Okręt kajak holownik

Słońce z nienawiścią waliło prosto na ścianę, na której Ksiądz Profesor wyświetlał slajdy, więc nie tylko nie było czego słuchać, ale też nie było na co patrzeć. Wykład, który od dwóch godzin trwał w sali imienia Wiadomo Kogo, za nic nie chciał się skończyć. Wreszcie jednak oklaski domknęły i tę część konferencji, chociaż przecież nie były nagrodą, raczej ciosem łaski. Dzięki Bogu obiad wciąż był ciepły i mimo półgodzinnego opóźnienia nadszedł czas rozmów z pełnymi ustami, utajonego mlaskania i uderzania sztućcami o talerze; konferencja była na wysokim poziomie i zadbano o to, żeby jeść na twardym, a nie na papierowym. Po obiedzie wspólne zdjęcie na zewnątrz. Wiało tak mocno, że sutanny przypominały czarne żagle, a cała gromada – statek piracki o trzydziestu sześciu masztach.

Można być tak zmęczonym trwaniem w abstrakcji, że jakikolwiek gest fizyczny wydaje się zbawieniem. Kiedy zrobiono już zdjęcia w kilku standardowych ujęciach, część kleryków rozbiegła się, jakby szukali piłki, którą można by pokopać, albo chcieli zająć najlepsze miejsca w kolejce do budki z lodami. Przestrzeń wokół Księdza Profesora, który swego czasu, pewnego sierpniowego dnia, siedział w kajaku Wiadomo z Kim, opustoszała. Powstało coś w rodzaju bufora, aż Rektor, dotąd stojący skromnie z boku, zdecydował się podejść i zamienić z nim kilka okrągłych zdań, aby uratować autorytet najważniejszego gościa konferencji poświęconej tak istotnej sprawie.

Po przerwie obiadowej sala znów zaczęła się zapełniać, chociaż wcześniej siedziało tam już dwóch czy trzech prymusów. Teraz do środka z hałasem wpadali pozostali klerycy, zmęczeni ruchem na świeżym powietrzu, spoceni i czerwoni. Rektor na wszelki wypadek zamknął duże okno tuż obok stołu prezydentialnego, przeciąg to nic dobrego dla rozgrzanych ciał. Dalsze obrady jeszcze się nie zaczęły, a już było opóźnienie: zepsuł się projektor, Prorektor od razu wybiegł z sali po pomoc.

– Korzystając z przerwy, chciałbym coś jeszcze dodać – powiedział Ksiądz Profesor, i powtórzył to jeszcze dwa razy, najgłośniej jak mógł, zanim klerycy się uspokoili i w sali zapadła odpowiednia cisza. Przemieszał leżące przed sobą kartki, ktoś litościwie podał mu mikrofon, który, jak się okazało, nie był włączony. Profesor zorientował się z pewnym opóźnieniem, nie potrafił jednak znaleźć odpowiedniego przycisku i bezradnie macał mikrofon chudymi palcami. Rektor już dawno zauważył, że Profesor podczas wykładu nie zagląda w swoje notatki, a litery na slajdach są podejrzanie wielkie. Jeśli okulary z grubymi szkłami nie były w stanie pomóc, to być może siedzący przed nim klerycy byli tylko rozmazaną plamą leniwej czerni – gdyby któryś z nich zrobił głupią minę albo bawił się telefonem zamiast uważać, działoby się to w ukryciu, wewnątrz ciemnej chmury. Mikrofon w końcu włączono i oddano Profesorowi, który ciągnął urwany wątek, ale teraz mówił za głośno. Rektor, jakby zmęczony, nachylił się i szepnął mu coś do ucha, szeptali tak między sobą przez chwilę jak dwie koleżanki, które ukrywają coś przed całą klasą.

– Jak wiadomo – powiedział w końcu Ksiądz Profesor, ale znowu nikt nie mógł się skupić, bo do sali wpadł Prorektor z pracownikiem technicznym, który od razu rzucił się do naprawy rzutnika. Jako jedyny nie był w sutannie, więc jego koszula w czerwono-czarną kratę przyciągała uwagę, na jaką nie mógłby liczyć w innych warunkach. Zasłonił swoim zaniedbanym ciałem Księdza Profesora, a ten przypomniał sobie, jak owego sierpniowego dnia siedział w kajaku, mając za plecami Wiadomo Kogo, i znów czuł się, jakby był jedynie pasażerem. Chociaż nie, wtedy było inaczej, myślał Ksiądz Profesor i znów przypomniał sobie ten niespodziewany gest, Jego dłoń na swoim ramieniu, zimną i wilgotną, bo chwilę temu wyjętą z wody. Mokra dłoń niespodziewanie zsunęła się niżej i czuł jakby ktoś maznął mu nagie, spalone plecy farbą, której już nigdy nie będzie można zmyć. Potem dłoń znów twardo chwyciła wiosło i kajaki popłynęły w słonecznej burzy, oni na samym końcu, bo przecież to nie był żaden wyścig. Zresztą zwycięzca mógł być tylko jeden.

Teraz jednak tamta rzeka była już tylko niebieską nitką na mapie, a dawna zieleń jej brzegów, migocząca milionami odcieni, rozlała się w plamy fałszywego koloru. Ludzie, których wtedy widział na co dzień, zamienili się w imiona i nazwiska, stracili swoje ciała, cienie i zaczerwienienia na skórze przestały mieć znaczenie. Najgorsze są niezadane pytania, na które z własnej winy nie dostaje się odpowiedzi, myślał dalej ksiądz Profesor. To niesamowite jak pamięć przypomina te decydujące chwile w najmniej odpowiednich momentach. Najgorsze są niezadane pytania, na które odpowiadamy sobie sami, bo wtedy każda odpowiedź jest fałszywa. A wystarczyło się odwrócić, spojrzeć w twarz, wywołać fakt, który mógł zmienić losy świata.

Tymczasem techniczny nadal grzebał pod obudową rzutnika, pocąc się w grubej koszuli. Rumieńce z buzi kleryków jakby przelały się na twarz Prorektora, taki był czerwony i zakłopotany. Wyglądało na to, że problemu tym razem nie rozwiąże naciśnięcie odpowiedniego guzika. Opóźnienie rosło, klerycy wycierali spocone dłonie o sutanny, mokre policzki przyklejały się im do twardych blatów ławek, zostawiali tłuste ślady palców na ekranach włączonych ukradkiem telefonów.

Ksiądz Profesor ślepo patrzył w ciemne plamy przed sobą, zmarniał, jakby złożył się do wewnątrz, ale tam w środku wypalało go to największe słońce. Przypomniał sobie świat, w którym nie istniały mapy i nazwiska, granice i narody, bo niemożliwe były jakiekolwiek abstrakcje. Rzeka znów była żywym ruchem i chłodem, drzewa – deszczem zieleni, ciała –zbiorem wrażeń, ostatni kajak – samotną wyspą z dwoma rozbitkami, którzy wciąż jeszcze nie wiedzą o sobie wszystkiego.

Klerycy przestali szeptać między sobą i tym razem zainteresowali się naprawdę, techniczny przestał grzebać w projektorze, Prorektor spojrzał wymownie na Rektora, który z trudem ukrywał panikę. Ksiądz Profesor, pochylony na krześle, chrapał do mikrofonu, prychał i warczał jak silnik holownika ciągnącego wielką barkę. Słońce, zawsze jedyne i niezmienne, uderzało z nienawiścią, cienie drzew zza okna tańczyły na ścianie: wielki szary statek-widmo z poszarpanymi żaglami kołysał się i tonął.

Krytyki kociej kawiarni

Więc stało się, że po nudnym filmie – ponieważ chcieliśmy pielęgnować bliskość tak niezbędną w dłużących się związkach – wylądowaliśmy w pierwszej lepszej kawiarni. Już dawno nie wychodziliśmy razem, a kino leżało w części miasta pomijanej przez nas w codziennych rytuałach, zaskoczyło nas więc, że stara kawiarnia, o której mieliśmy jeszcze jako takie wspomnienie, zmieniła się w „kawiarnię z kotami”.

Istnieje wiele miejsc, gdzie można napić się kawy, i wydaje mi się, że w niektórych z nich można również spotkać kota, który leży na parapecie albo w miękkim fotelu. Kot i kawiarnia raczej pasują do siebie, na pewno estetycznie, z drugiej strony sanepid ma na ten temat inne zdanie, o czym za chwilę. Kot w kawiarni nie jest jednak niezbędny, jak na przykład pies w dogoterapii. W „kociej kawiarni” taka prosta relacja zostaje złamana, ponieważ można wyobrazić sobie osoby, które przychodzą tam przede wszystkim dla kotów, a kawa jest jedynie dodatkiem, może nawet pewną wymówką, by móc bezczelnie obserwować te zwierzęta w przytulnym, pastelowym otoczeniu miękkich, głębokich foteli, a także ludzi o stereotypowo pogłębionej wrażliwości. Można też jednak wyobrazić sobie kobiety i mężczyzn, którzy chcieliby napić się kawy, ale nie w miejscu, w którym przebywają zwierzęta posiadające futro lub wydzielające określone białko w ślinie czy w tym czymś, co wypływa z gruczołów łojowych. Dla osób uczulonych i astmatyków relacja między kotem a kawiarnią nie będzie tak niewinna jak dla reszty społeczeństwa – alternatywa zmieni się dla nich w zaprzeczenie. Powinno się to brać pod uwagę, planując intensywny rozwój franczyzy.

Schowaliśmy się więc przed ciemnem, chłodem i faszyzmem, tą trójcą świętą połowy listopada, w przestrzeń jasną i miękką jak głos młodego księdza, który zauważył już, że na mszy, inaczej niż na katechezie, nie oczekuje się od niego bycia stereotypowo męskim. Lokal mieścił się na parterze przy dość ruchliwej ulicy, ale na szczęście był oddzielony od jezdni wąskim chodnikiem i sznurem samochodów zaparkowanych na nim. Wnętrze ciche i przytulne, nawet jeśli nieco zawalone rozmaitymi gadżetami z wizerunkami kotów i kocich spraw. Choć nie jestem wyznawcą żadnej kociej religii, na początku ignorowałem to bez trudu, z czasem stawało się to jednak coraz trudniejsze i ostatecznie poczułem, że te bibeloty w jakiś sposób mnie osaczają. Lokal podzielono na dwie strefy. Roboczo nazwijmy je „Ludzką” i „Kocią”. Strefa Ludzka obejmowała jedną trzecią widocznej przestrzeni lokalu, należały do niej drzwi wejściowe, wyjścia na zaplecze dla pracowników i do niewielkiej kuchni, dwa lub trzy miejsca do siedzenia (kanapa i fotele) oraz bar. Stał za nim mężczyzna w średnim wieku o miłej aparycji, uśmiechnięty (wcale nie sztucznie), pozbawiony wszystkich cech stereotypowego baristy lub barmana z knajpy z drogim piwem. Wiek, zaawansowany albo nawet starczy jak na średnią z podobnych miejscówek, oraz przeciętny wygląd, sprawiłyby, że nie bałbym się do niego odezwać z marszu. Mógłbym też oczekiwać, że zaproponowane przez niego napoje i przekąski nie będą kłopotliwie innowacyjne, a nawet jeśli czegoś nie zrozumiem, to zostanie mi to prosto i bez żadnej wyższości wyjaśnione, bo nie jestem smakoszem kaw ani wyznawcą kultury ich picia, ani też człowiekiem otwartym na eksperymenty z nasionami chia czy nawet bitą śmietaną. Z drugiej strony wiem, że nie mówi się „expresso”.

Niestety, szczery uśmiech, niewątpliwie przejaw otwartej i pozytywnej natury, kazał mi zachować bezpieczny dystans. Na szczęście złożenie zamówienia nie wymagało na szczęście żadnej fraternizacji, a być może to ja sam zdusiłem ją w zarodku, opierając się na barze i niezbyt sprawnie poprawiając czarną opaskę na lewym oku, rozerwanym wiele lat temu przez dziób wściekłego kruka. Przy barze kręciły się też dwie dziewczyny, wymieniające się zadaniami w zwyczajnej pracy kawiarnianej, przy czym ich dodatkowym obowiązkiem było zajmowanie się kotami z Kociej Strefy. Za przezroczystymi drzwiami umieszczono kocie budki, leżaki, sznury i drapaki i odgrodzone je od Strefy Ludzkiej równie przezroczystą ścianą z grubej folii. Pomiędzy nimi ustawiono ciasno fotele, krzesła i stoliki. Gdyby z lokalu wyrzucono kocie przybory, bez wątpienia zmieściłoby się w nim więcej mebli. Model biznesowy franczyzy z pewnością jednak uwzględniał te ograniczenia i mimo wszystko proponował określoną stopę zwrotu. Kocia Strefa wyglądała niesamowicie. Na budkach, leżakach, sznurach i drapakach koty leżały, spały, łaziły, kręciły się. Osoby ludzkie siedzące w tej strefie, będące raczej w mniejszości, niekoniecznie musiały się nimi interesować, mogły po prostu rozmawiać, pić kawę, niekiedy jednak koty wedle swej woli poddawały się głaskaniu, a nawet karmieniu dedykowaną karmą, co dawało ludziom pewną ułudę sprawczości. Zawsze też pozwalały na siebie patrzeć, obietnica stojąca za kawiarnią tego typu była więc przynajmniej minimalnie spełniana.

Kocie kawiarnie nie są pierwszą próbą przeszczepienia efektu zoo w gęstszą przestrzeń miejską i w skrajną logikę kapitalistyczną, która traktuje zwierzęta jak produkt, nawet jeśli prezentuje je jako podmiot, pomyślałem, wieszając jasnoszary płaszcz żony i swój ciężki, krzyżacki. Pierwsze były chyba papugarnie, skrzyżowanie cyrku z obozem koncentracyjnym, potem pojawiły się motylarnie, będące ich uboższą, czy też bardziej ekonomiczną wersją, przy czym ich minimalizm ujawniał się nie tylko w rozmiarach lokali, lecz także w zakresie możliwych interakcji. O ile na papugę można patrzeć i słuchać jej przeraźliwego skrzeczenia, będącego niewątpliwie przekazem o nieukojonym cierpieniu, można też poczuć jej ostre pazury na ramieniu lub we włosach, motyle da się jedynie oglądać lub przez nieuwagę kaleczyć i zabijać. Do tego cykl ich życia jest tak krótki, że wizytując tę samą motylarnię w piątek i po weekendzie możemy oglądać zupełnie różne osobniki. Jestem zdania –powiedziałem do żony, chowając do kieszonki portfela spersonalizowaną kartę VISA z wizerunkiem odwróconego krzyża – że motylarnie i papugarnie, choć przedstawia się je jako inicjatywy edukacyjne, misyjne i poznawcze, są po prostu zwierzęcymi pornografiami, gdzie w jednym miejscu, za drobną opłatą, można intensywnie doświadczyć ich natury w przesadnym nadmiarze. W przypadku papugarni można nawet liczyć na jakieś wytresowane zachowania, co wydaje mi się już zupełnie obsceniczne. Tak jak porno pokazuje seks, mówiłem, który jest czymś więcej niż seks znany z doświadczenia (nie powiem, że codziennego), jest właściwie seksem „bardziej”, wzorem seksu zawierającym wszystkie możliwe jego postaci i interpretacje, tak papugarnia nie pokazuje papug, tylko „papugi”, które są papugami intensywniej niż te z zoo albo, nie daj boże, z naturalnych lasów deszczowych. „Papuga” w papugarni ma spełnić nasze oczekiwania co do tego, czym jest papuga sama w sobie, i pozwolić na bezpośrednie przeżycie, hm…, papugowatości. Po wyjściu z takiego miejsca klienci mogą powiedzieć sobie, że tak, bez wątpienia to były papugi, a nawet więcej, że te papugi są zupełną i wystarczającą reprezentacją wszystkich papug, ich esencją, tak jakby w jednym miejscu materializował się za drobną opłatą nie jeden czy dwa osobniki, ale cały gatunek. Interpretacja „przez pornografię” kociej kawiarni nie byłaby jednak do końca uprawniona, bo wciąż większa część populacji ma doświadczenia z kotami niż z papugami albo motylami, nawet mimo szerokiej dostępności tych ostatnich w miesiącach letnich. Nie idzie się przecież do kociej kawiarni żeby poznać, czym jest kot i odkrywać jego egzotyczne zachowania. Raczej jest tak, że każdy wchodzący w to jasne i ciepłe miejsce już wie, czego się spodziewać, i przynosi ze sobą nie tylko obraz kota, ale i doświadczenie kota.

Czekaliśmy jeszcze przy barze na kawę, kiedy do lokalu wszedł kolejny gość. O ile dotąd z powodzeniem traktowałem koty jako dodatek do tego miejsca, a nie jego naczelną właściwość, teraz poczułem mocno, że to już za wiele. Gdy gość zdjął kurtkę i powiesił ją na wieszaku obok naszych płaszczy (wpierw omyłkowo zawiesił ją na mojej gizarmie, którą oparłem o ścianę zaraz przy wejściu do kawiarni), okazało się, że ma na sobie bluzę z kotem, a dokładniej bluzę przedstawiającą koci szkielet. Optymistyczny facet za barem nie mógł sobie darować uwagi na ten temat i w żartach oskarżył chłopaka o coś w rodzaju świętokradztwa. Czy przychodzenie w takie miejsce w takiej bluzie, zapytał barman, nie wydaje się typowi złym pomysłem? Poczułem nagle, że trudno byłoby tu zrobić cokolwiek albo cokolwiek powiedzieć, żeby nie miało to związku z kotami, albo nie dało się tego do kotów odnieść. Było w tym nawet, poczułem to, coś z katolickiej lepkości, jak wiadomo, u nich bezwzględnie wszystko należy rozumieć przez pryzmat cienia, który na zrobiony przez siebie świat rzuca ten jedyny bóg. Zacząłem też na serio zastanawiać się, czy mógłby tu przypadkiem przyjść ktoś, kto koty jedynie toleruje, ktoś, dla kogo nie są one ważne. Czy nie bałby się tego ujawnić? Czułem napięcie, które pewnie mógłbym poczuć na spotkaniu z jakąś sektą, gdybym był na etapie wtajemniczenia, które dałoby się określić jako bombardowanie miłością – przy czym w tym wypadku byłoby to bombardowanie kotami.

Jakieś licealistki w głębokiej czerni z naturalną emfazą w gestach zwolniły stolik w kociej części i mogliśmy tam przejść. Po otwarciu drzwi trzeba było jedną nogą zablokować dwa czy trzy ofutrzone ciałka, które chciały przedostać się do zakazanej im przestrzeni. Jak wyjaśniła jedna z dziewczyn wydających kawę, sanepid zakazuje mieszania strefy ludzkiej i zwierzęcej, a ja sobie przypomniałem, że w kuchni koszernej zakazane jest mieszanie mąki i mięsa. Okazało się, że koty bezwzględnie nie mogą znajdować się tam, gdzie kuchnia i bar, właśnie dlatego kawa i przekąski wydawane są jedynie w części ludzkiej, a klienci mogą samodzielnie przenieść je do drugiej sfery, nie mogą jednak oczekiwać tego od obsługi. Żeby zamknąć drzwi oklejone folią, musiałem wepchnąć koty z powrotem do właściwej im części lokalu, miałem jednak na sobie ciężkie glany do kolan, uzbrojone kilkunastocentymetrowymi kolcami, więc starałem się bardzo zrobić to odpowiednio delikatnie. W konsekwencji trzy koty przeskoczyły na drugą stronę, kelnerka rzuciła mi zmęczone spojrzenie i rzuciła się w pogoń, a uśmiechnięty gość przy barze powiedział, że to się ciągle zdarza, i nie wydawał się szczególnie przejęty regulacjami sanepid.

Weszliśmy do Kociej Strefy, która była esencją opisywanego modelu biznesowego. Muszę od razu przyznać, że nie tylko, jak mówiłem, nie wyznaję żadnej kociej religii, ale też nie wyglądam na stereotypowego miłośnika zwierząt, jako że ubieram się raczej na wojskowo, jestem łysy jak kolano, mam ponad dwa metry wzrostu i regularnie chodzę na siłownię. Przed wyjściem z żoną do kina dwa razy się przebierałem, bo okazało się, że glany, spodnie moro i flajers wydają się „zbyt ofensywnym zestawem”, a bojówki khaki i czarny skórzany płaszcz „po prostu nie pasują do siebie” – chociaż na wydziale polonistyki, gdzie prowadzę zajęcia z informatyki, na nikim nie robią wrażenia. Zdecydowaliśmy zatem w ramach kompromisu, że do kina założę kolcoglany, bo pogoda była podła i mogło padać, kolorowe obcisłe legginsy w stylu „chodzę na fitness w latach osiemdziesiątych”, granatowy policyjny sweter z pagonami (z demobilu) i płaszcz krzyżacki. Mimo to niektóre osoby siedzące przy stolikach w kociej części nagle przestały rozmawiać, kiedy przekroczyłem granicę stref, i wszystkie spojrzały w jednym, oczywistym kierunku. Obawiam się, że łatwo było mnie wziąć za kogoś, kto właśnie wrócił z odbywającego się równolegle marszu. Gardzę tym marszem z całego serca, jednak nie mam na to żadnej legitymacji, ani, jak mówi moja Mama, nie mam tego „wypisanego na czole”, tym bardziej, że miejsce to zajmują już mniej lub bardziej udane tatuaże z motywami śmierci i zniszczenia. Na szczęście moja żona jest zazwyczaj kimś w rodzaju neutralizatorki, nie pasjonuje się bowiem żadną ekstremą, a jej estetyka – Zara i H&M, czy też umiarkowana Bershka – nie przynosi na myśl żadnych skrajności.

Weszliśmy więc i wszędzie były koty, oprócz tych trzech, które przedostały się do części ludzkiej. Pod ścianami i przy oknie stały drapaki i leżanki, rozmaita mała infrastruktura ułatwiająca kotom jedzenie, spanie i wypróżnianie. Teraz trudno mi było nie zgodzić się z zaleceniami sanepidu. Popularnym mieczem landsknechtów był katzbalger, powiedziałem, kiedy usiedliśmy już z kawą przy stoliku, bo też trochę się pasjonuję bronią i lubię o niej rozmawiać. Niektórzy są błędnie przekonani, że ta nazwa wywodzi się od kociej skóry okrywającej pochwę, tymczasem był to krótki miecz i walka nim miała przypominać kocie walki. Długie miecze nie miały sensu w formacjach typu tercios. Mówię jak mówię, mam dość głęboki, donośny głos, co przydaje się na zajęciach, ale w kawiarniach zawsze muszę się pilnować, kojarzymy je przecież z ambientem szeptów, stuków, westchnień i cichutkich śmiechów. Zanim żona zdążyła zwrócić mi uwagę tym swoim specyficznym wyrazem twarzy, w którym jest jednocześnie miłość, ufność i nienawiść, niechcący zdominowałem przestrzeń i jestem pewny, że ciekawostkę z zakresu historii późnośredniowiecznej czy też wczesnonowożytnej broni usłyszeli wszyscy. Kto wie, czy któryś z gości kociej kawiarni nie planuje udziału w jednym z popularnych teleturniejów, w których nawet „mało przydatne” informacje mogą być „na wagę złota” – o ile tylko zachowa się zimną krew i pogodzi ze zniszczeniem własnego wizerunku.

Zastanawia mnie, co musiało się stać w kulturze – mówiłem, gdy już usiedliśmy – że kiedyś, powiedzmy jeszcze w XVII wieku, dla rozrywki paliliśmy koty i obcinaliśmy im głowy, o czym pisze na przykład Robert Darnton, a teraz je hołubimy i wypełniamy nimi naszą przestrzeń, choć straciły już funkcję praktyczną (skoro w blokach i apartamentowcach raczej nie ma już gryzoni-szkodników). Niestety chwilę później narobiłem niezłego zamieszania, kiedy, wracając po cukier do Strefy Ludzkiej, nie tylko wypuściłem kolejne koty, ale też zahaczyłem jednym z kolców o fotel i straciłem równowagę, a z powodu futerek kłębiących się pod nogami odruchowo złapałem się stojącego obok drapaka, który następnie przewrócił się na stolik pewnej pary, rozlał im na kolana wrzątek i omal nie poparzył jednego z kotów, a do tego zbił filiżanki (tanie, Ikea). Przestrzeń, dawniej jasną i miękką jak głos młodego księdza, pocięła gęsta sieć krępujących spojrzeń, potem zaczęło w niej rosnąć coś bardzo „na serio”, dawno niewidziane tu „na serio”, rzekłbyś, że przez mikroszpary w oknach i przez niestarannie domknięte drzwi kawiarni w końcu przeniknęły do środka, wraz z chłodem i zatrutym powietrzem, miazmaty zewnętrznych katastrof i łapanek, ale nie, to moja niezdarność zniszczyła tę sferę fantazmatycznych pozytywów. Nie myślę przy tym jedynie o fizycznej nieskładności, złej koordynacji rąk i nóg czy dwudziestocentymetrowych kolcach, ale też o braku ogólnej elastyczności – bliskość i miękkość nie przychodzi mi na zawołanie, tylko, jeśli można tak powiedzieć, wymaga przygotowań, strategii i planów, w tym oczywiście planu ucieczki. Jestem jednocześnie przekonany, że kawiarniane koty nic sobie z tego nie robiły, bo podobno zapamiętują rzeczy jedynie na pięć sekund. Mój upadek był dla nich tylko serią bezsensownych gestów i stopklatek, zdjęć, które nie układały się w żadną liniową narrację, ale kto wie, może na każdym z tych screenshotów byłem w końcu prawdziwy, pełny, zamknięty, najbliższy temu, kim jestem naprawdę.

Opowiadania Marcina Wilkowskiego czyta Jan Staszczyk – posłuchaj na Spotify


Marcin Wilkowski – programista w CKC UW, doktorant w IBL PAN. Publikował w „Dwutygodniku” i „Małym Formacie”.

Marta Basak (ur. 1993) – skończyła Wydział Grafiki ASP ze specjalizacją z ilustracji i aneksem z malarstwa. Zajmuje się także działaniami społecznymi – interesuje ją budowanie wspólnoty w oparciu o kontekst lokalny i potrzebę chwili. Najważniejsze jest dla niej rozbudzenie empatycznego, wrażliwego spojrzenia na świat i drugiego człowieka, szukanie poezji w codzienności.