Z moją matką nie mamy w sobie nic niezwykłego. Ja – trzydziestoletnia; ona – w podeszłym wieku, jak to zazwyczaj matki. Nie jesteśmy nawet do siebie podobne. Ale nie w tym rzecz.

Z moją matką nie mielibyśmy w sobie nic niezwykłego, gdyby nie to, że do dziś łączy nas pępowina. I nie mówię o żadnej symbolicznej więzi, ale o prawdziwym, trzydziestoletnim sznurze z ciała, o ciasnym warkoczu z naczyń krwionośnych, którego z jakiegoś powodu nie przecięto na czas. Dzięki dwóm tętnicom ciągle buzuje w nas krew. Wpleciona między nie żyła pozwala nam żyć. Pępowina jest sino-biała, gruzłowata, trochę obeschnięta, zdrewniała, z czasem coraz mniej rozciągliwa, mniej elastyczna, starzejąca się dzień za dniem razem z nami. Od czasu do czasu linieje jak wąż. Przypomina ludzki ogon, psią smycz albo lianę Tarzana. Jak rozciągnięta między nami pętka białej kiełbasy, ciągnie się spod maminej spódnicy do mojego brzucha. Ciekawi, obrzydza, peszy. Zawstydza, żenuje, śmieszy. Wzbudza kpinę, współczucie, politowanie. Jak lep przyciąga muchy pod sufitem w kuchni, tak pępowina przyciąga wzrok ludzi, kiedy czasem zdarzy się nam wyjść z domu.

A zdarza się nam wychodzić. Próbujemy żyć normalnie. Mimo, że dzieci , szczególnie latem, kiedy jest ładna pogoda, wykrzykują pod naszym oknem: „Roszponko kiełbaso wielkanocna, spuść, ach spuść swój warkocz” i rechoczą wniebogłosy. Kiedy byłam mała, ten śmiech długo zalegał mi w uszach, a potem wracał w nocy, gdy nie mogłam spać; mieszał się z odgłosem żab z pobliskiego stawu. Było lato, ciało matki było gorące i spocone, zmieniała koszulę nocną kilkakrotnie w ciągu nocy, zawsze pytając, czemu nie śpię, podtykając mi pod nos rumiankową herbatę w termosie i kawałek ciasta. Czekoladowe okruchy zostawały mi między zębami do rana.

Kiedy pytam matki, dlaczego nie zostałyśmy rozłączone na czas, dlaczego, w ostateczności, nie przegryzła zębami tej durnej pępowiny, jak robią to koty, psy, szynszyle i wszystkie inne, niekoniecznie rozumne, kierujące się instynktem stworzenia, matka za każdym razem odpowiada co innego. Czasem mówiła: „jakoś się o tym zapomniało”, czasem „nie należało się z tym śpieszyć”, a czasem „takie były czasy”, „przestań już”, „jakie to teraz ma znaczenie” albo „mam ochotę na lody”. Nie wydaje mi się, żeby którakolwiek z tych odpowiedzi była prawdziwa.

Okno w kuchni, o którym wspomniałam, to moje ulubione miejsce w domu. Widać z niego jedenaście dachów. Codziennie spędzam wiele godzin za firanką. Wsłuchuję się w odgłosy. Oczka firanki są gęste jak sito, dzięki czemu nie przelatują przez nie muchy, a dzieci mnie nie widzą. Jestem niewidoczna jak duch. Nic mi nie grozi. Mogę do woli wyobrażać sobie, że jestem z nimi na dole. Wtedy moja matka okrężnymi ruchami szoruje obok garnki lub myje podłogę. Okrężnymi ruchami robi wszystko, nakłada krem na twarz, myje zarośnięte pachy pod prysznicem, rozmasowuje sińce lub plecy, które zesztywniały po całym dniu roboty.

Właśnie przez okno usłyszałam kiedyś to słowo. Codziennie chłopcy z podwórka powtarzali je w kółko. Zapytałam o to matkę. Powiedziała – z miłości ludzie czasami łączą się ze sobą, nie tylko duszą, ale też ciałem, tworząc jedno. Tak jak my? – zapytałam wtedy. Niezupełnie, podrapała się po głowie i wróciła do szorowania garów.

Tego dnia wzięłam linijkę i odmierzyłam. 121 centymetrów . Tyle nas dzieli i tyle łączy. Trzy kroki w dowolnym kierunku; ni mniej, ni więcej.

Przypominałyśmy rodzeństwo syjamskie. Z tym, że dzielić ciało z matką to zupełnie coś innego niż z siostrą czy bratem. Takie dzieci można było rozdzielić, widziałam w telewizji. Pępowina to przecież nie wspólna twarz; nie płuca, żołądek, czy kręgosłup do podziału. Wystarczyłby dobrze zaostrzony nóż, jeden wprawny ruch i jesteśmy wolne, powiedziałam matce, pewnego ranka, kiedy piłyśmy poranną kawę. To nie moja fanaberia, odpowiedziała, taka już nasza natura. Żeby się rozdzielić, jedna z nas musiałaby umrzeć.

Żeby to sprawdzić, wyskoczyłam wtedy przez okno. Nie doleciałam do chodnika. Wisiałam w zielonym szlafroczku przez godzinę na wysokości piątego piętra,, klapki japonki zleciały mi ze stóp. Ktoś w końcu zlitował się, podniósł je z trawnika. Tylko nam wstydu narobiłaś, powiedziała matka, kiedy zostałyśmy znowu same. Milczałam, od wiszenia potwornie szarpało mnie w brzuchu
Były też noce, kiedy budziłam się zlana potem i odnajdywałam ją obok – siną, opuchniętą, pijaną, z pępowiną zaciśniętą wokół szyi i listem pożegnalnym w zimnej, spoconej dłoni. Pisała w nim o jednym wydarzeniu, które miało miejsce, kiedy jeszcze mnie nie było na świecie. Zawsze to był ten sam list:

We wtorek po południu w domu skończyła się sól. Mogliśmy zjeść bez soli, ale powiedział, że pójdzie do sklepu na rogu i kupi. W tym czasie rozbijałam kotlety na obiad. Zdążyłam rozbić już wszystkie, kiedy usłyszałam dźwięk syren. Ale w tym momencie ktoś zapukał do drzwi. Poczułam ulgę. Ale to nie był on. Musiałam mieć naprawdę przerażoną minę, bo człowiek, który serdecznie i uroczyście zaprosił mnie na rocznicę śmierci Jezusa, uśmiechnął się dobrodusznie, rozbawiony na widok wyrazu mojej twarzy. Wszystko dobrze? – zapytał. Kiwnęłam głową. Miał na sobie niebieski sweterek w serek. Pozwoliłam mu skończyć, spojrzałam na wyciągniętą w swoją stronę dłoń, na ulotkę z promiennym wizerunkiem Jezusa. Przez chwilę zastanawiałam się, czy ją przyjąć. Dziękuję, nie jestem zainteresowana, powiedziałam. Zamknęłam drzwi.

Pogrzeb odbył się w czwartek.

Nigdy potem nie przyznawałam się matce, że czytałam te jej listy pożegnalne. Lubiłam mieć przed nią sekrety. Sekrety były jedyną formą rozrywki, jaka mi pozostała.

Oczywiście po mężczyźnie z listu byli w jej życiu inni. A przynajmniej jeden. Ma mi do cholery mówić „tato”, krzyczał do matki. Przez czas, który spędziliśmy razem, chodził do pracy, zarabiał pieniądze. Jego napady wściekłości sprawiały, że zawsze wyobrażałam go sobie bardziej jako „coś” niż „kogoś”. Miałam go przed oczami, kiedy w telewizji pokazywali psa rasy amstaf atakującego człowieka, lub orkan Emily unoszący amerykańskie krowy; kiedy w filmie wojennym do skazańca z workiem na głowie wymierzał broń pluton egzekucyjny, kiedy oglądałam corridę, kiedy w wieczornych wiadomościach pokazali nagranie, na którym uczeń w Kalifornii wystrzelał szkolnych kolegów za pomocą własnoręcznie wystruganego łuku.

Możliwe, że właśnie przez to słowo „tata” nie mogło mi jakoś przejść przez gardło. Kiedy odchodził, moja matka kazała iść za nim. Złapałam się za rurę od zimnej wody w naszej łazience i powiedziałam, że nigdzie nie pójdę. Matka szarpała się mocno, rura pękła. Woda zalała wtedy trzy piętra z dołu. Dostałam potem zapalenia pęcherza, ale to nie było ważne. Zostałyśmy w domu.

W kwestii sekretów, to powiem tylko, że matka też je miewała. Miała na przykład taki rytuał: czytała poezję, siedząc na sedesie. Śmieszyło mnie to. Zawsze odkładała otwartą książkę na pralkę, grzbietem do góry. Z biegiem czasu zauważyłam, że od jakiegoś czasu zatrzymała się na jednym wierszu, do którego uporczywie wracała, czytała ciągle od początku. Ja zdążyłabym się go już nauczyć na pamięć. Bo czas mijał, leciały lata.

Pewnego dnia jednak wszystko się skończyło. Opowiem jak.

Tego dnia obudziłam się strasznie zmęczona. Odczekałam chwilę, aby rozprostowały się wgniecenia na twarzy od prześcieradła. To jednak nie nastąpiło. Zrozumiałam wtedy, że jestem już bardzo stara, zobaczyłam też, że matka nie żyje. Ciągle jeszcze zaspana, wybrałam wtedy numer w telefonie.

Kiedy skończyli, został mi po niej supeł na krótkim sznurku. Niby na pamięć, ale usechł i odleciał po kilku dniach. Byłam wolna.

Ale równie dobrze mogło zdarzyć się przecież coś zupełnie innego: pewnego dnia wstałam rano, przemyłam twarz, wgniecenia na skórze pod oczami nie były jeszcze tak wyraźne i szybko się rozprostowały. Wtedy uśmiechnęłam się do odbicia w lustrze. Wstałam i podeszłam do drzwi. Nacisnęłam klamkę. Ustąpiła. Szłam, krok za krokiem. Nic mnie nie zatrzymywało. Szłam sztywno, szłam uroczyście, wyprostowana, jak panna młoda do ołtarza. Aż do przystanku autobusowego. Wsiadłam w pierwszy czerwony autobus i odjechałam. Dopiero wtedy przypomniałam sobie o matce. Ale było za późno. Byłam już wolna.

Ale mogło być jeszcze inaczej. Pewnego dnia nauczyłam się mówić do matki „mamo”, „mamusiu”, „mamuniu”, rybie ości, słowa, które ludzie wysyłają sobie esemesem, kiedy ich samolot spada w przepaść lub kiedy płoną w pożarze. Tego dnia byłyśmy wolne, obie.



Ołena Cikuj – absolwentka aktorstwa na PWST oraz Studium Literacko-Artystycznego w Krakowie. Pracuje jako grafik komputerowy. Urodzona nad morzem, pochodzi z Przemyśla, mieszka w Warszawie.