Zamek

W tym mieście czuję się jak turysta. Nie należę do niego, tak jak drzazga pod paznokciem nie należy do dłoni. Zbliżam się do niego jak szaleniec do źródeł swojego obłędu: powoli, ostrożnie, nieufnie. Wchodzę w nie ciałem obcym jak plastikowa zaślepka od nie wiadomo czego w przełyk psa, który zżera wszystko na swojej drodze,

i nagle zatrzymuję się, nie mogę się poruszyć do przodu ani do tyłu, w prawo ani w lewo, bo oto w mojej głowie rośnie głupi lęk, rozlewa się i puchnie, aż całkowicie wypełnia mi czaszkę, a potem krótkim błyskiem eksplozji rozsadza mózg na milion małych kawałków. Wtedy nie czuję już strachu. Wtedy nie czuję już nic

i wspinam się na najwyższą wieżę najwyższego zamku, i stamtąd patrzę na rozsłonecznione ulice, skwery, parki, banki, sklepy, muzea, migoczące zielono-pomarańczowo-czerwonymi barwami sygnalizatory na skrzyżowaniach dwupasmowych dróg, autobusy, tramwaje, postoje taksówek, na wszystkie te rzeczy i na wszystkich ich ludzi wyświeconych z ruin, i widzę jasno i wyraźnie, że to miasto jest chore, to miasto jest chore na przywleczony skądś albo wyhodowany na miejscu przymus bycia większym, niż naprawdę jest i niż naprawdę potrzebuje być,

i wiem już, że to miasto jest martwe, ponieważ nie ma w nim żadnego z moich duchów, a tylko miasto, w którym ma się jakieś swoje duchy, jest miastem naprawdę żywym,

i wiem już, że, będąc tutaj, nie jestem u siebie, że, będąc gdziekolwiek, nie jestem u siebie, bo nigdy i nigdzie nie jestem u siebie, nie pasuję do niczego, nie pasuję nikomu, ja: permanentny nomada o aparycji zdeptanego pudełka po fajkach, 

i wiem już, że nic tu po mnie, późnym wnuku odrolnionego chłopa i półwiejskiej praczki, więc biorę z tego miasta, ile potrafię unieść, doję je, doję jak krowę obrzmiałą z nadmiaru mleka, a potem skaczę z najwyższej wieży i odlatuję lżejszy o siebie, odlatuję stąd lżejszy i wracam do domu, staję przed drzwiami ze sklejki w kolorze caiman black, wyjmuję z kieszeni klucz, wkładam go do zamka

i wtedy okazuje się, że to nie ten zamek.

Rąbiący drewno

Z ich mięśni szedł ogień. Trzonki siekier, wyrobione, idealnie leżały w ich dłoniach. Ostrza wgryzały się w zmarznięte pnie sosen i, miało się wrażenie, że śpiewały na wietrze, przy każdym uderzeniu w łyko krzesząc niewidoczne iskry.

Ścięte, lepkie od żywicy gałęzie opadały na zwały świeżego śniegu. Słodko-gorzki zapach unosił się wokół jak kadzidło podczas podniesienia. Słodko-gorzki posmak zdobił koniuszki języków.

Wyczyszczone niebo zamykało przezroczystą kopułą polanę, trzebież i młodnik. Ostre promienie słońca wkłuwały się w powieki. Świat stał, nieruchomy, skurczony do tego miejsca i tego czasu.

Oddychali ciężko. Oddychali przez nozdrza, usta mieli zawinięte szmatami. Przygarbione plecy poruszały się rytmicznie, jakby w takt melodii, której nikt nie słyszał, ale o której każdy wiedział, że jest.

Oddychali całymi sobą, oddychali najpełniej, jak to tylko możliwe; nigdy przedtem i nigdy potem nie widziałem, żeby ktoś tak łapczywie połykał i tak gwałtownie wypuszczał powietrze.

Ich oczy patrzyły w przestrzeń, jakby szukały w niej siebie, lecz nie napotykając niczego, zastygały w głuchej, ciemnej ciszy. Ich przepocone skóry uwalniały smród i parę.

Co jakiś czas któryś z rąbiących rzucał jakieś słowo, półsłówko, dźwięk, ni to do siebie, ni do drugiego, ni w całkowitą próżnię. Drugi odpowiadał jak echo albo śmiertelnie milczał.

Co jakiś czas któryś z rąbiących spluwał w przetarte rękawice i rozcierał ślinę, by utrzymać przyczepność uchwytu.

Co jakiś czas zatrzymywali się na moment, na jedno okamgnienie, żeby wstrząsnąć ciałem, uderzyć ręką o rękę i kolanem o kolano, wydobywając ze swoich wnętrz uśpione w nich ciepło.

Co jakiś czas używali wódki. Używali zmrożonej wódki z piersiówek, które chłodziły się w śnieżnych pryzmach. Używali wódki, ale spokojnie, dyskretnie, delikatnie. Palili przy tym papierosy, których zapach przywoływał jakieś dawne, mgliste, niejasne, może nawet fałszywe wspomnienia; smakowali ten zapach ustami i nosem, przerabiali go na radość w styranych płucach.

Pracowali od wczesnego rana. Około południa zrobili sobie przerwę. Siekiery oparli o stos ściętego drewna. Usiedli na obalonej rososze, wyciągnęli z toreb kanapki z kiełbasą, ugotowane poprzedniego dnia jajka i termosy pełne herbaty. Jedli. Jedli z namaszczeniem, powoli, w absolutnym skupieniu, celebrując każdy kęs i każdy haust, jakby dziękując za to wszystko, za ten las, za tę chwilę, za ten posiłek komuś czy czemuś, co było tak bliskie i tak dalekie jednocześnie.

Ścięte pnie korowali na miejscu. Korę odsypywali w jutowe worki po ziemniakach i układali na pace żuka.

Gałęzie składowali osobno, nie otrząsając z igieł.

Mechanicznie i w z góry ustalonym rytmie, jak jacyś półbogowie czy jakieś półautomaty, dziabali i cięli niemal do zmierzchu. Gdy zrobiło się szaro, odłożyli narzędzia, odpalili samochód i wrócili do domów.

To, co robili wtedy z tym drewnem, było najczystszą świętością i najokrutniejszym świętokradztwem. Było wzniosłe i barbarzyńskie zarazem. Wzbudzało zachwyt. Wzbudzało obrzydzenie.

Z materiału pozyskanego z tamtego wyrębu zbudowaliśmy potem z dziadkiem szopę, w której trzymaliśmy siekiery, strugi i ściski stolarskie.

Był rok 1990, grudzień. Jeden z rąbiących umarł pięć lat później na niewydolność serca, drugiego kilka lat temu śmiertelnie potrącił na jezdni dwudziestolatek, którego wtedy, gdy oni rąbali drewno, nie było jeszcze nawet w planach.

Był rok 1990 i nie wiedziałem, że po trzydziestu latach napiszę o nich pieśń.

Dłonie po szypie

bolały, swędziały i piekły, robiły się na nich pęcherze, które pękały od tarcia i lała się z nich ropa na przemian z poczerniałą krwią, i potem trzeba było zakładać na to ligninowe opatrunki z jakąś maścią; która strasznie śmierdziała i potem trzeba było wytrzymać w jednym pomieszczeniu z woniejącym delikwentem, chyba że samemu się nim było, wtedy nie. Wtedy nic się nie czuło.

Wtedy nic się nie czuło. Wsypywało się węgiel do składziku, tonę, dwie, trzy, zależy, ile przywieźli. Jesienny chłód głaskał policzki, lizał każdy nieosłonięty fragment ciała, jęzory jego szczypały i kłuły. Wsypywało się tak godzinę, dwie, trzy, aż się wsypało wszystko, i wtedy można było zdjąć rękawice, przebić pęcherze igłą, o ile wcześniej nie pękły same, żeby wyciekły z nich ropa i krew, bo z nimi wyciekało chore, wyciekało zło; potem maść i tak dalej.

Wsypywało się ten węgiel, aż zesztywniał kręgosłup. Wtedy chwila przerwy, przeprost i splunięcie, papieros, rozmowa albo bezgłośne patrzenie w pustkę, w której nie było naprawdę nic.

Jeśli węgla było dużo, wsypywało się na raty, rozkładało się pracę na kilka dni, w międzyczasie zajmując się czymś zupełnie innym.

Co pewien czas w grudkach węgla znajdowało się odbicia paproci lub muszli. „To było kiedyś żywe”, mówili wtedy ci, co wsypywali dłużej i częściej, „rosło tak, jak my tutaj rośniemy, żyło, jak my żyjemy, aż umarło i oto co z tego zostało. Tak jak i po nas kiedyś jeden chuj zostanie, w imię Ojca, amen”.

Węgiel świecił jak złoto. Przyjeżdżał najpierw na pakach Roburów i Żuków, a potem, w nowych czasach, w błyszczących autach dostawczych zachodnich marek. Przyjeżdżał z daleka, może nawet z tych samych krain, z których dawniej przyjeżdżały przyprawy i jedwab; był zresztą tak samo jak one cenny. Węgiel był cenny, bo węgiel to było ciepło, a ciepło to było życie. „Nieprzypadkowo trupy są zimne”, mówili wtedy ci, co wsypywali dłużej i częściej. „Są zimne, bo wyleciała z nich dusza; dusza to taki ognik, który lata w przestworzach i szuka dla siebie miejsca, a kiedy na coś trafi, rozpala to na chwilę lub na całą wieczność. Ta sama dusza, co płonie w ciałach żywych, tańczy i śpiewa w żarzącym się węglu. Jedna jest dusza we wszystkim i wszystkich”, mówili dalej z pewnością właściwą wytrawnym teologom, jak gdyby wiedzieli więcej, niż komukolwiek mogłoby się wydawać. „Jedna jest dusza i Bóg też jest jeden, ten sam w tobie, co i we mnie, co w tych dłoniach, w tych pęcherzach na dłoniach, w tym węglu i w tej szypie”.

Mówili o Bogu, którego nikt nie widział. Bóg był odległy jak miejsca, z których kiedyś przyjeżdżały przyprawy i jedwab, a dzisiaj przyjeżdża węgiel. Nikt nie znał tych miejsc, nikt w nich nigdy nie był, ale one przecież musiały istnieć, bo istnieli posłańcy za kierownicami Roburów, Żuków i błyszczących aut dostawczych zachodnich marek. Tak samo było z Bogiem. Nikt go nigdy nie widział, przynajmniej w taki sposób, w jaki widzi się matkę, ojca, żonę, dziecko, znajomego. Nikt go również nie słyszał, nikt nie czuł jego zapachu, gładkości albo szorstkości jego skóry, nikt nie znał smaku jego ust, nikt z nim nigdy nie rozmawiał twarzą w twarz. Ale skoro istniał świat, to musiał istnieć ktoś, kto za nim stał, bo przecież nic nie wzięło się z niczego; nic nie istnieje samo przez się, tak po prostu, bez celu i kierunku. Musiała istnieć jakaś milcząca obecność, jakaś milcząca, nieobecna obecność, która wszystkiemu nadawała sens. Ci, co wsypywali dłużej i częściej, dobrze wiedzieli, że wszystko ma swoje ukryte znaczenie. Węgiel ogrzewa domy, domy ogrzewają ludzi, ludzie ogrzewają się nawzajem – wszystko się zazębia, wszystko jest poukładane z chirurgiczną czy zegarmistrzowską precyzją, wszystko ma swoje miejsce, swój czas i swój odwieczny, niezmienny, dyktowany z góry rytm. Tak było od zawsze i tak już na zawsze miało być.

Lecz przyszedł taki dzień, gdy czekaliśmy na węgiel, ale nie przyjechał. Gdy ledwie zaleczone palce chwyciły za styliska, ale nie było już czego wsypywać. Gdy pordzewiały sztychy szyp opartych o płoty, wysmaganych deszczem, zapomnianych. Gdy zabrakło wsypujących, gdy zabrakło ich dłoni, gdy zabrakło pęcherzy, ropy, krwi i bólu.

Lecz przyszedł taki dzień, w którym nie było już Boga.



Tomasz Dalasiński (ur. 1986) – twórca tekstów poetyckich i prozatorskich, doktor nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa. Autor kilku książek z wierszami, m.in. © i Większe (nominacja do nagrody im. K.I. Gałczyńskiego „Orfeusz” za rok 2018), książki prozatorskiej Nieopowiadania oraz książki krytycznej Jadąc do ciebie. Szkice o poezji Jacka Podsiadły. Stypendysta MKiDN, Miasta Torunia, Marszałka Województwa Kujawsko-Pomorskiego oraz ZAIKS w dziedzinie kultury. Obecnie pracuje nad książką z mikroprozami pod tytułem Przystanek kosmos i 29 innych pieśni o rzeczach i ludziach. Jesienią 2021 nakładem WBPiCAK-u ukażą się jego Wiersze z powietrza, głodu, ognia i wojny.