Ja nazywam się X, a on nazywa się Y1 i kochamy się tak bardzo, że gdy patrzymy sobie w oczy, to tylko na chwilę, bo kto by więcej zniósł. A może kochaliśmy. Przejdę od razu do rzeczy:  pewnego dnia stanął między nami jeszcze 1. Był ojcem Y, ale najbardziej chciał zostać I, choć nigdy nie przyznałby się do tego, a może nawet wcale o tym nie wiedział. Tak mi się przynajmniej wydawało, choć o takich przemianach nie słyszano od tysięcy lat, a on wydawał się zbyt rozsądny, by wierzyć w niemożliwe. 

Rzecz zaczęła się wczesną wiosną dwa lata temu, lecz zważywszy na jej koniec, jesień byłaby bardziej na miejscu. Niebo rozjaśniło się jednak właśnie bladym kwietniowym słońcem, kiedy Y przeczytał artykuł o bankructwie popularnych niegdyś „Delikatesów” –  w lokalnej prasie zawsze informowano, która firma zbankrutowała i na jaką kwotę, i był to jedyny rodzaj artykułu, w którym nie pokazywano twarzy bohatera. Piszę „bohatera”, bo w Holandii kobiety nie obejmują zbyt chętnie stanowisk kierowniczych, a działo się to, i pewnie niestety wciąż dzieje, w Eindhoven – jeśli brzmienie tej nazwy kojarzy ci się z końcem, wcale się nie mylisz.

Łąki nie przypominały już zatem bagien, a pąki wychodziły z ukrycia, gdy jechaliśmy na rowerach do 1, by porozmawiać o największym marzeniu Y: sklepie ze słodyczami. Myślę, że to piękne marzenie, bo kogo nie cieszy cukierek, czekoladka.  Pewnie właśnie 1 nie ucieszyłby się, trzymając na dłoni pralinę, bo on nie cieszył się ani nie smucił, ani nawet nie podjadał; teraz natomiast namyślił się i powiedział: „Drogi synu, jesteś dla mnie najważniejszy, lecz stoisz na przechylonej nóżce, a to niewiele. Pamiętaj proszę, że w każdej chwili możesz się przewrócić, upaść, i nie ma żadnej pewności, czy dasz radę wstać, zwłaszcza że nigdy tego nie robiłeś, a innych Y nie znamy i nawet gdybyśmy znali, wyjątki zdarzają się nieustannie. Jesteś więc jeden jedyny i jeszcze do tego jesteś sam, ale jesteś mój i ja jestem z tobą. O nic się nie martw. Wiem, że marzysz o sklepie ze słodyczami, i ja założę dla ciebie taki sklep.”, a mówił po niderlandzku, żebym się nie wtrącała –  „Dziękuję! Nie mogę się doczekać!”, przerwał mu Y, więc 1 ciągnął dalej: „Wiem, i właśnie dlatego mogę mieć pewność, że dasz z siebie wszystko. Kto marzy naprawdę, pokona wszelkie przeszkody, a to znaczy, że moja inwestycja będzie bezpieczna. I jasne jest chyba, że dopóki sklep nie zacznie przynosić dochodów, nie będziesz zarabiał. Dochody pojawią się jednak szybko, jeśli będziesz pracował odpowiednio dużo za odpowiednio mało. W razie czego pomogą ci przyjaciele, bo przyjaciele od tego są, że poznaje się ich w biedzie, nie zaprzeczysz?”

Y zgodził się bez wahania, bo lepiej choćby i najciężej pracować niż mieć kredyt w banku, zwłaszcza że i tak nigdy by go nie dostał, ponieważ ojciec nie zamierzał dawać mu umowy ani wynagrodzenia. Czy wspominałam już, że 1 miał naprawdę pokaźny majątek, choć nie poznalibyście tego ani po jego stroju, ani po jego domu, ani po najtańszej kawie, którą częstował, jeśli się go poprosiło. Staliśmy już w drzwiach, gdy Y dopytywał jeszcze: „Ale co mam zrobić, kiedy skończy mi się zasiłek?”, a ojciec doradził mu: „Wierzę, że dasz sobie radę. Jesteś w końcu moim synem. Mnie w to w żadnym razie nie mieszaj, może lepiej zapytaj X, czy nie chciałaby cię utrzymywać. Pewnie sądziła, że będzie tu żyć z nami za darmo; tak między nami, to nie rozumiem, po co ci dziewczyna z biednego kraju. Pod koniec lat 80. byłem w Pile i Krakowie. Twoja pozycja nie jest dość pewna, byś mógł sobie pozwolić na błędy młodości. Mówię ci to z troski, ja nie pozwoliłem sobie na żadne. Ale cokolwiek się stanie, pamiętaj, że zawsze będę przy tobie”, wyszliśmy żegnając się życzliwie. Z perspektywy czasu przyznaję, że udała nam się ta wizyta, bo kiedy byliśmy w domu ojca, urwała się chmura, a kiedy jechaliśmy z powrotem do siebie, ledwie kropiło. Króliczki prędko uciekały ze ścieżki; pewnie pospały, zapadła już noc. 1 mógłby tak zresztą przemawiać do rana, ale chciał jeszcze wrócić do pracy. 

Nie minął miesiąc, gdy Y zaczął wychodzić do pracy na całe dnie. Trwał remont, a był to także czas, kiedy na drzewie za naszym domem pojawiły się gołębie, jasne i dorodne, jakby któryś z sąsiadów wcale nie oszczędzał na chlebie. Sama dawałam im czasem wafle ryżowe, jeśli akurat spadły na ziemię, bo nigdy nie miałam podłogi na tyle czystej, by z niej jeść. Przy okazji zwabiłam też mysz, a może po prostu zwabiły ją śmieci, tak jak człowieka zawsze zwabią słodycze. Nadzieje Y nie były więc bezpodstawne, ludzie zawsze będą wydawać pieniądze na cukier. Y wierzył w to do tego stopnia, że zaryzykował i postawił na niezwykłe przysmaki: czekolady tak szorstkie i ostre, że wydawały się szczere, a do tego cukierki o smaku przygody. Prawda i przygoda najlepiej sprzedają się wśród młodych ludzi, na nich zaś najbardziej zależało Y: młodzi jeszcze umieją się cieszyć tak, jakby jutra nie było. Z tego samego powodu organizował kiedyś rejwy. 

Na dwudziestolatkach niełatwo jednak zarobić, bo ledwo wiążą koniec z końcem, a ostatni grosz prędzej wydają na narkotyki niż czekoladę; ta historia dzieje się w czasach, kiedy cuksy i piguły nie sąsiadowały jeszcze na półkach w byle spożywczakach. Ale to nie dlatego sprawy tak źle się potoczą. Kiedy 1 wynajął „Delikatesy”, wpisał Y jako szefa w rejestrach handlowych, po czym oznajmił spokojnie: „To moje pieniądze, więc nie możesz podjąć beze mnie żadnej decyzji. A moja pierwsza decyzja jest taka, że więcej pieniędzy ci nie dam. W ten sposób nauczysz się co to prawdziwy biznes. Nie bój się, nie upadniesz. Stoję za tobą i będę miał oko na wszystko. Przejdziesz drogę podobną do mojej i jeśli właściwie na nią spojrzeć, była to prosta droga”.

Y miał jeszcze wtedy przyjaciół, dzięki którym udało mu się przeprowadzić skromny remont, a kiedy wszystko było gotowe, po prostu wziął się do pracy, bo nie  miał czasu ani środków na uroczyste otwarcie sklepu. Zajmował się zaopatrzeniem, zarządzaniem, administracją, sprzedawaniem, sprzątaniem i promocją, do domu wracał na sen. Po paru tygodniach praca wymknęła mu się spod kontroli: zadania zmieniały ustaloną kolejność, podmieniały się i przeinaczały, niektóre nawet ukrywały się dłuższy czas. Potrafiły też zmniejszać się tak, że kiedy próbował je złapać, zostawał z ręką w powietrzu, czasem jednak zwiększały się na tyle, że przesłaniały go wraz z całym biurkiem. Nie minęło pół roku, kiedy kolejny raz obudziła go krew z nosa. Widok krwi to nie przelewki, zwłaszcza na białym prześcieradle; innymi słowy uznałam, że muszę mu pomóc, choć miałam przecież własną pracę i to taką, która wymagała skupienia i poświęcenia: pisałam wiersze i opowiadania. Ale że Y przygasał, a pisanie to żaden zarobek, od kiedy polała się tamta krew i ja zajmowałam się poszukiwaniem najciekawszych pralin, lizaków i biszkoptów, moją specjalnością stały się zaś marcepany –  mój dziadek zawsze lepił z nich na Boże Narodzenie ziemniaczki. Stawałam też za ladą jako ekspedientka, choć nie umiałam być miła na zawołanie; po całym dniu takiej pracy jadłam w nagrodę 50 gramów czekolady, mimo że wcale jej sobie nie przyznawałam.

Brakowało nam pieniędzy, więc musieliśmy mieć nadzieję: choćby taką, że najlepszą reklamą i tak jest poczta pantoflowa, dzięki której w sklepie zaraz zjawią się tłumy klientów. Szkoda, że cukier nie ma zapachu, poszłoby jak z płatka; czekolada pachnie mocniej, ale jej zapach roznosi się po mieście jedynie wtedy, gdy znajduje się w nim zakład produkcji, tak było na przykład w Szczecinie. W Eindhoven pozostawały nam zaledwie sztuczne aromaty; ceny mieliśmy niskie, to chyba oczywiste. Mimo to klienci nie zachodzili do nas zbyt często, a Y stawał się coraz bardziej nieprzytomny. Kiedy zaczęło boleć go serce, kładł się pod ladą na całe dnie i wstawał tylko wtedy, gdy do sklepu wchodził klient, nie za często. Raz jednak klientka przyłapała go na drzemce i zgorszyła się. Zadzwonił wtedy do ojca: „Nie wytrzymam już dłużej, boli mnie serce, boli mnie często tak, że mogę tylko leżeć”, a on zaniepokoił się: „To przykre, wiesz przecież, jak troszczę się o ciebie. Przyjadę jutro do »Delikatesów« i osobiście sprawdzę, czy wykonujesz sprawnie wszystkie obowiązki. Klienci nie mogą widzieć twoich słabości, a ty musisz lepiej organizować swój czas”.

Wzięłam na siebie wtedy jeszcze więcej godzin, nie chciałam żeby mój chłopak padł jak koń ciągnący turystów na szczyt góry. Y płacił mi tylko jakieś grosze na czarno, 1 nie wyobrażał sobie bowiem, żebym cokolwiek  zarabiała: „To niegodne. Nie można żądać pieniędzy za miłość!”, powiedziałby, ale znał dosadniejsze słowa i czasem ich używał, kiedy zostawał z synem sam na sam. Do mnie  zwracał się najwyżej chłodnym i stanowczym „bądź miła” – kłopot polegał na tym, że ja nie potrafiłam odpowiedzieć równie grzecznie, bo miałam uczucia.

Tymczasem jeździłam po hurtowniach w poszukiwaniu najlepszych wyrobów: słodkich, lecz nie za słodkich, a przede wszystkim pasjonujących, i już trzeciego dnia tego jeżdżenia dowiedziałam się, że czekolada powstaje z ziaren kakao, które zbierali ludzie tak biedni, że nigdy nawet czekolady nie próbowali. Z tej biedy zaganiali natomiast do roboty własne dzieci, a czasem też sprzedawali je biznesmenom, podczas gdy śledzący te sprawy dziennikarze ginęli bez śladu. Nie wszyscy oczywiście, skoro wieść rozniosła się po świecie i nawet największe koncerny wzięły ją w niewielkim stopniu pod uwagę. Połowa naszego asortymentu miała zatem sprawiedliwe pochodzenie, lecz jeśli cokolwiek się sprzedawało, to była to tańsza połowa. Mam nadzieję, że w poprzednim zdaniu nikomu nie umknęło, że za legalną pracę trzeba więcej płacić. 

1 zareagował na te wieści natychmiast: „Kupiłeś niesprzedawalny towar, nie znasz się na biznesie, X tym bardziej! Beze mnie wszystko wymyka ci się spod kontroli. Czy nie mówiłem, że to ja podejmuję ostateczne decyzje? Masz szczęście, że jestem przy tobie i wszystko naprawię”, zezłościł się i zaraz zaczął wydawać jeszcze więcej poleceń: wysyłał wiadomość za wiadomością, a Y nie miał już także czasu na sen. W dzień, kiedy nie był nawet w stanie wyjść z łóżka, sama napisałam do jego ojca: „On tak dłużej nie pociągnie, traktujesz go jak niewolnika!”, i nie musiałam wcale czekać na odpowiedź: „Wstydź się, że tak do mnie mówisz, wytrzyj sobie gębę! Beze mnie siedziałabyś w małym mieszkanku w Warszawie, a ja dałem ci szansę jeżdżenia po hurtowniach i stania za ladą, powinnaś być wdzięczna, że ktoś chce ci pomóc”. Tu zaś należałoby zrobić małą jak kawalerka w postkomunistycznym bloku uwagę, że „wstydź się” to popularna w Holandii forma wzajemnego przywoływania się do porządku, tak jak nie należy brać do siebie, że życzą ci raka, jeśli zajedziesz komuś drogę na ścieżce rowerowej. Albo tyfusu. Nie ma co jednak ukrywać, że tradycyjne życzenia śmiertelnych chorób uważa się dziś za mocno niepoprawne i usłyszeć je można coraz rzadziej, powiedzmy że rowerzystka była naprawdę rozpędzona, a uliczka tłoczna jak w Amsterdamie.

Mimo że rozumiałam te różnice kulturowe, i tak zjadłam 50 gram czekolady, choć znów wcale sobie nie przyznałam tej nagrody – tak tylko, żeby zająć czymś buzię, skoro nie mogłam mu odpowiedzieć. To wtedy zaczęłam rosnąć: moje linie rozciągały się, uciekały przed siebie, a ja straciłam panowanie nad koniuszkami własnych kończyn. Y na odwrót: po każdej rozmowie z ojcem zmniejszał się nieco, tracił na rozmiarze i grubości kreski, jakby na końcu miał stać się tylko szkicem. 

1 zjawił się w sklepie we własnej osobie niedługo potem: walczyliśmy akurat z klimatyzacją, bez której miękła wszelka czekolada. Stanął przy drabinie, którą właśnie trzymałam, i przemówił pod sufit do Y: „Nie rozumiem, dlaczego nie chcesz ze mną rozmawiać, kiedy mówię ci, co masz robić” – „Ale przecież odpowiadam na każdą wiadomość i robię wszystko, co da się zrobić bez budżetu”, odparł Y, lecz 1 ciągnął dalej: „Tylko pieniądze ci w głowie! Ciągle byś tylko brał! Ja sam dobrze wiem, co jest potrzebne. Sednem biznesu jest rozmowa, a ty nie chcesz słuchać” – „Tak, tak”, Y usiłował jak najszybciej skończyć tę dyskusję – „Przecież słyszę, że zgadzasz się bez przekonania. I słuchasz X” – „X mi pomaga” – „Kiedy ona nie umie nawet przytrzymać drabiny. Patrz, lewą ręką trzyma prawą stronę, a prawą stronę – lewą” – „Drabina stoi dobrze” – „Jest przechylona tak samo jak ty” – „Nie mam pieniędzy na serwis” – „Masz przyjaciół” – „Wszyscy odeszli” – „Co za okrutny świat! Dobrze, że ja jestem przy tobie. I sam tę drabinę przytrzymam”, odepchnął mnie i chwycił za szczebel jedną ręką –  w drugiej trzymał telefon, a w nim doglądał swojego biznesu oraz rady miejskiej, której był ważnym członkiem z ramienia najbardziej wyważonej partii w całej Holandii. „Y nie stoi stabilnie”, przerwałam mu, ale wyjaśnił mi dobrotliwie: „To niemożliwe, ponieważ w mojej jednej ręce mam więcej siły niż ty w dwóch. A to znaczy, że mówisz nieprawdę”. Kiedy Y zszedł na ziemię, 1 zaczął kopać go w kostki i łydki: „Może to pomoże ci w końcu otworzyć się na dialog. Nie bój się, przecież cię asekuruję. I jak? Mocniej stoisz? To teraz idź pół kroku przede mną”, pchnął go, a Y posłuchał i poszedł na jeszcze cieńszej nodze. Wiedział, że kłótnia tylko pogorszy jego sytuację.

1 uważnie przyglądał się dropsom, landrynkom i drażom: „Zrobiłeś jak zwykle! Przyjrzyj się, jak stoi ten towar, stoi po twojemu, krzywo, każda rzecz odrobinę przesunięta, odchylona. Kiedy zrozumiesz, że nie jesteś centrum świata? Kiedy zaczniesz dostrzegać rzeczywistość? Biznes to sztuka łączenia się z rzeczywistością, bo bez znajomości realnych ludzkich potrzeb, nigdy nie zarobisz pieniędzy” – „Ale przecież jest prosto”, protestował Y – „No tak. Znów tylko upierasz się przy swoim” – „Nic tu nie widzę” – „No właśnie. Przykro mi, synu” – „Można to zmierzyć” – „Lepiej ze mną porozmawiaj. Wiem, że nic nie poradzisz na to, że jesteś, jaki jesteś. Ale jestem twoim jedynym ojcem i pomogę ci w twoich kłopotach” – „Kiedy ja układałam tyle samo”, wtrąciłam się lekkomyślnie – „Spodziewam się, że twoje stoją tył na przód”, odrzekł – „To nieprawda” – „Dobrze, dzieci. Zamiast ciągle wprowadzać tę negatywną atmosferę, cieszcie się, że jestem z wami. Sam to wszystko dla was załatwię. Nie oczekuję nawet wdzięczności. Dam sobie radę”, uśmiechnął się niemal i wyszedł ze sklepu. Y zaczął mówić jeszcze ciszej, a moje linie rozciągnęły się i utopiły w czymś bez dna

Tej samej nocy poszłam zmierzyć położenie każdego produktu kątomierzem – wszystkie leżały poprawnie, tak mi się przynajmniej wydawało. „Pssst – odezwał się nagle głosik – i jak? Jesteś pewna, że stoimy prosto?” – „W nocy twoje oczy nie działają najlepiej” – „Czy mogłabyś na przykład przysiąc?” – „Kto tam?!”, wystraszyłam się oczywiście – Tu czekolada, ale nie powiem która” – „Zresztą jest nas więcej i każda z nas powiedziałaby to samo” – „To co, przysięgasz?” – „Wolałabym nie przysięgać, ale przed chwilą mierzyłam…” – „I masz dowody?” – „Nie zrobiłam zdjęć, chciałam się tylko upewnić…” – „I upewniłaś się?” – „Tak mi się zdaje” – „To przypomnij sobie pierwszy regał” – „Yyy… Mogę sprawdzić jeszcze raz” – „I będziesz tak sprawdzać bez końca?” – „Co za życie ma ta dziewczyna” – „Ja?” – „I w to też nie wierzysz?” – „To nie tak” – „A jak?” – „Dlaczego jesteście złośliwe, czekolady?” – „Złe ci rady dajemy?” – „Na przykład ja dziś powiedziałam staremu: tylko se oczu nie wypatrz” – „A ja zagroziłam: zaraz ci sama przekrzywię!” – „Łatwo wam mówić, was stary nie słyszy” – „Nie, choćby nas złamał, nic nie tracimy” – „Jesteśmy czekolady” – „I stałyśmy dobrze, to oczywiste” – „Nic nie jest oczywiste” – „My jesteśmy” – „Słodkie” – „Kakaowe” – „Zdrowe” – „I nikt w nas nigdy nie zwątpił” – „Nikt nie odrzucił” – „Jesteśmy pyszne, więc mówimy, co chcemy” – „Zawsze prawdę” – „Tak, tak, mówimy otwarcie” – „Bo prawda jest gorzka” – „Mówimy więc prawdę dla równowagi” – „Nieprawda, że gorzka, to taki mit”, usiłowałam powiedzieć chociaż coś mądrego – „Powiedziała osoba, która nie wierzy, że postawiła prosto batonik na półce” – „A nawet gdybyśmy stały krzywo, to czym się przejmujesz?” – „Wiem” – „No właśnie” – „A teraz śpij dobrze” – „Tak, idź już” – „Było miło” – „Ale się skończyło” – „Won, won, moja droga” – „Dziękuję, dobranoc”, pożegnałam się i poszłam do domu, a po drodze dotarło do mnie tylko, że nikt nie uwierzy w tę historię i że zostawiłam w sklepie parasolkę.

Następnego dnia w drzwiach „Delikatesów” stanął wysoki, szeroki mężczyzna: „Nie martw się, chłopcze – podał rękę Y – Słyszałem od twojego ojca, że łatwo się wywracasz. Ja za to stoję mocno na ziemi i także twój sklep postawię na nogi. Sam miałem kiedyś własny, niestety zbankrutował. A to daje nam tylko pewność, że teraz osiągnę sukces. Tacy jak ja życiowej porażki doświadczają tylko raz, aby nabrać większej szlachetności”, mówił z przekonaniem, stawiając kołnierzyk różowego polo. Y ucieszył się nawet, że w końcu otrzymał pomoc, ale po dwóch miesiącach sprzedaż nie wzrosła ani o włos: „Płacisz mu fortunę, a nic się nie zmieniło. Tymczasem wciąż nie masz na promocję”, przypominał ojcu, a ten wyjaśnił rzeczowo: „Znowu wydaje ci się, że jesteś od kogoś lepszy, a my tu jesteśmy zespołem. W biznesie nie chodzi o ciebie ani o żadnego z nas. Biznes to współpraca, komunikacja. Narobiłeś długów, więc przestań narzekać. Lepiej podziękuj M, mnie nie musisz”. Był listopad, niebo zmieniało się z szarego na grafitowe, a krople deszczu wydawały się grube jak bąki i przykre jak muchy; po nim czekał już tylko czarny grudzień. Nauczyłam się tu jeździć na rowerze z otwartym parasolem: należy go trzymać przed sobą i ufać, że nikt nie stoi na drodze.

Kiedy Y nie poddawał się i kolejny raz próbował otrzymać odpowiedź od ojca, ten wykorzystał swój specjalny talent: zamienił się w psa. Podchodził o krok za blisko i patrzył jeszcze bardziej z góry, prosto w oczy, a jednocześnie warczał, niemal niesłyszalnie, paraliżując ofiarę. 1 stosował przemoc tylko wtedy, gdy nikt tego nie widział, ale dzięki przemianie mógł działać także przy świadkach. Y trudno było to wyjaśnić, dobrze więc, że nie musiałam długo czekać, by i na mnie 1 wypróbował psa. Ten pies jest naprawdę, przysięgam, to fakt, tak jak cała ta historia jest oparta na faktach, tyle że lepiej włożyć ją między bajki, w bajkach bowiem rzeczy nieprawdopodobne bierzemy za prawdziwe bez kręcenia nosem. Bajki przydają się także wtedy, kiedy pisze się o ważnej osobie, która kłamie bez mrugnięcia okiem i którą stać na dobrego prawnika; kto wie, może nawet pozwolą zaspokoić głód sprawiedliwości, gdy nic więcej nie mogę zrobić. W tym czasie końce mych linii stały się tak czułe, że tylko puchły i cierpły, choć nie miałam pojęcia, gdzie się znajdują. Po przeszywającym, wilgotnym chłodzie sądziłam, że są jeszcze w Holandii; a może wróciły już do domu i przechadzały się nad rzeką.

Dwa dni po tamtej rozmowie w sklepie pojawił się kolejny nieznajomy: „Jestem T i zajmuję się postowaniem na facebooku, instagramie, youtubie, snapczacie i tik-toku. Pan 1 zatrudnił mnie, bo sam nie dajesz sobie rady, a ja właśnie kończę wyższe studia z organizacji czasu wolnego i w CV mam wpisane hobby: media społecznościowe” – „Dzięki, wystarczy, że sam je prowadzę. Nie mam tylko pieniędzy na promocję w realu”, bronił się Y, ale T nie ustąpił: „To nie moja sprawa. A o internet się nie martw. Będę robił to samo co ty i po sprawie. Daj mi od razu wszystkie hasła” – „Najpierw porozmawiam z ojcem” – „Muszę być chyba lepszy od ciebie, mi przecież płaci, a tobie nie, prawda?”, zapytał grzecznie, po czym zadzwonił do 1 i życzliwym głosem powiadomił, że zaraz rzuci tę pracę, jeśli jego syn będzie się tak zachowywał. 1 natychmiast przyjechał, zaciągnął Y na zaplecze, chwycił za gardło i przygniótł do ściany: „Kiedy w końcu nauczysz się żyć z ludźmi? Kiedy zaczniesz współpracować? To profesjonaliści! Za kogo ty się masz? Gdzie są klienci?”, a kiedy Y wyrwał mu się, uciekł ze sklepu i zadzwonił po policję, ta powiedziała tylko, że nie może usunąć właściciela z jego własnej firmy, zwłaszcza że to przecież sprawa rodzinna.  Dołączyłam wtedy do Y, razem czekaliśmy na dworze obserwując przez szyby, jak 1 wita policjantów serdecznie, z uśmiechem; zaczynał się nowy rok, a ja tak bardzo zmarzłam, że nie umiałam odmachać, gdy sympatyczny patrol wchodził do radiowozu, życząc powodzenia: po holendersku należy wyobrazić tu sobie pogodny, energiczny okrzyk „Sukssess!”

Kiedy parę miesięcy później złapał za gardło także mnie, nie miałam za sobą ściany, po prostu upadłam. Gdy próbowałam się podnieść, popchnął mnie znowu, do ogródka, gdzie znów odwiedzały nas jasne i dorodne gołębie i gdzie krzyknęłam tak, że plotkujące za płotem sąsiadki uciekły do siebie i spuściły rolety. Policja wprawdzie wyprowadziła 1 z naszego domu, lecz zwróciła mi także uwagę, że to problem biznesowy, i jeśli pokój ma być trwały, panowie muszą omówić swoje sprawy. Teraz moje końce swędziały, żebym zrobiła cokolwiek, ale nie mogłam – 1 groził nam, że w razie bankructwa całą odpowiedzialność zrzuci na Y. Na szczęście lato miało się niedługo skończyć, bo i tak nie wiedzieliśmy, co z nim zrobić; głupio nam tylko było, że nie umiemy pojechać do lasku na zwykłą wycieczkę. 

Po trzech dniach od rozmowy z T w drzwiach stanął kolejny nieznajomy: „Jestem H. Zorganizuję dla ciebie to miejsce. Teraz to ja będę sprzedawał i sprzątał, możesz już odpocząć, twój ojciec zadbał o ciebie”. Y nie musiał już nawet wychodzić ze sklepu, bo i tak nie było go widać, miał za to jeszcze tyle głosu, by zadzwonić do 1: „A co ze mną? Co ja mam tam robić?” – „Sam widzisz, jaki jesteś nerwowy, sfrustrowany – odparł wyrozumiale – Nie panujesz nad sobą, a miałbyś obsługiwać klientów? Nie możesz myśleć tylko o sobie, zacznij w końcu myśleć o dobru firmy tak, jak ja myślę o twoim! Po co więc ta złość? Zawsze możesz najpierw ze mną porozmawiać”.

Y wycofał się, lecz nie mógł zapomnieć o swoim marzeniu. Kiedy dowiedział się, że liczba klientów nie przestaje się zmniejszać, zadzwonił do ojca jeszcze raz, a potem jeszcze raz, i jeszcze, dzwonił codziennie. Ale nic się nie zmieniło, bo z 1 nigdy nic się nie zmieniało: „Zadłużyłeś sklep, więc przestań obwiniać mnie, M, T i H, dajemy z siebie wszystko, czego miałbyś chcieć więcej? Jednak cieszę się, że do mnie dzwonisz, nasze rozmowy są dla mnie ważne. Chcę też, żebyś uczył się tu fachu, żebyś wrócił do pracy i wykonywał polecenia M, T i H. Oczywiście tak jak do tej pory, masz zasiłek? Po mojej śmierci otrzymasz całą tę świetną firmę”. 1 nie był aż tak stary, byśmy mogli pocieszać się jego śmiercią, więc udaliśmy się do prawnika; prawnik zaś uznał, że w przypadku spraw rodzinnych najlepiej sprawdza się mediacja, tym bardziej że Y nie ma większych szans wygrać z ojcem w sądzie, bo dla sądów liczą się tylko podpisane umowy. 1 zgodził się chętnie i sam zapłacił 1500 euro, dzięki którym zyskał jeszcze parę godzin i świetnego świadka: znów opowiadał, jak poświęca się dla syna, jak wszystko dla niego robi, byle stworzyć mu jakąś przyszłość. Y był wszak za słaby, by dać sobie radę, a mając własny biznes będzie miał przyszłość prostą jak jego własna – mnie już przy tym nie było, prawnik bowiem wyrzucił mnie ze spotkania, powtarzając za 1, że to sprawa między ojcem i synem. I tylko dlatego że był styczeń, wierzyłam jeszcze w nowe otwarcie.

Y wierzył natomiast, że jeszcze przekona ojca i odzyska sklep, mógłby przecież odejść. A może nie mógłby, bo ojciec wciąż groził mu długiem albo wydzwaniał bez końca, by jeszcze raz porozmawiać. Żeby go opuścić, znów trzeba by iść na policję, Y chciał jednak walczyć do końca;  stał się przy tym tak wiotki, że nie mógł za długo ustać, a ja nie mogłam go wesprzeć, bo rozrosłam się w nieskończoność i straciłam czucie. By wrócić do siebie, stosowałam medytację, lecz po zamknięciu oczu fantazjowałam tylko, że 1 zamienia się w czarną szparę, zostawiając po sobie smużkę dymu na znak, że bardzo cierpiał, i że jeszcze pocierpi w piekle. Znów był listopad, jakieś dwa lata po tamtym kwietniu, a my wiedzieliśmy już, że kochanie może przygasnąć z bardzo przyziemnych powodów, choć o rozstaniu mówiliśmy tylko w żartach. Jeśli zaś ktoś z was chce wiedzieć, kim są X, Y i 1, można napisać do mnie na akopkiewicz@gmail.com, mam też materiał dowodowy. Opowiem jednak tyle, ile sama będę chciała, nie zamierzam się już bowiem do niczego zmuszać.


1 „Y” powinno być zapisane skośnym „Y”.



Aldona Kopkiewicz – autorka książek poetyckich sierpień (Wrocławska Nagroda Poetycka Silesius 2016) i Szczodra (Nagroda Fundacji im. Kościelskich 2019). Pisze także prozę, eseje i teksty dla teatru. – Wypierdalać.