Chore na paranoję koty budzą mieszkańców okolicy, dni zaczynają się coraz wcześniej. Astmatycy z zaropiałymi oczami szczekają kaszlem i spluwają tu i tam, krążąc wokół domów. Chłopcy katują skutery i motorynki, jest dym i jest jazgot, ktoś puścił drona, a ktoś latawca. Robi się na tyle ciepło, że Weteran pobliskiej kopalni wyjeżdża wózkiem inwalidzkim na werandę, gdzie nad gazetą popija śniadanie piwem i patrzy na sobotni ferment ciał, ruchów i świateł; patrzy na spacerujące wdowy, na cień przesuwający się po garażu, na wracających z fuchy chłopaków i na grubą Karolinkę, która ostrzeliwuje niebo z półautomatu na pomarańczowe kulki jupijajeeej.

Weź zadrzyj głowę do góry: tu mówi Wiosenne Słoneczko, koleżka chmur z komina i ptaków, co nie boją się piruetów. Tu mówi Wiosenne Słoneczko, ale wiosna w tej mieścinie zaczyna się od ceremonii rokrocznie inicjowanej przez takiego jednego z ferajny Starszych. Mówią mu Przeżytnik, a jego demencyjne napady nadaktywności zaczynają i kończą pory roku. Pierwszy dzień wiosny to dzień, w którym Przeżytnik bierze się do koszenia. Najpierw odbija się od ścian garażu, przetrząsa go i demoluje aż do momentu wyprowadzenia pomarańczowego modelu kosiarki-samochodzika. Dolewa benzyny, sprawdza napęd, rusza na ogródek i przecina go na milion różnych sposobów; bez ładu i składu, z furią meserszmita, namiętnością ostatniej rui na ziemi. Żylaste ręce trzymają kurczowo kierownicę przy seriach skrętów i driftów, włosy rozwiewa wiatr, a twarz odkształca się od prędkości i bezzębnego uśmiechu szaleńca.

Tu mówi Wiosenne Słoneczko, co przyjaciółkuje się z cudacznymi i naiwnymi: spójrz na Gapę, to mój przyjaciel. W jego domku pachnie kawą, tostami, czystością. Po umytej podłodze drepta na paluszkach Mamusia, żeby patrzeć z okna, czy uda mu się przejść przez ulicę i dotrzeć do koleżanki. Leżał złożony ropną anginą i teraz musi chodzić po zeszyty. Na pewno trochę się wstydzi, myśli Mamusia i macha, cała zatroskana, a potem znika z okna i wsiąka z powrotem w fortecę tulenia, gdzie rządzą i dzielą ironiczne siostry bliźniaczki, a ich cierpiący na zakwaszenie organizmu kocur straszy sobotni bukiet zapachów.

Gapa zatrzaskuje drzwi marki Gerda, odmachuje mamusi i potulnie czeka, aż zniknie za oknem. Potem pali gumy tenisówek, bierze zakręt hen przez trawnik, hop przez klomb, ale nie tak szybko, Gapo, bo krasnale ogrodowe o tej porze roku stają się coraz bardziej nachalne. Dawno temu poustawiali je tutaj siorbiący koniak dziadkowie: krasnale miały być ekstrawagancką ozdobą, ale wiosna po wiośnie babuszki pachnące trwałą na włosach zaczęły siadać obok nich na drewnianych taborecikach. Smutne i znudzone, kroiły nożykami z drewnianą rączką jabłka na małe kawałki, karmiły krasnoludki, opowiadały im o starych czołgistach i dzisiejszych udrękach, a krasnale chłonęły życie z babcinych opowieści i zaczynały żyć swoim życiem. Potem, wiosna po wiośnie, babuszki odchodziły, a krasnale zwyrodniały w samotności, mając za jedyną pociechę cudze wspomnienia.

Maminsynku, mówi nadpsuty Krasnal, ja pamiętam twojego tatusia zanim miał brzuch jak armata, jaki hardy z niego był kawaler i najlepszy loczek w okolicy, oni to byli pokoleniem bogów, o, jak szurali białymi adidaskami po czarnej szosie, szurali i gonili kursy walut, wartości akcji, za przyszłością gonili po tej czarnej szosie. A wiesz, Maminsynku, mówi Krasnal, kto tu tak pięknie niebo przyozdobił antenami Canal+ i flagami Unii Europejskiej? Jacy wszyscy byliśmy dumni, że to tutaj, a nie gdzie indziej niebo ma takie ozdoby…, mówi zwyrodniały Krasnal i chce mówić dalej, wygadać się za sto i jeden lat, ale Gapa łapie taneczny krok, przecina powietrze dwoma piruetami capoeiry, ląduje na ziemi, bierze wdech, a potem kolejny piruet i Kapeluszogłowy ląduje na ziemi i niech do ziemi gada, przemądrzały frędzel.

Gapa, pan tanecznych kopnięć, gimnastyk, że hoho i tylko troszkę gorszy siłacz uśmiecha się do myśli, że tak oto powinno wychodzić się z domu na wiosnę, mimo przeżytej bakteryjnej inwazji i mimo tygodnia siorbania letniej herbatki. Otwiera furtkę, patrzy w lewo, patrzy w prawo, a potem hop, znów piruet i capoeirą robi potężny huk furtką, aż cała brama drży, aż człapiący drogą nierozgarnięty, podobno już czterdziestoletni Roztropek odskakuje na kilka kroków.

Siemasz chuju, woła Gapa. Roztropek robi za miejscowego głupka od czasu, kiedy w dzieciństwie nażarł się zatrutych jagód i wyszedł ze szpitala z dziwacznie powyginanym ciałem oraz dobrodusznym, naiwnym umysłem. Odtąd jest tylko obiektem żartów albo współczucia; matki i babki częstują go szarlotką, a znudzeni chłopcy obrzucają go czasem jabłkami, bo taki głupi i niegroźny. Siemano młody, odpowiada Roztropek i kuśtyka w swoją stronę, wyglądając jakby właśnie wstał po zbyt długiej drzemce.

Mieszkańcy odpowiadają na pozdrowienia Gapy, ale ten pogodny spacerowicz jest już gdzie indziej. W marszu energicznie macha rękami i szura trampkami po drodze, a w myślach muska dłoń Fantastycznej Roszpunki, opowiada jej jak wymknął się inwazji bakterii, opowiada o spotkanym Roztropku, odpowiada na jej pytania, wybacza obgryzione, upaprane atramentem paznokcie i zużyty, różowy dresik, w którym Roszpunka chodzi po domu. Fantastyczna Roszpunka mieszka tuż za rogiem, w sąsiedztwie Wujcia, który zakaszlał się krwią na śmierć, kiedy przez miasteczko przeszedł żółtobury dym i teraz Ciocia jest sama, pielęgnuje tylko kwiatki i przychodzi z domowym ciastem w odwiedziny, zawsze pulchnie miła, kochana, pachnąca. Znowu stoi w oknie, jakaś rozproszona. Ledwo zauważa Gapę i dostraja uśmiech.

Do Roszpunki zostało już tylko kilkanaście metrów, o nie, tylko nie to – Gapa wie, kto u niej strzeże ogrodu i na samą myśl zamienia się w nerwowego fajtłapę z nadkruszonym zębem, który w ostatniej ławce zawsze tak uporczywie buja się na krześle, że raz na jakieś dwa tygodnie upada przy akompaniamencie śmiechów klasy i rozwrzeszczanej trwogi nauczycielki. Skumulować siły, myśli, wywołać je zaklęciem. Więc kleci nerwowo z przedszkolnej pamięci: raz i dwa, raz i dwa, pewna pani miała psa, trzy i cztery, trzy i cztery, pies ten dziwne miał maniery, pięć i sześć, pięć i sześć, wcale kości nie chciał jeść, siedem, osiem, siedem, osiem, wciąż poniżenie nam przynosił, dziewięć, dziesięć, dziewięć, dziesięć, kto z was odwet mu przyniesie?, może ja, a może ty, licz od nowa: raz, dwa i Gapa jeszcze raz uderza w raz dwa, czochra się po czuprynie, chowa telefon w bezpieczną kieszeń i już nie jest nerwowym śpiochem, a Spoko Kolesiem, który idzie do Roszpunki po zeszyt i czułość, a niesie też przy okazji zemstę dla Biszkoptowej Bestii – okolicznego psa gwałciciela, zboczonej góry futra.

Kopie przez drogę kamyk, liczy kroki i co pięć podskakuje, żeby utrzymać wewnętrzny ogień. Nie chcę w poniedziałek do szkoły, kop w kamień, lepsza była angina i konsola, cztery i pięć, hop, potem krok w tył, żeby znowu kopnąć kamień. To nieprawda, że nie umiem się skoncentrować, myśli Gapa i stara się skupić na przedostaniu przez teren Biszkoptowej Bestii do przedpokoju, gdzie Fantastyczna Roszpunka ma wręczyć mu starannie oprawiony zeszyt z tęczowymi podkreśleniami każdej lekcji i każdego tematu. Trzy, kop w kamień, cztery, podskok i Gapa stoi przy płocie, szuka wzrokiem Biszkoptowej Bestii, gdzie jesteś, zasrany kundlu, no gdzie?, i Gapa chwyta kamień, tak na wszelki wypadek. Nie wejdę furtką, myśli, bo tego Biszkoptowa Bestia na pewno się spodziewa, wejdę przez płot, od tyłu, ale tak, żeby nikt mnie nie widział, bo co pomyślą, jak się dowiedzą, że boję się jakiegoś tam psa, który tak naprawdę jest recydywistą w dziedzinie gwałtów na nieszukających guza nieletnich? Tata zawsze mówił: hardo hardo młody, więc hardo hardo, dookoła domu, raz dwa trzy, noga w szparę pośrodku, przerzucić ciężar ciała i hop przez płot, jestem u nich, u Fantastycznej Roszpunki.

Trener mówił, że sami jesteśmy swoimi wrogami, ale to nieprawda, moim wrogiem jest Biszkoptowa Bestia, a nagrodą Fantastyczna Roszpunka, to ona będzie moją pachnącą żoną w naszym domu, też pachnącym, z którego nie będziemy wychodzili jak będzie w ciąży i kupię jej taki bujany fotel do oglądania telewizji. Lekko przyczajony Mściciel Gapa idzie tak przez ogród, powieka skacze mu w nerwopląsach, ale w sercu hardość. Nie, nie jestem pizdeczką, jak mówił Gruby Wojtek, po prostu wolę nie spotkać tego psa, zdecydowanie wolałbym go nie spotkać, sram na zemstę. Przycupnął przy ścianie, tak żeby z ulicy nikt nie mógł go zobaczyć i myśli, co dalej, dokąd dalej i gdzie Biszkoptowa Bestia.

Przejdę tylko jeszcze kilka kroków dookoła i będę pod drzwiami, myśli, biorąc oddech, na pewno ktoś szybko otworzy i Biszkoptowa Bestia mnie nie dopadnie.. Po drzewie skacze wiewiórka, a Gapa krok za krokiem zbliża się do celu, widzi już drzwi i doniczkowe kwiaty po bokach schodów. Niebo pruje paralotnia, wszystko takie spokojne, wiewiórka hopsasa, Gapa krok za krokiem, aż nagle, tuż za nim, szum i szczek, Gapa czuje łapy na plecach, upada twarzą w trawę, słyszy radosny pisk, a potem jest tylko ciężar i czekanie na ratunek.

Gapa znowu przegrany. Jak w Heroes z chytrymi bliźniaczkami, jak w biegach na orientację, jak w Gran Turismo z Czterookim Marcelem. Najpierw miarowe, a potem coraz bardziej chaotyczne i pełne pasji ruchy psa chędożącego Gapę, który teraz może tylko piszczeć, wierzgać i odtwarzać w głowie swój kalejdoskop wstydu.

Drgający pies oplata nogę, a pazurami przedniej łapy pruje koszulkę. Gapa wie, że wróci w brudnych i postrzępionych ubraniach, a ubrał się najlepiej jak tylko mógł, w same ostatnie prezenty. Ojciec będzie po prostu zły, zrobi z tego wielką tyradę o braku szacunku dla pracy pokoleń, które musiały radzić sobie w trudnych czasach. Ale najgorszy będzie smutek mamy, która lubiła, gdy nosił tę koszulkę. No i kpiny bliźniaczek, straszniejsze niż ten psi chuch na karku. Gapa, radosny zazwyczaj chłopak z zarumienionym licem, ma w domu opinię problematycznego. Niby zdrowy chłopak z obdartymi kolanami, ale musi chodzić do pani pedagog. No i jak dziwnie telepie się przed komputerem, jak zapomina na jakim świecie żyje i łazi przez sen, wszystkich budzi, ale jeszcze bardziej martwi, kiedy tak mamrocze do siebie, czasem nawet przeklina i ulewa mu się z ust piana. Mama i tata boją się, że taki to się nie odnajdzie. A Gapa boi się, że zawsze będzie miał w sobie coś dziwnego, przez co to akurat jemu przydarzają się głupie i smutne rzeczy. Z zaskoczenia i akurat jemu, czemu akurat jemu? Że zawsze ból zęba w lunaparku, zgubione bluzy, telefon w wannie. Że zawsze jak przyjdą do niego koledzy, to tata akurat pijany i chce żartować, a mama w brzydkich ubraniach i złym humorze. No i teraz Biszkoptowa Bestia tuż przed spotkaniem z Fantastyczną Roszpunką. I to nie pierwszy raz, ostatnio w ferie, kiedy mieli oglądać u niej w pokoju film i jeść paprykowe krakersy.

Gwałcący powoli traci werwę, teraz charczy jak zadławiony papierem odkurzacz i ślini się na gwałconego, któremu kalejdoskop upokorzeń kręci się z szybkością fidget spinnera, bo ciągle leży na trawniku dziewczyny, której rodzice są i ładniejsi, i bogatsi, i jeżdżą na lepsze wakacje niż ktokolwiek tutaj, ze wszystkich na ulicy. Na co mi była capoeira, myśli Gapa, na co zaklęcia, po co to całe dzisiejsze podniecenie? Dziesięć lat już idę przez życie, a potykam się jak mały bobas. A teraz jeszcze piszczę jak mały bobas i wszyscy to słyszą, cała ulica.

Uciekaj!, krzyczy Pani Domu, głupi pies!, a Pan Domu w koszulce polo śmieje się i przez śmiech krzyczy, nie gwałć piesku!, idź stąd!, ale już!, niedobry! I śmieje się, bo to łagodny pies. Tylko zawsze spragniony ludzi, a szczególnie tego tutaj młodego, wesołek jeden.

Gapa smutny leży na ziemi i myśli, że jest do niczego, że to już koniec. I patrzy w niebo, a wszystko wokół powoli zyskuje pokraczne kontury kolorowanki robionej na kolanie przed lekcją. Zastygają w gryzmołach domy, trawniki i kominy. Twarz Weterana jakaśtaka powyjeżdżana, fioletowa sylwetka Roztropka jeszcze bardziej pokraczna, na Mamusię w oknie zabrakło cielistej kredki, a zrobione kilkoma nadpobudliwymi kreskami Wiosenne Słoneczko uśmiecha się do niego, wysuwając jęzor jak niewinny, biszkoptowy psiak. Czuwaj, Gapo!



Mateusz Górniak - urodzony na Śląsku, obecnie mieszka w Krakowie. Redaktor „Stonera Polskiego”.