Paszcza

Przykuwający profil lwiej paszczy: wiatrem pchany
do biegu dolną wargą. Myślisz: człowiek. Oglądasz się,
mijasz patrząc: człowiek, starzec. Pochylony.
Wiesz, i widzisz się: ludziom tak profile paszczeją i lwieją.
I w takim pochyleniu. I chowa się nos.
Uwięziony w wiekowości profil wystawia
w chodzeniu, w leżeniu, w witrynach (przywyknij!) –
tę roślinną lwiość.
A życie, jak gubiony dowód tożsamości,
wala się po czerniejących wstecz domach czasu, z zerową
łącznością z tym oto człowiekiem.
Ale on pamięta się dzieckiem przecież,
z ogólnym dniem na oślep i świętem po oczach.
Podbródek, założony na brzeg stołu, jeszcze nie paszcza,
nie ta lwiość,
jeszcze na twardo rżnącym drewnie miękkość anielska –
sięganie – napięta lewitacja na zwartej bramie dolnych palców.
Matka – boskie bezpieczeństwo.
Zabawka, większa niż zakręt największy.
Gdyby człowiek żył w szeregu mniej przyczynowym,
mniej wścibsko towarzyszącym, nie w zegarku,
w pozaludzkim zebraniu, bez pojedynczego rozgłosu
i bez pragnienia go,
wszyscy w tym samym codziennym bełkocie,
nie jak partia, wszyscy,
jak ty – biały, różowy rozdziawiony lwie z nieruchomym językiem,
jak ty, w niepisanej księdze (pisaną wiecznie sprawdza ktoś,
czy dobrze w kogoś wbita),
to bez różnicy byłoby rzeczywiście,
co w wietrze, co w czasie. To i tak zgrany duet –
ani wiatr, ani czas, rządząc, nie kochają nikogo.

 

Ridikjul
Jaka dłoń jest przepastna.
Ciągle coś w nią wrzaśniesz.
W niej mocy nie ma, jest tylko przepastna.
Krzyk bokami się wyrwie jak drzewo z pionu
i zwali bocznym ciężarem, znów do milczenia
przy powalonych kolanach,
Tęsknota głosu.
Nad idealnie okrągłym
beretem kawy. Albo podczas strzyżenia uszu sałacie.
A przy tej robocie krzyczący spomiędzy palców dziki konar
zostanie ścięty, Albo zrobi to ktoś bliski.
Dorastające dziecko.
Dojrzałe jak jaskinia w pąku, w drodze,
zaraz się otworzy pełnym okiem, pełnym świata,
fachowo włączy równinę wiadomości, wszystko zbierze, spędzi,
żeby obejrzeć ze wszystkich stron. I tę twoją drżącą
przy ustach rękę z tym samym drżeniem, ogarnie do szpiku,
i ze świeżym młodym znawstwem powie: to nic. To zupełnie nic.
Ty dobre dziecko. Ty złote moje.
Ty moje drżenie
znasz jak swoje.
[…]
.
Globalne
dorosłe dziecko, jest gotowe, uruchomiło się
biegle przy ekranie, do granic wypełnionym
okiem osoby i maszyny.
Oczy wpatrzone, aż wystają wtyczkami poza kontynent.
Wytrzeszczony palec, jak otwarty szampan.
Szampańskie zdalne podstawianie nogi, żeby to tam, coś,
szumiąca sylwetka już bez szumiącego losu, ten cel, upadło
w głębokie plecy, w głębokie miękkie kolana,
w najgłębszą twarz ugiętej ziemi.
Ziemia czasem łyżką wyjada kość. Albo w niej – jak ty
w stojącej śmietanie – z łatwością własną dużą łyżką wyrżnie
krótkie schody z jamą.
Ale dorosłe nowe
dziecko, to mocna kość jeszcze,
prawie kulista, nos i kolano razem, tak się w smutku siedzi
lub we współczesnej chłodnej sprawności,
kulistą dłonią, z podkulonym kciukiem, uruchamia rozprysk
kulistych płaszczy i okrywa tłumy do kości,
i jasność się staje, i okrągła zdrowa kość widzi doskonale
stan twego globu:
To nic. To zupełnie nic. Światowej zupy bryzgi buraczane.
[…]
.
I co?
Wyrwana jak pocisk
gałązka gniewu.
Ridikül.
Wymówić to niemieckie: kuel.
Kül. Ridikül
Wziąć angielskie, łatwiej: Ridicule.
Ridikju:l. Spolszczyć to. Dobrze.
Ridikjul.
I co?
Kule ognia –
liczne cele życiowe wspólnego jedynaka, a on zbiorowy
i pieszczoch globu.
I co?
Wewnętrzne, liczne imiona w młócącej siekierze,
świrującej archaicznego młynka w żywym mięsie,
dumnie kochanej za przyjęcie i rozwój przeszczepu ludzkiej
celności bez uczuć. Czysty naukowy matematyczny
samogon polityczności. I co?
Komuś tam gdzieś zatańczyła na obnażonej
kości pomarańcza, właśnie w tej chwili
rozpinana według fałd, podgiętych w bombkę,
krótkiej baletowej tutu
z połyskiem,
albo zręcznie cięta była taka sama tutu
przez kogoś innego na soczyste płatki
i też zatańczyły na czerwonej mokrej kości.
Taniec odbył się niespodziewane w zwykłej poobiedniej porze.
I co? Co?
Ridikjul to wszystko.
.
Jestem

Jestem człowiekiem.
Krótko żyję.
Znam wiele opowieści o wieczności.
Krótki jest mój palec,
którym wskazuję wszelką dal
i kosmos nade mną.



Tamara Bołdak-Janowska (ur. 1946) – polska pisarka, pisząca prozę, poezję i eseistykę. Zajmuje się również tłumaczeniami (z rosyjskiego, białoruskiego i niemieckiego) i rysunkiem (m.in. ilustruje tomiki poetyckie dla niemieckiego wydawnictwa Peter Segler Verlag). Tłumaczona na język angielski, niemiecki, rosyjski, białoruski, węgierski i litewski. Za całokształt twórczości uhonorowana Nagrodą Marszałka Województwa Warmińsko-Mazurskiego w 2007 roku. Za tom poetycki Rozdziały nominowana do Nagrody Mediów Publicznych „Cogito” 2008. Nominowana do Nagrody Literackiej Nike 2010. Jej tom poetycki Ceremonia węglowa znalazł się w finale nagrody Wawrzyn Olsztyn 2010; w 2011 roku otrzymała Nagrodę Prezydenta Olsztyna za całokształt.