Anna przychodzi za wcześnie, Thomas zjawia się punktualnie. Siada, zakrywa sobie oczy rękami i wzdycha. Anna przygląda się miejscu, gdzie szczęka Thomasa przechodzi w szyję. Skóra zaczyna tu tracić elastyczność. Jakby została rozciągnięta. Thomas zdejmuje ręce z oczu, a Anna szybko odrywa wzrok od jego szyi. Co słychać?, pyta Thomas. Co słychać, powtarza Anna. Powinno się przecież mówić: Co u ciebie słychać? Masz rację, mówi Thomas, wciąga głośno powietrze i przysuwa do siebie solniczkę. Brat obejmuje Thomasa i mówi, że dobrze wygląda. Anna dawno go nie widziała, przybyło mu siwych włosów. Anno, pyta brat, co u ciebie słychać? Ona się śmieje. Jak jej służy roczny urlop, czy czuje się młodziej, jak studentka? Rzeczywiście, czuję się tak, mówi Anna, jakbym nie zaliczała się już całkowicie do świata dorosłych. A do młodych siłą rzeczy to już w ogóle. Mówi, że rozpływa się w jakiejś przestrzeni pomiędzy. Anna się śmieje. Zwykle, kiedy się spotykają, dużo się śmieje z bratem Thomasa. Ale często przez długie okresy go nie widują, wtedy przeważa troska i świadomość jego melancholii. Thomas upiera się przy tym, żeby raz w tygodniu rozmawiać z bratem przez telefon. Anna nie ma wakacji, zauważa Thomas, pracuje nad podręcznikiem. Właśnie, mówi Anna, a brat mruży przyjaźnie oczy, już on wie swoje. Później kelner przynosi rachunek, a Thomas szuka portfela w kieszeniach kurtki. Anna wie, że zawsze trzyma go w kieszeni spodni. Zostaw, mówi brat, to ja zapraszam. Thomas przestaje szukać. Brat zerka na rachunek i wyjmuje z portfela dwa banknoty. Pieniądze podjął przed przyjściem do restauracji, już wcześniej postanowił, że ich zaprosi, mówi. Jako starszy brat zawsze miał mniej pieniędzy, podczas gdy dla Thomasa były one zawsze czymś oczywistym. Brat zostawia duży napiwek. Pod deskami chlupoce czarna woda. Jako dziecko Anna leżała na brzuchu w hangarze na łódź i przez szparę między deskami patrzyła w dół. Mdłości utrzymywały się przez cały dzień. Dziękuję, mówi Anna, jesteś bardzo hojny. Siwe włosy brata sprawiają, że jego bagatelizujący gest dłoni wydaje się jeszcze bardziej bezbronny. W mieszkaniu Anna siedzi z nim w kuchni, podczas gdy Thomas przenosi kołdrę i poduszkę ze swojego pokoju do pokoju Anny, a na wersalce, która jest jego łóżkiem, szykuje spanie dla brata. Potem przysiada się do nich, wypijają ostatni kieliszek wina, a potem jeszcze jeden. Anna patrzy w stronę ciemnego okna. Nie jest ciekawa, o czym rozmawiają Thomas z bratem. Chce tylko słyszeć ich głosy, które odnalazły drogę do dawnej zażyłości. Łączą się w niej ze sobą wypowiedzi i repliki, uwagi i okrzyki, dźwięki aprobaty i przysłuchiwania się, wpadanie sobie w słowo i kompletny brak zrozumienia: odwieczne wariacje z tymi samymi elementami za każdym razem. Anna jest w nostalgicznym nastroju, chciałaby porozmawiać o tym, że ta sytuacja trwa już tyle lat. Jeszcze zanim zdąży otworzyć usta, słyszy jakiś dźwięk dobiegający z przedpokoju, jakiś ruch, jakieś przemykanie się. Gdy patrzy w tym kierunku, nic tam nie ma. Brat wstaje. Anna się nie rusza. Thomas jest szary na twarzy ze zmęczenia, a może to cień abażuru lampy, który pada na niego, gdy tak siedzi odchylony do tyłu. Przeciągają ten moment, bo wiedzą, że gdy się skończy, będą musieli pójść razem do pokoju, który kiedyś był ich jedyną sypialnią. Idzie do siebie, oznajmia brat i udaje się do łazienki. Anna sprząta kieliszki ze stołu. Nie wie, czy Thomas w ogóle tu jeszcze jest. W jego pokoju brat siedzi na brzegu wersalki. Anna życzy mu dobrej nocy. Brat oparł łokcie na udach, ręce złożył między kolanami jak do modlitwy. Nic nie odpowiada. Anna zamyka drzwi i widzi dziewczynę stojącą w kuchni. Spija resztki wina i z półmroku spogląda na Annę, która szybko unosi rękę do wyłącznika i gasi lampę sufitową w przedpokoju. Teraz w mieszkaniu nie pali się już żadne światło. Dziewczyna wciąż tam jest, powidok na siatkówce, złudzenie, które powoli się rozwiewa. Anna po omacku przesuwa się wzdłuż ściany do łazienki i po ciemku myje zęby. Uderza ramieniem o drzwi do sypialni, kładzie się na swojej połowie łóżka, od ściany. Po pewnym czasie ktoś się do niej ukradkiem przysuwa, bez najlżejszego dotknięcia, bezszelestnie. Leżą wyciągnięci obok siebie, Anna chciałaby coś powiedzieć. Co u ciebie słychać?, mogłaby spytać, a gdyby on odpowiedział, wiedziałaby, że ten ktoś, kto położył się obok niej, to nie duch ani dziewczyna. Nie ma odwagi wyciągnąć ręki. Brak jej w płucach powietrza, i wreszcie coś słyszy, odgłos jakby skrobania, jego oddech, łamiący się w gardle, i wtedy wreszcie wie, że to on, jego żywe ciało, pierś i brzuch, ciepło między udami, kolano z blizną.

Tygodniami jeździli po Francji. Podczas wędrówki w Alpach u Thomasa po raz pierwszy pojawiły się bóle kolan. W Paryżu nie byli. Paryż w lecie, powiedziała Anna, to strata czasu. W drodze na Południe trafili do restauracji w jakiejś wsi, w której poza tą knajpką nie było nic ciekawego. Siedzieli pod starymi drzewami w ogródku dla gości, Anna tłumaczyła Thomasowi kartę dań. Gdy wymawiała po niemiecku „policzki wieprzowe”, także jej ta nazwa zabrzmiała barbarzyńsko, ale, jak się dowiedzieli, była to specjalność regionu. Pili do tego białe wino, a Thomas wyławiał z glinianego garnuszka kawałki mięsa, które było niezwykle delikatne, nigdy w życiu takiego nie jadł. Co chwila przypominało mu się, że to policzki wieprzowe, odgrywał zgrozę i rozpacz przed Anną, pochyloną do przodu, śmiejącą się z tej jego błazenady. Jej ramiona skrzyżowane między piersiami a kantem stolika, luźne przeguby, palce odprężone. Thomas wyciągnął rękę, owinął palce wokół jej prawego nadgarstka. Zaciskając usta na swój boleśnie szczęśliwy sposób, ściskał też palce wokół jej przegubu. Ten jego lęk o palce Anny, cały czas się boi, że mogłoby się z nimi coś stać. Po wypiciu dwóch filiżanek mocnej kawy wciąż jeszcze czuli się tak rozochoceni winem, że nawet Thomas nie chciał usiąść za kierownicą. W taki piękny dzień nie chce jej zabić, powiedział, i wybrali się na spacer wokół sadzawki poniżej gospody. Ciemny woal chmur ścielił się pod niebem, czego Anna z początku nie dostrzegła, dopóki nie przykrył ostatniego skrawka błękitu. Ciężkie nogi, powieki też. Poczuła otrzeźwienie w tej samej chwili, w której zauważyła zmianę pejzażu. Wszelki blask zniknął. W szczęce nerwowe, nieokreślone uczucie słabnącego znieczulenia. Anna wie, że oba te momenty przynależą do siebie, nawet jeśli trudno je umiejscowić choćby w jednej porze roku. Ale przecież pamięta zieleń drzew w ogródku dla gości, ku którym podnosiła wzrok, dach w żywym kolorze, a potem spojrzenie ponad sadzawką, spod ciężkich powiek. Trzcina w kolorze ochry i woda, bezbarwna pod zachmurzonym niebem. Nie przypomina sobie, kto w końcu usiadł za kierownicą. Pamięta psa, który pojawił się gdzieś na brzegu, z jasnobrązową sierścią, jak krótkie źdźbła na zżętym polu.

To samo ułożenie ciała przywołało wspomnienie. Pochylona do przodu Anna skrzyżowała ramiona między piersiami a kantem stołu jak wtedy przed garnkiem ze świńskimi policzkami. Teraz odchyla się do tyłu, składa ręce na kolanach, prawa ręka ujmuje lewą. Mężczyzna przy sąsiednim stoliku przywołuje skinieniem kelnerkę. Ale za sałatę nie zapłaci, mówi, była nieświeża. Z tego powodu nie zjadł jej też do końca. Mężczyzna pokazuje na miskę z resztkami sałaty. Kelnerka się ogląda. Musi spytać w kuchni, mówi i chce zabrać salaterkę ze stołu. Mężczyzny to nie obchodzi, spieszy mu się. Ma dać mu rachunek, mężczyzna wskazuje na paragon w jej ręce. Kelnerka jeszcze raz się ogląda, jak gdyby liczyła na czyjąś pomoc, a potem wymienia kwotę, ruch jej ręki, jakby w ostatniej chwili chciała zatrzymać paragon, ale mężczyzna już go zabrał. Zostawia dwa banknoty, wkłada płaszcz i wychodzi. Kelnerka, bardzo młoda, patrzy na resztki sałaty w misce. Przypuszczalnie musi teraz zapłacić za nią sama. Anna wyciąga z torebki notatnik i otwiera go. Dziś, na początku długiego weekendu, ruch w kawiarni jest niewielki. O spacerze nie ma mowy. Od dwóch dni pada bardzo intensywnie, Annie się zdaje, że jeszcze nigdy nie przeżyła takiego deszczu. Cały kraj znalazł się pod wodą, także kraje na wschód od niego. Deszcze stulecia, które zalewają autostrady i zatrzymują Thomasa w kraju na wschodzie, dokąd pojechał, by wysondować możliwości współpracy. Zadzwonił wczoraj, żeby jej powiedzieć, że o jeździe samochodem nie ma co marzyć. Ale, mówił, ma to też swoją dobrą stronę, bo może się jeszcze spotkać z paroma osobami. Anna usłyszała, że po tym telefonie ma jeszcze gdzieś wrócić, że właśnie przeprasza, musi tylko na chwilkę, ważna rozmowa. Co u niej słychać, co robi przez cały dzień, pytał Thomas. Zabrzmiało to pojednawczo. W jego głosie uważność, przeznaczona nie dla niej, lecz dla osoby, która na niego czekała. Zabrał ze sobą w tę podróż dziewczynę. Gdy wróci, Anna będzie szukać w jego kieszeniach kwitków. Jakaś kobieta wkracza energicznie do kawiarni. Współpracowała kiedyś z Thomasem, a może nadal jeszcze to robi. Kobieta szuka kogoś, rozgląda się ponad głowami i twarzami, wciska kelnerowi do ręki swój parasol. W mieście na wschodzie Thomas i dziewczyna schronili się pod szeroką markizą, która osłania kawałek chodnika przed barem. Anna napotyka wzrok energicznej kobiety, przez chwilę patrzą prosto na siebie. Energiczna kobieta niczym nie zdradza, że rozpoznaje Annę. W kraju na wschodzie deszcz jeszcze przybrał na sile, słychać to, jego nieustanny szum otacza ciaśniej tych dwoje. Thomas i dziewczyna siadają przy jednym ze stolików, ustawionych pod markizą, na skraju opustoszałego targowiska, wzrok ledwie się nad nim przebija w ciemnym, nasiąkniętym deszczem powietrzu. Zielone dachy kramów i niebo zlewają się z wodą. Thomas wchodzi do środka i wraca teraz z dwiema szklankami piwa. Na paragonach Anna zobaczy później liczbę napojów, z języka nic nie zrozumie. Chyba utknęliśmy tu już na zawsze, mówi dziewczyna. Zdumiewa ją utrata poczucia czasu i przestrzeni w tym deszczu, w tym obcym kraju. Jakaś stara kobieta staje przed ich stolikiem, ma głębokie bruzdy na czole i od nasady nosa do kącików ust w jakby naciągniętej gładko twarzy. Włosy obwiązała chustką, parasola nie ma. Dziewczyna się dziwi, że kobieta jeszcze cała nie przemokła. Później dostrzega kraj jej długich szerokich spódnic, są ciężkie i pociemniałe od wody. Thomas i dziewczyna dają sobie powróżyć z ręki. Thomas opiera podbródek na drugiej ręce i unosi brwi, dziewczyna przez stół odwzajemnia jego rozbawienie. Stara ukradnie Thomasowi jeden banknot, dodatkowo do tego, który on jej daje, a dziewczyna na wiele lat zapamięta, co tamta powiedziała, gdy podczas deszczu stulecia na placu nie było nikogo poza ich trojgiem. Kiedyś wreszcie stwierdzi, że jednak zapomniała słowa starej i będzie pamiętać tylko to, że była tam mowa o dzieciach. Żadna wróżka nie powiedziałaby nic innego młodej kobiecie, nawet gdyby ta zrobiła kpiącą minę. Stara wie lepiej niż tych dwoje, jak głęboko jej słowa wnikają pod ten lekceważący uśmieszek.

Anna zamyka od środka drzwi wejściowe, kładzie torebkę na stołku, spogląda na telefon i wsuwa go z powrotem do bocznej przegródki. Do tego, że coś się za nią przemyka, co zauważa kątem oka, już się przyzwyczaiła, mimo to niekiedy wzdryga się przestraszona, gdy w momencie odwieszania płaszcza coś znika w otwartych drzwiach do salonu. Albo kiedy się odwraca i ma wrażenie, jakby drzwi do pokoju Thomasa jeszcze przed chwilą były otwarte, a teraz zostały pospiesznie zamknięte. Ale drzwi do pokoju Thomasa już od dawna nie stoją otworem. W kuchni Anna zmywa te parę naczyń, które są jeszcze w użyciu, gdy słyszy skrzypienie drewna. Zakręca wodę, trzyma talerz w mokrych rękach, a potem ogląda się za siebie. Nie wie, jak były ustawione krzesła przy stole. W salonie jej wzrok przypadkiem pada na dolną półkę regału, gdzie leżą pudła ze zdjęciami. Jedno pudełko wystaje poza skraj półki. Anna podchodzi i dosuwa je stopą, albo i nie. Coraz częściej zostawia rzeczy tak, jak je zastaje. Na ogół nie potrafi z całą pewnością stwierdzić, jak było wcześniej. Na podłodze obok kanapy leży czasopismo. Anna za każdym razem jest zdziwiona, że nie wstawiła szczoteczki do zębów do kubka obok umywalki, lecz położyła ją obok na pralce albo na brzegu wanny, a innym znów razem obok zlewu w kuchni. Gdy leży już w łóżku w swoim pokoju i słyszy, że Thomas wrócił do domu, że wyszedł z łazienki, a w jego pokoju zapadła cisza, wstaje jeszcze raz, żeby pójść do toalety i wypić w kuchni szklankę wody. W przedpokoju myśli o tym, że trzeba opróżnić kieszenie płaszcza, kurtki oraz marynarek Thomasa, które on wiesza w szafie w przedpokoju. Thomas sam tego nie robi, nie wyrzuca żadnych paragonów, nawet jeśli wykazują tylko kupno cukierków na kaszel. Anna próbowała czasem skłonić go do tego, by po wyjściu ze sklepu albo z restauracji wyrzucał kwitek do najbliższego kosza. Thomas godził się na ten układ, jednak gdy trzymał już rękę z rachunkiem nad koszem, coś go powstrzymywało, a Anna widziała jego zagniewaną twarz, zanim się odwracał od kosza, wsuwał rękę z paragonem do kieszeni i wielkimi krokami ruszał przodem. W którymś momencie zwalniał, w końcu stawał i czekał na Annę. Teraz za każdy najmniejszy drobiazg dostaje się paragon, więc kieszenie Thomasa zapełniają się nimi coraz szybciej. Raz w tygodniu Anna opróżnia kieszenie jego płaszcza, kurtki i marynarek, a potem idzie do kuchni z dwoma garściami rachunków, różnokolorowych karteczek i papierków po cukierkach. Kładzie wszystko na kuchennym stole i rozdziela na trzy kupki. Z prawej karteluszki, na których zapisano nieaktualne już terminy spotkań, oprócz tego papierki po cukierkach oraz paragony bez znaczenia. Pośrodku kładzie rachunki z restauracji, a z lewej strony karteczki, które są jeszcze ważne albo których nie potrafi zaklasyfikować. Kupkę z papierkami po cukierkach wyrzuca do śmieci, pozostałe karteczki wkłada z powrotem do kieszeni płaszcza Thomasa. Rachunki ze środkowej kupki zabiera do sypialni. Wraca jeszcze raz do przedpokoju i wyjmuje z torebki notatnik. Gdy wieczorem dziewczyna czeka na Thomasa pod jego biurem albo on ją skądś zabiera, Thomas pyta dziewczynę, czy już coś jadła. Oczywiście, że nie, śmieje się dziewczyna, a Thomas mówi: No to musimy cię nakarmić. Anna segreguje rachunki najpierw według daty. Ostatni raz prowadziła taką księgowość tydzień temu, w poniedziałek. Znajduje kwitki, wystawione w południe albo po południu, często w pobliżu biura Thomasa. Na niektórych wyszczególnione są kawy, woda mineralna, herbata, małe piwo, to popołudnia, kiedy Thomas odbywa w lokalu kilka spotkań jedno po drugim. Są też rachunki za dwie kawy i powtarzające się paragony z dwoma dzbanuszkami herbaty jaśminowej, o których Anna nie wie, czy piła je jedna osoba, czy dwie. Wśród kolacji bywają najczęściej spotkania biznesowe, w których uczestniczy kilka osób. Te rachunki Anna wkłada później z powrotem do kieszeni Thomasa, podobnie jak te z długich popołudni, żeby mógł je odpisać od podatku lub rozliczyć później w pracy. Kolacje z dziewczyną przepisuje do notatnika. Gdy późno w nocy przerobi już cały tydzień, jeszcze raz opuszcza swój pokój, odkłada z powrotem rachunki służbowe do karteczek z notatkami w kieszeni płaszcza, a resztę wyrzuca na makulaturę.

Dziewczyna trzepocze się, to ptaszek z lekkimi skrzydełkami i delikatnymi piórkami, ma jeszcze odrobinę dziecięcego puszku u nasady włosów i miękkie, rozświetlone policzki. Nie można się napatrzeć na jej niespożytą witalność. Thomas bardzo się martwi zdrowiem dziewczyny, która przez cały dzień ledwie coś skubnie, pół kanapki z serem, kubeczek jogurtu naturalnego, jabłko odmiany Kronprinz Rudolf, bo są najmniejsze. A wieczorem, gdy Thomas ją spyta, czy już jadła, odpowie ze śmiechem, że oczywiście nie. Dziewczyna się cieszy, gdy Thomas chce jej wtedy jak najszybciej zapewnić coś do jedzenia. Lubi ten naglący pośpiech na początku ich spotkań i nerwowość, którą wzbudza w niej podniecenie jego widokiem. Dziewczyna nie chce spotykać się z Thomasem, gdy jest najedzona, boi się, że zabraknie wtedy tego podniecenia, które być może pojawia się tylko na pusty żołądek. Musi się hamować, by nie trzepotać, rękami, ramionami, nawet oddechem, zalewa Thomasa potokiem śmiechu i żartów, z którym on widomie sobie nie radzi. Nie jest w stanie nadążać za dziewczyną, mówi, wywołuje w nim kompletny chaos, ale dziewczyna wie, że dzięki jej swawolności Thomas odżywa, aż wreszcie, po jedzeniu, nieco wyczerpana, się uspokaja. Ale wtedy jemu znużenie już mija, teraz gawędzi i ogląda rozgrzaną jedzeniem dziewczynę, która niekiedy, gdy wybrzmi jej śmiech, wzdycha. Jak dwoje jeźdźców, którzy po przebyciu kawałka drogi, kiedy to raz jeden wysuwał się na prowadzenie, to znów drugi wypuszczał konia, na koniec z luźnymi cuglami jadą obok siebie, zatopieni w rozmowie. A ty naprawdę wcześniej jeździłaś często na koniu? pyta Thomas. Dziewczyna robi minę wyrażającą niechęć. Opowiedz, prosi Thomas. Czasem, mówi dziewczyna, wydaje mi się, jakbyś chciał, żebym była młodsza, niż jestem. Sama nie wiesz, odpowiada Thomas, jaka teraz jesteś młoda. Dziewczyna patrzy na serwetkę, którą przesuwa na skraj stołu. Na zakończenie wieczoru napijmy się słodkiego wina, proponuje Thomas, za młodość. Anna dziwi się, widząc na rachunku wino deserowe. Dziewczyna jest po nim trochę wstawiona. Chodź, odwiozę cię do domu, mówi Thomas, położę cię jeszcze do łóżka. Gdy Thomas spędza wieczór z dziewczyną, do domu wraca zazwyczaj po północy. Wychodzi dopiero, gdy dziewczyna już zaśnie. Ma zdrowy sen, którego jej zazdrości. Thomas ubiera się, idzie do łazienki i przemywa sobie twarz. Mokrymi rękami przygładza włosy i wyciera się ręcznikiem dziewczyny. Gdy odwraca się w małej, ciasnej łazience, uderza w kabinę prysznicową, trzask plastiku i metalu. Klnie i odczekuje, czy coś się nie poruszy. Thomas wie, jak zamykać od zewnątrz drzwi do mieszkania dziewczyny, nie powodując żadnego odgłosu. Wie też, jak w miarę cicho otwierać własne drzwi. Anna mimo to się budzi. Słyszy klucz obracający się w zamku. Nic nie pomaga, że Thomas rygluje drzwi, dziewczyna już dawno tu jest. Anna słucha, jak Thomas idzie do łazienki i do toalety, jak potem zamyka drzwi do swojego pokoju i w środku jeszcze się o nie opiera. Kroki i cisza, i jeszcze raz kroki. Thomas zagląda do komputera, ponownie zerka na telefon. Nie wie, że dziewczyna już się z niego wymknęła i nie może odnaleźć drogi powrotnej. Dużo rzeczy nie wie, myśli Anna, i jeszcze zasypiając z powrotem, myśli też, że powinna kiedyś porozmawiać z Thomasem o dziewczynie.

Anna przesuwa palcem do tyłu wzdłuż łuku żeber, do miejsca tuż przy kręgosłupie, gdzie wyczuwa stwardnienie, które odkryła przypadkowo przed tygodniem albo dwoma. Nie jest w stanie sama zobaczyć, czy kulka rośnie w tkance mięśniowej, czy wyrasta ze skóry. Siedzi na skraju wanny, obejmując ramieniem tułów. Słyszy, jak ktoś porusza się po mieszkaniu i czuje zimne powietrze na nagiej skórze, gdy wychodzi z łazienki do przedpokoju. Mógłbyś na to spojrzeć?, pyta Anna w progu kuchni. Thomas odstawia szklankę z wodą, którą właśnie pije. Siadaj, mówi i robi krok w stronę stołu. Anna krzyżuje ramiona na piersiach, dłonie kładzie na barkach. To nic takiego, chce powiedzieć, ale jest posłuszna jego gestowi i siada. Thomas staje za nią. Pokaż mi to miejsce, mówi. Anna podciąga koszulkę do góry i maca. Tu. Palec Thomasa odsuwa jej palec na bok i przesuwa się po zgrubieniu, raz z góry na dół, potem z dołu do góry, a wreszcie lekko uciska. Nic tu nie ma, mówi i opuszcza koszulkę na plecy Anny. Widać ropę, za kilka dni będziesz mogła wycisnąć. Anna wyciąga rękę do tyłu, żeby zakryć to miejsce, i obraca się. Thomas odsuwa się od niej i sięga po szklankę z wodą, kiwa jej uspokajająco. Anna kręci głową. Wychodzi z kuchni, idzie do łazienki, przemierza niewielkie pomieszczenie, zatrzymując się przed ścianą z wąskim, wysokim oknem. Odwraca się i opiera o nią plecami, z kaloryferem przy nogach. Kuca, ześlizguje się w dół wzdłuż żeberek. Ciepły metal za plecami. Kafle na podłodze są białe, ze ściętymi ukośnie granatowymi rogami. W pokrywającym je kurzu odcisnęły się ślady małych stóp. Dziewczyna wśliznęła się przed lustro i przeglądała się w nim. Anna staje w miejscu, w którym stała dziewczyna. Przypatruje się nasadzie swoich włosów, powiekom, wargom. Skórze na szyi i w zagłębieniu między obojczykami. Ramionom. Pod pachami i w dekolcie koszulka jest głęboko wycięta, materiał się rozciągnął. Na wysokości pach tkanka grubieje, tworząc dwie wypukłości, a pod nimi opada. Piersi są małe, a jednak za ciężkie. Cienki ze starości materiał przylega do brzucha. Gdy Anna wraca do kuchni, Thomas siedzi przy stole. Przed sobą ma telefon, coś na nim wystukuje. Thomas, mówi Anna. On wykonuje ruch wygaszający ekran, a potem podnosi na nią wzrok. Anna stoi w drzwiach i wie, co Thomas widzi. On też zaczyna od twarzy. W dół przez szyję, obojczyki, ramiona. Pachy, wypukłości zgrubiałej tkanki. Koszulka zakrywa piersi i brzuch. Dalej lustro łazienkowe nie sięga. Anna się odwraca i idzie do swego pokoju, chce wreszcie spać. Już na granicy snu słyszy, jak Thomas opuszcza mieszkanie.

Dziewczyna otwiera drzwi. Thomas robi duży krok do środka i napiera na nią, jego dzikość jej pochlebia. Thomas chce oglądać dziewczynę nagą, a ona niby to się wzbrania. Thomas popycha ją na łóżko, dziewczyna mówi: Poczekaj, poczekaj. Śmieje się i próbuje wyswobodzić się z jego uchwytu. On ją mocno przytrzymuje. Jego obcesowość podnieca dziewczynę. Za każdym razem, gdy musi ją puścić, żeby zdjąć z niej kolejną część garderoby, dziewczyna chce się poruszyć. Przestań się wiercić, mówi Thomas, gdy wreszcie jest naga, a ona zamyka oczy i leży bez ruchu. Thomas z wdzięcznością kładzie rękę między łopatkami dziewczyny. Gładzi skórę wzdłuż kręgosłupa w dół, przez kość krzyżową i ogonową, do zagłębienia poniżej. Opuszki jego palców przypominają sobie bardzo delikatną skórę. Była cienka i jakby wypełniona płynem, pod jego dotknięciem cofała się, tak samo jak cofała się pod jego dotykiem Anna, gdy palcami szukał niewielkich zgrubień przy jej odbycie. Thomasa ogarnia ogromne znużenie. Wyciąga się obok dziewczyny. Nie martwi go, że jego członek staje się mały i wiotki, ucisk w klatce piersiowej odsuwa gdzieś daleko resztę jego ciała. Thomas wdycha i wydycha powietrze. Powietrze dociera tylko do górnej partii mostka. Obok siebie Thomas czuje dziewczynę. Dziewczyna go głaszcze. Thomas mówi, że odejście z nią podczas aktu miłosnego wyobraża sobie jako bardzo piękną śmierć. Zawsze pielęgnował w sobie to wyobrażenie. Tyle że teraz dochodzi do tego lęk, który wyprzedza śmierć. Żebra się nie rozszerzają. Oddech kończy się w górnym krańcu mostka. Thomas ma zamknięte oczy. Z każdym tchnieniem udaje mu się oddychać nieco głębiej. Usiłuje się uśmiechnąć. Piękna śmierć. Dziewczyna się śmieje. Kładzie Thomasowi głowę na piersi.

Soboty są trudne, a przed świętami robią się jeszcze trudniejsze. Rano Anna idzie do kawiarni, stara się być tam możliwie wcześnie, gdyż już wkrótce musi uciekać przed klientelą weekendową. W grudniowe soboty do śniadania ludzie piją dużo wina musującego. Odgłosy kieliszków i filiżanek z kuchni, nogi od krzeseł, przesuwanych i zsuwanych ze sobą, głosy i szczęk noży na porcelanowych talerzach zagęszczają się do tonacji, którą Anna zna z muzyki kościelnej. Błagania o wybawienie. Gdy nakłada się zbyt dużo brzmień naraz, Anna przestaje rozróżniać pojedyncze dźwięki, powstaje wtedy jeden ton. Błaganie trwa dalej w jej stawach, między chrząstkami i kośćmi, wygania ją z kawiarni na ulicę. Pewnej niedzieli, o której usłyszała w radiu, że jest to trzecia niedziela adwentu, Anna przynosi ze schowka pudełko i siada z nim w salonie. Odwija kilka bombek z chroniącego je papieru, grawerunki w kształcie kropli na szkle, jedna bombka jakby przyprószona śniegiem, szorstka pod opuszkami palców. Powinna była kupić gałązki jedliny, żeby powiesić na nich ozdoby, jak robi to każdego roku, w dużych wazonach. Myśli o tym dopiero teraz, jakby to było dawno temu. Ostatniego roku zrobiła to jeszcze dokładnie tak jak zawsze. Mały drewniany żłóbek, pochodzący z rodzinnego domu Thomasa, Anna zawsze lubiła, ustawiała go w oknie w salonie. W trzecią niedzielę adwentu jest już za późno na rozkładanie szopki bożonarodzeniowej. Anna się cieszy, że w tym roku pojedzie wcześniej do Francji. Niech serdecznie pozdrowi matkę, prosi ją Thomas, niech jej też powie, że jest mu przykro, ale nie może sobie po prostu wziąć wolnego. Oczywiście, mówi Anna. Mnie nie wytłumaczyłeś, dlaczego ze mną nie jedziesz. No przecież wiesz, mówi Thomas i chce się odwrócić, jakby rozmowa była skończona. Anna mówi, że właściwie to tak dokładnie nie wie, od czego on nie może wziąć sobie wolnego. Te zajęcia w szkole filmowej, mówi Thomas i stoi na wpół odwrócony. Ale przecież ona to wie. Anna zaprzecza. Thomas spogląda na nią. Czy ty właściwie wiesz, ile ja pracuję?, pyta. Czy w tej szkole filmowej nie mają ferii?, odpowiada Anna pytaniem na pytanie. Muszę przygotować kurs, mówi Thomas, potrzebne mi są do tego materiały. Poza tym to by było kompletnie bez sensu, jechać z tobą do Francji, a potem bez przerwy tam pracować. Czyż nie? Kompletnie bez sensu, przytakuje Anna. A do tego i tak jest już za późno. Następnego dnia Anna wsiada w samolot do Paryża, a stamtąd jedzie dalej pociągiem. Kiedyś przecież byłam kimś, mówi przy kolacji do matki. Zastanawia się. Kiedyś przecież byłam osobą, która daje sobie radę. O tak, przytakuje matka, zawsze byłaś dobrze zorganizowana. Ale dziś, mówi Anna, czułam się na lotnisku jak jakaś prowincjuszka. Zniknęły te okienka, które były kiedyś, bagaż musiała odprawić sama, nie umiała sobie poradzić z urządzeniem, w końcu ktoś musiał jej pomóc, nie kryjąc politowania. Matka się śmieje i potrząsa głową, Anna nie jest pewna, czy uważa jej opowieść za zmyśloną. Ja już tyle nie podróżuję, mówi matka i poklepuje prawą rękę Anny, ale nie sądzę, żeby to była twoja wina. Anna wynajęła sobie pokój, jak robi to od lat, zawsze w tym samym pensjonacie. Któregoś popołudnia matka odpoczywa, a Anna kładzie się na kanapie w salonie, żeby poczytać. Z mieszkania na górze słyszy miarowe kroki, potem znów robi się cicho. Anna czuje nagle ogromne zmęczenie. Opuszcza ręce z książką na brzuch. Gdy matka mieszkała jeszcze w większym mieszkaniu, Anna podczas odwiedzin u niej spała w pokoju z maszyną do szycia. Spała mocno i głęboko w tym pokoiku, o wiele za małym na wszystkie stłoczone w nim meble i przedmioty. Przez jakiś czas stało tam również pianino, na którym Anna uczyła się grać. Matka chętnie użyczyłaby tego pianina jakiemuś dziecku, niemającemu w domu własnego instrumentu. Dziecko mogłoby ćwiczyć u niej, mówiła matka, a ona by się cieszyła. Rozpytywała w sąsiedztwie i w supermarkecie, ale nikt się nie zgłosił. Przydałby się jakiś nadzwyczajny przypadek, powiedziała Anna, ale matka upierała się przy tym, że teraz grać na pianinie uczą się już tylko bogate dzieci, którym rodzice jeszcze przed pierwszą lekcją wstawiają do pokoju własny instrument. Pierwsze pianino Anny było używane i zostało kupione dopiero po dwóch latach nauki. W regale naprzeciw kanapy stoi fotografia, Anna siedzi na niej przy tym pianinie. Obok stoi ojciec i udaje, że słucha, podczas gdy ona udaje, że gra. Wszędzie w salonie stoją i wiszą zdjęcia, kilka z dzieciństwa Anny i bardzo wiele z jej młodości. Ojciec na żadnym zdjęciu nie ma więcej niż trzydzieści lat, Anna na swoim ostatnim zdjęciu jest od niego dziesięć lat starsza. Już od dawna nie wiesza zdjęć ludzi, człowiek tak szybko przyzwyczaja się do twarzy. Mimo to sposób, w jaki matka żyje wśród zdjęć, odbiera jako pewien rodzaj wierności. Chociaż Anna nie lubi ciężkich mebli z ciemnego drewna, a sofa jest za miękka, mogłaby teraz spać mocno i głęboko, jak wtedy w zagraconym pokoju z maszyną do szycia. Moje dziecko, mówi matka, kto wie, czy jeszcze kiedyś się zobaczymy. Od kilku lat jest to jej formułka pożegnalna na koniec odwiedzin Anny. Daj spokój, mówi Anna, jednak matka się nie zraża, wpada jej w słowo. A jak nie, to po prostu dopiero tam, mówi z lekkim, kokieteryjnym ruchem ramienia.


Powieść Laury Freudenthaler ukaże się wkrótce nakładem Wydawnictwa „Od Do”.

Za zgodę na publikację fragmentu uprzejmie dziękujemy
Autorce oraz Wydawnictwu Literaturverlag Droschl.



Laura Freudenthaler (ur. 1984 w Salzburgu) – pisarka austriacka młodszego pokolenia. Debiutowała tomem opowiadań Der Schnädel von Madeleine („Czaszka Madeleine”, 2014). W 2017 r. ukazała się jej pierwsza powieść Die Königin schweigt („Królowa milczy”, 2017), wyróżniona m.in. Nagrodą Literacką Miasta Bremy. Za opublikowaną w 2019 roku Geistergeschichte („Opowieść o duchach”), której fragment prezentujemy, otrzymała Nagrodę Literacką Unii Europejskiej. Opowieść o duchach w przekładzie Elizy Borg ukaże się wkrótce nakładem Wydawnictwa „Od Do". Freudenthaler mieszka w Wiedniu. Jest również tłumaczką z  języka francuskiego na niemiecki.

Eliza Borg (ur. 1951) – ukończyła studia germanistyczne na Uniwersytecie Warszawskim, a następnie pracowała jako lektor w Instytucie Germanistyki do 2017 r. Przełożyła m.in. Muzeum ziemi ojczystej Siegfrieda Lenza, Masę i władzę Eliasa Canettiego, książkę Gunnara Deckera Hermann Hesse – Wędrowiec i cień (wszystkie wspólnie z Marią Przybyłowską), Iść. Szedł. Poszedł i Klucz do ogrodu Jenny Erpenbeck, Szkołę klasztorną Barbary Frischmuth, Oblicza czasu Josepha Rotha i Anatomię pewnej nocy Anny Kim. W 2017 r. otrzymała Nagrodę im. Karla Dedeciusa dla tłumaczy literatury niemieckojęzycznej.