I am like an earthworm, he thought. Or a mole, also a gardener,
that does not tell stories, because it lives in silence.
     Coetzee

I w ten sposób, powiedziałbyś, można żyć: na krawędzi
liści, które są jak nożyki do skóry. Ciche dżdżownice i krety,
obserwujemy je. To inne formy życia, w nas. Nimi jesteśmy,
w tej głębi. Może gdzieś jeszcze żyjesz, ogrodniku, gdy piszę to,
co piszę, na drugiej z ruchomych półkul, które są jak półkule
tego samego mózgu; tej ziemi, z której wygrzebaliśmy się
na powierzchnię. Przeżywasz wysłużony koniec.

Nasze ciała, inne. Karmimy je bez powodu, bez nadziei;
karmimy przez bezsenność. Nosimy w sobie nasiona, wysiewamy
się wszędzie, gdzie wyczujemy potencjał; gdzie nam nie przeszkodzą.
Kto pytałby o pozwolenie? Ziemia już czeka. Jesteśmy siewcami,
zbiegami z instytucji. Matka jest jednym i tym samym: otworem,
z którego wyszliśmy. Do którego z powrotem nas włożą,
zużytych. Nieistniejący ojcowie od dawna nie istnieją.

Ostatnio grzęznę w nocnym krajobrazie, nie przypomina już
niczego. Jest prawdziwszy, gdy odbiera wszystko. To jedyna racja
bytu, porcyjka; jeden z wariantów istnienia. Mądrość jest głupotą,
jej kaleką formą. To ciało to nasz jedyny ciężar. Poeci tacy jak my
układają wiersze przeciwko wierszom. Wiersze nie występują
w naturze, obaj o tym wiemy. Miejsce wierszy jest pod ziemią.
Poeci tacy jak my układają swoje wiersze w ziemi.

Dojrzewają ciała roślin. Czy widziałeś coś piękniejszego
niż dojrzewające ciała, Zajęcza Wargo? Późno poznałeś ciepło
kobiet, wewnętrzne. Ta wojna; jest w nas i poza nami. Ma twarz
ludzi, białą i czarną. Przychodzi i odchodzi. Tylko życie zostaje;
jakieś. Nie wiem, skąd we mnie twoja nagość. Przyszła od słów,
którym nie ufałeś. Byłeś mądrzejszy ode mnie, wybierając
milczenie. Ja się nimi karmiłem; ale nic nie wyżywiły.

Przyłożone do ziemi, słowa głuchną; upokorzone. Kępka
trawy znaczy więcej niż wszystkie słowa świata. Wysiewa się
czas, poza nami. Z piekieł swoich wojen przychodzą inni
ludzie. Płody tej ziemi, tak podobne do ich bezwzględnych
ciał. Woda jest we wszystkim, czego pragniemy. Życie rzadko
ma twarz ludzi, nie potrzebuje jej. Wbrew ich nadziejom,
jest sobą; gdy po cichu odchodzi, żeby przetrwać.

Zamknięty w obozie, zamknięty w szpitalu, byłem z tobą.
Jedyne, czego się boimy, to zamknięcia. Nikt nie osadza kretów
w obozach, dżdżownic w szpitalach. Myślałeś wtedy o nasionach;
są piękniejsze od ludzi, rośliny. Moglibyśmy się od nich uczyć
życia; my, którzy je odbieramy. Choć w głębi serca czujemy,
że tego życia nie można odebrać. Zastrzelą człowieka, zetną
roślinę, a ono wszystko przeżyje, w sobie; nienaruszone.

Moje południe nie przypomina twojego. Gdy to piszę,
pada śnieg. Nie zrobiłem nic, żeby zapobiec jego upadkowi;
nie potrafiłem. Ten śnieg to woda, którą cierpliwie wypijemy.
Patrzę w ciemność. Ucichły wystrzały. Słyszę szum morza.
Byłem dziś ciemnością, wystrzałem, morzem. Byłem kretem
i dżdżownicą. Mam wygiętą łyżeczkę; wystarczyłaby jedna
dla nas obu. O świcie znowu wypełznę na powierzchnię.



Juliusz Pielichowski – poeta, tłumacz z języka angielskiego. Opublikował tom wierszy Czarny organizm (Mikołów 2019). Przekłada na język polski eseje i pisma H. D. Thoreau (O chodzeniu, Lublin 2019; fragmenty „Dziennika”, „Literatura na Świecie” nr 9–10/2020). Przygotował wybór szkiców i opowiadań Elizabeth Bishop (Amerykańska Szkoła Pisania, razem z Andrzejem Sosnowskim i Marcinem Szustrem, Stronie Śląskie 2020), a ostatnio, z angielskiego przekładu, spolszczenie zaginionego opowiadania Marka Hłaski (Diabły w deszczu, Mikołów 2020). Mieszka w Krakowie.