tama_v3_2

Proza

STANISŁAW BUTOWSKI

Numer 1/2018
Początek
Ilustracja: Zofia Borysiewicz
Zdjęcie w tekście: Jan Cieślikiewicz

Srebrna rzeka

 

Była to ta pora dnia, kiedy wydaje się, że słońce jeszcze świeci, ale tak naprawdę już jakiś czas temu zaczęło zmierzchać. Zalegający na polach szary śnieg nabierał ciemniejszej, metalowej barwy. Deszcz dziurawił zaspy zalegające wzdłuż drogi. Chlupiąc ciężkimi butami, na szosę wyszła postać. Rozejrzała się z przyzwyczajenia w obie strony, choć szanse, że na drodze pojawi się pojazd, były nikłe. Po chwili ruszyła w kierunku mostu. Po bokach ciągnęły się świerki i to położenie ich kęp – tu wyższych, tam niższych – pozwalało jako tako zorientować się w przestrzeni, która zdawała się cała spływać i osuwać; pokryta rozmokłym śniegiem szosa zlewała się z zaspami na poboczach, polami na horyzoncie i niebem. Postać szła jakiś czas z pochyloną głową, by nie odsłaniać twarzy na deszcz. Wreszcie kątem oka dostrzegła, że zamiast świerków po bokach rozciąga się mroczna pustka. Most. Szła dalej prosto. Po chwili dostrzegła jaśniejsze plamy we mgle i wyłaniający się z szarego obłoku kształt gospody. Postać otupała buty, rozgniatając na wodę resztki śniegu zostawione na progu przez poprzedniego wchodzącego. W końcu otworzyła ciężkie drewniane drzwi i weszła do środka, w światło. Powitały ją głosy:

— Willi, juśmy myśleli, że nie przyjdziesz.

— Wyszłem jak zawsze, tylko bez ten deszcz ciężej się szło. A jeszcze przedtem trza było obejść gospodarstwo, bo wszędzie się błoto porobiło, to i zwierzętom cosik słomy zmieniłem i wziąłem się za układanie worków z piachem, żeby piwnicy nie zalało i tak mi jakoś zeszło. Parszywy ten deszcz, nicht wahr?

— Czy ja wiem… kilka dni popada i zimę ganc zmyje. Dla mnie tam jest fest.

— No tyż racja, że dyszcz jak dyszcz i jak pada, to musi być mokro.

— No z cuker nie jesteś, a woda to je życie i wszystko w natura jej potrzebuja.

— Młodzi jesteście to wy niks nie wiecie. Ja wam mówia, że to niedobra woda. Nie będzie dobra wiosna z tego wszystkiego.

— Co będzie, to będzie. A ja widza, że Willi jeszcze nie dostał piwa. Elso, kochanie, pan Willi nic jeszcze nie wypił. Trza coś z tym zrobić!

Willi dostał swój kufelek i szybko dogonił kolegów. Wypili jeszcze trzy albo cztery kolejki, dyskutując o tym, co na wiosnę trzeba zrobić w obejściu, a co — w Berlinie, i zebrali się do domów.

Willi ruszył mostem w kierunku swojego gospodarstwa. Póki starczało światła z okien gospody, póty widział, jak białe, miękkie bryły zjeżdżają koleinami żłobionymi przez deszcz w zboczach zasp, lecz potem, gdy zagłębił się w ciemność, za miarę służyło mu jedynie zmęczenie własnych mięśni. Nie było widać już nic i tylko czuł, że w dole leżała napęczniała Radau jak srebrny wąż odpoczywający po posiłku. Szedł drogą przed siebie. Wreszcie dotarł do miejsca, gdzie z brukowanej szosy skręcił w swoją polną ścieżkę. Powoli, noga za nogą, posuwał się w kierunku domu, rozgarniając butami lepki, mokry śnieg. Wiedziony dziecinnym instynktem wystawił rękę w bok, w stronę zaspy usypanej wzdłuż drogi, i zgarnął w dłoń trochę śniegu. Zacisnął pięść i biała masa sczepiła się w twardą kulkę; kiedy ścisnął palce mocniej, wytrysnęła na boki, a na rękawicy pozostała mu czarna, mokra plama.

***

— Dziękuję. Proszę mi wybaczyć, że pana nie odprowadzę. Jeśli potrzebowałby pan pomocy ze znalezieniem wyjścia, proszę spytać któregoś z techników. Powinni być na parterze.

Drzwi gabinetu Bullerjahna zamknęły się za gościem i dyrektor pozostał sam przy swoim biurku. Po chwili podniósł się powoli, uważnie dosunął krzesło do stołu i podszedł do okna wystającego poza ostry spad dachu elektrowni. Przez ten dach w jego gabinecie zawsze było ciemno i zimno. Marcowe słońce, ledwie jaśniejące zza wielu warstw chmur, nie miało szansy się tu przebić i lampka była konieczna, choć rzucany przez nią stożek żółtego światła wyglądał trochę nienaturalnie o tej porze dnia.

Bullerjahn widział przez okno kanał odprowadzający wodę z elektrowni. Kilkaset metrów dalej łączył się on z Radau, która tam rozlewała się w jezioro Heyka, spiętrzone na kolejnej tamie w Nedlin, gdzie umiejscowiona była druga elektrownia. Poziom wody w kanale był bardzo wysoki, a lustro oparte na kępkach trawy — poszarpane. Taflę marszczył potężny wiatr, który docierał tu pomimo tego, że nieckę osłaniał las. Spod drzew do kanału zsuwały się płaty rozmokłego śniegu i osiadały w oczekiwaniu, aż krople deszczu roztrzaskają je na wodę. A przecież po tej stronie tamy i tak panował względny spokój.

Bullerjahn podjął decyzję. Zgasił lampkę i zszedł na dół. Na parterze krzątało się dwóch techników. Podnieśli głowy, gdy jego krok zadzwonił na żelaznych schodach. W ich spojrzeniach można było wyczuć oczekiwanie, ale Bullerjahn nie odezwał się ani słowem. Podszedł do dyżurki i zaczął przeglądać klucze, wyraźnie szukając jakiegoś konkretnego — można sądzić, rzadko używanego. Gdy go znalazł, przeszedł szybkim krokiem do innego pokoju, po chwili zaś wrócił z narzuconym na ramiona gumowym płaszczem przeciwdeszczowym. Dopiero teraz zawołał do jednego z techników:

— Meihack, ty też się ubieraj. Przejdziemy się.

Meihack, przyzwyczajony do wykonywania poleceń, po kilku chwilach był gotowy do wyjścia. Gdy mężczyźni wyszli z budynku elektrowni, w ich twarze uderzyła salwa kropel, zdecydowanie bardziej dotkliwa, niż można było się spodziewać, gdy obserwowało się pogodę przez okno. Wyszli boczną furtką i ruszyli wzdłuż ściany drzew w kierunku kanału doprowadzającego wodę do elektrowni z Talsperre Rossnow. Nie zatrzymując się i nie odzywając do siebie, szli. Wiatr raz za razem ciskał im w twarz krople i podwiewał poły płaszczy. Pomiędzy zabudowaniami elektrowni a górnym zbiornikiem leżała wieś Rossnow, również w niecce, osłonięta częściowo od wiatru. Okiennice domów były zamknięte, tak jakby cała osada obróciła się do nich tyłem. Taka kolej rzeczy — ktoś musiał moknąć, by ktoś inny, zmęczony własną ciężką pracą, mógł siedzieć w suchej, ciepłej izbie i mieć w nosie pracujących. Z niektórych kominów unosił się dym rozrywany na strzępy przez wiatr.

Drogą wzdłuż kanału dotarli w końcu do jeziora. Tam skręcili w lewo, do zapory. Elementy instalacji śluzy przypominały smętne kikuty. Przy tej pogodzie nie dało się rozróżnić intensywnych kolorów, na które zostały kiedyś dla bezpieczeństwa pomalowane. Bullerjahn skręcił od razu w stronę platformy sterowania zaporą, ale zatrzymał się, widząc, że Meihack wspina się na nasyp, by zobaczyć zbiornik.

— Chodź tu, Meihack, nie ma na co patrzeć.

A po chwili, bardziej do siebie niż do pomocnika, dodał:

— Dostałem meldunek, że nie udało się obniżyć poziomu Radau. Tam na górze nurt jest bystry. Woda nie zamarzła i nie chce spływać nigdzie indziej — tylko tutaj. Rossnow ma się szykować na falę powodziową. Powinniśmy całkiem otworzyć główny spust…

Dotarli do ogrodzenia platformy. Bullerjahn włożył klucz do otworu kłódki. Udało mu się wprawdzie dopchnąć go do końca, ale nie mógł nim swobodnie obrócić — widocznie w mechanizmie został jeszcze zamarznięty lód. Gdy poczuł ból palców, przywołał Meihacka, który chwycił klucz palcami twardymi jak imadło i, bezlitośnie miażdżąc lód, obrócił klucz w zamku. Nie pierwszy raz Bullerjahn był pełen podziwu dla siły tego chłopaka. Weszli na platformę. Bullerjahn nie pamiętał, kiedy ostatni raz był tu bez asysty z inspektoratu w Köslin.

Stanął przed kołem poruszającym mechanizm otwierania głównego spustu zapory. Złapał uchwyt. Mimo wyraźnego wysiłku na jego twarzy, koło ani drgnęło.

— Scheiβe — zaklął.

— Czy pomóc, panie dyrektorze? — spytał Meihack.

Dyrektor Bullerjahn jeszcze chwilę mocował się z uchwytem, lecz bezskutecznie. Odpowiedział:

— Nie, Meihack. I tak nie możemy tego zrobić bez zgody inspektoratu. Wysłałem im wczoraj meldunek, musimy czekać na odpowiedź. Wracam do elektrowni. Ty jedź do Nedlin i ostrzeż ich, żeby przyszykowali zbiornik na nadejście fali powodziowej — coś na pewno pójdzie odpływami awaryjnymi. Niech zaczną spuszczać wodę z Heyka. A zresztą, niech robią, co chcą.

***

Wąż był nienasycony i rósł z godziny na godzinę. Pod lodową skórą pulsowało życie, coś w jego trzewiach kłębiło się i szukało ujścia, krążyło i, nie znajdując drogi na wolność, wpadało we wściekłość. Zdawało się złorzeczyć, ale gruba pokrywa lodowa nie pozwalała ani jednemu przekleństwu dojść ludzkiego ucha. Od czasu do czasu słyszalne były jedynie pełne cierpienia jęki skorupy jeziora.

Po jednej próbie sił przychodziła następna i choć wynik póki co pozostawał ten sam, dało się wyczuć zmianę. Przy trzaskach lodu szala zwycięstwa zdawała się pomału przechylać na stronę żywej wody spływającej bystrym nurtem do jeziora. Tu i tam skorupa zaczynała pękać i na powierzchnię wydostawały się młode strumyki, by smagać brunatne brzegi. A że tego, co raz naruszone, nie da się już zasklepić, z czasem ciśnienie napierającej wody poszerzało szczeliny i coraz dłuższe, błotniste ramiona wydostawały się na zewnątrz, odłamując płaty zmarzliny. Kolisty ruch uwolnionych kawałów kry znaczył obszary wygrane przez żywą wodę, jednak większość jeziora wciąż pokrywały białe połacie lodu podobne do zmrożonych kontynentów. Kontynentów, którym ze wszystkich stron zagrażał potop.

W miarę jak skorupa lodu kruszyła się, poziom wody w niecce zbiornika podnosił się. Wodno-lodowa mieszanina, niczym pradawna istota, która nie wykształciła jeszcze łap, wpełzała na kolejne stopnie kaskady prowadzącej do otworu przelewowego w tamie. Struga za strugą łaskotały zaporę, ale pieszczota ta podszyta była okrucieństwem.

Tama w Rosnowie — notka na podstawie artykułu K. Bellina, doktora hydrotechniki, w 1940 roku dokonującego oględzin miejsca kataklizmu, uzupełniona opisem fotografii elektrowni z 1930 roku oraz komentarzem z pewną dozą fantazji.

Nie bez powodu tama na Radwi w Rosnowie była oczkiem w głowie inżynierów z inspektoratu w Koszalinie. Obiekt zaprojektowany przez inżyniera Josefa Kaisera był wadliwy, i to w dwójnasób. O tym, że główny spust w kształcie litery „T”, z jednym wlotem i dwoma wylotami, może łatwo ulec zatkaniu, dowiedziano się już w roku 1922, gdy oddano tamę do użytku. Tamtej wiosny, podczas roztopów, Radew przybrała gwałtownie wody i, rozpierana świeżą, młodzieńczą energią, porwała składowane przy brzegu drewno, doniosła je pod tamę i rzuciła jej u stóp — zatykając odpływ.

Na okoliczność takich utrudnień zapory wyposaża się w awaryjne odpływy. Już ówczesna praktyka stanowiła, aby otwory przelewowe umieszczać
o b o k  zapory w ubitej ziemi, która w razie czego jest w stanie znieść wiele więcej niż usypana ludzką ręką tama. Inżynier Kaiser z niewiadomych przyczyn odszedł od tej zasady i umieścił otwory przelewowe w samej tamie. Nic więc dziwnego, że fala powodziowa całą energię skierowała na świeżo usypaną, niewzmocnioną jeszcze konstrukcję, łomocząc w nią jak w drzwi, pod które ją przecież zaproszono. Nie upłynęło wiele czasu, a żywioł rozmył przeszkodę i runął jak zwierzę przeciskające się w drzwiach, hen, w dół, ku wzniesionej dziesięć lat wcześniej zaporze Hajka, na której usadowiono niedalińską elektrownię.

Scenariusz kataklizmu był więc znany praktycznie od samego początku. Dlatego też wszystkie czynności wykonywane na zaporze w Rosnowie wymagały aprobaty inspektoratu w Koszalinie. Początkowo specjalna uwaga, jakiej wymagała wadliwa konstrukcja inżyniera Kaisera, wzbudzała pewnie irytację, z czasem jednak wspomnienia o przykrych wydarzeniach wyblakły. Przestrzeganie podstawowych procedur pozwalało utrzymać zbiornik w kondycji umożliwiającej elektrowni działanie, a letnikom — zażywanie wycieczek łódkami. W końcu nie każdy lubi morze, zresztą wypłynięcie na spokojne jezioro otoczone pierścieniem lasów oferuje przyjemność zupełnie innego rodzaju...

Na fotografii w okolicznościowym wydawnictwie poświęconym elektrowniom wodnym w Niemczech z 1930 roku budynek elektrowni prezentuje się schludnie. Fotograf ujął go z dołu i nieco pod kątem, tak aby płaski rzut nie zniweczył wrażenia smukłości kształtu. Oglądany od dołu budynek ma trzy wyznaczone rzędami okien kondygnacje i zwieńczony jest ogromnym, spadzistym dachem stanowiącym trzecią część wysokości całej bryły. W spadzistym dachu znajduje się wykusz — to stąd dyrektor Bullerjahn ogląda codziennie kanał odprowadzający wodę z układu turbin Voigta z 1926 roku. Strumień wody na troje rozszczepiają eleganckie arkady.

Z lewej strony zdjęcia ku budynkowi sięgają fiszbiny sosen, zaś z prawego górnego rogu zwiesza się kępa liści. Na fotografii widać jeszcze dwa inne drzewa. Pierwsze zasłania zalotnie fotografowany róg budynku, drugie znajduje się przy lewej krawędzi — zasadzono je koło bocznego kanału do transportu materiałów. Jego regularny, okrągły kształt łagodzi nieco ostrość kątów niemieckiego budownictwa, lecz i tak wzmacnia wrażenie dominującego geometryzmu.

Gdy w 1940 roku rzeka puchnie i ciska po okolicy wodniste gromy, niecka, w której mieści się elektrownia, pozostaje zaciszna. Ataki skupiają się wszak na znajdującej się wyżej tamie przegradzającej koryto Radwi, tu zaś kanały co najwyżej występują nieco z betonowych rynien, a wichura rozrzuca wodnisty aerozol, który cierpiącemu z powodu suchości gardła Bullerjahnowi przynosi ulgę.

***

Bullerjahn obudził się zdezorientowany. Coś w jego otoczeniu musiało się zmienić; coś, co jakaś czujna cząstka służbisty wewnątrz starszego, otyłego safanduły odnotowała, a z czego nie zdał sobie jeszcze na jawie sprawy.

Podniósł się z fotela, w którym zasnął przykryty płaszczem. Przyjrzał się prowizorycznemu posłaniu i skojarzył fakty: wciąż czekał na meldunek z Köslin. I nic. Może należało wysłać kogoś z wiadomością? Cóż, może potem to rozstrzygnie. Dźwignął się, narzucił płaszcz przez ramię i ruszył do okna, aby spojrzeć na teren elektrowni. Nic dziwnego, że nie mógł się łatwo pozbierać. Był przemęczony i wciąż szumiało mu w uszach. Czy to jest właśnie szum krwi dudniącej w głowie? Czy krew może tak gnać zaraz po przebudzeniu?

Dotarł do okna i wyjrzał przez nie. Teren elektrowni oświetlały blade promienie, mogło być między piątą a szóstą. Lustrował nieckę w poszukiwaniu kanałów, mrużył oczy raz po raz, jakby próbując wyregulować ostrość widzenia. Dopiero po dłuższej chwili udało mu się wypatrzeć czarną strużkę, a potem drugą. Wyglądało to tak, jakby kanały zwiędły. Wciąż szumiało mu w uszach, ale był to inny rodzaj szumu niż ten, który często doskwierał mu ze zmęczenia.

Dopiero dotarło do niego, co to musi oznaczać. Puścił się biegiem w dół po żelaznych schodach, chwytając się barierek. Nie mógł nigdzie dostrzec Meihacka, ani drugiego technika. Zawołał kilka razy: „Meihack! Meihack!” Widocznie był sam. Zauważył, że rzeczywistość wokół zgęstniała od ostatniej nocy, gdy wspinał się do swojego gabinetu. Poczuł, że robi mu się gorąco. Wybiegł z budynku elektrowni i skierował się do furtki w ogrodzeniu, ale jeszcze przed dotarciem na szczyt wzniesienia poczuł, że opuszczają go siły. Gdy dowlókł się na górę, chwycił zimne żelazo. Uszy zalepiał mu syk, jakiego wcześniej nie słyszał, prawdziwy biały szum. Naraz odczuł ciężar każdego z sześćdziesięciu lat życia, podczas których tył, tracił oddech, łysiał i głuchł.

Trudno powiedzieć, ile to trwało — w takich chwilach wewnętrzny zegar wariuje — wreszcie jednak zebrał się w sobie i ruszył w kierunku tamy, wiedziony już nie nadzieją — o nie, nie miał żadnej — a beznadziejnym poczuciem obowiązku. Aerozol zawieszony w powietrzu zwilżał mu twarz i gardło, przesiąkał porami w głąb skóry. Nie wiedział, czy rzeczywiście powietrze dookoła ma biały kolor, czy to tylko cecha tej pory dnia, której od lat nie oglądał na oczy, a może wreszcie było to zwyczajnie przewidzenie. W przeciwieństwie do wodnistej mgły, która gęstniała z każdym stawianym przez niego krokiem, wątpliwości co do zaistniałej sytuacji rozwiewały się. Huk przybierał na sile tak, że mężczyzna nie usłyszałby już nic, nawet gdyby nad jego uchem wystrzelono z pistoletu.

Walczył ze sobą, aby wykonać kolejne kroki. Zbliżał się do źródła hałasu i białej mgły, czepiając się drzew i wciągając po nich. Nigdy wcześniej nie znalazł się w pobliżu umocnień przerwanych przez falę powodziową i nie wiedział jak się zachować, na ile może sobie pozwolić wobec bestii, która zerwała się z łańcucha założonego jej przez człowieka. Wreszcie dotarł na pagórek, z którego w pełni widział obraz zniszczeń.

Tam, gdzie jeszcze wczoraj znajdowała się tama, teraz raziła wyrwa — gładka, jak po wyrwaniu zęba, jak gdyby napierająca woda porwała w jednej chwili całą śmieszną instalację człowieka bez rozbijania jej na kawałki, bez mocowania się. Po stronie jeziora biała kipiel układała się w trapez zgodnie ze znajdującym się pod taflą odpływem, przez szczelinę przeciskał się oślizgły biały jęzor i spadał do bulgoczącego kotła, znad którego unosiła się biała mgła. W mgle oprócz Bullerjahna migotało kilka innych osób. W zasadzie można by się zapatrzeć na to widowisko zniszczenia, gdyby nie obsuwający się spod nóg grunt i powoli, lecz nieubłaganie podnoszący się poziom wody. Bullerjahn otrząsnął się ze stuporu. Spośród myśli kłębiących się w głowie nieprzytomnie zmęczonego, osłupiałego człowieka jedna szczególnie nie dawała mu spokoju: „nie minie godzina, a fala zaleje wieś”.

***

Biały wąż wyrwał dla siebie kawał krajobrazu. Z koryta unosi się syk, spienione łuski przesuwają się bez końca, suną w kierunku Köslin, lecz wewnątrz ziemi wąż dopada własnego ogona i znów powraca z góry Radau, by żłobić rosnowski krajobraz. Z koryta-matki odrywają się mniejsze strugi i, nie znajdując oporu, walą w dół łąk i dróg, uderzają w pospiesznie opuszczone domostwa, zmiatają szopy oraz wychodki… Jak zły duch wpadają przez drzwi i okna do domostw poznaczonych symbolem swastyki, przelatują przez sienie i izby, wywracając stoły, zrzucając naczynia, porywając pościele, gasząc paleniska.

Skowyt psa nie może wydostać się ponad odgłosy przelewającej się wody. Pies nie wie, dlaczego wyje, ale czuje nieznany mu wcześniej rodzaj pobudzenia. To instynkt zmusza go do walki o życie, powstrzymuje zaś — brak pomysłu. Znalazł się na wzniesieniu, które ze wszystkich stron otoczyła już woda. Z każdą chwilą widzi i czuje coraz mniej ze znajomego świata i coraz mniej pozostaje z jego wysepki. Nie wie, co robić, więc krzyczy. Jego krzyk w końcu słabnie i ginie przytłoczony wszechogarniającym hałasem.

Nie on jeden. Agonalny wrzask dobiega ze stodół i chlewów z prawej i lewej, z góry i z dołu, lecz tylko przypadkowe zgłoski wydostają się ponad powierzchnię białego szumu; nie ma jednak ludzkiego ucha, które mogłoby je usłyszeć i o nich zaświadczyć. Wkrótce truchła wydostają się spomiędzy ścian — uwolnione, wraz z narzędziami i kawałkami domostw, spływają niesione prądem w dół rzeki.

Woda toczy się powoli, czterdziestokilometrowe cielsko błyszczy.


Stanisław Butowski (ur. 1990) – autor bez dorobku, acz z ambicjami. Prezentowany tekst stanowi część planowanej fabularnej rozprawy na temat ziemi, tożsamości i prawdy w literaturze.

 

Więcej tekstów w kategorii „Proza”:

BARTOSZ POPADIAK

JAKUB WIŚNIEWSKI

ADRIANNA PAŃCZAK