Lato 2005. Początek lipca, żar, rozgrzany asfalt, metal, chmury spalin. Adrian wsiada do dusznego, cuchnącego autobusu i ma dreszcze, jakby z zimna, choć to nerwy; dreszcze, zimny pot, ciężki świat. Znowu coś się zawaliło. Little sister, the sky is falling – tego lata Patti Smith gra na zapętleniu. Adrian nie chce, żeby twarz w lustrze należała do niego, niech mi ktoś wymieni mózg, nerwy, bebechy, niech mnie wszczepią komuś innemu, niech mi zrobią przeszczep duszy. Stoi w Empiku przy płytach, gapi się na okładkę Horses, na fotografię Mapplethorpe’a, na androgyniczną Patti, i próbuje przekonać sam siebie, że istnieje, że zasługuje, że wolno mu zapłacić trzydzieści parę złotych i cieszyć się płytą, którą chciał usłyszeć od dawna. Cieszyć się? Czy ktoś wybrakowany może się cieszyć? Adrian to zaledwie pół Adriana, albo mniej. Czy pół człowieka ma jakieś prawa?

Na spotkanie z Kasią biegł spóźniony, rozdygotany, z bólem głowy. Nakrzyczał na kioskarkę, bo burknęła, że biletów nie sprzedaje. W domu góra niepozmywanych naczyń, bo Adrian przez trzy dni leżał sparaliżowany i czekał na SMS-a od Kasi w sprawie spotkania, na zapowiedź nieuniknionego końca świata. Jesteś porażająco pewny siebie, powiedziała, kiedy się wreszcie spotkali; myślał, że się przesłyszał. Reszty nie pamięta, poza tym, że przez wiele miesięcy, może lat, nie był w stanie przejść koło kawiarni, w której wszystko się skończyło, choć zawsze kiedy bywał w centrum miasta, a bywał często, jakoś w jej stronę dryfował. Tak że tak: „Rozpierdoliłaś mi wakacje, na stacji stoję sam”. Świetlicki i Patti Smith.

Rzeczywiście, stoi na peronie, w Zalesiu, bo zamiast z Kasią spędził dzień z rodzicami, u ich znajomych, rozdygotany, przegrzany w upale (A ty w takich grubych sztruksach? To nie masz krótkich spodenek?), wyszedł przed czasem, stanął na peronie. Adrian – dwadzieścia sześć lat i poczucie, że już pozamiatane, zanim cokolwiek się zaczęło. Później: wyjazd do Lizbony, gdzie miał zmartwychwstać. Nie zmartwychwstał, choć trochę zapomniał, i zmarnował okazję do przespania się ze słodką Louise z Niemiec, czego żałuje do dziś (choć te jej opowieści o biegunkach; krępujące dla Adriana podejście Niemców do ciała i fizjologii; nagi, pulchny Hans w dormie w Lizbonie, ten sam Klaus myjący swój sprzęt w umywalce, we wspólnej łazience). Więc nie zmartwychwstał, choć trochę odżył, z pustką w środku jakby trochę mniej pustą, z czymś martwym i zimnym wewnątrz, trochę mniej martwym i trochę cieplejszym, ale jeszcze nie dość ciepłym, żeby walić padliną. Wraca zakochany w Lizbonie i w portugalskim. Naiwnie wierzy, że pustkę da się załatać językiem, nowym językiem, który nie sieje spustoszenia, tylko obiecuje piękne rzeczy i te obietnice spełnia, bez ściemy; tę pustkę wypełni jednak coś innego, gorszego niż sama pustka.

Dziwny duet – Gosia i przyjaciel Gosi, a także, o czym Adrian dowie się później – jej były: profesor państwowej uczelni, pan prorektor Tomasz Śliski. Łysy – włosy stracił w tydzień, bo zostawiła go dziewczyna, oczywiście studentka – emanujący złą energią, spięty, opryskliwy. Adrian od razu poczuł do niego silną niechęć, którą jednak zdusił, a przynajmniej próbował.

Gosia – tak dojrzała, tak nieosiągalna – nieoczekiwanie zainteresowała się Adrianem. Zaprosiła go do siebie na kameralną imprezę, a kiedy towarzystwo się rozeszło, położyła mu głowę na kolanach; dalej sprawy potoczyły się same. Adrian dość szybko zorientował się, że nie zapomniał o Kasi; im bardziej Gosia próbowała przejąć inicjatywę – spotkania u niej, wyrzuty, jeśli nie chciał zostać na noc, kolacje, egzotyczne owoce, próba wpisania Adriana w scenariusz idealnej miłości, rozmowy o dzieciach, wspólnym budżecie, widmo wspólnego mieszkania. Myślenie o Kasi było furtką, drogą ucieczki, wyrwaniem się z dusznych objęć Gosi („w kochanym spokoju twoich ramion”). Była i „mała plamka na nosie”, jednak przede wszystkim był Tomasz Śliski. Ten trzeci pomiędzy nimi; czuło się jego obecność, nawet gdy go nie było. Okazało się, że to on zwrócił uwagę Gosi na Adriana, któremu „dobrze z oczu patrzy”, a ją przesunął na pozycję rozumiejącej przyjaciółki, wdzięcznej absolwentki, współpracownicy zawsze gotowej pomóc, za darmo, w wolny dzień, w środku nocy. Gosia nie przestała wierzyć, że Śliski – burak, psychopata, sadysta, antysemita, homofob i mizogin – jest pod spodem, gdzieś w głębi duszy, w istocie i naprawdę do rany przyłóż, tylko chowa swoją miękkość jak pancernik czy łuskowiec.

Dziś, wiele lat później, Adrian w myślach obsadza Śliskiego w filmach. Exploitation movies i amatorskie ekranizacje de Sade’a (Śliski jest tu zaledwie przedmiotem) walczą z hollywoodzkim dramatem sądowym, gdzie Julia Roberts, choć jakby z twarzą Tadeusza de Viriona, broni pokrzywdzonych studentek i studentów, absolwentek i absolwentów, pracownic i pracowników, i wygrywa, a swoją dolę z gigantycznego odszkodowania oddaje obrońcom wychłodzonych, niedożywionych jeży.

Adrian nie rozumie, jak wplątał się w pracę na Ważnej Akademii Artystycznej. Kryzys z 2008. Utrata pracy. Awans Śliskiego, jego coraz większe możliwości, coraz szersze plecy, pozornie pomocna dłoń, i Adrian dał się wciągnąć jak kłębek włóczki w zębach kota: kot zaczyna się nim bawić, wciąga kawałek, a kiedy już zacznie, nie potrafi przestać (taka budowa języka), dopóki nie połknie całego kłębka. To jednak koniec końców szkodzi kotu, prawda?

Chciałbym, żebyś im opowiedział o sztuce jako artysta, bo o to właśnie chodzi, o inne spojrzenie. I chciałbym, żebyś był moim przedstawicielem, przedstawicielem uczelni za granicą, bo znasz języki. Taka misja: chodzi o to, żeby te warsztaty się u nas nie odbyły, i to jest twoje zadanie na tym spotkaniu. Powiedz, że chętnie, i że mamy dziewięć wydziałów i ciągle się rozwijamy, ale braki kadrowe, i egzaminy, i nie mamy na to czasu, bynajmniej nie teraz, tak właśnie mówi, bynajmniej, ten zubożały szlachcic z Mazur, w trzewikach za tysiąc dwieście, bo kto mu zabroni. Nie chcę tu żadnych Finów czy Litwinów, albo jakiegoś Jeroena z Utrechtu, jak to się w ogóle wymawia. Jeroen, no powiedz, jak to się mówi, męczy Adriana. Przyjadą, zobaczą i potem wszyscy będą chcieli tu studiować. Może nawet jacyś islamiści. Przyjechali wtedy, niby tacy święci, alkoholu nie tykają, ale chcieli się zabawić w agencji towarzyskiej, dałem im adres, no i co, oczywiście ich okradli, kto tam bierze portfel z kasą, kartami kredytowymi. Bo w ogóle to wygodne, zwłaszcza z dojazdem, dzwonisz, dziewczyny przyjeżdżają, chcesz dwie, masz dwie, kulturalnie, bez problemów. No a my tu mamy rozprawę na głowie, spadkobiercy chcą odzyskać główny budynek, wiadomo, z pejsami, i wynajęli nowojorskich prawników, też takich z pejsami. Ale to się nie uda. Więc wiesz, teraz nie mamy czasu dla jakichś pijaków z Holandii, czy Litwinów; więc wiesz, co masz mówić. Bo wiesz, ja to tak załatwiłem z rektorem, że pozwoliłem jego Romkowi jednocześnie robić u nas doktorat i być asystentem, choć tak nie można, a on za to dał etat dla ciebie.

Ej, to kto został dziekanem? No, ten Śliski. A który to? Ten łysy, co mu się głowa świeci. Wspomnienie, rozmowa studentek tuż przed zajęciami, czysta nieczysta radość, mała satysfakcja. I większa satysfakcja – obok niezłych tatuaży Śliskiego jeden bardzo zły, zrobiony po pijaku – klasyczna goła baba, prosto z ramienia więźnia czy marynarza z długim stażem. Tatuaż niespodzianka, ze specjalną dedykacją, od artysty dla dziekana.

Będą dwa nowe zakłady – będziemy uczyć całą kadrę angielskiego; chcę, żeby Emilia tym kierowała, tylko to trzeba jeszcze dogadać z dziekanatem wieczorowych i zaocznych. A tutaj zrobimy nasz zakład teorii, i ty byłbyś jego szefem. Ale ja nie chcę. Poradzisz sobie, chodzi o to, żebyś coś czasem tłumaczył, oprowadził gości, negocjował; wiesz, chcą mi tu wcisnąć wdowę po profesorze Miłoszewskim, Nowak-Miłoszewską, ale ja nie chcę takiej baby, ja się z babą nie dogadam, będzie jak z Ćwiklińską, co chwila w innym humorze, obraża się i gwiazdorzy, baba nie może kierować zakładem.

Adrianowi przypomina się impreza sprzed lat, u Gosi. Pizza i cantuccini, Zocha narzeka, że makaron nie jest włoski, artystyczna uczelnia na ustach wszystkich, Tomasz króluje, dzieli i rządzi. I nagle taki wątek: całkiem niewinnie i naprawdę niespodziewanie Śliski rzuca coś o tym, jak to trudno zabić kota – napierdalasz go po głowie kamieniem i nic, kilka razy trzeba przypierdolić, takie głowy mają.

No bo chodzi o to, żebyś się ustawił. Przyszły noblista, ciągle pracuje, a biedny. Widzę, że Kasia robi u ciebie dyplom. Męża ma? Trzeba to wiedzieć, to ważne. Muszę sobie wyciąć te znamiona, pieprzyki, takie jak u ciebie, tu Śliski dotyka pieprzyków na szyi Adriana. Zobacz, na tym zdjęciu jesteś normalnie już prawie łysy. Jaki brzuch, mówi do Adriana, który niechcący zjadł coś zawierającego laktozę: brzuch jak balon.

W Apeninach. Śliski – król gór, samiec alfa pukający Brytyjkę Jane z akcentem z północy, którego nikt nie rozumiał, oprócz Adriana, który później mediował, pomagał zrozumieć, przetłumaczył list. Frajer na telefon.

Siedzą dużą grupą przy stole na zewnątrz, czekają na polentę. Śliski prosi o latte i dostaje szklankę gorącego mleka. A ty znów do kibla, co chwila tylko biegasz do kibla. Hehe, a tu już żarcie wjechało, a ty co, ręce chociaż umyłeś? Co ty tak długo tam robiłeś. Hehe? No bo tu słyszysz, Gosi się zachciewa ogórków kiszonych, naprawdę będziesz miał przesrane. Pojechaliśmy wtedy do Darka, dzwoniłem domofonem, ale nie otwierał, wiadomo, co tam odchodziło, było popychane – tu Śliski wykonuje parę obscenicznych gestów – kogoś tam miał, w tył szło, hehe, wszyscy wiedzą, ale on ani słowa na ten temat. Tylko tak się przemyka z tym swoim plecakiem, przygarbiony jak żółw, fuchę mu załatwiłem, ale jak się musi napić, to sam, albo dzwonisz i nawet cię nie wpuści. Powiedziałem, więcej nikomu niczego nie załatwiam. Tylko patrzy, żeby się napić, albo papieroska.

Nikt nic nie mówi, kiedy w połowie semestru asystentka Śliskiego przestaje przychodzić do pracy, nawet nie wraca po swoje rzeczy. Ona też nic nie mówi, odnajduje się w Londynie. Nowe życie, wyszła cało, jest po drugiej stronie, ale nadal nic nie mówi, nikomu, nawet przyjaciołom z roku, ani mru mru.

Adrian też wysiada. Depresja, śmierć kogoś bliskiego, i tak empatyczna kadra Ważnej Akademii Artystycznej. Adrian chce odejść. Słuchaj, zastanów się jeszcze, weź urlop bezpłatny, coś ci się nie uda, to wrócisz, a wiadomo, że może się nie udać, tam też jest ciężko, wszędzie jest, a tu przyjeżdżają nawet z Francji i Niemiec, każdy by tu chciał pracować, ogłosiliśmy, że szukamy kogoś do sekretariatu, i co? – sto dwadzieścia CV następnego dnia. Do Indii jedziesz, tak? Bardzo grzeczni są Hindusi, wszyscy ich tutaj lubią.

Jedzie do Indii, ciągle nie w formie, na dodatek poznaje Delhijkę z osobowością borderline, ich relacja jest trudna, Adrian wyjeżdża z Indii, kasa się kończy, praca w samotności źle mu robi na głowę, decyduje, że jednak wraca na Ważną Uczelnię, znane piekło zdaje się cieplejsze od piekła nieznanego, oznajmia swoją decyzję, i wtedy – choć wciąż jest na urlopie – wylatuje na dobre.

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.


Adam Zdrodowski (ur. 1979) –  poeta, prozaik, tłumacz, od niedawna hałasuje pod szyldem Moon Machinery (EP-ka wkrótce). Wydał Przygody, etc. (2005), Jesień Zuzanny (2007), 47 lotów balonem (2013) oraz Moon machine (2019). Przekładał Dave'a Grohla (The Storyteller. Opowieści o życiu i muzyce, Marginesy, 2022), Marka Forda, Arvinda Mehrotrę, Williama S. Burroughsa, Vahni Capildeo, Marcusa Slease'a i Grzegorza Wróblewskiego. Publikował m.in. w „Wizjach”, „Literaturze na Świecie”, „Przekroju”, „Odrze”, „Jacket Magazine”, „Diagram” i „Past Simple”. Mieszka w Warszawie.