Moja marzanna była za piękna na śmierć.

Kiedy stałam na sali gimnastycznej w mojej najlepszej białej bluzce i granatowej spódniczce zapinanej na suwak, myślałam już tylko o tym, że zaraz wszyscy pójdziemy utopić ją w rzece. Woda rozmyje usta i oczy narysowane flamastrem, konary podrą sukienkę z fartucha babci, ptaki wydziobią błyszczące guziki, udające sznur korali, a dzikie, rzeczne rekiny rozszarpią jej ciało na strzępy. Nie brałam tego pod uwagę, gdy kilka dni wcześniej zgłosiłam się do zrobienia marzanny. Nasza nauczycielka, pani Rzeźnik, obiecała, że po apelu na sali gimnastycznej utopimy ją, krzycząc: płyń, marzanno, do morza, a potem pójdziemy świętować pierwszy dzień wiosny do cukierni. Każdy będzie mógł sobie wybrać takie ciastko, na jakie będzie miał ochotę, nawet jeśli będzie to coś bardzo niezdrowego, na przykład sernik z kajmakiem albo bajaderka. Pani Rzeźnik, której gruby brzuch wylewał się znad kwiecistych spódnic ściąganych gumką, udawała, że robi to wyłącznie dla nas, chociaż gdy mówiła o sernikach z kajmakiem i bajaderkach, na jej szkarłatnej szmince pojawiły się bąbelki białej śliny.

Babcia uszyła moją marzannę z białego prześcieradła. Wyjęła je z samego dna szafki na pościel i powiedziała, że jest wystarczająco poplamione, żeby pójść na zmarnowanie. Wypchałyśmy głowę i ciało watą, zrobiłyśmy włosy z kawałków sznurka, wybrałyśmy najładniejsze guziki ze skrzyneczki z przyborami do szycia i gdzieś między jedną a drugą czynnością na śmierć  zapomniałyśmy, że przecież nie musimy się aż tak bardzo starać. Dopiero kiedy spojrzałam na narysowaną twarz mojej marzanny, na jej niebieskie oczy, ściągnięte w ciup usteczka i prosty nosek, zrozumiałam, że to nie jest żadna marzanna, tylko moja najpiękniejsza lalka, piękniejsza nawet od sikających, pijących wodę z butelki i robiących bąble ze śliny plastikowych bobasów, i że z tego powodu nigdy nie będę w stanie jej zabić.

Na apel z okazji pierwszego dnia wiosny przyszła cała szkoła. Zgromadzono nas na sali gimnastycznej, gdzie materace wydzielały kwaśny zapach potu, a na ścianie zawieszono plakat z rysunkiem stopy koślawej, stopy normalnej i stopy szpotawej. Kiedy na nie patrzyłam, myślałam o innych znanych mi trójcach: Trójcy Świętej, Jednooczce, Dwuoczce i Trójoczce z baśni braci Grimm, trzech królach i trzech dziewczynkach z rodziny patologicznej, Berenice, Monice i Weronice, które niczego się nie bały i mieszkały niedaleko domu, w którym nie mogłam już mieszkać. Za oknami padał deszcz ze śniegiem. Marzanna leżała w moich ramionach. Była tak lekka, że poczułam jeszcze większe wyrzuty sumienia. Przypomniała mi się historia o kuzynce mojego dziadka, która utopiła się w rzece. Babcia opowiadała mi ją tylko raz i to zupełnie niechcący, zapominając na chwilę, że jestem jeszcze mała. Czułam, że ta okazja może się już nie powtórzyć, więc starałam się zapamiętać każdy szczegół. Kuzynka dziadka nie zostawiła po sobie żadnego listu pożegnalnego i wyszła z domu w środku dnia. Żeby pójść na dno, włożyła kamienie do kieszeni zielonego płaszcza. Podobno i tak nie umiała pływać, ale dzięki kamieniom wszystko poszło dużo szybciej. Myśląc o tym, pożałowałam gorzko, że sukienka mojej marzanny nie ma kieszeni.

– Co to ma być?

Przede mną stał Patryk. On też zrobił marzannę, tylko jego ze słomy i bibuły. Nie była piękna, nie miała długich rzęs ani sukienki z fartuszka, nie wyglądało też na to, żeby komukolwiek na niej zależało. Musiał ją zrobić za karę, bo był najniegrzeczniejszym chłopakiem w klasie. Bałam się go i bardzo mi się podobał jednocześnie. Tydzień temu, podczas apelu z okazji sprzątania świata, dotknął na chwilę moich pleców. Poczułam mrowienie i ciepło w całym ciele, a tamtej nocy przed zaśnięciem wyobrażałam sobie, że robi to jeszcze raz i w różnych miejscach. Wiedziałam, że normalne dzieci nie myślą o takich rzeczach, więc potem za karę nazywałam się w głowie słowem, które usłyszałam kiedyś w filmie: dziwka.

– No marzanna.
– Pojebana jakaś.

Zanim zdążyłam zareagować, Patryk zamachnął się i uderzył moją marzannę w głowę. Pisnęłam i zakryłam ją rękami. Pod palcami poczułam cienkie rozdarcie, z którego wystawała wata. Położyłam na nim dłoń, hamując nieistniejący krwotok, a potem zupełnie głupio się popłakałam. Żeby to ukryć, wtuliłam twarz w sukienkę marzanny. Pachniała babcią, zupą z wczorajszego obiadu i mieszkaniem dziadków, gdzie przeprowadziłam się po rozwodzie rodziców. To był dziwny zapach, dużo starszy i bardziej złożony od tego, który zapamiętałam z domu.

Na środek sali weszła pani Pliszka, nasza piękna wicedyrektorka, zawsze ubrana w same biele i błękity. Na sam dźwięk jej obcasów przypomniało mi się, że od płaczu twarz robi się różowa i opuchnięta, więc szybko wytarłam łzy rękawem. Przemówienia pani Pliszki były najważniejszym elementem każdego apelu, bo chociaż mówiła nieciekawie i bardzo często się powtarzała, to nikt nie miał wątpliwości, że jest lepszym człowiekiem od nas wszystkich. Wydawało się, że śmierdzące materace, płaty musztardowej farby odpadającej ze ścian i brudne, zakratowane okna nie mają z nią nic wspólnego. W błękitnej garsonce i białych pantofelkach wyglądała jak prezenterka telewizyjna albo Matka Boska z obrazków rozdawanych na rekolekcjach. Nawet jej twarz była maryjnie natchniona i smutna, a włosy tworzyły wokół kształtnej głowy złocistą aureolę.

Kuzynka dziadka też była piękna. Widziałam jedno zdjęcie, na którym pozuje uśmiechnięta podczas rodzinnego spotkania. Miała zadarty nos, piegi i dołeczki w policzkach. Była za piękna na śmierć. Tak mówili wszyscy na jej pogrzebie i jeszcze kilka lat po nim, chociaż wcześniej dawała im sygnały, że dzieje się coś złego. Podobno kilka miesięcy przed utonięciem zaczęła opowiadać, że ma głębokie dziury w głowie. Dotykała się delikatnie po siwiejących już włosach, mówiąc, że skóra pod spodem jest miękka jak ciasto. Kiedy ktoś przychodził do niej w odwiedziny, chwytała go za dłoń i prosiła:

– Dotknij, każdego dnia są coraz głębsze.

Duże, błękitne oczy, zupełnie inne od wąskich oczu mojego dziadka, patrzyły błagalnie i z nadzieją. Ludzie posłusznie zatapiali palce we włosach, badali opuszkami lekko otłuszczoną skórę, a potem szybko znajdowali sobie wymówkę, żeby uciec. Za drzwiami wydychali głośno powietrze i uspokajali się na tyle, by wytłumaczyć sobie całe zdarzenie wypadkiem, jakiemu uległa w dzieciństwie.

To była moja ulubiona część tej historii. Kiedy kuzynka mojego dziadka miała dwanaście lat, spadła z trzeciego piętra na wybetonowane podwórko i nic jej się nie stało. Lekarz powiedział, że plisowana spódnica, którą tego dnia miała na sobie, zamortyzowała jej upadek.

– Rozłożyła się jak spadochron – tłumaczył mamie dziewczynki, czyli cioci mojego dziadka, która od razu się zawstydziła, że jej córce było widać majtki.

W dniu wypadku kuzynka mojego dziadka pastowała podłogi w całym mieszkaniu. Był upalny dzień, lipiec albo sierpień, mimo otwartych okien nie było czym oddychać. Jej mama leżała w łóżku od kilku miesięcy. Była sparaliżowana bez powodu. Pewnego poranka przebudziła się bez czucia w ciele i od tego czasu nie ruszała się z miejsca, czekając na silny wstrząs, który przywróci jej sprawność. Tak kazał lekarz, ten sam, który mówił potem o plisowanej spódnicy przemienionej w spadochron. Powiedział:

– Dopóki nie przeżyje pani silnego wstrząsu, nie ruszy się pani z miejsca ani o centymetr.

Leżała w swoim łóżku do końca życia, polując na silne wstrząsy jak kotka na ćmy. Znajomym kobietom w ciąży kazała rodzić dzieci w swoim pokoju gościnnym, chciwie wsłuchując się w każdy okrzyk bólu. Codziennie kazała sobie czytać gazety, czekając na doniesienia o szczególnie brutalnych zbrodniach. Cieszyły ją małe, domowe katastrofy: płonąca choinka, cieknący sufit, szyby w oknach wybite przez wichurę. Kiedy jej córka spadła z trzeciego piętra na wybetonowane podwórko, wszyscy byli niemal pewni, że tym razem zdarzy się cud.

Nie zdarzył się. Być może to plisowana spódnica wszystko zepsuła. Była ubraniem przeznaczonym na specjalne okazje, a kuzynka dziadka założyła ją do pastowania podłogi. Mówiono potem, że próżność uratowała jej życie, a głupota je naraziła. Spocona od upału i wysiłku, stanęła na parapecie przy otwartym oknie, żeby się schłodzić. Wiatr poruszał delikatnym materiałem spódnicy, dzieci na dole bawiły się w berka. Nie zapamiętała momentu, w którym zsunęła się w dół. O samym spadaniu opowiadała:

– Myślałam, że zaraz umrę.

To wystarczyło, żeby kilka dni po wypadku wszystkie matki w okolicy zamówiły u krawcowych plisowane spódnice dla swoich córek, jakby spadanie z trzeciego piętra miało być odtąd plagą wśród małych dziewczynek.

Po przemowie dyrektorki nauczycielki zagoniły nas do szatni. Zakładając kurtkę, położyłam marzannę na ławce, ani na chwilę nie spuszczając z niej wzroku. Nie chciałam, żeby znowu przytrafiła się jej krzywda. W klasie śmiano się z tego, jak przejmuję się swoimi zabawkami. Kiedy jeszcze nie wiedziałam, że to głupie, przynosiłam je ze sobą do szkoły. Kładłam je na ławce, głaskałam po głowach i szeptałam do nich, kiedy mogły czegoś nie rozumieć. Pewnego razu mama kazała mi oddać część moich pluszaków do szkolnej świetlicy, chociaż wiedziała, że wszystkie kocham tak samo. Tydzień później zobaczyłam, jak dwóch starszych chłopców boksuje się moim pluszowym gorylem. Ledwo go poznałam, bo nie miał swoich guzikowych oczu, a małpi uśmiech był prawie w całości odpruty. Nie mogłam uwierzyć, że zaledwie w jeden tydzień mój goryl stał się i ślepy, i niemy. Od tego czasu nie zostawiałam bez opieki moich zabawek w towarzystwie innych dzieci i postanowiłam zastosować tę zasadę nawet wtedy, kiedy sama miałam zamiar tak pilnowaną zabawkę już zaraz utopić.

Na dworze nadal padało, mokra breja wsiąkała nam w czapki i kurtki. Moje koleżanki zaczęły rozmawiać o wizycie w cukierni. Szłam obok nich w milczeniu i marzłam, chociaż byłam ubrana najcieplej ze wszystkich. Zgłosiłam się do zrobienia marzanny, bo już nie mogłam doczekać się końca śniegu i mrozów. Przez ostatnie miesiące pękające naczynka tworzyły mi na dłoniach czerwoną pajęczynę, moje ubrania pachniały miętową maścią rozgrzewającą, a na butach miałam białe zacieki od śniegu sypanego solą. Codziennie na szkolnym korytarzu mijałam gazetkę zatytułowaną SPORTY ZIMOWE. Literki były krzywe i niewyraźne, w kolorze błotnistego śniegu. Na honorowym miejscu gazetki wisiał rysunek dziewczynki z najstarszej klasy, który przedstawiał łyżwiarkę figurową w obcisłym różowym stroju. Miała nieprawdopodobnie szczupłą talię, a jej ręce i nogi były powyginane jak elastyczne, gumowe ołówki ze szkolnego sklepiku. Jeden chłopak na przerwie dorysował jej długopisem piersi i cipkę. Nauczyciele przeprowadzili w tej sprawie śledztwo, ale nikt się nie przyznał, więc szybko umorzono sprawę. Rysunek nadal wisiał, tylko odtąd na łyżwiarce w dwóch miejscach przyklejone były paski z czarnego papieru. Najpierw nas to śmieszyło, ale potem stało się całkiem zwyczajne.

Zaskakująco łatwo niecodzienne rzeczy przechodzą do porządku dziennego. Podobnie było ze śmiercią kuzynki mojego dziadka. Tylko na początku, kiedy jeszcze nie znaleziono odpowiedniego określenia na to wydarzenie, w ludziach można było wyczuć niepokój. Słowo samobójstwo nie przechodziło nikomu przez gardło, bo zdawano sobie sprawę, że raz wywołane, będzie ciągnąć się za rodziną przez następne lata. Nie chodziło nawet o grzech, a o samo brzmienie tego wyrazu. Było groźne i egzotyczne. Z odsieczą przyszedł  ksiądz, który powiedział, że to po prostu śmierć, po czterdziestu latach od wypadku, upomniała się o swoje.

– Co ma wisieć, nie utonie – mówiły potem wszystkie ciotki, stryjenki, sąsiadki i znajome rodziny, które tłumnie stawiły się na pogrzebie, nie myśląc o tym, że przecież kuzynka mojego dziadka właśnie utonęła.

Nawet piękna kobieta z dołeczkami w policzkach, która w dzieciństwie spadła z trzeciego piętra i nic jej się nie stało, nie mogła uciec śmierci. Moja marzanna zdawała się rozumieć to lepiej ode mnie, rozpływając się w lepkim śniegu i zostawiając mi na dłoniach krótkotrwałe pamiątki w postaci kolorowych plam ze swoich oczu, rzęs, nosa i ust. Umierała już po trochu, zamazując swoje kontury i przyzwyczajając ciało do wilgoci. Zbliżaliśmy się do mostu. W sztywnym kroku naszej nauczycielki można było wyczuć wszystkie serniki z kajmakiem, bajaderki, kokosanki, napoleonki, rurki z bitą śmietaną, szarlotki z kruszonką, jagodzianki, karpatki z owocami, markizy, ciastka kruche i drożdżówki, którymi miała ochotę zajeść się na śmierć. Niecierpliwił ją ten spacer w zimnie, grupa rozkrzyczanych dzieci w kolorowych czapkach i fakt, że to wszystko było jej własnym pomysłem. Patryk, jakby wyczuwając jej nastrój, wyprzedził wszystkich na ostatnim odcinku i wyrzucił swoją marzannę przez barierkę. Usłyszeliśmy pluśnięcie.

– Płyń, marzanno, do morza! – krzyknął triumfalnie, rozkładając ręce jak zmartwychwstały Jezus ze świętego obrazu. Miał zastygnięte smarki pod nosem i ostre, wilcze ząbki, rozciągnięte w uśmiechu. Przez tę jedną chwilę nie rozumiałam, jak kiedykolwiek mógł mi się podobać. Jego marzanna szybko popłynęła z nurtem rzeki.

– Wszyscy powinni to krzyknąć! Teraz ty –  Anielka, najsilniejsza dziewczynka z klasy, która biła się z chłopakami, a potem dostawała za to lanie od taty, popchnęła mnie do przodu, nie zostawiając mi nawet chwili na pożegnanie.

Moja marzanna poleciała w dół. Zamknęłam oczy i wyobraziłam sobie, że wąska sukienka z fartuszka mojej babci rozkłada się jak spadochron. Marzanna lekko kołysze się na wietrze,  sznurkowe włosy rozplatają się z warkoczy i falują jak wodorosty. Jest jeszcze piękniejsza niż wcześniej, nawet rozmazane plamy tuszu na twarzy dodają jej uroku. Jeszcze chwila, a wyobraziłabym sobie jej lądowanie na brzegu, otwarte ze zdziwienia usta moich koleżanek, ekscytację pani nauczycielki, promienie słońca wychodzące zza chmur, grupę oniemiałych rybaków, porzucających swoje wędki, wiaderka i składane stołki turystyczne, by patrzeć w stronę tego wczesnowiosennego cudu. Wszystko to miało się już zaraz-zaraz pojawić pod moimi powiekami, ale wtedy właśnie pani Rzeźnik szarpnęła mnie za ramię.

– Popatrz! Gdzie ona się podziała?

Otworzyłam oczy. Marzanna Patryka płynęła coraz dalej, gubiąc po drodze niedbale zawiązane wstążeczki i pojedyncze słomiane źdźbła. Kilka osób wychylało się za barierkę, inni wypatrywali czegoś w oddali. Słońce nie wyszło zza chmur, a pani Rzeźnik patrzyła na mnie wyczekująco. Włożyłam dłonie do kieszeni i z całej siły wbiłam paznokcie w dłonie. Umiałam znikać rzeczy. Zniknęłam moją marzannę.



Asia Flisek – urodziła i wychowała się w Gdańsku, obecnie mieszka we Wrocławiu. Z wykształcenia filmoznawczyni, lubi smutne radzieckie animacje i filmy o dziewczynach. Pracuje w muzeum, gdzie zajmuje się małym kinem. Publikowała w „Nowych peryferiach” i „Fabulariach”. Hobbystycznie robi zdjęcia porzuconym na ulicy listom zakupowym i prowadzi stronę Kino i dziewczyna.