21 lipca 1851

8 rano – Przedpołudnie pełniejsze jest światła. Motyle na kwiatach same wyglądają jak inne, często większe kwiaty. Tęsknię za jedną z tych starych, wijących się, suchych i nieuczęszczanych dróg, które prowadzą daleko poza miasta, które odwodzą nas od pokus, wiodąc na krańce ziemi, po jej najbardziej zewnętrznej skorupie; na których można zapomnieć, przez jaką krainę się podróżuje; gdzie żaden farmer nie ma prawa skarżyć się, że depczemy jego pastwisko, żaden dżentelmen, który niedawno osiadł na wsi – że wchodzimy na jego teren; którymi można ruszyć bez przygotowania i pomachać na pożegnanie miasteczku; którymi można wędrować jak pielgrzym, nie udając się donikąd; gdzie podróżni nie są zbyt często widziani; gdzie duch jest wolny; gdzie nikt nie dba o mury i ogrodzenia; gdzie głowa jest bardziej w niebie niż stopy na ziemi; gdzie nic nie przesłania widoku i można dostrzec zbliżającego się podróżnika z odległości pół mili, by przygotować się na spotkanie; gdzie ziemia nie jest na tyle żyzna, żeby kogokolwiek skusić, a za płot służą korzenie i pnie, nie zwracając na siebie uwagi; gdzie podróżni nie mają powodu się zatrzymać, więc mijają cię i pozostawiają własnym myślom; gdzie nie ma znaczenia, w którą stronę się obrócisz, czy ruszasz dalej, czy dopiero przychodzisz, czy jest ranek, czy wieczór, południe, czy północ; gdzie ziemia jest wystarczająco tania, gdyż jest dobrem wspólnym; gdzie możesz przechadzać się i myśleć bez skrępowania, bo nic nie odmierza twoich kroków; gdzie możesz iść i oddychać pełną piersią, poddając się nastrojowi; gdzie nie utrzymujesz fałszywych stosunków z ludźmi, nie jesz z nimi ani nie rozmawiasz; którymi możesz dotrzeć do najdalszych zakątków ziemi. Taka droga jest wystarczająco szeroka – szeroka jak myśli, jakie nawiedzają cię za jej sprawą. Czasami to ledwie pół tuzina prętów, które mam ochotę pokonać, gdzie powietrze jest inne; to tam, myślę sobie, moje życie wyjdzie mi naprzeciw; jak myśliwy, idę pełen oczekiwania. Gdy stanę na wprost tamtego nagiego borówkowego wzgórza, moje myśli nabiorą rozmachu. Czy to kwestia jakiejś aury, dobywającej się z ziemi niczym opary, czy coś jest w wiatrach, które tam wieją, czy też we wszystkim, co tam, w harmonii z moim duchem, zebrało się w jednym miejscu? Mury wzdłuż niej nie mogą być zbyt wysokie, by mnie nie więzić, ale raczej niskie, pełne szczelin. Drzewa nie mogą być zbyt liczne, ani wzgórza za blisko, żeby nie przesłaniały widoku, ani gleba zbyt żyzna, by myśli nie kierowały się ku ziemi. Musi to być po prostu i droga, i życie – droga, co do której najstarszy mieszkaniec nie pamięta, żeby kiedykolwiek była naprawiana, ani żeby naprawa w ogóle była konieczna. Nie potrafię chodzić na co dzień drogami, które wymagają naprawy; z pewnością sam diabeł je popsował. To nie kroki myślicieli je wytarły; lekki wiaterek mógłby naprawić takie szkody. Włóczęga nie uszkodzi żadnej drogi, mimo że nią podróżuje, i dlatego nie powinien płacić za korzystanie z drogi publicznej, a raczej – drogi pośledniej. Można by jedynie pobrać od niego opłatę na budowę drogi wznioślejszej niż ta, którą podróżują ludzie. Drogi, wzdłuż której nie paradują ani nie posykują gęsi; nad którą wysoko w górze z rzadka przelecą ich dzikie siostry; nad którą rozlega się jedynie ćwierkanie tyrana i jaskółki, a w koleinach podśpiewuje szarobrewka; gdzie malutki czerwony motyl na krwawniku jest u siebie i nie grozi mu, że jakiś chłopiec uwięzi go w swoim kapeluszu. Tam mogę się przechadzać i kluczyć, wałęsać się i włóczyć. Drogą, którą nie podróżuje nikt prócz Jonasa Pottera i mnie, gdzie żadna krowa, prócz jego, nie odczuwa pokusy, by zatrzymać się i poskubać trawę; gdzie drogowskaz się przewrócił i ręka znacząco wskazuje teraz na niebo – na Sudbury i Marlborough w niebie. Oto droga, którą mogę podróżować, oto Sudbury, do którego zmierzam w tempie sześciu mil na godzinę, albo dwóch, wedle uznania; niewielu będzie dane na nią wejść. Tam mogę się przechadzać i bez najmniejszego trudu odnaleźć w sobie dziecko, którym jestem; gdzie nigdy nie odkryto nic, co mogłoby przykuć uwagę podróżnego – wszyscy poszli dalej za swoimi interesami; gdzie nigdy z żadnym nie spędziłem ani chwili – obojętne mi były ich umowne pory dnia; gdzie być może Tullus Hostiliusz przepadł bez wieści – w każdym razie nigdy go tam nie widziano. Droga do Corner! Dziewięćdziesiąt dziewięć akrów, które trzeba pokonać, żeby się tam dostać! Wolałbym ponownie trafić na nią, choć byłem już dziś rano, niż na cmentarz Graya. Droga, na której w letni dzień słychać bąka, lelka, przepiórkę oraz – tak, głos przepiórki najbardziej przypomina ptaka, którego tam słyszałem; gdzie łowczy nic nie złowi. I gdzie rumianek spogląda mi w twarz – choć nie tam; raczej blada lobelia, kanadyjska lwia paszcza. Niewysoka tawuła i wiązówka zwieszają się przez płot i nic wielkiego nie przesłania widoku – a maliny rosnące wzdłuż murów przed nastaniem suszy są pokarmem dla myśli.

To ci, co niszczą drogi, jeżdżąc do Brighton i na targ, powinni płacić cały podatek. Niespieszne kroki myśliciela nigdy nie sprawiły, że droga stała się mniej zdatna do podróży.

Tam myśli są wolne i człowiek w głębi duszy jest wolny. Za wyjątkiem wszechobecnego rzeźnika z jego wozem dla cielaka, za którym podąża strapiona i niespokojna krowa.

Niech wszyscy się dowiedzą, że w Concord, gdzie w 1775 roku miał miejsce pierwszy zbrojny opór wobec brytyjskiej agresji, rąbie się na kawałki młode cielęta i rzuca kurom, żeby lepiej się niosły, gdyż powszechnie uznawane jest to za najtańsze i najlepsze dla nich pożywienie, a mleko sprzedawane jest do Bostonu.

Na promenadzie statku świata – pasażer skądinąd. Beztroski, zawsze obcy w tych stronach piekarz, któremu nie straszna żadna pogoda, który wypieka swój chleb nie na tej półkuli – i dlatego każdy bochen zdąży wyschnąć, zanim tu dotrze. Ach, istnieje taka droga, na której mógłbyś ogłosić, że uniesiesz się w powietrze, i nie poczynić żadnych przygotowań, aż nadejdzie ów czas; gdzie wyrosną ci skrzydła – bo gdzieżby indziej – i gdzie twoje stopy nie są przykute do ziemi. Przewietrzona głowa czyni kroki lekkimi.

Gdzie nic mnie nie ogranicza i nie przeszkadza mi widok gospodarstw na horyzoncie, których jeszcze nie minąłem. Gdy idę drogą, nie czuję przeszkód pod stopami – nie zaprzątam sobie głowy nierówną ani nawet mokrą ziemią – lecz przed oczami, w myślach lub skojarzeniach, za którymi podążam. Nie wolno mi śnić na jawie; muszę czuć, że jest to najprawdziwsza powierzchnia planety – sucha czy wilgotna, pofałdowana czy płaska – a nie jakieś trociny czy kupka kompostu, albo też ziemia uprawna, wydarta naturze. Gdzie mogę usiąść pod murem i gdzie nie przyglądają mi się żadne stateczne panie udające się po sprawunki, gdzie komuś, kogo ostatnio widziałem w młodości, nie muszę się kłaniać – przynajmniej nie więcej niż raz. Jestem zajęty i nie mam czasu na uprzejmości. Czy ktokolwiek słyszał o takim kuriozum jak człowiek przesiadujący na drodze? Z miejsca zaczyna cię świdrować czworo oczu. Czy mamy większe prawo przyglądać się komuś niż celować do niego z rewolweru? Może wystrzelić; wtedy, być może, udałoby nam się go ujrzeć – choć chyba jednak to nam nie grozi – co byłoby równie śmiercionośne, gdyby kiedykolwiek się wydarzyło, ale zapewne nic takiego nigdy nie miało miejsca.

Wagę myśliciela poznajemy po jego myślach, nie krokach; gdy myśli swobodnie, jego ciało nic nie waży. Nie podepcze waszej trawy, farmerzy.

Myślałem, że wybiorę się na przechadzkę przed południem – zamiast po południu – ponieważ nie byłem ostatnio na polach i w lesie, za wyjątkiem pomiarów, ale najdrobniejszy nawet tego rodzaju obowiązek przypomina czarny welon, który oddziela nas od natury, jak u tego ekscentrycznego i melancholijnego pastora, o którym słyszałem. Mógłby to być najpiękniejszy dzień w roku, a ty nawet nie zauważysz. Jeden drobny sprawunek, jedno małe zobowiązanie, jedna wiadomość do przekazania są w stanie obrzydzić samo niebo. Mówią, że temu, kto kocha, tylko miłość w głowie! Oto jedyny człowiek na całym świecie, który jest wolny. A jedyne, co was czeka, to wasze dolary. Wyjść z domu, zanim upał stanie się nie do zniesienia, żeby zobaczyć, jaka jest różnica pomiędzy przedpołudniem a popołudniem. Wydaje się, że powietrze jest teraz trochę chłodniejsze; gdzieniegdzie jest jeszcze trochę rosy, nawet na krótkiej trawie w cieniu murów i drzew; piechur pełen jest wigoru. Nie słychać nic prócz delikatnego świergotania jaskółek i sprężystej nuty wróbla pośród traw i drzew, skowronka na łące (teraz, o ósmej rano) i cykania świerszcza w tle, co upodabnia tę porę do nocy. W rzeczywistości dzień jest równie spokojny co noc. Wystarczy rozciągnąć jej welon nad tym krajobrazem, a dźwięki te nie będą przeszkadzać ani nie będą donośniejsze niż nocą. Różnica zasadza się na czerni i bieli. Natura pogrążona jest w białym śnie. Zapowiada się upalny dzień, a kosiarze już od czwartej rano ostrzą swoje kosy na polach. Gdy widziałem, jak o świcie rozpoczynają pracę, miałem poczucie, jakby działo się to zeszłej nocy. Jest coś upiornego w pracy o tak wczesnej godzinie. Nie potrafię jednoznacznie i w pełni uchwycić różnicy pomiędzy tą porą a popołudniem, choć niewątpliwie istnieje, i jest wystarczająco wyraźna, o czym wiedzą moje zmysły. Około drugiej po południu zrobi się cieplej, mgiełka podniesie się i zasłoni góry, a liście pozwijają się i jeszcze więcej pyłu będzie unosiło się w powietrzu. Każda roślina jest teraz jędrniejsza, odzyskawszy siły po wczorajszym upale. Chłodniejsze powietrze nocy wciąż zalega nad polami, tak jak nocą zalega nad nimi ciepłe powietrze dnia. Południe to pora, gdy najlepiej chyba pozostać w domu.

Nie ma nic równie wspaniałego, ale każdy obowiązek potrafi tę wspaniałość skutecznie przesłonić. Większości ludzi dla jakiejś trywialnej sprawy odkłada życie na później, a tym samym i niebo. W swej głupocie są przekonani, że mogą nadużywać życia, żyć byle jak, nie dbając o jutro, a gdy trafią do nieba, zacznie się dla nich nowy rozdział.

Dostrzegam ślad bosej ludzkiej stopy na pylistej drodze, z wiernie odciśniętymi palcami i mięśniami. Widok tak rzadki, że zaskakuje nie mniej, niż ślad stopy na brzegu Juan Fernández zaskoczył Crusoe. Tutaj wydaje się równie rzadki. Jestem tak poruszony, jakby przybył do nas jakiś Hindus lub mieszkaniec Wysp Południowych – jakiś człowiek, który posiada stopę. Powoli dochodzę do wniosku, że każdy z moich sąsiadów – sędzia w swojej ławie, pastor na ambonie – mógł zostawić taki lub podobny ślad, choć nie zdarza się to często. Przyjemnie jest widzieć ślady krów, zwierzyny i ptaków. Gdy ponownie myślę o podeszwie swojej własnej stopy, upodabniam się do tropiciela – bardziej niż wtedy, gdy dostrzegam jedynie ślad buta mego sąsiada lub gdy przedstawiamy się sobie i rozmawiamy. Sędziemu, którego spotykam, mam ochotę powiedzieć: „Zostaw za sobą ślady”.

Ludzie są na ogół zepsuci za sprawą swojej uprzejmości i życzliwości. Nie można prowadzić z nimi pożytecznej rozmowy, tak są ulegli, gotowi, by się z tobą zgodzić. Nawet w krótkiej rozmowie wykazują się wielkoduszną cierpliwością i grzecznością. Chciałbym się zetknąć z kimś tak uderzająco odmiennym, abyśmy mogli być dla siebie zarazem gościem i gospodarzem, wzajemnie się krzepić. Niektórzy stapiają się w jedno ze swoimi manierami i znikają. Z niezliczonymi dżentelmenami spotykam się bez cienia nadziei i jedynie po to, aby jak najszybciej ich pożegnać, bo nie mogę spodziewać się jakiejkolwiek nieuprzejmości z ich strony. Człowiek poirytowany, człowiek grubiański, ekscentryk, milczek, który nie poddaje się łatwo drylowi – w nich cała nadzieja. Wszyscy wasi dżentelmeni są do siebie podobni. Wypowiadają swoje opinie tak, jakby to nie ludzie je wypowiadali. Wszystko jest „jak pan sobie życzy”; wszystko jest im obojętne. Będą pleść trzy po trzy. Człowiek interesujący raczej będzie cię unikał, i niewielkie są szanse, że uda ci się z nim zamienić słowo. Z ludźmi pracy, których znam, z włóczęgami, rybakami i myśliwymi, mogę rozprawiać z pożytkiem, bo każdy z nas pozostaje wolny; oni to oni, a ja to wciąż ja; nie przychodzą i nie rozsiadają się u mnie na cały dzień czy godzinę, oczekując uprzejmego przyjęcia, nie narzucają mi się dla rozrywki, nie zbliżają się do mnie z białą flagą. Nie porzucają samych siebie, by spotkać się ze mną. Dżentelmen nigdy mnie nie zelektryzuje; nie jest węgorzem elektrycznym, ale jednym z pospolitych gatunków, które wyślizgują się z rąk i pokrywają je śluzem, bez względu na to, jak mocno się je zaciska. Jest człowiekiem w każdym calu; zaprawdę wart jest tego miana.

Zajadać się jagodami na suchych pastwiskach Conantum, jakby były pokarmem myśli, wysuszone jak one! Jagody są już wystarczająco duże, żeby je zbierać.

9 rano. Conantum – Ćwierć mili to wystarczająca odległość, żeby powietrze wydawało się teraz niebieskawe. Nie zdarza się to wiosną ani wczesnym latem. Dobrze się złożyło, że właśnie tu zobaczyłem łuszczyka zatroskanego o swoje młode – doskonałe  ucieleśnienie najciemniejszego błękitu, jaki kiedykolwiek napełniał doliny o tej porze roku. Wiechlina również ma niebieskawy odcień, gdy odbija światło.

Gdy jesteś młody, pamiętaj o swoim Stwórcy; to znaczy – gromadź zapasy naturalnych doświadczeń. Śpiewaj, dopóki możesz, zanim nadejdą złe dni. Kto ma uszy, niechaj słucha. Patrz, słuchaj, wąchaj, smakuj itd., gdy zmysły są świeże i nieskalane.

Wszędzie wkoło rozlega się rodzaj pięknej muzyki, przypominającej dźwięki harfy eolskiej. Dolatuje mnie teraz jak gdyby łagodny ton odległych rogów rozbrzmiewający w pustych komnatach wyższych sfer powietrza, ton, za sprawą którego wszystkich ludzi słyszących go wysoko ponad głowami ogarnia boski szał, ton, który dociera do moich uszu. Jakąż harfą jest ten świat dla uszu, które słuchają! Ucho wypełnione innymi dźwiękami jest przekonane, że poza świerszczem nic więcej nie słychać, ale istnieje odwieczna melodia, która rozbrzmiewa o poranku, w południe i wieczorem, jeśli tylko ma się słuch zdolny ją wychwycić, i od czasu do czasu ten czy inny człowiek słyszy tę muzykę, bo jego uszy są dlań stworzone. I tawuła, i wiązówka pragną jej słuchać. Dlatego są tak pięknie ubarwione, zanurzone w niższych pasmach tej melodii.

Zjadam te jagody tak naturalnie, jak przychodzą mi do głowy myśli.

Nigdy jeszcze nie zdarzyło mi się usiąść w domu, z wyjątkiem mojego własnego domu w lesie, i usłyszeć śpiewu drozdka. Czyż nie byłoby miło usiąść w takiej izbie, przy dźwiękach najlepszego śpiewaka z gaju?

Przepiórka gwiżdże, niewidoczna, i któż jej słucha?

10 przed południem – Otworzyła się biała lilia. Jak zniosła te upały? Otworzyła się jakby zdyszana i spoczywa teraz wyciągnięta, ze zbyt długą łodygą, na tafli rzeki skurczonej od upałów. Powietrze robi się coraz bardziej niebieskie, co daje ładny efekt, gdy patrzy się z jednego zagajnika na drugi przez wąski prześwit. Gromadka gołębi schroniła się przed skwarem w koronach najgęstszych białych sosen – bez wątpienia migrują. Nie mają zamiaru się dla mnie poruszyć. Muchy bzyczą i krążą wokół mojego kapelusza, a zwiędłe sosnowe gałązki i igły, które zostawili za sobą drwale, wydzielają suchy i niemal mdlący zapach. Na sąsiednim drzewie kukułka chichocze na wpół przytłumionym głosem, a teraz, przelatując na sosnę, płoszy gołębia, który odlatuje z rozpostartym, pięknym ogonem, między drzewami dając nura to w jedną, to w drugą stronę, jak statek o zbyt dużym ładunku na wodach małego strumyka, wspaniały okręt bez pola manewru – ucieczka pełna trzepotu.

Z powodu niebieskawej mgły prawie nie widać gór – tylko Wachusett i te położone najbliżej. Wierzchołek ciernistego krzewu jabłoni na Conantum wypuścił ostatnio gałązki, postanawiając zostać drzewem; a te, rozrastając się (i dając owoce), sprawiły, że całość przypomina ogromną klepsydrę. Dolna część jest zdecydowanie najgęstsza, rzekłbyś: piasek już się przesypał.

Wracam teraz przez bujny las na Conantum, tuż przy źródle, gdzie runo upstrzone jest plamami słońca – niskie drzewa, które jednak dają wystarczająco dużo cienia.

Przy drodze właśnie rozkwita przykurzony rumianek, jeden z najskromniejszych kwiatów. Do tego szorstki jastrzębiec na wilgotnym poboczu drogi, którego kwiat przypomina jesiennego mniszka. Prawdopodobnie była to verbena hastata, czyli pospolita witułka, którą znalazłem niedawno nad stawem Walden.

Antirrhinum Canadense, kanadyjska lnica, na drodze do Corner; i postrzępione storczyki na Conantum.

8.30 wieczorem – O tej porze, w letni wieczór, ulice miasteczka wydają mi się dużo ciekawsze niż za dnia. Po całodziennych sianokosach sąsiedzi i farmerzy przychodzą po sprawunki i rozmawiają na ulicy, słyszę dźwięki różnych instrumentów i śpiewy dobiegające z domów. Zaledwie przez godzinę lub dwie są rozsądnie zatrudnieni. Wieczór poświęcony jest poezji, którą mieszkańcy miasteczka potrafią docenić.

Jak rzadko można spotkać farmera obdarzonego uczuciami! Był jeden, generał Joshua Buttrick, który zmarł niedawno; mawiano o nim, że miał uczucia. Sam zwykł twierdzić, że zapach prochu strzelniczego bardzo go pobudza.

Ponoć Mirabeau chwycił się zbójectwa, „aby przekonać się, jak bardzo trzeba być zdeterminowanym, by otwarcie przeciwstawić się najświętszym prawom społeczeństwa”. Stwierdził, że „żołnierz walczący w szeregach armii nie potrzebuje nawet połowy odwagi rozbójnika”. „Honor i religia nigdy nie przeszkodziły przemyślanemu i zdecydowanemu postanowieniu. Niech mi pan powie, Du Saillant, gdy prowadzi pan swój pułk we wrzawę bitwy, aby podbić prowincję, do której nie ma żadnego prawa ten, którego nazywasz swoim panem, czy uważasz, że robisz coś lepszego niż ja, gdy zatrzymuję twego przyjaciela na królewskim trakcie i żądam jego sakiewki?”.

„Nie rozmyślam o tym, dlaczego jestem posłuszny” – odpowiedział hrabia. „A ja rozmyślam bez oglądania się na posłuszeństwo, gdy wydaje mi się ono sprzeczne z rozumem” – odparł Mirabeau.

Było to odważne i prawe, taka jest kolej rzeczy; a jednak było też rozpaczliwe. Rozsądniejszy człowiek znalazłby wystarczająco wiele sposobności, by otwarcie przeciwstawić się najświętszym prawom społeczeństwa i w ten sposób wystawić swoje przekonania na próbę w naturalnym biegu wydarzeń, bez naruszania praw własnej natury. Nie jest rolą człowieka przeciwstawiać się w ten sposób społeczeństwu, ale wytrwać w takiej postawie, jaką człowiek sobie wybrał, postępując w zgodzie z prawami własnego istnienia, które nigdy nie staną w sprzeczności ze sprawiedliwymi rządami. Natnij skórę buta tylko tam, gdzie cię uwiera. Nie kierujmy się fanatyczną cnotą, pałając żądzą zemsty na społeczeństwie – która nie spada na nie jak poranna rosa, ale jak gorące słońce południa, by wysuszyć je na wiór.

Od tłumacza

Rok 1851 należy do najciekawszych w „Dzienniku” Henry’ego Davida Thoreau. Trzydziestoczteroletni wówczas autor Obywatelskiego nieposłuszeństwa po części miał już za sobą raczej gorzkie doświadczenia związane z publikacją pierwszej książki (A Week on the Concord and Merrimack Rivers, 1849) – okazała się ona czytelniczym i finansowym fiaskiem, a niemal cały jej nakład, za którego druk Thoreau zapłacił z własnej kieszeni, dwa lata później (w październiku 1853 roku) został mu zwrócony i trafił do jego pokoju na poddaszu rodzinnego domu. Niepowodzenie to niewątpliwie wpływało zarówno na jego samopoczucie, jak i na codzienne życie – aby spłacić dług, musiał podjąć się pracy mierniczego, o czym wspomina w zapisku z 21 lipca 1851 roku. Ale myślami był już przy kolejnej książce, stanowiącej owoc przeszło dwuletniego pobytu nad stawem Walden (1845–1847). W swoim najsłynniejszym dziele Thoreau oparł się na zapiskach sporządzonych w latach, gdy mieszkał w lesie na obrzeżach Concord, a „Dziennik” był miejscem, w którym niejednokrotnie wracał do poczynionych wówczas spostrzeżeń i przemyśleń, często znacząco je rozwijając (niektóre zdania z ostatnich dwóch akapitów zapisku z 21 lipca, poświęcone Mirabeau, trafiły w niemal niezmienionej postaci do ostatniego rozdziału Waldena).

Rok 1851 był także pierwszym, w którym „Dziennik” stał się w pełni samodzielnym, niezależnym bytem literackim – z czasem chyba najważniejszym w dorobku Thoreau, mimo iż pisanym niekoniecznie z myślą o publikacji. Choć wzorem innych transcendentalistów Thoreau prowadził swoje zapiski już od wielu lat (od jesieni 1837 roku, gdy ukończył studia na Harvardzie), do połowy roku 1850 „Dziennik” był dla niego przede wszystkim rodzajem poligonu twórczego – zdarzało mu się wyrywać z niego kartki, często sporządzał w nim notatki z lektur, zapiski były też krótsze i bardziej abstrakcyjne. Od połowy 1850 roku stawały się jednak coraz dłuższe; Thoreau koncentrował się w nich na opisie miejsc, które odwiedził podczas swoich przechadzek, niektóre przybierały wręcz formę notatek terenowych. Zapisek z 21 lipca 1851 pod wieloma względami stanowi doskonały przykład „klasycznego” dziennikowego trybu narracji – znajdziemy w nim zarówno ogólniejszą refleksję o drogach i chodzeniu (rozwiniętą w eseju O chodzeniu, który Thoreau uznawał za najlepsze wprowadzenie do swojej myśli), jak i obfitujące w szczegóły opisy flory i fauny okolic miasteczka. Ale zapisek ten nie jest wyłącznie dziełem naturalisty – od samego początku obecna jest w nim refleksja o charakterze społecznym i to ona wybrzmiewa w jego zakończeniu. Dopiero w „Dzienniku” można w pełni ujrzeć wielopoziomowy i meandrujący charakter wolnej myśli Thoreau, która w Waldenie oraz słynnych esejach często musiała iść na kompromis z duchem czasów. W „Dzienniku” Thoreau był najbardziej sobą – człowiekiem, który zawsze sytuował się na pograniczu świata natury i społeczeństwa, na poboczu „starych, wijących się, suchych i nieuczęszczanych dróg, które prowadzą daleko poza miasta, które odwodzą nas od pokus, wiodąc na krańce ziemi”.



Henry David Thoreau (1817–1862) – amerykański pisarz, filozof i przyrodnik. Zaliczany tradycyjnie do tzw. transcendentalistów, dziś postrzegany jako jeden z najważniejszych i najbardziej oryginalnych myślicieli amerykańskich, którego znaczenie wykracza daleko poza XIX wiek. Urodził się w Concord w stanie Massachusetts, gdzie spędził niemal całe życie. W lipcu 1845 zamieszkał nad stawem położonym nieopodal miasteczka, a pobyt ten zaowocował jego najsłynniejszą książką – Walden (1854). Począwszy od 1837 roku, prowadził dziennik (Journal, 1906), coraz częściej uznawany za jego najważniejsze dzieło. Autor słynnych esejów Obywatelskie nieposłuszeństwo (Civil disobedience, 1849), O chodzeniu (Walking, 1862), Życie bez zasad (Life Without Principle, 1863). Jako żarliwy abolicjonista pod koniec życia zaangażował się w obronę Johna Browna, poświęcając mu esej Ostatnie dni Johna Browna (The Last Days of John Brown, 1860). Inne jego dzieła to m.in.: A Week on the Concord and Merrimack Rivers (1849), The Maine Woods (1864), Cape Cod (1865). Zmarł w rodzinnym Concord 6 maja 1862 roku.

Juliusz Pielichowski – poeta, tłumacz z języka angielskiego. Opublikował tom wierszy Czarny organizm (Mikołów 2019). Przekłada na język polski eseje i pisma H. D. Thoreau (O chodzeniu, Lublin 2019; fragmenty „Dziennika”, „Literatura na Świecie” nr 9–10/2020). Przygotował wybór szkiców i opowiadań Elizabeth Bishop (Amerykańska Szkoła Pisania, razem z Andrzejem Sosnowskim i Marcinem Szustrem, Stronie Śląskie 2020), a ostatnio, z angielskiego przekładu, spolszczenie zaginionego opowiadania Marka Hłaski (Diabły w deszczu, Mikołów 2020). Mieszka w Krakowie.