topolski-page-001

Proza

MACIEJ TOPOLSKI

Numer 1/2018
Początek
Ilustracja: Ola Rubik

re.malte

na strach trzeba coś zaradzić, skoro się go ma
na strach wystarczy fantazja konsjerżki

spoglądającej na tę wielką czerniejącą masę
z gorącym życzeniem, aby to nie było już niczym

więcej na pewno niż pyzatym światłem letniego popołudnia
co obraca się niezdarnie w potłuczonych lustrach

ale to jeszcze było czymś, było głosem, który gadał
ze wszystkimi i żądał więcej śmiechu, rozmów, zabawy i ciszy,

wszystkiego naraz, z wielkim krzykiem domagał się widoku przyjaciół,
kobiet i zmarłych, a kiedy noc przychodziła, ten wył tak długo

i nieprzerwanie, że psy płaczące zrazu do wtóru (szczupłe charty
rosyjskie, małe jak rękawiczka żółte jamniki, niebieskie spaniele)

milkły wreszcie; był to czas okropny, co rusz coś z brzękiem
stłumionym padało na dywan, jasno padało na twardą posadzkę,

cielące się w ten czas krowy były bezsilne i zamknięte,
którejś wyrwano z brzucha martwy płód razem z jelitami,

nie chciał wyjść sam, wszyscy pracę powszednią wykonywali źle,
za dnia bali się nocy, częstym czuwaniem i przebudzeniami

byli tak przemęczeni, że nic nie pamiętali, nie mieli już
snów i Boga pojąć nie mogli, słyszeli tylko szmery,

od których straszniejsza pozostaje cisza, mająca swój własny pusty rezonans,
w niej nie ma się nikogo i nic, a każda rzecz objawia się bez ciekawości;

strach powiedział mi, że może powinienem zacząć jakąś pracę,

więc wziąłem się za pisanie, siedziałem całą noc i pisałem, kurczowo,
a teraz jestem zmęczony, jakbym przemaszerował rozległe pola Ulsgaardu;

na razie uczę się patrzeć, zaczynam i trudno mi jeszcze,
bo wszystko głębiej wchodzi we mnie, nie zatrzymuje się w tym miejscu,

gdzie się dawniej zawsze kończyło, posiadam wnętrze
i wszystko tam teraz wchodzi, także psy (pointer staroduński,

wolfszpic, krótkopyski molos, nihon teria o oczach umiarkowanych
i gładki saluki), tak, tam psy chadzają w twarzach ludzkich

czemu nie? twarz to twarz; są ludzie, co jedną twarz noszą latami,
taka twarz się zużywa, brudzi, łamie, rozłazi się jak rękawiczki noszone w podróży,

są to ludzie oszczędni, prości; nie zmieniają twarzy, nawet jej nie każą czyścić,
inni zdejmują ją, odwieszają na haczyk jako pustą formę;

ach, te poezje to takie właśnie puste nic, rozsypane, zupełnie
pokawałkowane: bez żadnej woli, bez opamiętania, bez chęci,

bo się jeszcze nic rzeczywistego ani ważnego nie widziało,
ani poznało, ani rzekło: może to być więc, że i ja jestem niczym?

i że dopiero z setek tysięcy szczegółów układam w sobie własny obraz,
ów obraz, który mi wszędzie towarzyszy, jak cudze oblicze staje naprzeciw:

a ten co? co to za człowiek? czego chce? czy na mnie czeka? po czym mnie poznaje?
to jest odpadek, łupina wypluta przez los, wilgotna od śliny,

przylepia się do muru, do latarni, do plakatów na słupie albo ścieka
z wolna wzdłuż uliczki, a za nim ciągnie się ciemny cichy brudny ślad,

ale tu, mój miły, tu jestem bezpieczny, wśród książek, jestem zabrany od ciebie,
jak gdybym umarł, i siedzę, i czytam poetę: ty nie wiesz, co to jest – poeta?

nic? żadnych wspomnień? nie; poeta, którego czytam, to jest inny, zupełnie inny
ktoś, kto ma cichy domek w górach, szczęśliwy poeta, który o swoim oknie opowiada,

to jest właśnie ten poeta, którym chciałbym być, bo on tyle wie o dziewczynach,
on wie o dziewczynach, które żyły przed stu laty, to nic nie znaczy,

że one nie żyją, bo on wie wszystko, a to jest najważniejsze,
on ich imiona wymawia, te senne, smukło pisane imiona

o przestarzałych zawijasach długich liter, i dorosłe imiona ich starszych przyjaciółek,
w których rozbrzmiewa już szczypta rozczarowania i śmierci;

o, jaki los szczęśliwy, tak siedzieć i spoglądać na tę ciepłą pręgę popołudniowego słońca
i wiele wiedzieć o dziewczynach, co przeminęły, i być poetą i myśleć,

że ja też stałbym się takim poetą, gdyby mi dane było mieszkać gdziekolwiek,
gdziekolwiek na świecie, w jednym z tych wielu zamkniętych wiejskich domków,

tam mieszkałbym sobie z moimi gratami, wśród portretów rodzinnych,
wśród książek i fotel byłbym miał, i kwiaty, i psy, które siedzą w nogach

(mastifa brazylijskiego, włoskiego charcika, wysokiego arlekina,
foksteriera o zgryzie nożycowym, nie zapominając o inuickim klee kai)

dobrze jest powiedzieć głośno: nic się nie stało, jeszcze raz: nic się nie stało
czy to pomaga? dobrze jest nie pozostawić nic w niepewności;

lecz ktoś cisnął mi w oczy garść confetti i to pali jak bicz, jedna chwila wystarczy,
a wszystko traci sens: ten stół i ta filiżanka, i stołek ten, którego się ręce czepiają;

wszystko codzienne i najbliższe staje się niezrozumiałe, obce i ciężkie,
mówię sobie: nic się nie stało, a jednak we mnie dzieje się coś, co zaczyna mnie

od wszystkiego dzielić i oddalać, gdyby strach mój nie był tak ogromny,
pocieszyłaby mnie myśl, że nie jest niemożliwością widzieć wszystko inaczej

i żyć, ale ja się boję, ja się boję straszliwie tej przemiany, ja przecież wcale
jeszcze nie oswoiłem się z tym światem, który mi się wydaje dobry,

tak bym bardzo chciał pozostać wśród tych kategorii, które polubiłem,
a skoro już coś się musi zmienić, chciałbym przynajmniej żyć pośród psów

(jak chihuahua lub chow chow) mających świat pokrewny i rzeczy te same;
ale nadejdzie w końcu czas inny, słowo na słowie nie pozostanie, treść rozpłynie się

jak chmura i jak woda opadnie: spojrzałem na zegarek, za pięć minut pierwsza
no, za dziesięć, powiedzmy za piętnaście minut musi przyjść kolej na mnie,

więc nie najgorzej, i wtedy przyszło mi na myśl, że to jest miejsce mi przeznaczone,
czułem, że teraz wreszcie dotarłem do punktu mojego życia, w którym pozostanę;

próbuję pisać do ciebie, chociaż nie ma nic między nami po rozstaniu, tylko nie myśl,
że ja tu cierpię na rozczarowania, przeciwnie, dziwię się nieraz, z jaką gotowością

poświęcam wszystko za twardą rzeczywistość i nie ma na to rady, że mój strach wzrasta
wtedy i opada, twardnieje, między narządami przybiera formy spiczaste, geometryczne:

zapalam świecę i już potrzeba na to odwagi, przypuśćmy na chwilkę, że ją mam,
mam ów courage luxus, ale wtedy wszystkie utracone strachy zjawiają się znów:

Strach, że mała wełniana nitka twarda jest, twarda i ostra jak stalowa igła.

Strach, że ten guziczek u nocnej koszuli jest większy niż moja głowa.

Strach, że ta kruszyna chleba upadnie na ziemię szklana i stłuczona.

Strach, że tym samym właściwie wszystko będzie stłuczone, wszystko na zawsze.

Strach, że skoro usnę, połknę ten kawał węgla leżący pod piecem.

Strach, że jakaś liczba w moim mózgu zacznie rosnąć, aż nie starczy jej we mnie przestrzeni.

Strach, że to, na czym leżę, to szary granit.

Strach, że mógłbym się zdradzić i powiedzieć to wszystko, czego się boję.

Strach, że nie mógłbym powiedzieć nic, bo wszystko jest niewypowiedziane.

Strach, że żadne z tych słów nie należy do mnie.


Maciej Topolski (ur. 1989) – tłumacz, eseista, poeta. Były redaktor niedoczytania.pl (2009–2011). Przygotował wybór wierszy Adama Wiedemanna Domy schadzek (Poznań 2012). Opublikował tom wierszy na koniec idą (Łódź 2017). Doktorant na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Mieszka w Krakowie.

 

Więcej tekstów w kategorii „Poezja”:

ZUZANNA ŚRODA

RAFAŁ RÓŻEWICZ

DAVID INGLE