ZapachFloxow-ilustracja1nowa

Proza

RICHARD ANTONIUS

Numer 1/2018
Początek
Ilustracja: Richard Antonius

Zapach floksów

albo 128.308.567

 

Ojciec Adama zawitał do Starej Kolonii dosłownie na chwilę, bo zaraz potem musiał pędzić w teren. Służbowy samochód stygł za czuprynami floksów. Kierowca, czekając na pasażera, odpędzał od opon psa sąsiadów za pomocą patyka. Chmura spalin i słodki zapach kwiatów mocowały się ze sobą, marszcząc powietrze nad uliczką.

Babcia Filomena zapytała zięcia, czy nie skosztowałby rosołu, on jednak od razu wyłuskał syna z porzeczek i kazał mu przynieść zeszyt do matematyki.

— Gdybym nie był aktywny w Towarzystwie Przyjaciół Dzieci, to by ten pieroński smark powtarzał trzecią klasę. – Słowa ojca przeleciały nad głową chłopca.

Ja go zaraz wyleczę z tej jego dyskalkulii.

Babcia załamała ręce.

— Coś Adasiowi dolega? Groźna to choroba jakaś?
— Tak, proszę szanownej mamy. Choroba, która rzuca się na mózgi śmierdzącym leniom.

Ojciec, w letniej marynarce z uciętymi rękawami, rozsiadł się na leżaku w słonecznej plamie. Adam przywlókł się z zeszytem i podręcznikiem do matematyki.

— Jak to, nie zrobiłeś jeszcze tych zadań? Przecież widzę. – ojciec kartkował zeszyt. — O, marny los!

Adamowi zrobiło się gorąco.

Babcia nalewała w kuchni rosół do talerza. Usłyszała jakiś strzał - nie strzał, a potem pochlipywania wnuka i wzburzony głos zięcia. Pospieszyła z talerzem na podwórko.

— I po co zaraz tyranizować... – powiedziała.
— Smark nie nauczył się tabliczki mnożenia. Gada piąte przez dziesiąte. Jak pytam, ile jest 7 razy 8, to on mówi, że 47! A zadania tekstowe też nieruszone – Ojciec namachał się rękami, wstał z leżaka i popatrzył na zegarek.
— Mało mam czasu, proszę mamy. Walczymy teraz o elektryfikację wsi Florynka. A potem hajda, do Krakowa. Plenarne posiedzenie prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej. Ja i Róża przyjedziemy zgarnąć go za dwa tygodnie. Rosół! Absolutnie, zjem z przyjemnością, w kuchni.

Na progu werandy ojciec odwrócił się do babci. Coś nie dawało mu spokoju.

— Żeby mama wiedziała, jak ten smark psuje mi… różne sprawy.
— Co ty wygadujesz? – babcia o mało co nie wylała zupy.
— A tak, tak. Choćby polowania. To przez niego drastycznie je ograniczyłem. Przecież mama wie: jak przyniosę koziołka, to zaraz ryk i łzy.
— Adasieńko jest wrażliwym dzieckiem.
— Tak? - ojciec wycelował palcem w kąt ogrodu. — Ale jak mama odrąbuje głowę na gnojówce kogutowi, to się smark pieroński nie wzdryga. A jak potem wsuwa rosołek…
— Zwłaszcza móżdżek.
— O, no właśnie: móżdżek – to dało ojcu do myślenia. — A dużo mu mama tego daje? Bo kto wie, kto wie, czy od tego nie dostaje kurzego móżdżku?

Babcia machnęła ręką.

— To malutkie, tyle co na paznokieć się zmieści. Ale on i tak najbardziej lubi serduszko.

Adam został sam nad oślepiająco jasną kartką zeszytu. Plama po łzach szybko wyparowała. Patrzył w cyfry, gryzł koniec ołówka i zastanawiał się, ile to może być 4 razy 9. Z drewutni zapiał kogut, Figaro – tak go nazwał dziadek Julian. Chłopiec zauważył, że za trzecim razem pianie koguta przeszło w przeciągłą chrypę. Za chwilę rozległo się stukanie. Ktoś w uliczce wbijał papiaka na dachu werandy. Adam naliczył sześć razy. Coś go tknęło. Wpisał 3 i 6.

— No, masz szczęście, dyskalkulusie jeden! – usłyszał nagle nad sobą głos. — Wystarczy chcieć pomyśleć. Kto powiedział, że cyfry muszą być suche?

Za chwilę ojciec, zamiatając teczką po porzeczkach, pośpieszył do bramki. Jasnokawowa Pobieda wbiła w krzewy floksów czarny kłąb spalin. Kiedy Adam podbiegł do bramki, samochód znikał za domem dyrygenta orkiestry kolejowej. Chciał pomachać ręką. Odpędził tylko gorzki zapach spalin.

W kuchni babcia siedem razy grzmotnęła w kotleta. Pies sąsiada, Ypsilon, szczeknął dwa razy i zadzwonił łańcuchem.

— To razem 9 – pomyślał-nie pomyślał Adam.

Szedł właśnie do ogródka szukać dojrzałych porzeczek. Z dnia na dzień na krzaku koło werandy przybywało tych szklących się w słońcu czerwonych koralików. Były smaczne. Wrzące od światła lato zdawało się rozsadzać przydomowy ogródek. Drgał niczym wielki niecierpek - passiflora na granicy salwy z dojrzałych nasion, która bez dwóch zdań, miała być sygnałem dla jesieni. Adam czuł, że w tym rozedrganiu świateł i soków kryje się zapowiedź końca wakacji oraz rychłego pożegnania z domem babci. W szkole czekała go czwarta klasa, kwaśne zapachy uczniów i tenisówek, nudne tabliczki mnożenia i zadania domowe pod żółtą żarówką. Ojciec zapowiedział: „Już oni tam wezmą cię w obroty”.

Pożyczył sobie kubek dziadka Juliana, który zwykle wieczorem napełniał go wodą z wiadra i stawiał w sypialni, koło łóżka, a potem wkładał tam sztuczną szczękę. Ale dzisiaj dziadek był w pracy – opukiwał młotkiem osie wagonów – i babcia Filomena podlała za pomocą jego kubka pelargonie w oknie. Kiedy nad osiedle nadleciał wojskowy kukuruźnik, zostawiła kubek na parapecie i wybiegła na uliczkę. Stamtąd lepiej było widać, jak ta hucząca niczym szerszeń maszyna kołuje nad dachami kolejarskich domków. Z sąsiedniego domu wyjrzała ciotka Lola i obie kuzynki zaczęły gwarzyć, zatopione w tle floksów, mając na sobie kwieciste kuchenne fartuchy. O kubku babcia zapomniała.

Adam drgnął. Na liściu siedział pancerny owad. Chłopcu wydało się, że ten zielony rycerzyk wyzywa go wojowniczą miną, do tego stroszy kark, jakby chciał zabronić śmiałkowi wstępu do słodkiego królestwa. Z obrzydzeniem trzepnął go palcem. Robak zapienił się, pstryknął w powietrze i znikł. Właśnie tak, jak napęczniały niecierpek. Na palcach chłopca pozostała jednak niemiła woń. „Kupę narżnął, czy co?” – przeszło chłopcu przez myśl. Jeszcze raz drgnął ze wstrętu, przez co kilka porzeczek wypadło z kubka. Schylił się, rozgarniając gałęzie. Coś białego, jak mgiełka, leżało na czarnej ziemi przy jego sandałach. Kokon jedwabnika?

Od jakiegoś czasu dziadek Julian nosił się z zamiarem założenia, jak sam mówił, „intratnej hodowli jedwabników”. Nie bacząc na pomruki babci, ukrył w swoim nakastliku tekturowe pudełko po czeskich butach pełne larw. Dostał je od pomocnika maszynisty, który, przez stację Leluchów, sprowadził larwy z Czechosłowacji.

— Czeski jedwab – zachwalał dziadek pokazując je któregoś dnia ojcu Adama. — Budou to hedvábné košile.

Ojciec nie był przekonany.

— Jak to, mój teściu? Prywatna inicjatywa? – zadał niepokojące pytanie.
— Może i w socjalizmie to zakazane – przyznał dziadek. — Ale zaczekaj, pierwszą produkcją obdzielimy towarzyszy partyjnych z miasta. I czerwone krawaty dorzucimy na Święto Pracy Pierwszego Maja, co? Polscy pionierzy i cała klasa robotnicza też mają prawo do jedwabiu, no nie? Czy tylko burżuje mają się stroić? Sam Lenin…

Ojciec machnął dłonią.

— Towarzysza Lenina do tego nie mieszajmy.

Adam zapamiętał błysk w oku dziadka. Pojawiał się zawsze, kiedy ukrywał żart.

— No, niech się teściu bawi – powiedział ojciec i machnął ręką. (Ale mu nią nie przylał.) - Zresztą, może to i lepsze niż ta produkcja blaszanych ptaszków-świstawek? – poklepał teścia w ramię.
— Elegantní, hedvábné košile. – powtórzył dziadek.
— To teraz tylko musi teściu poszukać, na osiedlu kogoś, kto ma morwę.

Wtedy dziadek uśmiechnął się tajemniczo.

— Rośnie taka w parku kolejowym, niedaleko semafora. Wypatrzyłem ją z mostu, jak wracałem z roboty. Będą olbrzymie larwy, zobaczysz. A jedwab mocny, jakiego świat jeszcze nie widział.

I urwał rozmowę, bo pod oknem, od strony drewutni, przechodziła babcia.

Adam wrócił myślami w gąszcz porzeczek. W jednej ręce trzymał kubek, a w drugiej obracał w palcach znalezisko spod krzaka. To był wacik z ucha. I musiał to być wacik z ucha wuja Stacha, męża ciotki Loli. Tak, na pewno, bo porządnie ubity i żółtawy z jednej strony.

Ten zielony rycerzyk znowu pojawił się na skraju kubka. Adam zamarł. Przez krótką chwilę nie wiedział, jak uwolnić palce od czepiającej się waty. Wetknął to do kieszeni spodenek. Wtedy dopiero posłał dłoń, jak pikujący kukuruźnik, w kierunku śmierdziela, bacząc przy tym by nie uronić porzeczek. Zmiataj, pieroński smarku!

Adam siedział na ławce pod jabłonią i łyżką wyskrobywał ostatnie krople czerwonego jak krew cukru.

Przypomniał sobie o waciku. Zawsze był ciekaw, po co wujkowi wata w jednym uchu. Nigdy jednak nie zapytał. Teraz wyjął go, i wcisnął sobie do prawego ucha. Zachrobotało mu w głowie, i w pierwszej chwili chłopiec pomyślał, że z watką wepchnął sobie insekta o szerokiej gębie. Zerwał się i nasłuchiwał. To było dziwne. Usłyszał stłumiony gwizd parowozu, a potem coś, jak dudnienie po szynach. Szybkim ruchem wyjął wacik. Kolejowe odgłosy kolejowe znikły. Ale kiedy ponownie włożył watkę, gwizd parowozu się powtórzył. Przypominało to zagłuszaną audycję Radia Wolna Europa. Nagle usłyszał skrzekliwy głos. Rozejrzał się, bo poznał mowę ciotki Loli. Na podwórku nie było nikogo, a jednak jej głos rozbrzmiewał w najlepsze. Nie rozumiał ani słowa. Ciotka mówiła dziwnie, jakby po węgiersku… Nie, to było niemożliwe. Wyjął wacik, pozostały tylko dźwięki osiedla. Jak zwykle szczeknął pies Ypsilon (dwa razy), dobiegł go też odgłos pięciu świszczących kaszlnięć pana Pięcioła. „Razem to chyba siedem”.

Przez chwilę tkwił zatopiony w rozmyślaniach. Czyli jak się weźmie ten wacik nasączony mową i włoży się go do ucha odwrotnie, to słyszy się zdania, ale… od tyłu?

Tym razem wetknął wacik prawidłowo – pożółkłym końcem do środka. Z wrażenia usiadł na ławce. Ciotka Lola trajkotała jak karabin maszynowy CKM, za to wyraźnie. Wyciągnął szyję, wolał upewnić się, czy babcia wciąż jest za bramką. To, co słyszał w prawym uchu, nie nadawało się do powtórzenia. Po jakimś czasie uśmiechnął się do siebie. Wiedział rzeczy, o których na podwórku głośno się nie mówiło, a już na pewno nie przy dzieciach. W waciku wuja Stacha utknęło całe gderanie ciotki Loli. Czego ta kobieta nie wygadywała! O, marny los! A to mu wytykała, a to mu wyliczała, utyskiwała na czym świat stoi. I jeszcze dostało się córce Konkola, z którą prześwietlała jajka w spółdzielni jajczarskiej, bo się pożarły, która z nich weźmie dzisiaj te dziewięć, z dwoma żółtkami. „Cholera jedna!” - zakończyła ciotka, i zaraz uwolnił się z wacika poświst parowozu. I tylko nie było słychać, co na to wszystko wujek. Adam się temu nie dziwił, dziadek Julian już raz powiedział, że Stach siedzi jak ten trusia i daje sobie kołki ciosać na głowie.

Koło werandy pojawiła się babcia, więc Adam jednym ruchem wetknął wacik wuja Stacha pod ławkę.

— Przez tę Lolę, gadułę, spóźnię się z obiadem – powiedziała babcia do wnuka.

Następnego dnia rano zbudziły Adama rytmiczny mlaskot, stękanie i dudnienie motoru. Na poddasze, gdzie spał, doleciał przez dziurę w szybie ciężki smród. Zbiegł na dół boso, w piżamie, i wystawił głowę z werandy. Przez podwórko pełzła olbrzymia, brudna dżdżownica. Jej cielsko drgało w konwulsjach zajadania i, co jakiś czas, wzdychało ciężko. Babcia stała pod trzepakiem i trzymała się za nos. Adam domyślił się, że przyjechało auto do wysysania kału z szamba w drewutni. Już od dawna dziadek starał się o tę usługę.

— Nie oddychaj Adasieńko, ty się lepiej schowaj pod koc.

I babcia machnęła ręką, jakby chciała utworzyć w powietrzu korytarz wolny od odoru. Przez okno werandy chłopiec dostrzegł, że długa, gruba rura prowadzi od drewutni aż do bramki, za którą, jak wielki szary słoń, mruczał samochód cysterna. Babcia z obrzydzeniem na twarzy przeskoczyła przez rurę i ukryła się na werandzie.

— A ten staruszek, babciu?

Adam musiał zadać to pytanie, ponieważ nie mógł sobie wytłumaczyć tego, co widział przez okno: okrakiem, na rurze, siedział starszy, wychudzony pan w kapeluszu. Poddawał się drganiom rury, jakby był kowbojem z amerykańskiej prerii.

Babcia machnęła dłonią.

— Julian mnie ostrzegł, że to ojciec kierownika oczyszczania miasta i że, jak syn na stanowisku, to nijak nie da się go ruszyć. Podobno w ten sposób leczy sobie prostatę. O drgania chodzi. Ale przez to starowina przesiąkł straszliwym smrodem.
— Tak jak dziesięć milionów zielonych śmierdzieli, babciu.
— A tak, Adasieńko, bo nawet z autobusu już go dwa razy wyrzucali. Y… y…

Babci chyba dwa razy zrobiło się niedobrze, ale dokończyła:

— No cóż… coś za coś.

I nagle: Hospodi pomiłuj! Zobaczyli, że cielsko rury ociera się o ławeczkę pod jabłonią. Usłyszeli trzask drewna.

— I po ławeczce! – smutno stwierdziła babcia.
— O, marny los! – zauważył Adam i pomyślał o waciku.
— Masz rację, dziecko. I floksy mi wszystkie pozdychają.

 

*

 

Adam siedział na naprawionej przez dziadka ławeczce i scyzorykiem rozkrawał jabłko. Sok gotował się na ostrzu noża, a całe osiedle kolejarskie falowało w słonecznym żarze. Przypomniał sobie słowa ojca: - Tak naprawdę, to wszystko składa się z cyfr. Cały świat. Na przykład taka liczba pi, to po przecinku ciągnie się jak stąd do mostu na Dunajcu i jeszcze dalej, nawet do morza.

Coś w tym musiało być, bo chłopiec zwrócił większą uwagę na odgłosy. Przyszedł mu do głowy jakiś niejasny system. Bo na przykład: 1 – to nadepnięcie kotu Cwaniakowi na ogon. (Potrafi zamiauczeć, raz a dobrze). 2 – to dwa szczeknięcia psa Ypsilona, który nastawia uszy, bo uliczką idzie hycel, pan Rydz, z widłami i procą. 3 – to te piania koguta Figaro (z trzema grzebieniami). I spodobało mu się takie myślenie. Jak na zamówienie, pani Kwartowa położyła brudny chodnik na starym krześle, i zaczęła go trzepać. Raz, raz, raz, raz! Naliczył cztery razy. I pewnie od tego kurzu zaświstał ostro chory sąsiad Pięcioch. Pięć razy. A 4 plus 5, to tyle, co… ta makatka u ciotki Loli z wyhaftowanym dziewięciosiłem! Dziadek mówił, że rośnie tylko w Tatrach. Tak, absolutnie - 9!

— Pojedziemy, Adasieńko, na Maślany Rynek – powiedziała babcia gotowa do podróży. Stała na progu werandy w chustce na głowie, z torbą na zakupy i puszką na mleko w ręku. — Tylko odnieś scyzoryk dziadka do kuchni, dobrze?

Pobiegł do domu. W kuchni, na stole, zauważył preparatkę babci. Skrzętnie wpisywała do niej planowane zakupy i ceny produktów. Zdążył tylko rzucić okiem na ostatnie notatki i za chwilę dogonił ją za bramką. Ruszyli ku stacji, na przystanek autobusowy.

— Co ty tam mruczysz, Adasieńko? Przecież babcia słyszy, że coś deklamujesz…

Chcąc, nie chcąc, musiał się przyznać.

— Cztery ryknięcia krowy, słyszy babcia? I siedem razy uderzenie w kotleta.
— Ach, to ty sobie tak liczysz? A jak nic nie słychać, to co wtedy? – babcia zaskoczyła go pytaniem.
— To wtedy znaczy, że zero, babciu. A zero jest jak litera O. Okrągłe i puste. Jak gwizdek parowozu wieczorem. Albo dymek z fajki wuja Stacha. On umie puszczać takie obwarzanki.

Przystanął i nasłuchiwał z palcem uniesionym w górę.

— A teraz, babciu: trzy koguty, a tam przetokowy, pan Arek Siódmak, piłuje siedem szweli i znowu iiiii – ten piszczący kaszel.
— Bo Pięcioł to gruźlik, wnuczku. Jego dni są policzone. Wojna go wyniszczyła – powiedziała babcia Filomena. — Idziemy.

Po chwili byli już pod westybulem stacji. Usiedli na pustej ławce. Zauważył, że babcia dziwnie się kokosi. Przysuwa się do niego, starając się przesłonić wyskrobane na oparciu ławki słowo. Westchnęła, bo musiała się pogodzić z tym, że zdążył przeczytać. Zrobił wszystko, żeby mu się nie zaczerwieniły uszy. Próbował nawet pogwizdywać i kopać sandałkiem w niedopałek.

— Co za naród. Świństwa wypisują, gdzie popadnie. Wszystko na ha, na ka i pe.
— To „ha” , babciu, to oni różnie piszą. Bo czasem „ce-ha” – włączył się do rozważań babci. I chyba niepotrzebnie, bo napotkał karcące spojrzenie jej piwnych oczu, i pytanie:
— A ty skąd wiesz, jak się to to pisze?

W tym momencie usłyszeli męski głos. Babcia odwróciła głowę, ale tak, jakby nie bardzo chciała zauważyć mężczyzny, który zbliżał się od strony westybulu.

— Ach, to ten stary Konkol – szepnęła. — Po tym, co ta jego córka zrobiła w jajczarni, to wolałabym go nie spotykać. Zresztą Lola mi powiedziała, że zadała się kobieta z tym hyclem Rydzem, wiesz, tym, co to węszy na naszej ulicy. Wczoraj też łaził z procą i widłami. Na psy poluje, na sadło przerabia.

Ale Adam zajęty był liczeniem.

— Babciu, dziewięć jajek razy dwa żółtka równa się: kot i nutrie. To znaczy jedno miauknięcie Cwaniaka i osiem kichnięć nutrii. Osiemnaście.

Babcia skrzywiła się.

— Daj spokój z tymi nutriami. Jak sąsiad czyści im klatki, to u mnie piwonie marnieją. Taki smród – i nagle przyjrzała mu się uważnie.
— Zaczekaj, a ty skąd to możesz wiedzieć, no to, z tą jajczarnią?

Na szczęście nie musiał odpowiadać. Mężczyzna uchylił kapelusza.

— Cholera! – zaklął, bo z ręki wyfrunął mu karteluszek. Adam, nie namyślając się, rzucił się w pogoń. Przydeptał papierek tuż na skraju kałuży.
— Zuch-chłopak – pochwalił Adama pan Konkol i przysiadł na ławce. — Ja bym nie dogonił, bo już mi serce bardzo fika, a jeszcze rwa kulszowa... – przetarł dłonią uratowany przez Adama kupon totolotka i wydobył pękate, wieczne pióro. Najwyraźniej szykował się do zakreślania dyscyplin sportowych.
— Widzi pani szanowna, ręce mi się trzęsą. Próbowałem dzisiaj wejść na drabinę i obić papą werandę, ale dałem spokój. A córka nie pomoże. Po całych dniach w tej jajczarni. Nawet nocną zmianę bierze.

Adam widział, że babcia marszczy brwi. Ale nagle coś sobie przypomniała.

— Mój Julian mógłby pomóc. Trochę papy mu zostało.
— Byłbym wdzięczny – uśmiechnął się pan Konkol, i Adam zauważył, że z przodu brakuje mu czterech zębów.
— Masz jakiś pomysł? – zwrócił się nagle do Adama mężczyzna. Ruchem pióra zapraszał go do pomocy.

Chłopcu nie trzeba było dwa razy powtarzać. Uśmiechnął się do swojego systemu.

— Osiemnaście żółtek – powiedział.
— Adaś? – ostrzegawczo odezwała się babcia.
— A więc… Maraton – ogłosił Pan Konkol, stawiając krzyżyk we właściwej rubryce. I znowu się uśmiechnął do chłopca.
— No to cztery – powiedział bez wahania Adam.
— W takim razie mamy: Bieg z Przeszkodami. A dalej?
— Kogut Figaro puszcza dymek z fajki.
— Co to takiego?
— No, trzydzieści, proszę pana.
— Ho ho – powiedział pan Konkol i postawił krzyżyk na dziedzinie sportowej. — Rzut młotem.

Potem posłusznie i kolejno wypełnił pozostałe propozycje Adama.

Musieli uciekać z ławki, bo pojawił się autobus i wypiął prosto na nich rurę wydechową. Babcia i Adam schowali się przed czarnym dymem we wnętrzu pojazdu..

Na wysokości parku babcia pacnęła się ręką w głowę.

— Masz ci los! Zapomniałam mojej preparatki.
— Wszystko pamiętam, babciu.

Popatrzyła na niego.

— Adasieńko, jesteś dzisiaj jakiś dziwny. A ja, stara baba, zapomniałam nawet co miałam kupić, bo że mleko, to pamiętam.

Wrócili z miasta. Babcię rozpierała duma z wnuka.

— Jak tyś to wszystko spamiętał? I jak to było? Kot Cwaniak i pies Ypsilon to dwanaście ziemniaków, trzepanie chodnika na krześle to cztery kalarepki, a do tego kot pali fajkę i puszcza dymek jak wujek Stach - dziesięć jajek…

Adam włączył się: — I siedem kotletów dla chorego Pięcioła – to siedemdziesiąt pięć centymetrów tasiemki w pasmanterii.

— I kogut Figaro potrójnym grzebieniem czesze nici. Trzy szpulki – dokończyła babcia. — Coś mi się widzi, Adasieńko, że poetą będziesz. A ja myślałam, że będziesz kiedyś śpiewakiem operowym, jak Szaliapin… Ale ciii!

Ostrożnie otworzyli bramkę i podeszli pod werandę. Usłyszeli śmiechy dziadka i wuja Stacha. Obaj pochylali się nad pismem „Przekrój”.

— Piszą tutaj, Stachu, że wzorem idealnych kształtów naszych pań są liczby: 90 - 60 - 90.
— Jak rozumiem, to biust, talia i bioderka, no nie? - Upewniał się wuj Stach przepędzając znad gazety dym z własnej fajki. - Zaczekaj, a tak, Julian, potrafisz? To powiedziawszy wypuścił z ust świeżą porcję dymu. Kiedy zgrabny obwarzanek dymu zawisł przed jego nosem, wuj włożył tam palec wskazujący i poruszając nim tam i z powrotem, rzekł z uśmiechem: — Fii fiu, fii fiu.

W tym momencie wkroczyła babcia. — Też ci chodzi po głowie, jakieś fiu! Jeden i drugi, stare to, a głupie to. Fiuuu im w głowach!

Adam nie znał takiego języka.

Babcia wkroczyła na werandę i szybko rozwiała dymek. Zatrzymała się przed Julianem.

— Oj tam, Fela – powiedział. — Gazeta jak gazeta, a ja na niej lutuję.
— To ja ci, filucie, powiem jedno: zrób lepiej coś z tym nakastlikiem z larwami w sypialni, bo już pęka w szwach. W końcu walnie i władza się dowie.

Wieczorem babcia opowiedziała dziadkowi o nowej umiejętności Adasia, o panu Konkolu, papie i totolotku. A kiedy poszła do sypialni słać łóżka, dziadek przywołał wnuka do kuchennego stołu.

— To się nazywa mnemotechnika. Taki system pamięciowy. Czytałem o tym. A potrafisz zapamiętać nazwy geograficzne? Na przykład wyspy na Morzu Karaibskim?

Adam nie miał pojęcia.

— Kuba ma jajka w tyle!

Dziadek klasnął w dłonie.

— Już zawsze będziesz pamiętał: Kuba, Jamajka, Antyle.

A teraz pójdę i przeniosę nakastlik z moją hodowlą do drewutni, żeby się Fela nie złościła.

Adam przepłukał twarz w miednicy i powlókł się na poddasze. Za oknem, w gałęziach jabłoni, trzepotała i krakała wrona, pies szurał łańcuchem i od strony stacji szczęknął semafor. Za ścianą świstały zmordowane płuca Pięcioła. Chłopiec zapamiętał te cyfry: 90-60-90. Wpadło mu nagle do głowy, że przecież takie powinny być wymiary jego żony. No, kiedyś, w przyszłości. Uśmiechnął się do jelenia na makatce i poddał się słodkim, na wpół sennym rozważaniom.

90 – terkot kulawych kół wózka, z którym zawsze wędrował przez miasto obszarpaniec Maligniak. Do tego: śmierdzący dymek papierosa, którego Tadzio nigdy nie wyjmował z ust. 60 – tak, nawet jak był wynajęty do wbijania gwoździ na dachu. 90 – i znowu kulawy terkot: Maligniak ciągnie wózek, oddala się i znika w papierosowym dymie.

A to zgrabna historyjka.

Zasypiając, Adam zdążył jeszcze pomyśleć, że następnego dnia rano spróbuje tą metodą odgadnąć imię swojej przyszłej żony…

Była sobota. Dziadek Julian z rulonem papy i własnymi papiakami poszedł do pana Konkola na Nawojowską. Adam wykręcił się od spaceru, rozkładając na ławce pod jabłonią zeszyt do matematyki. Rozsiadł się na leżaku, założył dłonie za głowę i mocno skupił swoją uwagę na cyfrach, które zaprosił pod powieki. Powstała z tego z tego historyjka:

1. Na ogon kota. 2. nadepnął pan Rydz. Ten hycel wziął, i z procy wystrzelił. 8. w kierunku nutrii 3. koguta z trzema grzebieniami. Kogut puścił ze strachu. 0. dymek, prosto. 8. do klatki z nutrią 5. na podwórku u pana Ignacego, w chwili gdy 6. wbijał on szóstego papiaka na dachu werandy za pomocą 7. kotleta.

Adam podrapał się w głowę.

Głupio wyszło. Na wszelki wypadek przeliczył to jeszcze na palcach. Wszystko się zgadzało. Ale dopiero kiedy podłożył odpowiednie litery - zdębiał. Naprawdę udało mu się odkryć imię przyszłej żony! A jakie było piękne! Cynfonika. Potem chodził w kółko po podwórku i witką z pachnącą kitą floksów wypisywał na niebie to melodyjne imię.

— A coś ty taki zadowolony od samego rana? – usłyszał głos babci.
— Dobre jabłko zjadłem – powiedział pierwsze, co mu przyszło do głowy. O nie! Do takich tajemnic nawet babcia nie miała wstępu.

W południe dziadek był już z powrotem.

— Marny los – zaczął już od bramki. — Wiecie co? Stanisław Konkol nie żyje.
— Jak to? – Babcia na chwilę przestała rozwieszać mokrą pościel na sznurze.
— Spotkałem jego córkę. Od niej się wszystkiego dowiedziałem. Wysiadło mu serce.
— No, to dla niej tragedia.
— I tak i nie. Zdradziła mi, że jej ojciec dopiero co wygrał kupę forsy w Totolotka.

Babcia wymieniła szybko spojrzenia z Adamem.

— No… to teraz będzie mogła kobieta zaszaleć. Młoda jest. Może kupi sobie coś w domu towarowym w Krakowie? Albo wystawi mu porządny grób… dlaczego nie? Z marmuru.
— W każdym razie kończy robotę w jajczarni. Tyle wiem – dziadek wzruszył ramionami.
— A ty, stary, też byś mógł wypełnić raz taki kupon – powiedziała babcia. — Więcej pożytku niż te twoje jedwabniki. Albo to wypełnianie jakichś tam obligacji.

I znowu wymieniła spojrzenie z wnukiem. Ale dziadek jej nie słuchał. Zawrócił raptem do bramki i wychylił głowę w uliczkę.

— Słyszysz, Adaś? Rodzice przyjechali – chciał to powiedzieć na wesoło.
— To już? – wyrwało się chłopcu.
— Popatrz Fela, jak mu mina zrzedła. No, nie martw się, dam ci blaszaną bulgotkę-świstawkę do Krakowa – zaczął pocieszać go dziadek. — Wczoraj ją zlutowałem.
— Zobacz, co ten twój synalek wypisuje w zeszycie do matematyki! – ojciec gniewnie kręcił się na środku werandy z zeszytem w ręce. Adamowi wydawało się, że chrobocze przy tym swoim brudnożółtym płaszczem podróżnym, jak tamten wacik rozpychający ucho.

Ojciec odczytywał na głos: — Babcia ubija kotleta – siedem razy. Sąsiad Pięcioł strasznie świszczy płucami – pięć. Albo to: „Osiem nutrii kicha, bo je mizia dymek z kotleta pana Arka Siódmaka”. „NOA”. Co to? Jakaś arka Noego?

— Stara Kolonia 807! – wydusił z siebie Adam na granicy łez. — Numer domu babci.
— Bzdury! – i ojciec szmyrgnął zeszytem w kierunku gnojówki, aż na koniec drewutni.
— 92.478! – wrzasnął Adam bez zastanowienia i wolał zamknąć oczy.
— Adaś! Adaś? – słyszał jakby stłumiony głos mamy i chyba nawet czuł zapach jej pudru. Ale zaraz coś mrocznego, jak brzuch burzowej chmury, opadło na Starą Kolonię. Może to była jednak dłoń ojca, bo zobaczył - nie zobaczył, jego linię życia, rwącą jak rzeka, w dodatku wezbraną czerwienią gniewu.
— Nie bij go po głowie, bo mu tak zostanie!
— Ja mu dam system! Patrz, jeszcze mu mało, przecież widzę, że się głupio uśmiecha!

Pod powiekami Adama rozbłysło teraz tysiące olśniewających świateł. Jakby pękł jaskrawy worek i wysypały się tysiące roziskrzonych cyferek. Twarze rozpłynęły się we łzawym krysztale. Głos ojca najwyraźniej go przedrzeźniał:

— Jeden leń, śmierdzący jak ta nutria, je zupę łopatą. Potem zjada móżdżek z koguta o imieniu Ygrek... rosół na łopacie i tyle w temacie. 1956 i cześć!

Szybując w olśnieniu, Adam dostrzegł coś niezwykłego. Oto cały dom z werandą i drewutnią, tam, za plecami rodziców, drgnął i zaczął dźwigać się, jakby to było cielsko Guliwera. Rodzice, pochyleni nad synem, jeszcze tego nie widzą. Babcia i dziadek – też nie. Tymczasem nad ich głowami tną niebo ostre smugi. W gałęziach jabłoni, w gęstwinie floksów, pojawiają się jasne nici. Strzelają, jakby nad dachem drewutni walił z bata pijany woźnica. Nici oplatają gałęzie. Strącają jabłka, a z floksów wytrzepują ostatnią słodycz lata. Dopiero teraz rodzice czują, co się dzieje: dom, drewutnię, jabłonie, floksy, gnojówkę, i wszystko dookoła osnuwa coraz gęstsza, niciowata mgła. Całe podwórko jest teraz jednym wrzecionem albo wielkim wacikiem z ucha, albo olbrzymim kokonem, który powoli obraca się, wywołując trzaski, skrzypienia i zgrzyty spróchniałej drewutni-starowinki, a potem ceglanego domu. Słychać spłoszone króliki i gdaczące kury. Ujadanie psa Ypsilona oddala się a gdzieś w oddali kichają nutrie. Kruszą się dachówki. Drze się papa na werandzie. W niebogłosy. Adam napotyka na swojej drodze myśl: skąd ten kokon wie, że trzeba się toczyć do Dunajca? Słup elektryczny koło domu ciotki Loli pęka jak zapałka i wielka kula, ocierając się o kasztanowiec sąsiada, zdusza pod swoim cielskiem elektryczne iskry. Adam wie, że i on sam toczy się w kierunku rzeki, w stronę dzielnicy Kaduk. Tam, jakimś cudem, wypadają rodzice, a potem łagodnie, na snop zboża, opadają dziadek i babcia. „Aleś stary narobił! Pewnie cię teraz wsadzą! Na dożywocie!” – słyszy po raz ostatni babcię. Teraz podróżuje już sam, choć może są tam jeszcze kura i dwa króliki. Wpadają miękko do wody. Porywcza rzeka unosi jedwabny motek aż do Wisły. Po południu mijają Warszawę, widzą Pałac Kultury, a wieczorem wypływają na morze. Straż graniczna na Bałtyku bierze białą kulę za tuman mgły i nikt nie podnosi alarmu. A skoro tak, to hajda dalej! Na słonych falach! Za Żelazną Kurtynę! Na Bornholm!

I wydaje się chłopcu, że widzi światła na horyzoncie. Jakby zabłysło naraz dziesięć latarni morskich. I, już bez uderzenia dłonią ojca w tył głowy, pojawia się ciąg świecących cyfr. Biała kreda na czarnej tablicy nocy. Od 1 do 9 i zero. I znak równości i te litery.

A wyglądało to tak:

1 2 3 4 5 6 7 8 9 0 = C Y F R I K A N T O

6085E1 (KONIEC)


Richard A. Antonius – krakowski artysta grafik, malarz, filmowiec i pisarz. Od roku 1981 mieszka w Szwecji. Twórca filmów animowanych, autor powieści dla dzieci i młodzieży. Ostatnio wydał dwie powieści dla dorosłych: Czas beboka i Omnium. Przygotowuje tom wierszy z własnymi ilustracjami.

 

Więcej tekstów w kategorii „Proza”:

MICHAŁ PAWŁOWSKI

STANISŁAW BUTOWSKI

ERNEST MAŁKIEWICZ