Ciotka wielka jak dostawczak

Ciotka wielka jak dostawczak przebiła się przez drzwi, a wraz z nią zimny przeciąg z dworu. Do przedpokoju wpadły liście i śmieci później jesieni. Ojciec przykazał, by nie marnować ciepła, więc nie otwieraliśmy okien – duży dom niełatwo ogrzać, do tego mapa dostaw ze śląskich kopalni przypominała szlak bojowy rozbitej armii.

Energia ciotki była jak siła pociągu. Ciotka nie przypominała przy tym starej, statecznej lokomotywy z eleganckimi wagonikami, raczej skład SKM-ki, powolny, obdrapany i śmierdzący tłumem. Kto myśli, że stare kobiety tylko wierzą w życie wieczne i są pokornymi oczami zwierząt, ten nie znał mojej ciotki, która jako bliźniacza siostra ojca stanowiła przeciwieństwo jego potencjału energetycznego. Kiedy on z czasem chudł i zapadał się coraz głębiej w fotelu, ona rosła wszerz i jakby w głąb, rozdymała się energią atomową, której starczało jej nie tylko na codzienne sprawunki, bo kiedy już wyszarpała skądś mięso albo buty, a zapasy leżały bezpiecznie poupychane w naszej komórce, nie mogła usiedzieć spokojnie. Brała się wtedy do zebrań i plenów, chodziła na marsze i składała kwiaty pod pomnikami. Nieraz miała przez to drobne nieprzyjemności, co ojciec przyjmował z dziwną satysfakcją, chociaż wcale nie był partyjny. Sytuacja w kraju nie przypadała mu do gustu, ale jego nadmierna łagodność nie pozwalała mu w ogóle ruszyć się z fotela, nie mówiąc już o aktywnym udziale w jakichś gremiach. Wyobrażałem sobie, że myliłby terminy zebrań lub przysypiał gdzieś w ostatnim rzędzie. Tymczasem ciotka miała w domu maszynę do pisania i nocami jednym palcem wystukiwała petycje, wnioski i skargi, potem składała na nich zamaszysty podpis i rano ruszała na pocztę albo dostarczała je do rąk własnych, za każdym razem wpadając do sekretariatów i biur podawczo-odbiorczych z wielkim przeciągiem. Jej wejście gwałtownie wyrównywało ciśnienie i temperaturę między pokojem a korytarzem, tak, że wszędzie latały rozwiane załączniki, a sekretarki otulały się sweterkami i biegły zamykać okna. Ciotka załatwiała też różne sprawy sąsiadom i mojemu ojcu, nawet podpisywała za niego pisma, bo podniesienie ręki i utrzymanie długopisu przekraczało możliwości jego mięśni o konsystencji rozgotowanego pora.

Tamtego dnia ciotka wpadła do naszego domu i, nie zdejmując stu warstw ubrań, brzydkich bluzek, grubych, zapoconych swetrów i wyleniałych kożuchów, uderzyła od razu do kuchni. Zrzuciła na blat dwie wielkie siaty pełne mięsa i podrobów, puszek i przypraw, po czym opadła na taboret i, uchyliwszy część swoich warstw, zapaliła papierosa. Ojciec nie pozwalał jej palić w domu, ciotka zazwyczaj stosowała się do tego zakazu, bojąc się, że dym dziwnym prawem fizycznym ucieknie z jej ust wprost pod nos ojca i  – zamiast zaczerniać jej płuca – wysuszy resztę jego krwi. Tym razem jednak kopciła jak smok i przypominała lokomotywę, taka była zadymiona i buchająca siwą parą.

Idę na trzy miesiące do mamra, powiedziała, dysząc i sapiąc. Wydawało mi się, że fajnie mieć ciotkę kryminalistkę, to zresztą pasowało do niej, bo jeśli prawo polega na trzymaniu się pewnych ram i uważnym kontrolowaniu wewnętrznej energii, to ciotka te ramy rozpierała, swobodnie nadymając się własną energią i wyrastając ze standardowego rozmiaru. Ojciec przypełzł ze swojego pokoju i kazał jej zgasić papierosa. Zignorowała go, a wtedy oboje wyrzucili mnie z kuchni. Później dowiedziałem się, że ciotkę zgarnęli na „czterdzieści osiem” za rozrzucanie ulotek. Nie powiedziała ojcu o aresztowaniu i sprawie w sądzie, pękła, dopiero gdy dostała wezwanie do więzienia. Zanim zatrzasnęli drzwi kuchni, zobaczyłem, jak ciotka zdejmuje okulary grubości denek od słoików i ociera łzę. To była czarna, lepka łza, ale kto wie, może ciotka płakała ropą naftową.

Do więzienia pojechała tramwajem. Zresztą wracała tam wiele razy, wykorzystując przerwy w odsiadkach, żeby wpaść w nowe kłopoty. Wychodziła sztywna i pękata od wewnętrznej energii nagromadzonej przez leniwe miesiące, podczas których dziergała swetry i zakładała czasopisma literackie. Kiedy nas odwiedzała, wydawała mi się za każdym razem coraz bardziej ZARDZEWIAŁA i PRZYTARTA, fiksowała się na jednej czy dwóch sprawach i mogła tylko o tym ze szkodą dla reszty wszechświata, która – o czym byłem przekonany – również liczyła na odrobinę jej uwagi. W trakcie piątego pobytu ciotki zmienił się system i zwolniono ją przed czasem. Nie poprawiło to jej stanu, przestała się u nas pojawiać. Ojciec twierdził, że wpadła w głęboką konspirację, zakładała sektę albo planowała powstanie, którego celem było wszystkiego rozerwanie.

Przez ten czas skończyłem szkoły, poszedłem do pracy, ożeniłem się. Kiedy urodziło mi się dziecko, spojrzałem na nie, takie małe i oczywiste, i w końcu dorosłem. Zrozumiałem, kim ciotka była naprawdę: nie tylko bliźniaczą siostrą ojca, dostarczycielką Lentilków i załatwiaczką mięsa, ale też źródłem ruchu i jednostką energii. Dmuchała wiatrem od morza, z każdą falą zabierała ziarenka piasku z plaży, jako gorący sierpień rozpuszczała dzieciom lody. Była prądem w drutach kolejki i dawała przeciwwagę długim ramionom dźwigów w stoczni.

Było już jednak za późno. Ciotka osuwała się w kolejne kręgi tajemnic i spisków, jej chude kończyny napędzała siła ciemnej miłości, przez co drżały niespokojnie, tak, że rozlewała herbatę i podpisywała się na kolejnych dokumentach, których nikt już nie czytał. Chciałem z nią porozmawiać, ale nie miałem odwagi przebijać się przez pokłady jej świętości i szaleństwa, które narastały w jej ciele na podobieństwo kolejnych warstw ubrań. Kiedy w końcu zebrałem się w sobie, ciotka zniknęła. Wczesnym rankiem szła na stację kolejki i przechodziła mostkiem nad Motławą. Nigdy nie dotarła do dworca, nurkowie wydobyli z dna rzeki grube okulary. Ciała nie znaleziono, podobno zjadły je piranie, które przypłynęły tam w wodach balastowych cumującego w porcie statku „Pokój”.

Historia powszechna Polski

Dzień drogi od płonącego grodu Eresburg tylna jazda Karola natknęła się na grupę saskich maruderów, którzy nie zdążyli na bitwę. Zostali otoczeni, poddali się i pierwszorzędnie dali gardło. Tylko jeden z nich, otępiały ze zmęczenia po długim marszu i ze strachu w obliczu wroga, zginął biernie i bez honoru, a jeźdźcy potem mówili, że tak umierają  niemowlęta, kozy albo woły. Blade ciała Sasów rozebrano do naga i zrzucono w las ze ścieżki, na której ich pochwycono. Pierwsze wywęszyły je lisy. Jednym z owych frankijskich jeźdźców był dwudziestoletni bratanek biskupa salzburskiego Arnona. Na pamiątkę odciął dłoń ciału, które leżało najbliżej granicy ścieżki, przewlókł przez nią rzemień i powiesił sobie na szyi. W 901 roku nikt już nie wiedział, skąd wzięła się zasuszona dłoń przechowywana w drewnianej szkatule w pomieszczeniach gospodarczych biskupstwa. Sto pięćdziesiąt lat później kciuk i palec wskazujący – właściwie coś w rodzaju ludzkiego pergaminu naciągniętego na delikatne rusztowanie z resztek kości – opakowane grubym bordowym płótnem, wystawiane były w kościółku w Detmold jako relikwia pomniejszego świętego z Tracji. Kościół spalił się w 1312 roku, odbudowano go, ale popiół spalonej relikwii zmieszał się z popiołem drewna i ksiąg. Potężny wybuch bomby AN-M30 24 marca 1945 roku odkrył resztki starych fundamentów. Wyrzucona w górę ziemia obsypała ukrywających się w rowie robotników przymusowych, wśród których była matka z małym dzieckiem. Czyściła mu potem włosy z pyłu i ziemi. Wieczorem, gdy leżała w obozowisku ukrytym w lesie, nie mogła zasnąć, cicho płakała i obgryzała paznokcie do krwi. Część ziemi wyrzuconej w powietrze przez wybuch dostała się do jej ust. Ta kobieta w 1947 roku miała już drugie dziecko i mieszkała na Ziemiach Odzyskanych. Do śmierci nie odnalazła spokoju. W czasie powodzi stulecia woda podmyła cmentarz, na którym ją pochowano. Błoto zniesione z góry rzeki rozlało się na łąkach i nieużytkach kilkaset kilometrów na północ. Musiały minąć dwa lata, zanim znów zaczęto wypasać tam bydło. Kiedy wybuchła epidemia BSE, kilka stad z tej okolicy wybito, a truchła zwierząt spalono. Zachodni wiatr zwiewał pył na autostradę. Klimatyzacja w moim aucie nie działała, uchyliłem okno. Ziewnąłem, zmęczony monotonną jazdą. Poczułem gorycz na języku. Skąd miałbym wiedzieć?

Breed

Jak wiemy, komórki jego trzustki dzieliły się niezgodnie z planem, ale dziadek zatańczył sobie do Breed. Machał chudymi rękami, boksował, wyciągał patykowate nogi do przodu i kopał niewidzialnych przeciwników, gratulował sobie wirtualnych zwycięstw. Ruszał się, jakby ktoś zarzucił na niego przezroczystą sieć, starał się z niej oswobodzić, wyplątać, rozerwać ją. Kurczył się i rozszerzał, zmniejszał i zwiększał do rytmu, który w tym przypadku idealnie nadawał się do reprezentowania prostych stanów: dół, góra, lewo, prawo.

Za trzy stulecia sonda Voyager I dotrze do pyłów i planetoid Obłoku Oorta, aby się przez nie przebijać przez kolejne trzydzieści tysięcy lat, a dziadek tańczył sobie do Breed, mając za nic odległości, prędkości i czas. Pamięć mięśniowa nie przywołuje obrazów ani uczuć, raczej dawną siłę i dawną szybkość, może też ciepło i suchość skóry palonej słońcem. Gesty, których jesteśmy świadkami, mogły być równocześnie niedokładną kopią gestów wyuczonych miesiącami ciężkiej pracy na polu albo też regularnym pałowaniem studentów gonionych po nielegalnych zbiegowiskach, tak, że nie wiadomo, czy krew, która pojawia się na dłoni trzymającej pałkę, jest własna, czy zmieszana.

W każdym razie dziadek szalał i gdyby nagrał go teraz jeden z tych chujów, dzięki którym YouTube jest tym, czym jest, zyskałby pewnie jakąś popularność, zanim chuje, którzy oglądają takie rzeczy, przenieśliby swoją chujową uwagę na inną chujnię. Spokojnie, dziadek potańczy sobie jeszcze chwilę, zanim w radiu wrócą reklamy, a impresja zamieni się w proces rozumowy, w tym wieku – jak wiadomo – już mocno spowolniony.

Radio: dźwięk jest falą, co wlewa się do prawego i lewego ucha, wywołane nią drgania bębenków (membrana tympani) zamieniane są na impulsy elektryczne, a reszta to już sprawa mózgu, dlatego być może nikt nie słyszy w ten sam sposób. Nie zaryzykowałbym  też stwierdzenia, że można nauczyć się słuchać.

——-Muzyka: to wyłącznie sprawa interpretacji, a więc

——–Fakty: muzyka nie istnieje obiektywnie, dlatego

——–On: słuchanie muzyki może być wysiłkiem o tej samej naturze, co beznadziejne próby przypomnienia sobie, kim się jest i jak się nazywa, i dlaczego jest się w miejscu takim, a nie innym. Jednak nie tym razem, Szanowni Państwo, bo być może byliśmy świadkami wyjątkowej sytuacji, kiedy jego ciało zjednoczyło się na kilka minut, zanim upadł na fotel, który jest jednym z rodzajów więzienia, a do sali weszła pielęgniarka i wyłączyła radio. To cud, że nie pośliznął się na mokrej podłodze, na linoleum odbijającym wściekłe światło jarzeniówek, na tym doskonałym lustrze, które pokazuje wszystkich zgodnie z prawdą – jako plamę cienia.



Marcin Wilkowski – programista w CKC UW, doktorant w IBL PAN. Publikował w „Dwutygodniku” i „Małym Formacie”.

Julia Fukiet (ur. 1997) – studentka Wydziału Grafiki ASP w Warszawie. Czasem rysuje, ale głównie ogląda filmy i się objada. Hobbystycznie gra na cymbałkach.