Ptaki były nam wierne

Kiedy cię nie ma, nie chcesz do mnie napisać i nie rozmawiamy.
Wtedy to Netflix, niebieska łuna w pokoju, która przeszkadza naszym
kotom. Opowiadałem dziś Małgosi o ojcu, jakby go wcale nie było.
A potem mówiłem o sobie, jakbym sam dawno już nie żył. Nie ma przecież
i nigdy nie było przymusu istnienia. A milczenie zawsze gorsze

jest od nienawiści. Absurdem jest też, że nosimy wodę, kiedy wystarczy
odkręcić kran i napełnić szklankę. Odkąd szukam dla siebie miejsca
w serialu, wracają do mnie echa przeszłości. Powraca dźwięk wybuchu,
który przechodzi z posadzek na ściany i dopada sufitów, potrząsa budynkiem
w posadach i trafia do kantorka biol-chem. Tam strąca z półek słoiki

z embrionami. W nich światło jak śrut. Jak garść ryżu. Lśnienia źrenic
w sekwencjach i klatkach. Zatrzymane w pół drogi do nas. A ptaki były nam
/wierne
tego dnia. Towarzyszyły naszym myślom w drodze do domu, zliczały
oddechy. Jak teraz, kiedy słyszymy ich nienachalną obecność w koronach
drzew. Od tamtej pory nikt nie zajrzał do studni. Nikt nie napędza stracha.

Ćwierćdolarówki

Awers to Jerzy Waszyngton z profilu. Rewers charakteryzuje pobożne
życzenia stanu Iowa: kościół i dzieci pastora, które wykopały dołek
na dwa łokcie pod drzewem dobrego i złego. Stan Vermont ma ludzi
stojących przy klonach, Obverse sławi dobosza, Nebraska konie
i wóz z woźnicą, chmurę i słońce w zenicie. Chmura jest ledwo widoczna,

woźnica na pewno pijany. Zmierza do miasta, żeby sprzedać mleko
i ser. Za zarobione pieniądze kupi świece i paczkę fajek. W tym samym
czasie Virginia odprawia na południe Europy karawele ze złotem.
Ohio chce znowu na księżyc, Arkansas diamentów. Missouri hołubi
odkrywców w kajaku, a Indiana bolid. W klaserze brakuje Idaho,

Alaski i Utah. Od razu sprawdzam, jakie nadano im wyobrażenia.
Idaho ma orła, Alaska niedźwiedzia, Utah parowozy. W pamięci szukam czegoś,
co mogłoby oddać nastrój i powiedzieć przyjezdnym o naszym powiecie.
Zaskakuje mnie brak jakichkolwiek skojarzeń. Do łóżka kładę się zmęczony.
Nie mogę zasnąć, piję wodę. Tak bardzo martwi mnie brak skojarzeń.

Jak zwierzęta

Myślę, że powinniśmy żyć jak dzikie zwierzęta. Mielibyśmy za nic
konwenanse, dziury w dachu, inne temu podobne upokorzenia.
Naszym istnieniem nikt by się nie zajmował. Żadne znane państwo.
Nikt nie traciłby czasu na urzędy i podatki. Dziś np. zabrakło prądu i na moment
wszystko umarło. Nawet ptaki lecące nad staw zatrzymały się w pół

drogi. Te, które już tam były, przerwały zbieranie światła księżyca
z powierzchni wody. Moja nocna lampka może przypominać
taki księżyc, dlatego zgasiłem. W zupełnej ciemności piszę na papierze
do Zamoyskich, kiedyś herbu Jelita. Proszę, żeby mnie bez zwłoki
do siebie przyjęli. Chciałbym zamieszkać u nich na ganku,

bo wiem, że tam ich sieć ma największe oka. Nie trzeba szukać zasięgu,
biegać po mieszkaniu z laptopem otwartym jak książka. Można oddać się
zapomnianym operom, których nikt prócz mnie nie chce słuchać.
Kończę list i zabieram się do objuczania gołębia, spoglądam na zegarek.
Mamy umówiony sygnał. Wyruszę w drogę, jeśli zobaczę dym i łunę nad lasem.

New York (April 6, 2006)

Chciałbym, żeby ten wiersz opowiedział o mnie znacznie więcej
niż już wiesz i mniej, niż chciałbym ci tak naprawdę kiedykolwiek
powiedzieć. (Zostawiłem jajka w samochodzie. Za oknem stoi siarczysty
mróz. Jest het po północy i naprawdę nie zamierzam ruszać się
z łóżka). Mamy inną wrażliwość, choć nadal całkiem znośny

próg bólu. Nie, ten wiersz nie będzie mówił o miłości i jej ciemnych
zaułkach, których nigdy nie oświetlimy. Opróżnię przy nim pół
butelki gruszkówki. Przeczytam w Internecie o Mickiewiczu
i Ashberym. Zrozumiem, że nic ich nie łączy. Ashberego spotkałem
at The New School przy 66 West 12th St. pomiędzy Fifth

& Sixth Aves. Wpadł na chwilę, żeby posłuchać, co mają o nim
do powiedzenia Marcinkiewicz i Gutorow. Dopiero dzisiaj odkrywam,
że był tam też Bartczak, choć nie ma to dla mnie żadnego znaczenia.
Wciąż próbuję przenieść tamten wieczór w czasy Mickiewicza,
ale mi nie wychodzi. Któryś z naszych marudzi, że nie chce i wraca taryfą do
/domu.



Robert Król (ur. 1981 w Jaśle) – autor książek poetyckich: Gatunki śniegu* (2003), Lida (2004), Habitat (2005), Pamięć podręczna (2009), Czternastki (2010), O wchodzeniu w ogień (2014), Polka (2018). Laureat ogólnopolskich konkursów m.in.: o laur Czerwonej Róży, im. Rafała Wojaczka, im. Stanisława Czycza, im. Haliny Poświatowskiej, im. Witolda Gombrowicza. Publikował m.in. w „Odrze”, „Ricie Baum”, „Fragile”, „Kartkach” „Toposie”, „Ha!arcie” i „Gazecie Wyborczej”. Stypendysta Jasła (2006, 2018), Krakowa (2009) oraz Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego (2016). Nominowany do Nagrody im. Wisławy Szymborskiej w 2019 roku za poemat Polka.

Julia Fukiet (ur. 1997) – studentka Wydziału Grafiki ASP w Warszawie. Czasem rysuje, ale głównie ogląda filmy i się objada. Hobbystycznie gra na cymbałkach.