Ilustracja: Hania Kmieć

Krzesło

Kiedy w domu zaczynają dziać się znowu te rzeczy, Zawilska podnosi się, idzie do przedpokoju, bierze krzesło, i zaczyna schodzić z drugiego piętra po pięćdziesięciu trzechschodach. Opiera się o to krzesło, ono schodzi dwa stopnie niżej na swoich przednich koślawych nogach. Na schodach w te dni panuje zamieszanie, ludzie rozstępują się, ktoś oferuje pomoc, ktoś pyta, od kiedy tu mieszka. Zawilska z nikim nie gada. Doszła do wniosku, że już się nagadała, że z dalszego gadania nie ma pożytku, a kosztuje ono dużo wysiłku, więc robi sobie od niego wakacje. Wnuki urosły i poszły z domu, został syn z żoną, ale Zawilska co miała mu do powiedzenia, powiedziała, czego mu nie przekazała, tego już nie przekaże. Toleruje swoje dzieci i to już w zupełności wystarczy.

Zawilska wychodzi przed budynek, stawia krzesło tam, gdzie zawsze, niemal równo w cztery kółka odciśnięte na chodniku. Był czas, że nie ruszała go stąd w ciepłe dni, ale potem zaczęły dziać się tu różne rzeczy, Zawilska znajdowała na krześle pety i butelki po kubańskich napojach, które musiała odnosić do śmietnika na podwórku (kiedy był jeszcze otwarty) albo prosić o to dozorczynię (kiedy była jeszcze dozorczyni). Zresztą krzesło ułatwiało jej chodzenie i potem nie ruszała się bez niego też na pocztę.

Przed budynkiem siedzi już Kazia na swoim taborecie, olbrzymia, w kwiaciastej sukni i kapeluszu. Nie przepadają za sobą z jakichś powodów, a może bez powodu. Mając ją po sąsiedzku, praktycznie za ścianą, Zawilska nigdy nie musiała jej jeszcze lubić. Owszem, gadały na schodach, pożyczały sobie soli czy mąki, kilka razy nawet były u siebie. Kazia, stara panna, trzymała w swojej kawalerce ratlerki, których Zawilska nienawidziła, i jeszcze strzygła psy, w ogóle miała jakąś szajbę na te psy. Chwała bogu wszystkie dawno wyzdychały.

Kazia lubi mówić, więc mówi do Zawilskiej.

– Już są z telewizji te pijawy, o tam. Raz mnie pytali, co ja na to, to im powiedziałam, co ja na to, i wystarczy. Ruszę się stąd tylko na tamten świat! Już mi niedaleko. Ale was to już dziś zabiorą coś czuję.

Przygląda się chwilę Zawilskiej z uwagą. Jest od niej wyższa o głowę, a że trzyma się prosto, to o dwie. Z trudem jednak oddycha, jakby w płucach miała psią sierść. Wachluje się kapeluszem. Zawilska woli patrzeć na ulicę. Jeden pas jest zablokowany. Ci z telewizji jedzą to kubańskie jedzenie.

Podchodzi Henia. Henia jest młodsza, po siedemdziesiątce, drobna i zażywna, tylko chodzi w palcie także w upał. Czasami siada z nimi jako trzecia, a czasami biega, tak jak teraz, bo jeszcze ma siłę.

– A ta pietruszka, to, kochana, od Czarnego? – ciekawi się Kazia.
– A skąd, nie ma Czarnego od lat – mówi Henia.
– To ja wiem, że nie ma Czarnego, ale coś tam jest, jak to się teraz nazywa?
– Zdrowe jedzenie.
– O właśnie – śmieje się Kazia, a może kaszle – to gdzie ty biegałaś?
– Aż do spółdzielni.
– I co tam, pod spółdzielnią stoją?
– Stoi jeden. Sałatę miał za cztery. A u kogo to dzisiaj?
– U Zawilskich.

– Boże, znowu!

Dla Zawilskiej Henia była zawsze smarkata. Jeździła po klatce na wrotkach, wydzierała się, a tego jej męża Zawilska nigdy nie miała za męża, chociaż ustosunkowany, został nawet dyrektorem, to był lepszy dom, ale oni ciągle w biegu, w końcu on się od tego przekręcił na serce. Narzekali, że u Zawilskiej głośno, a ona im, że taki syn. Rozumieli, dogadywali się bez litowania. Byli w jego wieku i wcale nie miała ich za lepszych.

– Bo nie wykupili – mówi Kazia i znowu patrzy na Zawilską z niepokojem, jakby ta ją miała zaraz opieprzyć za jazdę na wrotkach.
– Ale gdzie oni pójdą? Oni nie mają dokąd pójść.
– Mi się wydaje, że jak już pójdą, to przecież dokądś.
– Nie wolno tak mówić.
– Mi wolno. Ja też nie wykupiłam.
– Ale ciebie nie wyrzucają.

– Wyrzucają, na tamten świat – Kazia wachluje się. – Jak były te upały, dzwoniłam po karetkę, to mi co powiedzieli? Że nie ma jak podjechać.

Henia zna tę historię i jest nią również wstrząśnięta, ale teraz nie może przestać myśleć o Zawilskiej.

Na chodniku, po drugiej stronie bramy, stoi samochód ciężarowy, do którego pakują meble i pudła.

– Coś mi się widzi – mówi Kazia – że to jej kredens.

Zawilska nigdy za tymi gratami nie przepadała, wolała proste nowoczesne meble, jak u Heni. Nie przypuszczała, że mają taką wartość, żeby się z nimi tak certolić. Wokół trzech osiłków uwija się facet w popielatym garniturze pokrzykując „ostrożnie panowie!”, ważny, swobodny i nabzdyczony.

– I co teraz będzie? – pyta Henia.
– Tak jak z piątką. Konfiskują. Za bezprawne użytkowanie.
– No, a z mieszkaniem?

– Tamci nowe drzwi wstawią, o tam, nowe zamki.

Nadchodzi dwóch facetów z drzwiami.

– Dzień dobry paniom – woła jeden. Kłaniają się.

Ten w garniturze pojawia się przy nich.

– O ile dobrze pamiętam, my mieliśmy już przyjemność i pani jest Helena Zawilska? Całuję rączki, pani nie musi nic podpisywać. Wszystko między nami w porządku. Jeszcze tylko jedna rzecz – zwraca się do pozostałych pań. – Proszę mi wierzyć, że czuję się równie niezręcznie, jak panie. Ale muszę zabezpieczyć krzesełko. Muszę zabezpieczyć TO krzesełko, dlatego proszę panią, aby pani wstała, proszę się o mnie oprzeć.

Zawilska podnosi się.

– Proszę ostrożnie. – Jeden z osiłków odchodzi z krzesłem. – Jest bardzo stare. Czy ja teraz mogę prosić panie o pomoc? – zwraca się do Kazi i Heni. – Czy mogą panie przejąć ode mnie koleżankę? Ona was teraz potrzebuje.

Henia dobiega do Zawilskiej, nim Kazia zdąży się ruszyć, ale i Kazia powoli podnosi się.

– Dziękuję – mówi mężczyzna, wchodzi na ulicę i wsiada do auta.


Dominik Bielicki (1976) – autor książek z wierszami: Gruba tańczy (2008) oraz Pawilony (2017). Laureat Nagrody Literackiej Gdynia (2018). Debiutował w „Filipince”. Mieszka w Warszawie.


Więcej tekstów w kategorii Proza: