buzatti_szczepaniak

Proza | Przekład

DINO BUZATTI

Numer 1/2019 (4)
Mniej
Ilustracja: Aleksandra Szczepaniak
Przekład: Barbara Trojanowska

W tej chwili

Mamy już po dwadzieścia osiem lat, a ja nic jeszcze nie zrobiłem.

W dodatku to coś, co chodzi mi po głowie jako poemat, wymyka mi się z rąk. Budzę się rano, rozmyślam, i wszystko tonie w błotnistej nędzy tych deszczowych dni. Haruję, by odnaleźć zgubioną ścieżkę. „Poczekaj! Zatrzymaj się! Poczekaj!” – krzyczę u podnóża wzniesienia. Ale kartki powoli wertują się same, bardzo powoli, trzeba przyznać, lecz nie przestają nawet na chwilę. Nie to co my. Przystajemy, by się rozejrzeć, zapalić papierosa, chwilę pogadać. Kartki naszego życia, czyli – zostawmy metafory – godziny, dni astronomiczne i miesiące,następują po sobie z ogromną prędkością, trzeba na to przystać. Patrząc jak mijają z wielkim opanowaniem, nie powiedziałoby się nawet, że są naszymi wrogami. Płynąpowoli, majestatycznie. Ale nigdy się nie zatrzymują, przeklęte, nie dają chwili wytchnienia, każą pędzić naprzód, urządzać, organizować, wyliczać, planować. Jesteśmy ludźmi, niestety, i co jakiś czas musimy się zatrzymać. Zatrzymujemy się więc i zasypiamy. I tak, gdy my trwamy na skraju drogi, śniąc dziwne rzeczy, godziny, dni, miesiące i lata po kolei nas doganiają, wyprzedzają tą swoją odrażającą powolnością, gubią się na końcu drogi. A potem rano orientujemy się, że zostaliśmy w tyle i rzucamy się w pościg.

I właśnie w tej chwili, mówiąc wulgarnie, kończy się młodość.

 .

Opowieść weterana

Przybywamy z dalekich krain, z wojen, katastrof. Mknąc w pociągu powrotnym, czujemy przedsmak radości, jakie czekają na nas w ojczyźnie. Wśród nich jakże wielkiej radości opowiadania. Czujemy, że moglibyśmy mówić całymi dniami bez wytchnienia, starczyłoby tego na niejeden kongres czy grubą księgę. Widzieliśmy to wszystko: rzeczy piękne, dziwne i straszne. Cały wysiłek wart był tej chwili, kiedy możemy opowiadać o nich przyjaciołom. Pociąg wiezie nas w drogę powrotną, a nam wydaje się, że jesteśmy szczęśliwi.

To dziwne, ale gdy jesteśmy już w domu, długa opowieść zamiera nam w gardle. Wspominamy o dwóch czy trzech rzeczach – i tyle. Zatrzymujemy się nagle z poczuciem, że powiedzieliśmy już wszystko, co ważne. Gdzie się podziały te fantastyczne przygody, niebezpieczeństwa, tajemnice, spotkania, z których byliśmy dumni? A więc przepadły bez śladu te wszystkie dni i miesiące, i lata spędzone daleko? Nic nie zostaje? O nie, każdy wschód słońca i zachód, każda noc układają się w nas obok siebie, nietknięte, pełne głębokich znaczeń.

Tyle tylko, że kryją dla nas przykrą niespodziankę, bo kiedy już je wypowiemy, okazują się nagle sztuczne, obce i nudne i nikt nie ma ochoty ich słuchać. Nawet mama.

– Pamiętam – mówimy – jak pewnego ranka na samym skraju puszczy…

– Ale powiedz – ktoś przerywa – co zamierzasz teraz, kiedy już wróciłeś?

– Naprawdę źle było w marcu zeszłego roku – mówimy – kiedy przyszedł nakaz, by…

– Wybacz – ktoś mówi – już i tak się zasiedziałem. Widzimy się jutro, tak...?

– Spał dwa miesiące – mówimy – w czymś w rodzaju jaskini, ale trzeba było widzieć, jak…

– A kobiety? – ktoś przerywa. – Jak tam było z kobietami?

I w końcu zaczynamy rozumieć, jak wyryte w żywej materii duszy wspomnienia, fundamenty naszego życia, dla innych, dla wszystkich innych bez wyjątku, to tylko puste fantomy, słowa, słowa. A jednak są ludzie, którzy nas bardzo kochają, prawdziwi przyjaciele gotowi poświęcić się dla nas. Tylko nasze historie nic ich nie obchodzą, nie wiedzą co zrobić z tymi naszymi skarbami. Aż nagle widzimy, jak bardzo jesteśmy na świecie samotni.

 

Styczeń 1944

Dawno temu, pamiętasz, otworzyłeś drzwi, choć wiedziałeś, że nie powinieneś. Kwestia kilku sekund. Potem wróciłeś do swojego spokojnego życia, a tę drobnostkę zostawiłeś za sobą razem z nieskończoną liczbą innych rzeczy, októrych można bez ryzyka zapomnieć. Słowem, nic nie dzieliło cię od demona, głupstwo, niewiele więcej niż jedna myśl. A jednak otworzyłeś te jedne drzwi, o których wiedziałeś, że niedobrze byłoby je otworzyć. I zrujnowałeś sobie życie.

Mówisz: „Ostatecznie to była tylko słabostka, niegroźna ciekawość, tak, wiedziałem, że to było zabronione, ale myślałem że zabronione tak ogólnie, jest wiele podobnych zakazów, które łamiemy na co dzień. W dodatku za drzwiami niczego nie było, przysięgam, że nie było dosłownie niczego, pusty pokój, nawet bez krzesła”. Tymi i innymi wymówkami próbujesz się teraz usprawiedliwiać, a tymczasem bledniesz i jąkasz się.

Bo czasem w życiu dokonuje się sprawiedliwość, a jeśli człowiek łatwo zapomina i skłonny jest pamiętać tylko to, z czego jest dumny, istnieją jeszcze księgi, w których wszystko jest zapisane, każda chwila naszego istnienia, tak że można dostać to, na co się zasłużyło aż do ostatniej monety.

Otworzyłeś drzwi w chwili słabości, głupia błahostka, chciałoby się powiedzieć. Ale właśnie ta błahostka stworzyła demona,prawdziwego konesera. Hodowałago potem z uczuciem, karmiłago, żeby urósł w siłę, utrzymywałago silnym i świeżym przez lata, podczas gdy ty, nie myśląc o nim, przechadzałeś się przekonany, że jesteś niewinny.

I oto on przybywa, by cię rozliczyć. Ponieważ nie jest powiedziane, że czeka z pobraniem zapłaty na ostateczny termin – nieraz reguluje rachunki wcześniej, gdy człowiek ściska jeszcze proch tej ziemi. Teraz odwracasz się, zmieszany, i wskazujesz mu przebytą przez siebie drogę –która pozornie jest prosta i czysta –jako świadectwo, że przestrzegałeś zasad. On uśmiecha się, potrząsając rogami. Pewnego odległego dnia otworzyłeś furtkę wiedząc, że to zabronione. I podpisałeś swój wyrok. Za tę drobnostkę? To głupstwo? –Mówisz.
Starczyło.

 

Nie jesteśmy już młodzi

Nie jesteśmy już młodzi, panowie – ani Marco, ani Attilio, ani Giovanni, ani Federico, ani ja. My, tu obecni, możemy powiedzieć to bez przechwałek. Przychodzą inni i, krok po kroku, zabierają nam rzeczy, które były tak bardzo nasze. Na przykład: wspaniałe plany, przeczucie oceanów, bezmiar świata, nieprawdopodobne miłości, sławę. Zabrali nam nawet poranek, tę świeżość! Nawet zachód słońca z jego melancholią i muzyką, które też były nam potrzebne. Dyżur dobiegł końca, to prawda, ale czy to nie śmieszne widzieć, jak nowi rządzą się tym wszystkim, prawie tak, jak gdyby to oni wszystko wymyślili? Dalej, dalej! Nie mamy już marzeń o bogactwie, żadnych pragnień podbojów, nie czekamy na piękne kobiety, już się nie spieszymy. Nadzy i nieopierzeni, podobni tym, jakimi na początku byliśmy sami, jaśniepaństwo mogą wejść na scenę, by sprawdzić na własne oczy. Nie jesteśmy już młodzi, na Boga, i oby ta pociecha już nigdy nas nie opuściła. Nasze zdobycze będą więc wszystkim tym, co mamy. Musieliśmy przekazać najlepsze narzędzia nowo przybyłym, pracujemy już tylko naszymi starymi rękami, naszym oddechem, krwią.

Krwią, którą chowaliśmy po to, by odkrywać pustynie i Himalaje, a którą możemy w końcu wykorzystać. Ale nie przestrasz się, co z tego może wyniknąć. Nie mów: „ach, przecież w takim razie wszyscy są siebie warci”. Nie mów: „to mi dopiero odkrycie!”. Przywilej elegancji został nam już odebrany. A zatem, z niewdzięczną naszą wulgarnością powszednią, panowie, możemy przejść do początku.


Dino Buzzati (ur. 1906, zm. 1972) – włoski pisarz, dramatopisarz, dziennikarz „Il Corriere della Sera”, grafik, malarz. Autor genialnej powieści „Pustynia Tatarów”, mistrz opowiadań („Sześćdziesiąt opowiadań”). Na język polski przetłumaczone są także jego powieści „Słynny najazd niedźwiedzi na Sycylię” oraz „O pewnej miłości”.

Barbara Trojanowska (ur. 1998) – studiuje filologię włoską na Uniwersytecie Warszawskim. Zadebiutowała przekładem tekstu Dina Buzzatiego o polskiej malarce Marii Anto w „Zeszytach Literackich”, odwiedziła także dom pisarza w Belluno i napisała o tym w „Kontynentach”. Poza tym chciałaby kiedyś móc powiedzieć, że zna się na włoskim kinie.