramię szły na demonstracje.

Nad doliną rozciągały się kłęby białawego dymu, lżejsze od mgły. Palono gałęzie przyciętych drzew oliwnych. Ofiarykadzielne składano codziennie z powodu plagi szkodników, która zagrażała plonom. Być może ci, którzy przekopywali gaje, stali przy ogniskach, osłaniając oczy dłonią, i rozglądali się, sprawdzając, jak unosi się każdy słup dymu. W powietrzu czuć było delikatny zapach spalenizny.

Cmentarz

Każdego dnia wczesnym rankiem szłam tą samą trasą. Zboczem pod górę, między drzewami oliwnymi, wokół cmentarza, aż do małego brzozowego zagajnika. Oba kioski z kwiatami o słodkich kolorach i neonowymi stroikami z plastiku były jeszcze zamknięte. Pracownicy, którzy od mojego przyjazdu zajmowali się przerzedzaniem zrośniętych ze sobą cyprysów na terenie parafii, przyjechali kombi i zaczęli wypakowywać narzędzia. Pobocza pokrywało to, co zostało z wycinki: gałązki, szyszki, pierzaste liście przypominające łuski. Obok bramy cmentarnej wznosił się zebrany niedbale stos większych drzewnych odpadów poprzetykanych zagubionymi skrawkami stroików: różowymi liliami, które sprzeciwiały się więdnięciu, żółtymi szarfami. Z tej perspektywy wydawało się, że dom stoi  na wzgórzu między wsią w oddali z prawej strony i cmentarzem nieco bliżej po lewej. Inny układ. We wsi w niebiesko-szarym świetle poranka panowała cisza. Za murami cmentarza mężczyźni mówili podniesionymi głosami.

Stałam w brzozowym zagajniku i patrzyłam na wieś i na cmentarz, z którego rano nie docierały tu żadne dźwięki. Widziałam tylko biały dym wznoszący się za murami i rzędem cyprysów. Powycinane kawałki drzew spalono. Drzewiarze nie rozpoczęli jeszcze wycinki. Najpierw składali drobną ofiarę. Na pewno stali w kręgu i pilnowali ognia. Gdy dym zaczynał się przerzedzać, rozlegał się ryk pierwszej piły.

Popołudniami odwiedzałam groby. Oba kioski były otwarte – po lewej stronie sprzedawano świeże kwiaty, żółte chryzantemy, bladoróżowe lilie, białe i czerwone goździki, natomiast po prawej można było kupić stroiki ze sztucznych kwiatów, z szarfą lub bez, serca, aniołki, a także balony w różnych rozmiarach. Kwiaciarka z kiosku po prawej stronie, choć zazwyczaj wpatrzona w ekran telefonu, czasem rzucała w moją stronę posępne spojrzenie pełne nieufności.

Szukałam określeń na urnowe ściany, które zajmowały sporą część cmentarza. Kamienne szafki z drobnymi płytami nagrobnymi, na których zapisano nazwisko, a najczęściej dodano również zdjęcie zmarłego przeniesione na ceramikę. Rocchi, Greco, Proietti, Baldi, Mampieri. Na grobach widniały te same nazwiska co nad drzwiami sklepów i ich witrynami. Jak się dowiedziałam, ściany te, gołębniki dla dusz, nazywano „kolumbariami”. Później ktoś mi powiedział, że przegródki nagrobne potocznie nazywa się fornetti. Małe piecyki, w które wsuwa się trumnę lub urnę.

Na cmentarzu najwięcej działo się wczesnym popołudniem. Pojawiali się wtedy młodzi mężczyźni, wypełniając obowiązki, jakie spoczywały na nich jako synach i wnukach; z piskiem podjeżdżali samochodami, wyskakiwali z nich, trzaskali drzwiami, z łoskotem podsuwali jedną z drabin do swojego fornetto, aby wymienić zwiędłe kwiaty na świeże, przetrzeć zdjęcie i sprawdzić, czy pali się znicz. Starsi mężczyźni, wlokąc nogami, przechodzili obok urnowych ścian, pozdrawiali się nawzajem, wynosili podwiędnięte bukiety na śmietnik, wymieniali wodę wazonach i wstawiali do nich świeże kwiaty.

Przed każdym fornetto stał znicz kształtem przypominający dawną lampę naftową, świecę lub lampę olejową z Baśni tysiąca i jednej nocy. Od zniczy prowadziły kable, które znikały w ścianie; paliły się cały czas. Lux perpetua, objaśnił mi ktoś. Nieustające światło. W świetle dnia trudno było dostrzec ich słaby blask.

W deszczowe dni stałam przy oknie i nie chciało mi się wychodzić. Walczyłam ze zmęczeniem, które przyniosło ze sobą ciężkie mokre powietrze. Czasem deszcz mieszał się ze śniegiem. Z tylnych okien domu, które wychodziły na północ, widać było w dole porozrzucane kanciaste nowe budownictwo oraz zbocza pokryte wąskimi pastwiskami dla owiec i dębowym lasem, zbyt strome, by je zabudować. Po lewej stronie widziałam nowe osiedla Olevano, ulice prowadzące do Bellegry, gładko wybetonowany rynek, nową szkołę i boisko. Na górze po prawej, niczym kamienna loża o ciemnych brzegach, znajdował się cmentarz, z widokiem na pokancerowaną dolinę. Martwi mogli ze swojej loży obserwować, jak sanitariusze palili i rozmawiali przez telefon, kiedy czyszczono ambulansy, jak Chińczycy w poniedziałki ustawiali stragany, na których sprzedawali tanie sprzęty domowe, sztuczne kwiaty i ubrania, i jak w niedzielę na boisku rozgrywano mecze piłki nożnej. Przy okazji piłkarskich rozgrywek dźwięk gwizdków i okrzyki odbijały się od zboczy, zielona, lekko chropowata murawa błyszczała w deszczu, a przez oliwne gaje stromą ścieżką na cmentarz szły staruszki z parasolkami.

dying

Podczas pierwszych dni w Olevano miałam sen:

Idę w stronę M., który stoi w przejściu. Za nim widzę pokój pełen jasnego światła. M. jest taki jak wcześniej, spokojny, cichy, znów niemalże nabrał kształtów.

 There’s nothing terrible about being dead, mówi. Don’t worry.

Na wpół obudzona, przypomniałam sobie sny o moim ojcu po tym, jak umarł. Zawsze stał w świetle. Machał do mnie. Śmiał się. Ja stałam w cieniu. Na początku nieco dalej, potem coraz bliżej. W śnie ciągnął mnie na sankach i wciąż uśmiechał się, pozostając z tyłu, w białej przestrzeni, kiedy zjeżdżałam sama w dół, w bezśnieżną dolinę.

Tego samego dnia po południu widziałam, jak na dole, z jednego z domów we wsi, wynoszono zmarłego. Na ulicę, gdzie czekała karetka, dwóch sanitariuszy wyprowadziło nosze, na których leżał człowiek zakryty aż po głowę. Drzwi na klatkę wielopiętrowego domu zostawili otwarte. Za nimi nie wyszedł już nikt, żaluzje w oknach ciągnących się wzdłuż ulicy były opuszczone. Nikt nie stał na balkonie ani nie podniósł ręki, by pomachać na pożegnanie. Karetka blokowała ruch na stromej ulicy biegnącej w kierunku tunelu, który prowadził w głąb kraju. Zrobił się mały korek, kierowcy zaczęli trąbić. Nosze wydały mi się dziwnie wysokie, groteskowe; dorosły człowiek byłby od nich wyższy zaledwie o głowę, i gdyby patrzył na zmarłego, czułby się jak dziecko. Pomyślałam też, że gdyby ten ktoś stanął przy noszach, znalazłby się na wysokości oczu zmarłego, któremu zamknięto już powieki – sanitariusze i lekarze zawsze robią to w pierwszej kolejności, gdy stwierdzają zgon. Powieki zmarłego stają się wówczas ślepymi wrotami podobnymi do tych, które znaleziono w grobowcach Egipcjan i wczesnych Etrusków.

Płachta zakrywająca zmarłego mieniła się słabym blaskiem; przypominała ciężkie, czarne tworzywo sztuczne, niczym zasłona w ciemni.

Chmury

W niektóre poranki chmury wisiały tak nisko, że nie było widać okolicy. Słyszałam rzężenie autobusów jadących pod górę, głosy, dzwony we wsi, które biły co kwadrans. Dźwięki z innego świata, poza chmurami nie było widać nic. Nad moją głową odgłosy wsi spotykały się z przeszywającym jazgotem pił łańcuchowych na cmentarzu. Drzewa ścinano także we mgle, nawoływania pracowników wybrzmiewały donośniej w chmurach niż w przejrzystym powietrzu, krótkie wiadomości ze świata morţǐ napływały niczym odpowiedzi na pytające dźwięki ze świata viǐ.

W ciągu dnia chmury przerzedzały się, rwały i rozpraszały, tworząc delikatne welony, które opadały ku dolinom. Przez jakiś czas wisiały jeszcze na stromym zboczu między dębami, przerzedzony, nieużyteczny lasek, w którym między pniami rosnącymi w niewielkich odstępach składowano wszystko to, co miało się już nie przydać. Zużyte do cna, odrzucone przez ludzi przedmioty zawisły na wzgórzu, wsparte o pnie, pomiędzy drzewami a krzewami:meble, urządzenia, materace; cienka warstwa mchu wspinała się po obiciu poplamionym snami.

Popołudniami dolinę u stóp wzgórza Olevano – pod kłębami deszczowych chmur, brązowych i granatowych, poprzetykanych nitkami żółtego światła i sunącymi wysoko po niebie nad wierzchołkami gór – wypełniały mrok i powaga. Na tle blasku rozpościerającego się w oddali, przed Rzymem, odznaczały się wulkaniczne szczyty. Czasami pojedynczy promień słońca torował sobie drogę na południowy zachód, przez chwilę oświetlając Pola Pontyjskie, na co dzień prawie niewidoczne. Z gajów oliwnych u stóp Olevano i dalej, w kierunku Palestriny, unosił się dym. Rolnicy niestrudzeni palili pościnane gałęzie drzew i opadłe liście. Co jakiś czas na zachmurzonym niebie z jednej z żółtawych nici wyłamywał się wąski promień oślepiającego światła, wskazując niczym palcem na któryś ze słupów dymu, jak gdyby była to ofiara wybrana przez Boga.

Serce

Dni na początku stycznia były pogodne; wieś, jak gdyby wykuta z czerwonego kamienia, jaśniała w promieniach słońca wschodzącego między górami za cmentarzem. Z werandy patrzyłam, jak budzi się do życia niczym zabawkowy świat: niewidzialne dłonie otwierały okna, śmieciarka powoli cofała uliczkami, a malutkie ludziki w odblaskowych kamizelkach donosiły kubły ze śmieciami i wyrzucały ich zawartość do bębna. Omijałam wzrokiem palmę i patrzyłam wprost na otwierany o tej porze warzywniak. Arabscy sprzedawcy wystawiali towar, w szarej uliczce pojawiły się jasne pomarańcze. Na dużej taczce wznosiła się góra karczochów. Na podwórzu obok, za zamkniętą bramą, piętrzyły się połamane skrzynki, stosy zgniłych pomarańczy, pomidorów, zielonych główek sałaty i kapusty, widoczne tylko stąd, z góry, skrywany rewers konstrukcji starannie ustawianych przed sklepem. Mężczyźni, warzywa i owoce wystawione przed sklepem, śmieciarka, wszystko to wyglądało jak odległy teatr. Albo wyjątkowy teatr, którego spektakle można oglądać tylko z daleka. Z bliska nie oglądał ich nikt.

Za wsią wznosiły się góry, niebieskie i szare, najwyższy grzbiet zwieńczały pinie rosnące w rzędzie; z dołu przypominały olbrzymów zastygłych w pochodzie, rozproszonych wojowników, straż tylną pozbawioną jakiejkolwiek nadziei na powrót do domu, odciętą od informacji i zaopatrzenia, która stała na tym wzgórzu wystawionym na ostre i surowe warunki, wtapiając się w nizinny krajobraz. Pewnie mają stamtąd widok na żwir, jałowe połacie traw, dolinę, a w niej Olevano, po prawej być może i na wioskę, na ciemną lożę cmentarza po lewej, a po środku – dom na wzgórzu, inna perspektywa.            

Gdy słońce wschodziło coraz wyżej, czerwień zanikała, a wieś szarzała. Ruszałam w stronę szarej wsi, do warzywniaka, gdzie stali Arabowie w czarnych kurtkach i rękawicach; przy dźwiękach arabskiej muzyki rozmawiali przez telefon albo prowadzili ze sobą rozmowy, które brzmiały jak kłótnie. Odważając zakupy, oszukiwali, po czym zawsze dorzucali coś ekstra.

Kupowałam pomarańcze i karczochy. Siatka była lekka, lecz mimo to w drodze powrotnej za każdym razem serce zaczęło mi ciążyć tak bardzo, że myślałam, że nie doniosę go do domu. Co chwila zatrzymywałam się i – zakłopotana własną słabością – spoglądałam na niebo i na drzewa. Tam, gdzie pinie zaczynały się rozgałęziać, dostrzegłam białawe kłębki, jasne pajęczyny, okrągłe, lekko zwężające się ku górze zwoje, kokony z resztek chmur, w których teraz pewnie rozwijały się rzadkie gatunki motyli, by latem wyślizgnąć się i rozprostować skrzydła w nie wiadomo jakich kolorach i z delikatnym drżeniem usiąść na fornetti, obok wiecznych zniczy, których blask rozmywał się w ostrym słońcu.

W Olevano ciężkie serce miałam nieustannie. Gdy w drodze powrotnej z wioski wspinałam się pod górę do domu. Gdy z domu szłam pod górę na cmentarz.

Wyobraziłam sobie szare serce, jego jasnoszary odcień o lichym blasku, jak ołów.

Moje ołowiane serce zrastało się ze wszystkim, co zobaczyłam i co już we mnie zostało. Z widokiem gajów oliwnych we mgle, owiec na zboczu, zbocza porośniętego dębami ostrolistnymi, koni, które czasem bezgłośnie pasły się za cmentarzem; z widokami nad równiną, z połyskującymi na niej poletkami, które w zimowe poranki pokrywała niebieskawa szadź. Ze słupami dymu nad gałęziami oliwnymi, które paliły się codziennie, z cieniem chmur, krzewami pobladłymi zimą i krzakami fioletowych jeżyn rosnącymi na poboczu.

Pizzuti

Napisy nad wejściami do sklepów i ich witrynami z każdym dniem coraz wyraźniej układały się w tekst opisujący barwy skał, kamieni, cegieł i dachów, mazerunków i struktur przedmiotów, które zmieniały się w zależności od światła i pogody. Brzmienie słów pasowało do przerywanych sylab i niedbale wypowiadanych głosek syczących. We wsi było trzech szewców. Dwóch często przesiadywało bezczynnie, wyglądając zza ścianki na wystawie sięgającej do piersi, pełnej past do butów, szczotek, prawideł i kilku starych szewskich narzędzi. Trzeci pracował na barowym stołku za wysoką ladą. Cały czas przesiadywali u niego klienci lub znajomi. Czasami robiło się gwarno, rozmowy słychać było wówczas aż na ulicy. Na tylnej ścianie, wysoko, prawie pod sufitem, wisiał stary plakat, na którym obok samolotów wojskowych w kolorach włoskiej flagi dostrzegłam, o ile się nie mylę, postać Mussoliniego.

Każdego dnia spotykałam te same twarze, zimowe płaszcze i czapki. Poznałam pewne zwyczaje, takie jak ten, by nie dotykać towaru przed zakupem, uprzejmie informować sprzedawczynię, jakie warzywa sobie życzę, i postępować zgodnie z zaleceniami sprzedawcy sera, którego pulchna córka siedziała na taborecie przy kasie, zawsze uśmiechnięta od ucha do ucha, i z wielkim wysiłkiem sumowała drobne kwoty. Tylko w arabskim warzywniaku, który nie miał nazwy, wolno było dotykać owoców i warzyw, podnosić je i odkładać z powrotem. Co niewątpliwie prowadziło do tego, że za bramą zamkniętą na cztery spusty piętrzyły się stosy śmieci, widoczne jedynie z wysokości mojej werandy.

W drodze powrotnej mijałam bar, przed którym nawet w najzimniejsze dni mieszkańcy przesiadywali na ławce. Stała ona w idealnym miejscu, bo gdy zimą wychodziło słońce, promienie padały na nią przez wiele godzin i pewnie dlatego była popularnym miejscem spotkań. Ludzie na ławce palili i rozmawiali, niektórzy trzymali w dłoni napoje z baru, którego wnętrze skrywała zaparowana szyba okienna. Między palącymi mężczyznami często siadała nerwowa dziewczyna z dziecięcymi wózkiem. Gdy dziecko zaczynało krzyczeć, gwałtownie poruszała wózkiem; przechodnie zatrzymywali się i pochylali nad krzyczącym dzieckiem, palący mężczyźni w uspokajającym geście kładli dłonie na dziecięcym kocyku, trzymając między palcami papierosa, i nucili pod nosem pogodną melodię. Jeśli dziecko nie chciało zamilknąć, dziewczyna wstawała z ławki i chodziła z wózkiem w tę i z powrotem, nieprzerwanie gadając przy tym piskliwym głosem i wybuchając śmiechem. Miała krótkie włosy i ubrała się jak chłopak, w znoszoną skórzaną kurtkę i ciężkie buty wojskowe. Od mężczyzn siedzących na ławce wyciągała papierosy, których tamci ich jej nie skąpili; zapalała je nerwowo. Jej dłonie były prawie sine od zimna, popękane, miała obgryzione paznokcie.

Naprzeciwko ławki miał swój sklep rzeźnik. Przedpołudniami przyjeżdżała dostawa mięsa, prawie każdego dnia widziałam ciężarówkę zaparkowaną przed wejściem, w której wisiały zwierzęta rozcięte na pół. Przygarbiony dostawca, przerzuciwszy połowę świni przez ramię, stawiał ostrożnie kroki, jak gdyby niósł kruchą istotę potrzebującą pomocy. Tylna świńska noga, żółtawa słonina, kołysała się bezwładnie na plecach mężczyzny. Potem wnosił do sklepu wiązkę kurczaków, które zwisały głową w dół, a od czasu do czasu także kolejne kawały mięsa. Po skończonej pracy dostawca w poplamionym kitlu dołączał do mężczyzn na ławce i zapalał papierosa, zachowując jednak pewien odstęp. Żartował z piskliwą dziewczyną, zdawał się mieć dobry nastrój, w jego obecności ludzie wybuchali śmiechem. Tylne drzwi ciężarówki zostawiał otwarte, przez co każdy mógł oglądać jego towary z ubojni. Dostawa znikała na zapleczu sklepu, gdzie przez małe okienko umieszczone za ladą widać było kiełbaśnika przy pracy. Kiełbasy od tego rzeźnika podobno cieszyły się sławą i ogromną popularnością; w maszynce dzień w dzień mielono olbrzymie ilości mięsa, faszerując nimi długi sznur jelitowych rur, które pomocnik w określonych odstępach obracał, a następnie związywał kilka razy na supeł. Na takich zasupłanych zgrubieniach zaciskano później metalowe obrączki. Długie kiełbasiane łańcuchy, wielokrotnie pozawijane, wisiały na drągach tuż pod sufitem.

Na oknach, które znajdowały się nisko nad ziemią, obok sklepu mięsnego, eleganckie litery układały się w napis Onoranze funebri Pizzuti. Kilka schodów prowadziło w dół do drzwi, nigdy nie widziałam jednak, żeby były otwarte. Nigdy nie widziałam też światła w oknach, a przecież na dole musiało być ciemno nawet w ciągu dnia. Domyślałam się, że teraz, zimą, w tych pomieszczeniach panują wilgoć i przeszywające zimno. Firma pogrzebowa Pizzuti miała swoją siedzibę w tych piwnicach, lecz tak naprawdę była obecna na każdym kroku; być może okna z wysublimowanym napisem wskazywały tylko miejsce, gdzie trzymano trumny, dogodnie usytuowana, bo dokładnie naprzeciw kościoła San Rocco, którego dzwony biły zawsze jako pierwsze o pełnej godzinie oraz kwadrans później i który znajdował się najbliżej cmentarza. Nieco niżej, we wsi, znajdował się sklep z kwiatami i wieńcami Pizzuti, w środku widać było kobiety nieustannie zajęte układaniem wielkich barwnych wieńców pogrzebowych, a jeszcze niżej duże biuro połączone ze sklepem, na wystawie którego rozłożono katalogi z trumnami i ozdobami nagrobnymi. Tutaj doradzano rodzinie zmarłego. Błyszczący czarno-szary karawan, z tym samym napisem co na oknie obok sklepu mięsnego, sunął przed siebie, wypełniając wąskie uliczki, zazwyczaj pusty, i za każdym razem na chwilę wzbudzał zamęt, gdy przed arabskim warzywniakiem wjeżdżał w wyjątkowo ostry i ciasny zakręt. Czasami, gdy zbliżał się pogrzeb, obok kościoła widywałam go wypełnionego kwiatami i wieńcami. Msze żałobne odbywały się w San Rocco, a przynajmniej nigdy nie widziałam pojazdu Pizzuti pod innym kościołem. Gdy z kościoła rozbrzmiewał śpiew, kierowca w liberii i wielkiej czapce czekał przy samochodzie niczym wartownik. W takich sytuacjach plac zazwyczaj wypełniali mężczyźni. Kobiety wchodziły do kościoła; raz widziałam, jak grupa mężczyzn ustępuje przed dwiema kobietami ubranymi na czarno i tworzy szpaler, a gdy tylko tamte zniknęły w środku, znów utworzyli grupę, jak wcześniej, paląc i rozmawiając przyciszonym głosem. Kierowcy Pizzuti, który także palił, nigdy nie brakowało towarzystwa, jednak w przeciwieństwie do osób, które do niego dołączały, w swoim sposobie bycia miał coś wojskowego, co być może miało związek z jego ciężkim czarnym nakryciem głowy ze złotą literą „P”.

Starałam się unikać widoku trumny wynoszonej z kościoła po mszy i wsuwanej w gąszcz kwiatów, które wypełniały karawan. Czasami, gdy wracałam do mieszkania, wyglądałam z okna na ulicę, którą w stronę cmentarza szedł skromny kondukt żałobny. Kondolencje pewnie złożono już na placu, a wiele osób nie miało tyle sił, by podejść do góry na cmentarz. Nigdy nie byłam świadkiem ceremonii opuszczania trumny do grobu lub wsuwania jej do fornetto. Trafiałam tylko na stosy wieńców i kwiatów, które powoli więdły, by ostatecznie wylądować na stosie śmieci, i które, rozdzielone na małe paleniska, jak widać, regularnie palono. Do śmieci dobierały się także zwierzęta; zwłaszcza w wietrzne dni pojawiały się psy, które wchodziły na cmentarz między prętami w bramie i rzucały się na sztuczne kwiaty, rwąc je i wyciągając pojedyncze strzępy na ulicę.



Esther Kinsky (ur. 1956) – pisarka i tłumaczka z języka polskiego, rosyjskiego i angielskiego, studiowała slawistykę i anglistykę w Bonn i Toronto. Za przekłady z języka polskiego otrzymała m.in. nagrodę im. Karla Dedeciusa w 2011 r. i międzynarodową nagrodę im. Hermanna Hessego w 2018 r. Wśród przełożonych przez nią polskich autorów znajdują się Miron Białoszewski, Ryszard Krynicki, Olga Tokarczuk, Magdalena Tulli i Joanna Bator. Kinsky jest także wielokrotnie nagradzaną autorką utworów poetyckich, prozatorskich i esejów. W 2018 r. ostatnia powieść autorki Hain. Geländeroman („Gaj. Powieść terenowa"), której fragment prezentujemy, zdobyła nagrodę Lipskich Targów Książki. Po polsku ukazała się jej powieść Nad rzeką (w przekładzie Sławy Lisieckiej, Biuro Literackie 2017),  tom esejów o przekładzie Obcowanie z obcym (przeł. Zofia Sucharska i Sława Lisiecka, wyd. OD DO, Łódź 2021), a także esej pandemiczny Mała podróż (przeł. Zofia Sucharska, „Dwutygodnik” 2020, nr 282).

Zofia Sucharska (ur. 1988) – germanistka, stypendystka europejskiego programu literacko-tłumaczeniowego TransStar Europa, trzykrotnie wyróżniana w ogólnopolskim konkursie na najlepsze tłumaczenie literackie z języka niemieckiego, uczestniczka licznych warsztatów.  Szuka polskiego wydawcy dla powieści W niebieskim ci nie do twarzy Judith Schalansky. Mieszka w Berlinie.

Jan Porczyński (ur. 1997) – student Wydziału Grafiki ASP w Warszawie. Sam do końca nie wie, co go inspiruje. Lubi bardzo szczegółowo planować swoje prace, lubi też, kiedy te plany się nie sprawdzają. Chciałby, żeby codziennie mu się coś śniło.