Od tłumacza

W 1988 roku, mimo nieprzychylności wydawców, David Markson – wówczas już sześćdziesięcioletni autor kilku powieści – zdołał wreszcie opublikować Wittgenstein’s Mistress. Książkę kupiło chicagowskie Dalkey Archive Press, specjaliści od literatury nietypowej: Flanna O’Briena (rzecz jasna), Djuny Barnes, Harry’ego Mathewsa czy Raymonda Queneau. Do największych orędowników tej powieści należał później David Foster Wallace, co oczywiście dla jednych było zachętą, a innych skutecznie odstręczyło. Podobny był pewnie efekt nazwiska obecnego w tytule.

Jest to rzeczywiście książka osobna, a na pewno osobliwa: obsesyjna, przewrotna, dowcipna, przejmująco smutna. Skazana na pierwszą osobę liczby pojedynczej, w bardzo szczególnym sensie post-apokaliptyczna, w nietuzinkowy sposób erudycyjna. Zwrócił mi na nią uwagę dziesięć lat temu Mark Tardi, zaprzyjaźniony poeta amerykański i kolega z łódzkiej anglistyki, mówiąc, że to jego ulubiona powieść. Podarował mi też egzemplarz, za co jestem mu bardzo wdzięczny.

Myślę, że poniższy fragment daje jakiś obraz całości: tak to dalej jedzie, przez dwieście stron z górą, piętrząc aluzje, podejrzane anegdoty i poznawcze nieporozumienia – bez rozdziałów, dłuższych akapitów i „światła” między nimi, a nawet bez cudzysłowów, średników i dwukropków. Jedzie oczywiście po angielsku. Staram się w tej próbce znaleźć Marksonowi, czy też jego Kate, głos w innym języku. Marzy mi się polska Kochanka Wittgensteina

Krzysztof Majer

Kochanka Wittgensteina (fragment)

Published with permission of Dalkey Archive Press

Z początku zdarzało mi się zostawiać wiadomości na ulicy.
Ktoś mieszka w Luwrze, mówiły niektóre z nich. Albo w National Gallery.
Naturalnie mogły mówić coś takiego tylko kiedy byłam w Paryżu albo w Londynie. Ktoś mieszka w Metropolitan Museum, mówiły, kiedy jeszcze byłam w Nowym Jorku.
Oczywiście nikt się nie zjawił. W końcu przestałam zostawiać wiadomości.
Prawdę mówiąc, zostawiłam pewnie ze trzy, cztery, nie więcej.
Nie mam pojęcia, jak dawno robiłam to wszystko. Gdybym musiała zgadywać, zgadywałabym pewnie, że dziesięć lat temu.
Chociaż mogło to być jeszcze parę lat wcześniej.
No i oczywiście wtedy przez jakiś czas byłam całkiem szalona.
Nie wiem przez jaki czas, ale przez jakiś.
Nie po kolei w głowie. Którego to zwrotu nigdy dobrze nie rozumiałam, a przynajmniej tak mi się teraz wydaje, gdy nagle przyszło mi go użyć.
Nie po kolei w głowie, bo oszalała, czy nie pamięta, co było kiedy?
W każdym razie co do tego szaleństwa raczej nie było wątpliwości. Na przykład kiedy wybrałam się samochodem w tamten mało znany turecki zakątek, żeby zwiedzić wykopalisko starożytnej Troi.
I z jakiegoś powodu najbardziej mi zależało, żeby zobaczyć rzekę, o której też czytałam, że płynie obok cytadeli aż do morza.
Nazwy rzeki nie pamiętam, ale okazała się mulistym strumieniem.
I wcale nie miałam na myśli morza, tylko Dardanele, które nazywano kiedyś Hellespontem.
Nazwę Troi też oczywiście zmieniono. Na Hisarlik.
Pod wieloma względami byłam rozczarowana, bo wykopalisko jest zadziwiająco małe. Niewiele dłuższe od zwykłej przecznicy, a wysokie na kilka pięter, praktycznie rzecz biorąc.
Za to z ruin widać górę Idę, chociaż dzieli je wielka odległość.
Była późna wiosna, ale na górze leżał śnieg.
Wydaje mi się, że ktoś z tych starych opowieści wspiął się tam, żeby umrzeć. Chyba Parys.
Chodzi mi oczywiście o kochanka Heleny. Ranionego gdzieś pod koniec tamtej wojny.
Zwiedzając Troję, myślałam właściwie przede wszystkim o Helenie.
A przez pewien czas, jak właśnie miałam dodać, marzyło mi się nawet, że na brzegach wciąż stoją greckie okręty.
Cóż, byłoby to całkiem niegroźne marzenie.
Z Hisarlik nad wodę piechotą jest może godzina drogi. A na drugą stronę planowałam przeprawić się zwykłą wiosłówką, i potem ruszyć samochodem w głąb Europy, przez Jugosławię.
To znaczy chyba przez Jugosławię. W każdym razie na drugim brzegu są pomniki żołnierzy, którzy zginęli tam podczas pierwszej wojny światowej.
Z kolei na brzegu trojańskim można znaleźć pomnik w miejscu, gdzie pochowano Achillesa, chociaż było to znacznie dawniej.
A przynajmniej twierdzi się, że pochowano tam Achillesa.
W każdym razie wydaje mi się niesamowite, że młodzi ludzie ginęli tam na wojnie tak dawno temu, a potem znów w tym samym miejscu, trzy tysiące lat później.
Tak czy inaczej zmieniłam wtedy plany co do przekraczania Hellespontu. A raczej Dardaneli. Wyszukałam sobie motorówkę, żeby popłynąć przez greckie wyspy do Aten.
Chociaż zamiast map miałam tylko stronę wyrwaną z atlasu, dotarcie do Grecji zajęło mi raptem dwa niespieszne dni. Spora część szczegółów dotyczących tej antycznej wojny jest z pewnością znacznie przesadzona.
A jednak pewne rzeczy mogą człowieka wzruszyć.
Na przykład kiedy po dniu czy dwóch zobaczyłam Partenon w późnym popołudniowym słońcu.
To było chyba tej zimy, kiedy mieszkałam w Luwrze. Paląc artefakty i ramy obrazów, żeby się ogrzać, a wszystko to w sali ze złą wentylacją.
Ale później, wraz z pierwszymi oznakami odwilży, zmieniając auta, kiedy tylko kończyła się benzyna, ruszyłam przez Rosję Centralną, żeby dostać się z powrotem do domu.
To wszystko bez wyjątku prawda, nawet jeśli, jak już mówiłam, zdarzyło się dawno temu. I nawet jeśli, jak już również mówiłam, bardzo możliwe, że byłam wtedy szalona.
Z drugiej strony wcale nie mam pewności, czy byłam szalona, jadąc wcześniej przez Meksyk.
Choć może wtedy akurat tak. Jadąc na grób dziecka, które straciłam, jeszcze dawniej, i które miało na imię Adam.
Czemu napisałam, że miało na imię Adam?
Simon, tak miał na imię mój chłopczyk.
Nie po kolei w głowie. Czyli że można nawet na chwilę zapomnieć imię jedynego dziecka, które miałoby dziś trzydzieści lat?
Chyba nie trzydzieści. Powiedzmy, dwadzieścia sześć, albo dwadzieścia siedem.
Czyli ja miałabym pięćdziesiąt?
W tym domu na plaży jest tylko jedno lustro. Według lustra może i pięćdziesiąt.
I według dłoni. Po ich wierzchach już widać.
A jednak wciąż miesiączkuję. Nieregularnie, no i często trwa to całymi tygodniami, a potem tak długo nic się nie dzieje, że niemal zapominam.
Być może mam góra czterdzieści siedem, czterdzieści osiem lat. Na pewno już kiedyś próbowałam to z grubsza obliczyć, chyba liczyłam miesiące, a przynajmniej pory roku. Ale nawet nie pamiętam, kiedy do mnie dotarło, że już od dawna nie umiem się w tym połapać.
Mimo to jestem przekonana, że kiedy to wszystko się zaczęło, zbliżałam się do czterdziestki.
Tamte wiadomości malowałam białą farbą. Wielkie drukowane litery na skrzyżowaniach, tak żeby zauważył je ktoś, kto jechałby w jedną albo drugą stronę.
W Metropolitan Museum też oczywiście paliłam artefakty. I nie tylko.
Zimą przez cały czas paliłam tam ognisko. Ale nie takie jak w Luwrze. W Metropolitan paliłam je w westybulu, tam, gdzie się wchodzi i wychodzi.
Skoro o tym mowa, skonstruowałam też nad ogniskiem wysoki blaszany komin. Żeby dym leciał prosto do świetlików, znajdujących się jeszcze wyżej.
Do tych świetlików musiałam strzelać, żeby porobić dziury, kiedy już był gotowy komin.
Z pistoletu, stojąc na jednym z balkonów. Musiałam uważnie celować, i to pod kątem, żeby dym się ulatniał, a deszcz nie leciał do środka.
I tak leciał do środka, ten deszcz. Nie jakoś bardzo, ale trochę tak.
No więc potem zaczął też lecieć innymi oknami, kiedy szyby potłukły się same z siebie. A raczej od pogody.
Szyby wciąż się tłuką. Tu, w tym domu, mam kilka stłuczonych.
Chociaż teraz jest lato. I nie żeby przeszkadzał mi deszcz.
Z piętra widać ocean. Tu na dole zasłaniają go wydmy.
Właściwie to jest mój drugi dom na tej plaży. Pierwszy doszczętnie spaliłam. Wciąż nie jestem pewna jak to się stało, chociaż niewykluczone, że w trakcie gotowania. Dosłownie na chwilę poszłam na wydmy, żeby się wysikać, a kiedy się odwróciłam, wszystko stało w płomieniach.
Te domy na plaży są oczywiście całe z drewna. Mogłam jedynie usiąść na wydmie i patrzeć, jak się pali. Płonął całą noc.
Rankami, spacerując wzdłuż plaży, wciąż zwracam uwagę na spalony dom.
Rzecz jasna, to, na co zwracam uwagę, nie jest spalonym domem, tylko szczątkami domu.
Skłonni jesteśmy nadal myśleć o domu jako o domu, nawet jeśli najwyraźniej niewiele z niego zostało.
Ten obecny, muszę przyznać, trzyma się całkiem nieźle. Kiedy znów spadnie śnieg, będzie to już chyba trzeci raz, odkąd tu mieszkam.
Być może powinnam sporządzić listę innych miejsc, w których byłam, nawet jeśli nikomu poza mną się to nie przyda. A więc najpierw stare poddasze w SoHo, jeszcze przed Metropolitan Museum. I potem te wszystkie podróże.
Chociaż z pewnością i w tym się już pogubiłam.
Pamiętam jednak, że któregoś ranka siedziałam w aucie z kierownicą po prawej stronie, patrząc, jak Stratford-on-Avon znika pod warstwą śniegu. Co na pewno należy do rzadkości.
I jeszcze że tej samej zimy prawie przejechał mnie samochód, w którym nikogo nie było, pędzący w dół wzgórza niedaleko Hampstead Heath.
Ten samochód, w którym nikogo nie było, a który pędził w dół wzgórza, da się wytłumaczyć.
Da się go wytłumaczyć, rzecz jasna, wzgórzem.
I też miał kierownicę po prawej stronie. Chociaż to akurat może nie mieć zbyt wiele do rzeczy.
W ogóle mogłam być w błędzie, opowiadając wcześniej o zostawianiu na ulicy wiadomości, że ktoś mieszka w National Gallery.
Bo w Londynie nie mieszkałam wcale w National Gallery, tylko w Tate Gallery, gdzie jest tyle obrazów Josepha Mallorda Williama Turnera.
Z dużą dozą pewności mogę stwierdzić, że mieszkałam w Tate.
To też da się wytłumaczyć. Tym mianowicie, że widać stamtąd rzekę.
Mieszkając w pojedynkę, człowiek lgnie do widoku wody.
Ale też zawsze zachwycałam się Turnerem. Właściwie na moją decyzję mogły po części wpłynąć obrazy, na których malował wodę.
Pewnego razu Turner kazał się na kilka godzin przywiązać do masztu, kiedy szalał sztorm, żeby móc potem ten sztorm namalować.
Oczywiście tym, co Turner zamierzał namalować nie był sam sztorm, tylko wyobrażenie sztormu.
Zauważyłam, że język często jest pod tym względem nieprecyzyjny.
Właściwie ta historia z Turnerem przywiązanym do masztu z czymś mi się kojarzy, chociaż nie mogę sobie przypomnieć z czym.
Chyba nie mogę sobie też przypomnieć, jakie ognisko paliłam w Tate.
Nawiasem mówiąc, w Rijksmuseum, w Amsterdamie, zdjęłam ramę ze Straży nocnej Rembrandta, żeby się ogrzać.
Jestem prawie pewna, że mniej więcej w tamtym czasie zamierzałam też dotrzeć do Madrytu, bo w Prado wisi jeden obraz Rogiera van der Weydena, Zdjęcie z krzyża, który chciałam jeszcze raz zobaczyć. Ale z jakiegoś powodu w Bordeaux przesiadłam się do auta, które akurat stało w odwrotnym kierunku.
Chociaż niewykluczone, że jednak przekroczyłam granicę hiszpańską i dotarłam aż do Pampeluny.
Cóż, zdarzało mi się w tamtym czasie, jak już mówiłam, robić rzeczy całkowicie niezaplanowane. Raz, tylko dlatego, że natknęłam się na furgonetkę Volkswagena pełną piłeczek tenisowych, spuściłam ich całe setki ze szczytu Schodów Hiszpańskich, jedną po drugiej, na wszelkie możliwe sposoby.
Patrzyłam, jak odbijają się od drobnych nierówności albo wyślizganych miejsc w kamieniu i zmieniają kierunek, albo zgadywałam, jak daleko która poleci przez piazzę na samym dole.
Kilka nawet poleciało na skos, odbijając się od ściany domu, w którym zmarł John Keats.
Na domu wisi tabliczka z informacją, że zmarł tam John Keats.
Tabliczka, rzecz jasna, po włosku. Giovanni Keats, tak tam go nazwali.
Ta rzeka przy wzgórzu Hisarlik to Skamander, jak mi się właśnie przypomniało.
W Iliadzie Homera jest to ogromna rzeka.
No, może kiedyś taka była. Wiele się może zmienić przez trzy tysiące lat.
A jednak, siedząc któregoś wieczoru na odkopanych murach i spoglądając na nią, mogłabym niemal przysiąc, że wciąż widać, jak Grecy rozpalają na brzegu ogniska.
Ale, jak już wspominałam, być może wcale nie pozwoliłam sobie na podobną myśl.
Nawet jeśli myślenie o pewnych rzeczach jest całkiem niegroźne.
A kiedy wstał świt, byłam nawet gotowa uznać go za różanopalcą jutrzenkę. I to pomimo burego nieba.
Tymczasem właśnie musiałam zrobić chwilę przerwy, żeby się wypróżnić. W tym celu nie chodzę na wydmy, tylko nad sam ocean, gdzie wszystko zmyje przypływ.
Po drodze przystanęłam w lesie obok domu, żeby nazbierać liści.
A wracając, poszłam po wodę do źródła, które leży o jakieś sto kroków dalej ścieżką w odwrotnym kierunku.
Mam tu też strumień. Tamiza to oczywiście nie jest.
Bo mieszkając w Tate, wodę faktycznie przynosiłam z rzeki. Już od dłuższego czasu znów można coś takiego robić.
A z Arno, we Florencji, można było pić już nawet wtedy, gdy mieszkałam w Galerii Uffizi. Tak samo z Sekwany, kiedy z Luwru chodziłam z dzbankiem na nabrzeże.
Z początku oczywiście piłam tylko butelkowaną wodę.
Z początku miałam też odpowiedni sprzęt. Na przykład generatory do zasilania grzejników.
Woda i ciepło stanowiły, rzecz jasna, pierwszą potrzebę.
Nie pamiętam, co przyszło najpierw, wprawa w podsycaniu ogniska, która pozwoliła mi pozbyć się takich urządzeń, czy odkrycie, że znów można pić wodę, skąd się chce.
Być może najpierw przyszła wprawa w podsycaniu ogniska. Nawet jeśli na przestrzeni lat doszczętnie spaliłam dwa domy.
Z tym że ten późniejszy, jak już nadmieniłam, przypadkiem.
W powody spalenia pierwszego wolałabym się nie wdawać. Ale zrobiłam to całkiem umyślnie.
Wtedy w Meksyku, rano, po odwiedzinach na grobie mojego biednego Simona.
To był dom, w którym wszyscy kiedyś mieszkaliśmy. Szczerze wierzyłam, że mam zamiar tam zostać, przynajmniej jakiś czas.
Rozlałam benzynę po całym pokoju, który należał kiedyś do Simona.
Tego ranka jeszcze przez długi czas widziałam we wstecznym lusterku kłęby dymu.
Teraz mam dwa ogromne kominki. Mówię o tym domu nad oceanem. A w kuchni staroświecki pękaty piecyk.
Piecyk naprawdę polubiłam.
A tak w ogóle to Simon miał siedem lat.
W okolicy jest sporo owoców leśnych, ileś rodzajów. A za strumieniem, dosłownie o parę minut drogi, rosną najróżniejsze rośliny, na polach, które kiedyś uprawiano i które już oczywiście całkiem zdziczały.
Za oknem, przy którym siedzę, wietrzyk hasa wśród dziesięciu tysięcy liści. Słońce przedziera się przez las jasnymi cętkami.
Rosną też kwiaty, w wielkiej obfitości.
Właściwie to dobry dzień na muzykę, chociaż nie mam jak jej sobie sprawić.
Przez lata, gdziekolwiek mnie zaniosło, zwykle znajdowałam sposób, żeby coś włączyć. Ale kiedy zaczęłam pozbywać się urządzeń, trzeba było też zrezygnować z muzyki.
Pozbyłam się, zasadniczo, bagażu. Rzeczy, powiedzmy.
Jednak od czasu do czasu zdarza mi się usłyszeć w głowie jakąś muzykę.
A w każdym razie urywek tego czy owego. Może to być Vivaldi. Albo piosenka Joan Baez.
Nie tak dawno usłyszałam nawet cały pasaż z Trojan Berlioza.
Gdy mówię usłyszałam, mówię tak tylko, rzecz jasna, w pewnym sensie.
Może więc jednak mam jakiś bagaż, nawet jeśli zdawało mi się, że się go pozbyłam.
Swego rodzaju bagaż. Czyli taki, który zostaje w głowie, a są nim szczątki wszystkiego, co się kiedykolwiek wiedziało.
Na przykład daty urodzin ludzi takich jak Pablo Picasso czy Jackson Pollock, które z pewnością mogłabym nadal wyrecytować z pamięci, gdybym miała taki kaprys.
Albo numery telefonów sprzed tych wszystkich lat.
Nawet mam tu telefon, o trzy albo cztery kroki od miejsca, w którym siedzę.
Z tym że chodziło mi oczywiście o numery działających telefonów.
Prawdę mówiąc, jest też drugi telefon, na górze pod oknem, przy siedzisku wyłożonym poduszkami, z którego prawie co wieczór oglądam zachód słońca.
Poduszki, tak jak tyle innych rzeczy na tej plaży, są stęchłe. Nawet w najgorętsze dni czuje się wilgoć.
Książki się od tego marnują.
Książki, nawiasem mówiąc, to też część bagażu, którego się pozbyłam. Nawet jeśli w tym domu wciąż jest dużo takich, które były tu już wcześniej.
Powinnam pewnie wspomnieć, że w tym domu jest osiem pokoi, chociaż korzystam jedynie z dwóch albo trzech.
Szczerze mówiąc, przez te wszystkie lata zdarzało mi się coś tam czytać. Zwłaszcza w okresie szaleństwa czytałam całkiem sporo.
Którejś zimy przeczytałam prawie wszystkie greckie dramaty antyczne. Właściwie nawet przeczytałam je na głos. A każdą doczytaną kartkę wydzierałam i szła w ogień.
Puściłam z dymem Ajschylosa i Sofoklesa i Eurypidesa.
W pewnym sensie.
W innym sensie to Helenę i Klitajmestrę i Elektrę puściłam z dymem.
Nie mam pojęcia, czemu.
Gdybym wtedy rozumiała, czemu robię coś takiego, z pewnością nie byłabym szalona.
A gdybym nie była szalona, z pewnością niczego podobnego bym nie zrobiła.
Nie jestem całkowicie przekonana, czy te dwa ostatnie zdania mają jakiś szczególny sens.
W każdym razie nie pamiętam też, gdzie dokładnie czytałam te dramaty, paląc po kolei każdą stronę.
Niewykluczone, że po wycieczce do starożytnej Troi, która mogła przywieść mi na myśl tamte dramaty.
A może czytanie dramatów przywiodło mi na myśl wycieczkę do starożytnej Troi?
I tak to się kręciło, to moje szaleństwo.
Być może jednak wybierając się do Meksyku, wcale nie byłam szalona. Przecież to żadne szaleństwo, chcieć odwiedzić grób zmarłego synka.
Z pewnością jednak byłam szalona, kiedy przejechałam autem całą Alaskę, aż po Nome, by skierować później łódź na Cieśninę Beringa.
Nawet jeśli tym razem zdobyłam zawczasu mapy.
No i kiedyś znałam się na łodziach. Ale mimo wszystko.
Później, paradoksalnie, przez całą Rosję na zachód przedostałam się prawie bez map. Wystarczy każdego ranka wyjeżdżać z miejsca, w którym stoi słońce, a potem za dnia czekać, aż pojawi się z przodu. Podążać za słońcem, i tyle.
Podczas jazdy rozmyślałam o Fiodorze Dostojewskim.
A raczej bacznie się rozglądałam za Rodionem Romanowiczem Raskolnikowem.
Czy zatrzymałam się w Ermitażu? Czemu nie pamiętam, czy był jakiś postój w Moskwie?
No tak, całkiem możliwe, że minęłam Moskwę, nawet tego nie zauważywszy, bo przecież ani trochę nie mówię po rosyjsku.
Oczywiście nie tylko nie mówię po rosyjsku, ale i po rosyjsku nie czytam.
I czemu napisałam to pretensjonalne zdanie o Dostojewskim, skoro nie mam teraz pojęcia, czy choćby jedną chwilę poświęciłam na myślenie o tym człowieku?
A więc znów bagaż. Jeśli nie wtedy, to przynajmniej tu i teraz, kiedy stukam na maszynie.
Co prawda, kiedy minęłam ostatnią wyspę i zacumowałam motorówkę, żeby poszukać kolejnego auta, być może nawet zaskoczyły mnie rosyjskie rejestracje. Bo miałam niejasne wrażenie, że powinnam być w Chinach.
Chociaż dopiero teraz mnie tknęło, że nieco chińskiego bagażu też się oczywiście ma.
Nieco. Chyba nie trzeba ilustrować tego faktu przykładami.
Nawet jeśli pisząc te słowa, popijam akurat herbatę souchong.
A Ermitaż znajduje się być może w Leningradzie.
Z drugiej strony nie mam żadnych wątpliwości, nawet najmniejszych, że szukałam Raskolnikowa.
Traktując Raskolnikowa jako pewien symbol, można z całą pewnością stwierdzić, że właśnie jego szukałam.
Chociaż równie dobrze można stwierdzić, że szukałam Anny Kareniny. Albo Dymitra Szostakowicza.
Oczywiście w Meksyku też szukałam.
Przecież nie Simona, bo aż za dobrze wiedziałam, że Simon leży w tamtym grobie. Więc może szukałam Emiliana Zapaty.
Też symbolicznie. Szukałam Zapaty. Albo Benita Juáreza. Albo Davida Alfaro Siqueirosa.
Szukałam kogokolwiek, gdziekolwiek.
Nawet w okresie szaleństwa szukałam, bo przecież z jakiego innego powodu miałabym wypuszczać się na wędrówki do tych wszystkich miejsc?
A wcześniej oczywiście szukałam w Nowym Jorku, na każdym skrzyżowaniu. Jeszcze zanim wyprowadziłam się z SoHo, szukałam po całym Nowym Jorku.
Więc również wtedy zimą, w Madrycie, nie przestawałam szukać.
Nie jestem pewna, czy już wspominałam o czasie spędzonym w Madrycie.
Choć w końcu nie w Prado. Być może sugerowałam wcześniej, że chciałam tam zamieszkać. Ale było za słabo oświetlone.
Mam na myśli naturalne światło, bo wówczas już zaczęłam pozbywać się większości urządzeń.
Tylko w wyjątkowo ostrym słońcu można oglądać tego Rogiera van der Weydena tak, jak ten obraz chciałby być oglądany.
Mogę o tym bezwzględnie zaświadczyć, bo nawet umyłam okna, które były najbliżej.
Więc w Madrycie mieszkałam w hotelu. Wybrałam sobie ten, który nazwali na cześć Velázqueza.
Tam z kolei szukałam Don Kichota. Albo El Greca. Albo Francisca de Goi.
Jak poetycko brzmią, co do zasady, hiszpańskie nazwiska. W kółko można by je wypowiadać.
Sor Juana Inés de la Cruz. Marco Antonio Montes de Oca.
Chociaż niewykluczone, że te dwa nazwiska są akurat meksykańskie.
Szukałam. Rany boskie, jak ja rozpaczliwie szukałam.
Nie pamiętam, kiedy właściwie przestałam szukać.
Na Morzu Adriatyckim, kiedy płynęłam z Troi do Grecji, ruszył na mnie jakiś kecz, z wiatrem huczącym w spinakerze.
Można sobie wyobrazić, jak mnie to zaskoczyło i jak się poczułam.
Płynę sobie po morzu, sama jak zawsze, a tu nagle zjawia się ten kecz.
Ale tylko dryfował. Przez cały ten czas, jak się zdaje.
Czy możliwe, że wtedy minęło już ze cztery czy pięć lat? Jestem niemal pewna, że w Nowym Jorku spędziłam co najmniej dwie zimy i dopiero potem zaczęłam szukać gdzie indziej.
To było koło Lesbos, ten kecz. Albo koło Skyros.
Czy Skyros to jedna z greckich wysp?
Zapomina się. Niechcący też traci się bagaż.
Te parę akapitów temu, jak sądzę, zamiast na Morzu Adriatyckim, powinnam była powiedzieć na Morzu Egejskim. Bo z pewnością między Troją a Grecją jest Morze Egejskie.
Ta herbata to chyba też w pewnym sensie bagaż. Chociaż ją akurat specjalnie sobie wyszukałam, kiedy spalił się tamten pierwszy dom na plaży. Dbam o to, żeby prawie niczym się nie obciążać, ale chciało mi się herbaty.
I jeszcze papierosów, chociaż ostatnio bardzo mało palę.
No i, rzecz jasna, innych podstawowych artykułów.
A papierosy tylko z puszek. Te w paczkach zwietrzały już jakiś czas temu.
Tak jak większość rzeczy, które pakowano w ten sposób. Nawet się nie zepsuły, tylko zeschły.
Nawiasem mówiąc, tak się składa, że papierosy mam rosyjskie. To jednak tylko zbieg okoliczności.
Tutaj wszystko jest ciągle wilgotne.
Już to mówiłam.
Ale kiedy wyciągam ubrania z szuflady, często sprawiają wrażenie lepkich.
Latem, tak jak teraz, zwykle chodzę bez ubrania.
Mam co prawda majtki i szorty, i kilka spódnic portfelowych z dżinsu, i jeszcze parę bawełnianych pulowerów. Wszystko piorę w strumieniu, a potem rozwieszam na krzakach, żeby wyschło.
To znaczy mam więcej ubrań. Zimą nie da się inaczej.
Ale poza zbieraniem zawczasu drewna na opał nauczyłam się nie martwić zimą, póki nie przyjdzie.
Przyjdzie, to będzie.
Kiedy opadną liście, ale jeszcze przed śniegiem, drzewa zwykle przez jakiś czas są nagie, i wtedy z mojego domu widać całą drogę do źródła, a nawet resztę ścieżki, która prowadzi do autostrady.
W jakieś czterdzieści minut można tą autostradą dojść do miasteczka.
Jest tam kilka sklepów i stacja benzynowa.
Na stacji ciągle można znaleźć naftę.
Ale ja tu rzadko korzystam z lamp. Nawet kiedy wydaje się, że zgasł już ostatni promyk zachodzącego słońca, resztki wciąż docierają do pokoju na piętrze, gdzie chodzę spać.
Przez inne okno, po przeciwnej stronie, budzi mnie różanopalca jutrzenka.
Trzeba przyznać, że zdarzają się poranki, kiedy ten zwrot naprawdę pasuje.
Nawiasem mówiąc, domy wzdłuż tej plaży zdają się ciągnąć w nieskończoność. A w każdym razie nieskończenie dalej, niż udało mi się zajść w jedną czy drugą stronę, tak by wrócić przed zmrokiem.
Gdzieś powinnam mieć latarkę. Być może w schowku pikapa.
Pikap stoi na autostradzie. Chyba już od jakiegoś czasu nie pamiętałam, żeby odpalić akumulator.
Na stacji benzynowej muszą być jeszcze jakieś nieużywane akumulatory.
Siostra Juana Inés de la Cruz. Prawdę mówiąc, nie mam już pojęcia, kim mogła być.
Prawdę mówiąc, równie trudno byłoby mi stwierdzić, kim był Marco Antonio Montes de Oca.
W londyńskiej National Portrait Gallery, która nie jest jednym z tych muzeów, gdzie zdecydowałam się zamieszkać, osiem na dziesięć twarzy na portretach nic mi nie mówiło. Z nazwiskami z podpisów nie poradziłam sobie dużo lepiej.
Oczywiście nie mam na myśli ludzi takich jak Winston Churchill czy siostry Brontë, czy Królowa, czy Dylan Thomas.
Ale i tak mnie to przygnębiło.
I czemu nagle mam ochotę poinformować Dylana Thomasa, że teraz już można po prostu uklęknąć i napić się wody z Loary albo z Padu, albo z Missisipi?
Choć może Dylan Thomas umarł jeszcze zanim coś takiego stało się niemożliwe, i tylko spojrzałby na mnie, jakbym znów była szalona?
Na pewno tak właśnie zrobiłby Achilles. Albo Szekspir. Albo Emiliano Zapata.
Wyleciało mi z głowy, kiedy dokładnie żył Dylan Thomas. A jeśli chodzi o skażenie środowiska, na pewno nie ma konkretnych dat.
Jeden jeden osiem sześć, tymi czterema cyframi kończył się chyba czyjś numer telefonu.
Właściwie to nad Missisipi też nigdy nie byłam. Za to w drodze do Meksyku i z powrotem piłam wodę z Rio Grande.
Czemu mówię takie rzeczy? Przecież musiałabym wtedy przejechać też przez Missisipi, w obie strony.
Ale chyba w ogóle tego nie pamiętam. Może i wówczas byłam szalona?
A jaki dziwny jest zestaw książek, które wtedy czytałam, rany boskie. Wszystkie o jednej i tej samej wojnie.
Chociaż często wymyślałam własne wersje tych historii. Takie tam fantazyjne, prywatne improwizacje.
Na przykład że Helena wymyka się z oblężonego miasta nad Skamander, by po kryjomu spotkać się z Achillesem.
Albo że pod nieobecność Odyseusza Penelopa kocha się z każdym z zalotników po kolei.
Bo czy nie zrobiłaby tak? W końcu tylu ich się tam kręciło. I jeśli wojna faktycznie trwała dziesięć lat, a zanim ten jej małżonek znów się zjawił, minęło kolejne dziesięć?
Z jakiegoś powodu zawsze lubiłam fragment, w którym Achilles przebiera się za dziewczynę, a potem się chowa, żeby go nie zmusili do walki.
W ogóle to pamiętam obraz Penelopy tkającej w National Gallery, namalowany przez kogoś, kogo zwali Pinturicchiem.
Chyba źle mi się to powiedziało.
Przecież nie miałam na myśli tego, że Penelopa tka w National Gallery. Rzecz jasna, tka na wyspie Itaka.
Która to Itaka, nota bene, nie znajduje się ani na Morzu Adriatyckim, ani na Egejskim, tylko na Jońskim.
Co to jednak nie zostanie czasem człowiekowi w głowie.
Powinnam może też zaznaczyć, że National Gallery i National Portrait Gallery to dwa różne muzea, chociaż oba znajdują się w Londynie.
A nawet, że to dwa różne muzea, chociaż znajdują się w tym samym budynku.
O Pinturicchiu z kolei nie wiem prawie nic, chociaż kiedyś o wielu malarzach wiedziałam sporo.
Cóż, o wielu malarzach wiedziałam sporo z tej samej przyczyny, z której Achilles z pewnością wiedział sporo o, dajmy na to, Hektorze.
Ale jedyne, co pamiętam z tego obrazu z Penelopą, to że jest na nim kot, który bawi się kłębkiem włóczki.
Na pewno umieszczenie tam kota nie było ze strony Pinturicchia szczególnie nowatorskie. A jednak przyjemnie chyba pomyśleć, że Penelopa miała jakiegoś zwierzaka, zwłaszcza jeżeli pomyliłam się co do niej i tych wszystkich zalotników.
Powinnam też pewnie już dawno powiedzieć, że mam poważne wątpliwości co do tego, czy wojna faktycznie trwała dziesięć lat.
Oraz czy to wszystko z powodu Heleny.
Z powodu jednej lacedemońskiej kobiety, jak ją ktoś kiedyś nazwał. No właśnie.
Ale przede wszystkim myślę o tym, jak bardzo rozczarowują ruiny Troi, kiedy się je w końcu zobaczy.
Niewiele dłuższe od zwykłej przecznicy, a wysokie na kilka pięter, praktycznie rzecz biorąc.
Może jeśli weźmie się pod uwagę, że ludzie mieszkali też poza cytadelą, na równinach.
Ale mimo wszystko.
W Odysei, gdzie Helena jest już starsza, emanuje niezwykłą godnością. Dwa albo trzy razy czytałam fragmenty, w których odwiedza ją syn Odyseusza, Telemach.
Co znaczy, że tych stron nie mogłam wyrywać i wrzucać do ognia, tak jak robiłam ze stronami dramatów.
Tymczasem właśnie znów byłam na wydmach. Sikając, z jakiegoś powodu pomyślałam o Lawrensie z Arabii.
To znaczy nie bardzo mogę powiedzieć, że o nim myślałam, bo o Lawrensie z Arabii wiem niewiele więcej niż o Pinturicchiu. A jednak Lawrence z Arabii przyszedł mi do głowy.
Szczerze mówiąc, nie widzę żadnego związku między sikaniem a Lawrensem z Arabii.
Tamten wietrzyk ciągle hasa. Niewykluczone, że mamy wczesny sierpień.
Przez chwilę, wracając spacerkiem, słyszałam chyba coś Brahmsa. Powiedziałabym, że Rapsodię na alt, chociaż wątpię, czy faktycznie pamiętam Rapsodię na alt.
Niewątpliwie w National Portrait Gallery wisiał portret Lawrence’a z Arabii.
A teraz w głowie kołacze mi się nazwisko T.E. Shaw. Ale to jeszcze jedna z tych migotliwych tożsamości, które mi się wymykają.
Skądinąd wcale mnie to nie dręczy.
W ogóle mało co mnie dręczy, jak być może już wspominałam. Chociaż może nie.
No bo cóż by to był za absurd, w obecnych okolicznościach pozwolić, żeby coś mnie dręczyło.
Owszem, od czasu do czasu trapi mnie, o ile trapić to odpowiednie słowo, reumatyzm w barku. Lewym, przez co niekiedy jestem odrobinę niesprawna.
Ale pomaga, jak pobędę na słońcu.
Z kolei moje zęby w ogóle nie wskazują na pięćdziesiąt lat. Odpukać z tymi zębami.
Ani trochę nie pamiętam, próbując sięgnąć wstecz, jakie zęby miała matka. Czy ojciec.
W każdym razie niewykluczone, że mam góra czterdzieści siedem lat.
Nie umiem sobie wyobrazić, żeby Helena Trojańska miała problemy z zębami. Albo żeby Klitajmestra miała reumatyzm.
Cézanne już prędzej, jasne.
Chociaż nie Cézanne, tylko Renoir.
Zupełnie nie wiem, nawiasem mówiąc, gdzie się podziały moje własne przybory malarskie.
Co prawda w ciągu tych wszystkich lat jeden raz naciągnęłam płótno. Monstrualnie wielkie płótno, ściślej mówiąc, przynajmniej trzy metry na półtora. I pokryłam aż czterema warstwami podkładu.
A potem się w nie wpatrywałam.
Chyba całymi miesiącami wpatrywałam się w to płótno. Być może nawet, jak głupia, wycisnęłam na paletę jakieś farby.
Prawdę mówiąc, wydaje mi się, że to było kiedy wróciłam do Meksyku. W tamtym domu, gdzie kiedyś mieszkaliśmy z Simonem, no i z Adamem.
Jestem raczej pewna, że mój mąż miał na imię Adam.
A po miesiącach wpatrywania się w to płótno, któregoś ranka oblałam je benzyną, podpaliłam i pojechałam.
Za szeroką Missisipi, i dalej.
Chociaż raz na jakiś czas, dość rzadko, coś mi się w tym płótnie niemal jawiło.
Niemal. Na przykład Achilles, jak w rozpaczy po śmierci przyjaciela posypuje się popiołem. Albo Klitajmestra, gdy Agamemnon złożył ich córkę w ofierze, by greckim okrętom sprzyjał wiatr.
Nie mam pojęcia, dlaczego zawsze podobało mi się to o Achillesie przebranym za dziewczynę.
Zresztą, jak to ktoś kiedyś powiedział, Odyseję napisała kobieta.
Po powrocie do Meksyku przez całą zimę nie mogłam się pozbyć starego przyzwyczajenia, żeby każdego ranka wywracać buty do góry nogami, bo a nuż wlazły tam skorpiony.
Od wielu rzeczy było równie trudno się odzwyczaić. Na przykład przez ileś lat łapałam się na tym, że wciąż zamykam drzwi na klucz.
No, i w Londynie też. Często z uporem jeździłam po brytyjskiej stronie ulicy.
Achilles w rozpaczy wyrównał rachunki, uśmiercając Hektora, chociaż ten wiał, aż się kurzyło.
Miałam dodać, że takie rzeczy wyrabiali kiedyś mężczyźni. Ale Klitajmestra też w rozpaczy uśmierciła Agamemnona.
Co prawda z pomocą. Ale mimo wszystko.
Coś mi mówi, dość niejasno, że to mogła być jedna z rzeczy, jakie mi się marzyły na tamtym płótnie. Agamemnon w kąpieli, pochwycony w sieć i dźgany mieczem.
Choć Bóg jeden wie, czemu komuś miałoby się marzyć coś tak krwawego.
Być może tak naprawdę zamierzałam namalować Helenę. Na brzegu, przy jednej ze spalonych łodzi, kiedy skończyło się oblężenie, a ją pojmano.
Lecz mimo wszystko nadal emanowała godnością.
Prawdę mówiąc, to płótno rozstawiłam zaraz pod głównymi schodami w Metropolitan. Pod tymi wysokimi świetlikami, gdzie były dziury od moich kul.
A na którymś z balkonów, wychodzących na tę część budynku, umieściłam łóżko.
Wzięłam je chyba z jednej z sal, w których odtwarzano konkretne epoki. Tu akurat, jak sądzę, amerykański styl kolonialny.
A zbudowany wcześniej komin przyczepiłam drutem do tych samych balkonów, żeby się nie przekrzywiał.
Chociaż w tamtym czasie wciąż jeszcze korzystałam z najróżniejszych urządzeń. Więc miałam też elektryczne grzejniki.
No i niezliczone reflektory, zwłaszcza tam, gdzie stało płótno.
Trzymetrową, wspaniale oświetloną Elektrę mogłam wtedy namalować, gdybym na to wpadła.
Ale wpadłam na to dopiero w tej chwili.
Biedna Elektra. Żeby własnej matce życzyć śmierci.
No, i ta cała reszta. Wszyscy mają krew na rękach, jak się lepiej przyjrzeć.
Ale Irene Papas mogłaby być efektowną Elektrą.
Tymczasem była efektowną Heleną. W Trojankach Eurypidesa.
Pewnie trzeba było zaznaczyć, że obejrzałam też kilka filmów, gdy jeszcze miałam na czym.
Na przykład Trojanki z Irene Papas i Katharine Hepburn. I Medeę z Marią Callas.
Moja matka miała sztuczne zęby, właśnie mi się przypomniało.
No, i trzymała je w szklance przy łóżku, w tych ostatnich tygodniach, które spędziła w szpitalu.
O rany.
Chociaż coś mi się kojarzy, że projektor, który przytaszczyłam do muzeum, przestał działać po trzech czy czterech razach, i że potem już nie zawracałam sobie głowy szukaniem nowego.
Mieszkając jeszcze na poddaszu, we wczesnych dniach, zgromadziłam tam co najmniej trzydzieści przenośnych radyjek i każde nastawiłam na inną częstotliwość.
Były na baterie, nie na prąd.
Musiały być na baterie, bo nie sądzę, żebym już wtedy umiała obsługiwać generator.
Moja ciocia Esther też umarła na raka. Chociaż to właściwie była siostra mojego ojca.
Tu przynajmniej zawsze słychać ocean.
Chociaż teraz to raczej kawałek taśmy na sklejonej szybie w pokoju obok, brzmiący na wietrze tak, jakby coś drapało.
Rankiem, kiedy na liściach leży rosa, niektóre wyglądają w najwcześniejszym słońcu jak klejnoty.
Jakby kot drapał, tak brzmi ta luźna taśma.
Tylko gdzie ja mogłam czytać te wszystkie krwawe historie na głos?
Jestem w miarę pewna, że zegarki ostatni raz nosiłam jeszcze przed wyjazdem do Europy, o ile to ma cokolwiek do rzeczy.
Wątpię, by noszenie trzynastu czy czternastu zegarków na całym przedramieniu miało zbyt wiele do rzeczy.
A przez pewien czas jeszcze kilka złotych zegarków na sznurku, który zawiesiłam sobie na szyi.
Czytałam kiedyś powieść, w której ktoś dokładnie tak nosił budzik.
Powiedziałabym, że to było w Rozpoznaniach Williama Gaddisa, tylko że nie wydaje mi się, żebym kiedykolwiek czytała Rozpoznania Williama Gaddisa.
Najpewniej myślę po prostu o Taddeo Gaddim, chociaż Taddeo Gaddi nie był pisarzem, a malarzem.
Co też mogłam robić z tymi zegarkami?
Poza tym, że je nosiłam.
No tak. Ale każdy z nich mógł też służyć jako budzik.
Zwykle nastawiałam w nich alarm, żeby każdy dzwonił o innej godzinie.
Robiłam tak przez jakiś czas. Cały dzień, o każdej godzinie, dzwonił inny zegarek.
Wieczorem nastawiałam wszystkie czternaście od nowa. Tylko że wtedy nastawiałam je tak, żeby zadzwoniły naraz.
To musiało być zanim nauczyłam się budzić o świcie.
Tak czy inaczej, rzadko to robiły. Znaczy, rzadko dzwoniły naraz.
I nawet kiedy wydawało się, że tak jest, wiedziałam, że trzeba poczekać na te, które jeszcze nie zaczęły dzwonić.
Kiedy mówię, że dzwoniły, mam na myśli to, że, dokładnie rzecz biorąc, brzęczały.
W miasteczku Corinth, w stanie Missisipi, które wcale nie leży nad rzeką Missisipi, zaparkowałam na niewielkim moście i pozbyłam się zegarków.
Chyba w Corinth. Musiałabym zajrzeć do atlasu, żeby się upewnić.
Właściwie to w tym domu jest atlas. Gdzieś jest. Niewykluczone, że w jednym z tych pokoi, do których już nie wchodzę.
Przez cały dzień siedziałam w aucie, czekając, aż zadzwonią wszystkie zegarki, jeden po drugim.
A kiedy któryś zaczynał dzwonić, wrzucałam go do wody. Bo chyba była tam jakaś woda.
Jeden z zegarków nie zadzwonił, może dwa. Więc je przestawiłam, a potem poszłam spać w aucie, żeby się ich pozbyć, kiedy zadzwonią rano.
Jeszcze dzwoniły, tak jak cała reszta, kiedy je wyrzucałam.
Tak naprawdę to było w jakimś miasteczku w Pensylwanii. Nazywało się Lititz.
A w ogóle to wszystko działo się jakiś czas przed tym, jak spuściłam tamte piłeczki tenisowe ze Schodów Hiszpańskich w Rzymie.
A te zegarki kojarzą mi się z piłeczkami tenisowymi na Schodach Hiszpańskich, bo jestem pewna, że tych zegarków też pozbyłam się, zanim zobaczyłam kota, również w Rzymie.
Kiedy mówię, że zobaczyłam kota, mam oczywiście na myśli, że wtedy tak mi się zdawało.
A mogę być pewna, że zdarzyło się to w Rzymie, ponieważ zdarzyło się w Koloseum, które bez wątpienia właśnie tam się znajduje.
Miejscem, w którym zdawało mi się, że widzę kota, była jedna z arkad w Koloseum, dość wysoko.
Jak ja się poczułam. W samym środku tych całych poszukiwań.
Więc popędziłam do supermarketu po puszki z kocim jedzeniem.
To znaczy jak tylko się okazało, że już nie mogę tego kota znaleźć.
I potem przez tydzień, każdego ranka przynosiłam całe kartony puszek, otwierałam je i rozstawiałam na kamiennych trybunach.
Tych puszek musiało w końcu być tyle samo, ilu kiedyś Rzymian, patrzących na chrześcijan.
Ale potem zaczęłam podejrzewać, że kot wychodzi tylko nocą, bo jest wystraszony, więc nawet rozstawiłam jeszcze jeden generator i kilka reflektorów.
Chociaż oczywiście nie miałam jak sprawdzić, czy kot coś uszczknął, kiedy akurat nie patrzyłam, bo większość puszek nawet zaraz po otwarciu nie wydawała się całkiem pełna.
A jednak czułam, że bezspornie należy to sprawdzać, i to kilka razy dziennie.
Kota nazwałam Neron.
Kici kici, Neron, wołałam.
Chociaż niewykluczone, że niekiedy wołałam też Juliusz Cezar i Herodot i Poncjusz Piłat.
Teraz jednak wydaje mi się, że w Rzymie wołanie na kota Herodot mogło być stratą czasu.
Tak czy inaczej, te puszki na pewno nadal tam stoją, całymi rzędami, na każdym siedzisku.
Założę się, że deszcz już z nich wszystko wypłukał.
Z pewnością w Koloseum nie było żadnego kota.
Chociaż po jakimś czasie zaczęłam na niego wołać Kalpurnia, bo tknęło mnie, że trzeba wziąć pod uwagę wszelkie ewentualności.
Z pewnością nie było też mewy.
Mówię o mewie, która przywiodła mnie na tę plażę.
Wysoko nad oceanem, na tle chmur, zaledwie punkcik, który potem poszybował w dół.
Powiem prawdę. W Rzymie, kiedy zdawało mi się, że widzę kota, niezaprzeczalnie byłam szalona. Więc zdawało mi się, że to kot.
Ale tu, kiedy zdawało mi się, że widzę mewę, nie byłam szalona. Więc wiedziałam, że tak naprawdę to nie żadna mewa.
Od czasu do czasu coś się spali. Nie tylko kiedy sama coś podpalam, zdarzają się też naturalne zbiegi okoliczności. A wiatr potrafi ponieść strzępki resztek na spory dystans i na zaskakującą wysokość.
Wtedy już zdążyłam przywyknąć do takich rzeczy.
A jednak o wiele bardziej wolałabym wierzyć, że faktycznie widziałam mewę.
Tak naprawdę jest znacznie bardziej prawdopodobne, że na tę plażę przywiodła mnie myśl o zachodach słońca.
Albo o tym, że będzie tu słychać ocean.
To znaczy kiedy już ustaliłam ponad wszelką wątpliwość, że równie dobrze mogę przestać szukać.



David Markson (1927-2010) – autor kilkunastu eksperymentalnych powieści, obejmujących szereg gatunków i konwencji literackich. Spoiwem jego pisarstwa jest namysł nad istotą aktu twórczego, objawiający się z jednej strony w autotematyzmie i skupieniu na relacji między myślą a światem, z drugiej w zainteresowaniu żywotami wybitnych jednostek (malarzy, rzeźbiarzy, kompozytorów, filozofów i oczywiście pisarzy). Markson urodził się w Albany, w stanie Nowy Jork, w rodzinie amerykańskich Żydów. Choć przez większość życia związany był z Nowym Jorkiem, w latach 50. i 60. mieszkał również w Meksyku i w Anglii. Z początku fascynował się twórczością Malcolma Lowry’ego, któremu poświęcił pracę magisterską, i z którym korespondował i przyjaźnił się aż do śmierci autora Pod wulkanem w 1957 roku; po niemal ćwierćwieczu pracę wydano pod tytułem Malcolm Lowry’s “Volcano”: Myth, Symbol, Meaning (1978). W latach 50. Markson obracał się w nowojorskim światku literackim: znał się m.in. z Jackiem Kerouakiem i Conradem Aikenem. W młodości pracował jako redaktor i pisał scenariusze filmowe, a w późniejszych latach prowadził warsztaty prozatorskie m.in. na uniwersytecie Columbia. Zaczynał od powieści detektywistycznych w stylu Chandlera, starannie skonstruowanych, lecz rozpychających granice formuły przez aluzje do filozofii egzystencjalizmu i satyrę na hedonizm bitników z Greenwich Village (m.in. Epitaph for a Dead Beat, 1961). Choć później Markson nie nawiązywał już do tego gatunku wprost, figura detektywa, którego rolą jest narracyjne scalenie rozbitego i zagadkowego świata powraca pod innymi postaciami – artysty, autora, czytelnika. W drugiej połowie lat 60. pisarz eksperymentował też z mitologią westernu, sparodiowaną m.in. w powieści The Ballad of Dingus Magee (1966); gdy kilka lat później sfilmowano ją pod tytułem Paskudny Dingus Magee, w tytułową rolę wcielił się Frank Sinatra. Choć film okazał się klapą, dochód z praw autorskich pozwolił Marksonowi skupić się na doskonalonym już od niemal dekady rękopisie, który uważał za swój pierwszy poważny utwór. Powieść Going Down (1970), z osadzoną w Meksyku mroczną, gotycką niemal akcją, w swej bogatej symbolice i aluzyjności zdradza silne inspiracje twórczością modernistów, szczególnie Lowry’ego, Joyce’a i Eliota. Podobnie jak dla wielu innych pisarzy w latach 70., sposobem na wyrwanie się z lęku przed wpływem moderny było zwrócenie się ku samemu procesowi pisarskiemu, w duchu ogłoszonej przez Johna Bartha „literatury wyczerpania”. Widać to w kolejnej, silnie metafikcyjnej powieści Marksona, Springer’s Progress (1977), zbudowanej wokół tematu „blokady pisarskiej” – twórczej niemocy – splątanej z obsesją śmierci. To w tym utworze, mieszającym ontologiczne porządki, po raz pierwszy tak dużą rolę odgrywają typowe dla późniejszego Marksona wyliczenia – środek o antycznej proweniencji, przyswojony przez postmodernistów – oraz nieoznaczone częstokroć cytaty. W kolejnej, uznawanej za szczytowe osiągnięcie, melancholijnej powieści Wittgenstein’s Mistress (1988) – dedykowanej malarce Joan Semmel, z którą pisarz był wówczas związany – Markson rezygnuje z klasycznych struktur fabularnych na rzecz formy fragmentarycznej, spekulatywnej i asocjacyjnej. Niewiarygodna narratorka, malarka, znana czytelnikowi jako Kate jest, jak się zdaje, jedyną ocalałą na świecie, po którym porusza się najróżniejszymi środkami lokomocji z zaskakującą swobodą. Naczelnym problemem tekstu staje się powiązanie świata z jego przedstawieniami, przede wszystkim językowymi: w tym aspekcie, choć także w rozluźnionej, wyliczeniowej formie, przejawia się inspiracja wittgensteinowska. Po pięciu latach starań (rękopis odrzucono pięćdziesięć cztery razy!) powieść wydało specjalizujące się w literaturze awangardowej Dalkey Archive Press. Wypracowaną w Wittgenstein’s Mistress eksperymentalną, anegdotyczną formę, zbudowaną na (krypto)cytacie i aluzji, wysubtelnia Markson i doprowadza do logicznej skrajności w kolejnych utworach. Powieści takie jak Reader’s Block (1996), This Is Not a Novel (2001) czy Vanishing Point (2004) przypadają na okres pogłębiającej się choroby, ale i narastającego, znacznie spóźnionego zainteresowania za strony krytyki. Główne postaci tych dojrzałych utworów noszą znamienne imiona: Protagonista, Czytelnik, Pisarz, Autor. Coraz częściej – zwłaszcza w Reader’s Block – Markson wiąże charakterystyczne motywy ostateczności, śmierci i samotności z rozważaniami o antysemityzmie, wpisanym w kulturę Zachodu. W duchu obecnej w całym pisarstwie Marksona samozwrotności jego ostatnia powieść, wydana w roku 2007, nosi tytuł The Last Novel. // (na podstawie noty autorstwa Petera Dempseya pt. „David Markson” w: American Writers, Supplement XVII, red. Jay Parini, Gale Cengage 2007, s. 135-147)

Krzysztof Majer – tłumacz literatury pięknej i tekstów naukowych; adiunkt w Zakładzie Literatury i Kultury Północnoamerykańskiej na Uniwersytecie Łódzkim. Przekładał m.in. Allena Ginsberga i Jacka Kerouaca (dwa tomy korespondencji, Czarne 2012 i 2014), Michaela Herra (Depesze, Karakter 2016), Patricka deWitta (Podmajordomus Minor, Czarne 2016), Billa Gastona (Bogowie pokazują klaty, Marginesy 2019; razem z Kają Gucio), Michaela Chabona (Telegraph Avenue, W.A.B. 2020), Patti Smith (Rok Małpy, Czarne, w przygotowaniu), a także krótsze utwory lub fragmenty prozy Hermana Melville’a, Stevena Millhausera, Arthura Machena, Stephena Kinga, Nialla Griffithsa i D. J. Enrighta. Dwukrotny zdobywca nagrody Literatury na Świecie: za przekład Listów Ginsberga i Depesz Herra. Za Depesze nominowany również do Nagrody im. Boya-Żeleńskiego oraz do Nagrody Literackiej „Gdynia”. W brytyjskim John Dryden Translation Competition otrzymał w 2016 r. II nagrodę za przekład fragmentów Kucając Andrzeja Stasiuka i w 2019 r. wyróżnienie za przekład fragmentu Podkrzywdzia Andrzeja Muszyńskiego. W 2015 r., wraz z tłumaczonymi autorami, Rawim Hage’em i Madeleine Thien, był rezydentem kanadyjskiego Banff International Literary Translation Centre. Był redaktorem gościnnym numeru Literatury na Świecie poświęconego nowej prozie kanadyjskiej (03-04/2017). Jest członkiem zarządu Zachodniego Oddziału Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury oraz członkiem zwyczajnym Polskiego Towarzystwa Badań Kanadyjskich. Od 2012 roku mieszka w Poznaniu.

Ola Sadownik (ur. 1994) – rysowniczka, entuzjastka bazgrołu i wizualnego bajzlu. Mieszka w Łodzi, ale wszędzie szuka swoich kątów. Tworzy naokoło ludzkich ciał, stanów, głów.