Dalii.

I. Niespodziewanie, we wtorek rano

Kiedy się obudził, dinozaur wciąż tam był.
Augusto Monterroso

Zjawił się niespodziewanie, we wtorek rano, bardzo daleko stąd. Dinozaury takie już są, chodzą na umięśnionych nogach, to daje naprawdę dużo siły, dla dinozaura dojść do domu chłopca to prawdziwe byle co, podobnie jak zostać na całe popołudnie, i na wieczór, i na noc.

Dinozaury wyginęły, wyjaśniła kiedyś mama. Dawno temu spadła wielka, gorąca kula, wszystkie dinozaury zostały przykryte ziemią jak kołdrą. Spały tam długo, tak długo, że zostały po nich kosteczki, a teraz ludzie wyciągają spod pierzyny te kosteczki i wiedzą – kiedyś były dinozaury.

To było dawno, teraz mama odprowadzała chłopca do przedszkola, nie tłumaczyła niczego. Pozostawiony sam sobie, postawił na wykładzinie dwa kręgle, one robiły za dinozaury. Leciał meteor, bach, kręgle leżały na podłodze, to były kosteczki.

Po jego powrocie dinozaur okupował oba telewizory, ten w pokoju rodziców i ten u babci, echem odczytywanych wiadomości wchodził w szuflady i  głębokie dziury w kanapie. Chłopiec wiedział, że znajdzie dinozaura również i w gazetach, stosik piętrzył się na babcinym nakastliku, czekając na lekturę przed snem.

Ale mama powiedziała babci: nie pokazuj dziecku stosiku. Wyciągnęła ramię, zazdrośnie strzegła dinozaura, robiła tak jeszcze długo po tym, jak dinozaur sobie poszedł, robiła tak, aż chłopiec stał się wysoki, wyższy od rodziców, odbierze wtedy telefon od przyjaciółki, usłyszy o artykule, który właśnie przeczytała.

Opowie chłopcu, że tego samego dnia w Kairze, Walencji, Nowym Jorku, w zupełnie każdym miejscu do szkół przyszły dzieci, bawiły się w dinozaura, nikt nie wiedział, co z tym począć. Tylko wyobraź sobie, (prosi go przez telefon), wyobraź sobie te setki klocków, kręgli, rysunków, to wszystko jednego dnia, zupełnie niesłychana historia. 

Po zdawkowych grzecznościach chłopiec zakończy rozmowę, odpali papierosa, spróbuje zamrugać parę razy do lustra, poćwiczy w ten sposób zbyt długo, do ociężałości powiek. Potem nie będzie myślał o niczym wcale.

 

II. Jak się bawi w World Trade Center?

Stawiało się (stawiałem) dwie wysokie wieże z klocków. Potem chwytało się (chwytałem) tę zabawkę, która akurat była pod ręką, i ta zabawka służyła za samolot, który strącał dopiero co ułożone imitacje budynków.

Siedzimy w kręgu, każdy z nas odczytuje świeżo napisane opowiadanie o dinozaurze, krótko omawiamy to, co przed chwilą usłyszeliśmy. Opowiadam, próbując odpowiedzieć na pytanie, skąd przyszedł pomysł. Zgodnie z prawdą tłumaczę, że to zamachy w Nowym Jorku. Miałem sześć lat, a dwunastego września, jak wiele innych dzieci na świecie, poszedłem do przedszkola i, jak wiele innych dzieci, wróciłem tam, by raz za razem burzyć dwie wieże.

A jak się bawi w World Trade Center?, pyta mnie prowadzący. Więc słyszę siebie, jak mówię o tych klockach i samolocie. Gdybym miał więcej śmiałości, dodałbym, że można było się bawić na różne sposoby. Rozrzucałem na przykład kręgle po pokoju, które robiły za zgliszcza, i chodziłem między nimi, udając strażaka. Nie wyobrażałem sobie jednak leżących ciał, myślałem o strażakach jako ludziach, którzy muszą przychodzić i sprzątać cały bałagan, tak, jak ja sprzątam zabawki przed pójściem spać.

Dużo rysowałem, ale wydaje mi się, że na obrazku terroryści mieli spadochrony, udawało im się więc wyskoczyć przed uderzeniem w wieże. W mojej wyobraźni samolot musiał być pusty, puste musiało być World Trade Center, puste ulice Manhattanu. 11 września w moim Nowym Jorku nie było nikogo poza uśmiechniętymi terrorystami spadającymi ze spadochronów i dbającymi o porządek strażakami.

Na rysunku dziewczynki P., który znajdę potem w Internecie, ratownicy pod jedną z wież ustawiają trampoliny. W wyobraźni P. ten, kto wyskoczy z, powiedzmy, setnego piętra, odbije się od sprężystej siatki i za pierwszym razem to odbicie będzie spektakularne, prawie do nieba. Podskoki staną się mniejsze, coraz mniejsze, aż wreszcie skaczący nie odbije się wcale i stanie się Ocalonym.

 

III. Tak na nie patrzyłeś

Jeśli masz gdzieś jeszcze te rysunki, prześlij mi je, prosi. Przydadzą się w prowadzeniu zajęć, może być ciekawie.

W segregatorach i pudłach, składowanych w budynkach gospodarczych, przetrzymuje się całe archiwa dzieciństwa mojego i siostry, ale wcale nie mam pewności, czy znajdzie się cokolwiek z września. Nie z powodu liczby kartonowych sarkofagów, przez to można przebrnąć, jeśli ma się dość czasu – tylko że akurat te rysunki raczej tam się nie znajdą, myślałem, te akurat mogły wylądować w koszu.

We wtorek bez przekonania dzwonię do domu, by o nie spytać, a potem pozwalam sobie na zapomnienie o sprawie. Jednak w piątek otrzymuję odpowiedź: To tak na to patrzyłeś.

Ale na załączonych rysunkach nie znajduję wyjaśnienia, skąd wziąłem spadochrony, uśmiechniętych terrorystów, strażaków, z tej przyczyny, że nic z moich wspomnień nie prezentuje się na obrazkach. Mój Nowy Jork wcale nie opustoszał wdzięcznie, jak to zapamiętałem, kiedy więc czytam: Tak na to patrzyłeś, widzę: zobacz, tam, gdzie w bólu skręcałeś metaforę, była wyłącznie dosłowność.

Chciałeś przypisać sobie niewinność, ale teraz nie wiesz, co czułeś w chwili rysowania samolotu wypełnionego ludźmi, nie wiesz, czy gdy P. rysowała trampolinę, miała nadzieję, że ktoś się od niej odbije: zostały tylko rysunki, tak na to patrzyliście, cała reszta znajduje się poza twoją pamięcią i pewnie poza pamięcią P.

Musisz więc dać temu spokój.



Marek Maraszek (ur. 1995) – doktorant programu filozoficznego w SDNH UJ. Laureat Diamentowego Grantu (2019), w ramach którego zajmuje się myślą Ladislava Klímy. Kielczanin, obecnie mieszka w Krakowie.