„Co to za poezja, która nie ocala – ani człowieka, ani robala?” – śpiewał / deklamował / mówił Marcin Świetlicki w dissie na Ryszarda Krynickiego, parafrazując zresztą replikę nowofalowca na przedmowę do Ocalenia Czesława Miłosza. Zestawianie Adama Kaczanowskiego z którymkolwiek z tej trójki byłoby sporym nadużyciem. Jego projekt poetycki raczej ocalania nie zakłada, o ile ktoś wciąż chciałby zakładać, że dobry wiersz ocalać ma od czegoś innego niż od czytania poezji złej.

Po świetnym Co nie tak z tymi ludźmi? (ujętym w „Biurowym” rankingu trzydziestu książek trzydziestolecia) i Celach nagrodzonych we Wrocławiu Kaczanowski znów przynosi nam poezję niewątpliwie dobrą – o ile gdy mówimy «dobry», mamy na myśli nie tyle kategorię etyczną, ile arbitralną i subiektywną jakość literacką (znosimy przy okazji Arystotelesowską kalokagatię dobre / piękne – bo ta literatura czasem musi być brzydka). Zgodnie z pierwszym członem tytułu jest zabawnie, do czego w przypadku tego poety zdążyliśmy się przyzwyczaić, by wspomnieć tu choćby performatywne odczyty Kaczanowskiego w czasie festiwali literackich i spotkań autorskich (wchodził na stół półnago, trzymając w obu rękach martwe ryby), czy poniekąd firmowe dla jego poetyki projektowanie absurdalnej, lecz brutalnie realnej rzeczywistości na bazie punktowania śmieszności i trywialności naszej egzystencji. Skoro nie wiemy czy poezja ocala, ani od czego ewentualnie mogłaby, bo wychodzimy z założenia, że nie ufamy ani Krynickiemu, ani Świetlickiemu, to czy może być jednocześnie na jakimś poziomie zbawienna? W outro Zespołu szkół Tomasz Pułka obstawał przy tym, że owszem – poezja zbawia, a przynajmniej autora. Kaczanowski kieruje jednak ten wektor oczyszczenia w kierunku czytelnika. Odsuńmy wymiar eschatologiczny kategorii zbawienia. Być może zbawienna jest tutaj zabawa w ową groteskową narratywizację absurdalnych scen z życia, widoczna przede wszystkim w pierwszej części. Poezja ta zbawiałaby nas wtedy nie w wymiarze doświadczenia religijnego, a pewnego oddechu egzystencjalnego, oczyszczającego wskazania na śmieszność powszedniości. Zabawy w obserwacje miałyby uwalniać nas od absurdów naszych relacji z otoczeniem, jednocześnie ukazując je w przerysowanych, lecz boleśnie realistycznych scenkach.

Kaczanowski znów przynosi nam poezję niewątpliwie dobrą.

Zapowiadając pierwszą w tym sezonie premierę Biura Literackiego, Kaczanowski tak mówił o gatunkowych inklinacjach nowego tomu: „Piszę tak, by moje wiersze wywodziły się z prozy i nie dawały zamknąć w eseju”. Istotnie, od pewnego czasu kolejne książki autora Awersji nie są po prostu poetyckimi tomami czy zbiorami opowiadań. W Celach dostaliśmy wycyzelowany strukturalnie poemat, w Czego boją się rodzice? składaka niejednorodnych formalnie próz domkniętego dramatem. Na Zabawne i zbawienne składają się natomiast trzy dość autonomiczne cykle. Całość otwiera sekcja Zabawy, mieszcząca bardzo zbliżone metrycznie prozy poetyckie, oparte na bliźniaczych mechanizmach konstruowania scen w formie instruktażu kolejnych „zabaw” angażujących bohaterów w absurdalne interakcje. Środkowa część, nazwana lakonicznie W środku, to ta najwyraźniej poetycka, przynajmniej wizualnie, zgodnie z klasyfikacją Darka Foksa – „z lewej równo, z prawej poszarpane”. Cykl trzeci, wieńczący książkę (Zakończenie. Nie żartuję), to ten, któremu autor nie pozwala „zamknąć się w eseju”, będący liryzowaną recenzją głośnego Jokera Todda Phillipsa przedstawioną w formie prozopoetyckich notatek, domkniętych rozległym poematem. I chyba właśnie z funkcjonalnością tej części w kontekście całego tomu możemy mieć największy problem.

Osy z okładki najnowszej książki już w tekście otwierającym pierwszy cykl stają się pełnoprawnymi bohaterkami, czy też właściwie ofiarami zabawy, w której ludzie rytualizują ich ubój, zaaferowani polowaniem przy plastikowych stolikach w podrzędnej restauracji:

Karta dań nie sprawdza się w roli packi na osy, jest zbyt cienka i giętka. Dobrze, jeśli mamy przy sobie przewodnik lub powieść, najlepiej Jakie to niemieckieWaltera Abisha. W oczekiwaniu na pizzę, która raczej nie będzie nam smakowała, rozdzielamy się i każde z nas stara się pobić rekord w uśmiercaniu os. Sprytniejsi zamawiają ociekające miodem lokalne słodkości, deser przed pierwszym daniem.

Podmiot, czy raczej autor instrukcji polowania, wyłamuje się z rytuału, zadając pytanie o to, czy każda osa musi być z natury zła i czy to właśnie natura determinuje tę nierówną rywalizację o przetrwanie. Zarazem błędem byłoby doszukiwanie się w tych rozważaniach ekokrytycznej walki o nagie życie osy, czy zbawienie uciążliwych robali. Konkurs na uśmiercanie to jedynie przerywnik między tym co absolutnie ludzkie i dzieje się między spowinowaconymi turystami zmierzającymi wypożyczonym autem w kierunku wyspiarskiej restauracji: „Docieramy na miejsce głodni i pokłóceni, ale nie ma możliwości dostać się tutaj inaczej”. Zabawa w oprawców os na chwilę zbawia bohaterów od tego, co tekst zamyka, gorzkiego wyznania znużonych sobą małżonków:

W połowie drogi zastanawiałam się, czy nasze małżeństwo ma jeszcze rację bytu. Uświadomiłem sobie, że nic już poza kwestiami technicznymi i dzieckiem nas nie łączy. Chciałam równocześnie płakać i odgryźć ci policzek. Kusiło mnie, by walić w kierownicę tak długo, aż pęknie. Zabiłam siedem os. Ja jedenaście.

Kursywa nieprzypadkowo wyodrębnia dialog. Zabawa choć na chwilę zbawia bohaterów od tego, co chcą bądź muszą sobie powiedzieć, a czego jednocześnie nie chcieliby usłyszeć. Od przykrej konieczności prawdy nie wybawia ich nawet „najpiękniejszy widok w okolicy”.

Większość zabaw „opowiedziana” jest w formie instruktażu. W kolejnym tekście instruktor zachęca do powtórzenia dziwacznych póz nago, przed bramą kościoła, przy wtórze Lose yourself Eminema. Zatracić siebie pozwala crossfit na progu świątyni. Podmiot pyta: „Czy narazimy się na gniew nieistniejącego bóstwa, które zechce udowodnić nam, że jednak istnieje? Wreszcie, czy to ładnie tak naśmiewać się z tych, którzy w dobrej wierze gromadzą się wewnątrz świątyni?”. Tym razem zabawa ma testować granice zbawienia. Zbawienie zaś winno tu przesuwać granice zabawy.

Nieco bardziej ekokrytyczna niż w przypadku polowania na osy jest scenka z tekstu Zabawa z langustą. Tym razem przenosimy się portugalskiej restauracji, w której turystom spragnionym lokalnej kuchni kelnerzy serwują ryby i owoce morza. Przy jednym z akwariów zatrzymuje się kilkuletnia dziewczynka, zmartwiona losem pływających w nim langust:

Do akwarium podchodzi dwóch wysokich kelnerów, jeden z nich staje na stołku i zdecydowanym ruchem wyciąga langustę. Kładzie ją na tacy trzymanej przez kolegę. Langusta uderza mocno ogonem w tacę, próbuje wyprężyć się w dłoniach mężczyzny. Przestraszona dziewczynka ucieka do stolika, przy którym siedzą jej rodzice. Jeden z kelnerów robi w jej stronę lekko zmartwioną minę i rozkłada bezradnie ręce, chcąc wytłumaczyć małej, że ten świat tak już jest urządzony. Langusta znika w kuchni.

Na pozór mało dzieje się wokół etycznych rozważań dziewczynki nad smutnym finałem żywota langusty, nad zagładą mieszkańców restauracyjnych akwariów. Kaczanowski dba jednak o to, by bezpretensjonalnie przedstawić akt uśmiercania langust za pomocą jak najbardziej sugestywnych obrazów. Nie bez powodu wysocy kelnerzy wyławiają langusty z uśmiechem na ustach, puszczając oko do dziewczyny. Eleganccy panowie konsumujący skorupiaki ubrani są na biało – czystość ich strojów zakłócają jedynie drobne logotypy marek. W bohaterskim geście dziewczynka prosi rodziców, by zamówili ostatnią z pływających w akwarium langust, prawdopodobnie darując jej w ten sposób życie. Nie wiemy, czy ostatecznie po tym, co opisuje Zabawa z langustądziewczynka w czasie spaceru nad brzegiem plaży wypuszcza stworzenie z powrotem do oceanu. Być może fakt, że langustę zjedzą rodzice, a więc osoby dobrze dziewczynce znane, nieco zmniejsza skalę okrucieństwa, które towarzyszyłaby konsumpcji ofiary przez panów ubranych na biało. Nie jest to ekokrytyka w najczystszej postaci; Kaczanowski rezygnuje z tak wyświechtanych w tym nurcie scen z rzeźni i hal przemysłowych, w których masowo fabrykuje się śmierć zwierzęcego nagiego życia. Wydaje się, że ten kierunek refleksji zamknął już Konrad Góra w świetnym, utrwalonym już w najnowszej tradycji poemacie Matka boska rzeźna.

Nie jest to ekokrytyka w najczystszej postaci.

W całym tym cyklu próz, gdzieś obok cielesności os i langust, Kaczanowski zwraca uwagę na fizyczność ludzkich bohaterów. Zabawy w piasku przedstawiają międzypokoleniową konkurencję w trójskoku, a rywalizacja na sprawność i tężyznę odbywa się również w Zabawach pod kościołem. W Zabawach w męskiej toalecie instruktor relacjonuje absurdalny konkurs w sikaniu do pisuarów na odległość. Najwięcej uwagi ludzkiemu ciału poświęca Kaczanowski w Zabawach z piłką, gdzie ujęta zostaje scena apatycznej rywalizacji między dwiema równie atrakcyjnymi kobietami na wakacjach, rzucającymi piłkę w głąb oceanu niczym przynętę na swoich dwóch nierównie atrakcyjnych mężczyzn. Podobnie jak w przypadku nieznanego finału życia langusty, tak i tutaj nie wiemy, czy jeden z wybranków przeżyje zmaganie o piłkę z morderczym żywiołem oceanu: „Pupy obu młodych kobiet przyciągają uwagę, ale tematem tego opowiadania nie jest seks, lecz śmierć”. Kaczanowski unika autorytarnego upominania się u czytelnika o ekokrytyczny szacunek dla nagiego, zwierzęcego życia w opisanych wyżej „zabawach”. W tej na plaży, jednocześnie wyostrza opis cielesności ludzkich bohaterów, organizując portrety wokół fizyczności. Być może przekonuje nas w ten sposób, że sami jesteśmy mięsem. Musimy więc uważać, by ktoś lub coś nie przyszło i nie zjadło nas.

Zjadają nas „pierwsze z brzegu myśli” o nieodwiedzającej widmowej dziewczynie, której „pierś całowało się jako pierwszą”, niemoc przypomnienia sobie „słów, które padały z ust podczas rozstania”. Zjadają nas zasuwki i kłódki, które uniemożliwiają opuszczenie więziennego placu zabaw, jednocześnie zmuszając do „przewieszenia sobie przez plecy repliki karabinu”. Być może placem zabaw jest biurowiec naszej korporacji, gdzie na niewygaszonych ekranach monitorów zostawiamy egzystencjalne pytania dla pana sprzątającego nasze boxy, licząc na odpowiedź, której ten nie może nam udzielić. Zarazem towarzyszy nam przeświadczenie o tej niemożności. Ostatnią z przedstawionych zabaw, „budzącą największe emocje”, jest gra w szukanie sensu „gdzieś”, gdzie ów sens rozbija się w binarnych zestawieniach chylących się ku niemożliwości. Nie chodzi tu bynajmniej o dekonstrukcyjne podejście do rozbijania doświadczeń codzienności. Derridiańska klisza nie jest tą, której używa Kaczanowski. Szukający błądzi w naszych powszednich destynacjach między próbami „wplecenia abstrakcyjnego żartu w poważną rozmowę”, poszukiwaniem „cukru w pojemniku po soli”, a łapaniem się etatu jedynie po to, by dać nowemu szefostwu powód do zwolnienia z ciążących na nas obowiązków. Rozbicie pomiędzy posiadaniem i zjedzeniem ciastka, konformizmem społecznym a brakiem akceptacji otaczającej nas rzeczywistości, między byciem w systemie a kontestacją tego uczestnictwa. Celem jest „balkon, z którego możemy lecieć i lecieć, spaść nie robiąc nikomu krzywdy”, czy miejsce, „w którym spokojnie moglibyśmy się położyć”. Nie chodzi więc o zabawne zbawienie, czy zbawienną zabawę, a pewne status quo, enklawę rozciągającą się w wąskiej (jak wskazuje poeta) przestrzeni między tymi kategoriami.

Drugi z cyklów składających się na Zabawne i zbawienne, zatytułowany W środkuto najbardziej poetycki spośród trzech segmentów. Teksty ze tej części moglibyśmy nazwać po prostu wierszami, bez inklinacji ku prozie poetyckiej czy poszukiwania w ich strukturach koherencji mającej zbliżać je do kształtu poszatkowanych partii większego poematu. Cechuje je większa autonomia niż w przypadku numerowanych obserwacji rozpiętych między kluczowymi poematami z tomu Cele. Ślady łączliwości między poszczególnymi lirykami odnajdziemy m.in. w tytulaturze kolejnych utworów (prócz dwóch najdłuższych wierszy, tytuły wszystkich rozpoczynają się na literę „C”). W CzasachCzarach i Cebulach Kaczanowski sięga po lapidarne medytacje, które nie przykuwają jednak uwagi celnością poetyckiego obrazu, nie wnoszą również zbyt wiele w perspektywie układu reszty książki. To raczej niezbyt zgrabne przerywniki, ujęte w poetyce dość odległej od dykcji autora. W zupełnie inny sposób wpisują się w całość Ceny i Czekaj, czekaj. W pierwszym utworze, za pomocą balansowania składnią i przenoszenia sensów między powtórzeniami, Kaczanowski tka skrupulatną, sugestywną krytykę konsumpcyjnego konformizmu: „Targ niewolników, na nim kupujesz drób, skarbie. / Każda cena ma swoją cenę, prawda? Wiem, / tanio skóry nie sprzedasz, ale czy sprzedasz drogo?”. Co może znaczyć slogan: „w dobrej cenie?” Dzięki tej apostrofie nie jest to krytyka zewnętrzna, wyizolowana. Podmiot zostaje umieszczony wewnątrz kapitalistycznej wspólnoty konsumentów, co wzmacnia zaangażowanie tej poetyckiej narracji. W Czekaj, czekaj Kaczanowski przedstawia groteskową scenę inwazji świń zbiegłych z przewożącego je do ubojni transportu, które w popłochu szturmują stację Orlen i potrącają regały z bekonowymi chipsami. Krytyczny moment decyzji bohatera stojącego w kolejce do kasy, następuje, gdy świnie wbiegają na stoisko ze zdrową żywnością. Błyskotliwie uszyte, celne, wymowne, wpisujące się w atmosferę zainicjowaną w Zabawach z osami i langustami.

Podmiot zostaje umieszczony wewnątrz kapitalistycznej wspólnoty konsumentów, co wzmacnia zaangażowanie tej poetyckiej narracji.

Bohaterem głównym wydaje się jednak Człowiek, z wiersza o takim właśnie tytule, którego Kaczanowski odmienia w liczbie mnogiej, mianując go po prostu jednym z ludzi. Generalizacja jego podmiotowości nie umniejsza jego indywiduacyjnej roli w całym zbiorze. To „dziecko swojej epoki”, „urodzony sto lat za późno, albo sto lat za wcześnie”, który „już tu był pierwszy, chcąc być ostatni”. Dorosły, który w Centaurze powraca do uniwersum swoich dziecięcych idoli i zastanawia się, czemu głównym z nich uczynił Sindbada, skoro ten pokonał tytułowego antagonistę jedynie przez przypadek (świetny tekst replikujący tradycję mieszczącą się gdzieś między wczesnym Brianem Pattenem a środkowym Simonem Armitage’em). W najdłuższym utworze środkowego cyklu książki Kaczanowski, za pomocą monologicznego ciągu pytań i odpowiedzi, wskazuje tytułowy Przedmiot rozmowy. Jest nim afektywna postawa, być może pożądana we współczesnej rzeczywistości społeczno-ekonomicznej, być może w świetle tej rzeczywistości wymagana: „Chciałbym powiedzieć: o nie, nie gadaj ze mną w ten sposób, / bo ja nie jestem ludzkością. / Jestem kamieniem, którego nie poruszy / żaden wstrząs czy upadek, / ale nie, to też nieprawda. / Jestem kamieniem, którego poruszają / kroki każdego przechodnia. / Jak najlepiej nazwać to uczucie? / Nazywa się: nie mam uczuć”. Kluczem okazuje się więc emocjonalne wyjałowienie, uczuciowe zmuzłumanienie?

Moglibyśmy odczytać to jako świadectwo anomii bohatera, który rezygnuje z wyboru, ucieka od konkretyzacji swojej społecznej postawy, unika jednoznacznej deklaracji swoich przekonań. Z podobną postawą mieliśmy do czynienia w ostatnim, performatywnym poemacie Darka Foksa – Ludziach kultury. Scenerią pozostaje marsz, protest, manifestacja przechodząca ulicami stolicy. Główny bohater, filmowiec, poeta, czytelnik „Wyborczej”, nazywany przez Polaków „Żydem”, rezygnuje z wyboru stron. Stronnictwa demonstrantów rozpierzchają się w swoich kierunkach, on pozostaje samiusieńki na środku. Nie jest to bynajmniej świadectwo skłonienia się Foksa ku przekonaniom centrystycznym. Środek nie oznacza mediacji między lewą a prawą, oznacza niemożność wyboru między nimi, przy jednoczesnym pozostaniu w zgodzie z sobą. Również w nowej książce Kaczanowskiego nienazwana anomia sprawia, że dla bohatera/Człowieka nie ma już słusznych opcji. Jedynie głos jest tutaj bardziej jednostkowy niż u Foksa. Bohater Kaczanowskiego w swoim manifeście rezygnacji jest bardziej zindywidualizowany. Nie wypowiada się za artystów, poetów, czy filmowców, przemawia, jako „Dziecko swojej epoki”, choć i w tym przedstawieniu dostrzeżemy pewien pokoleniowy znacznik. Co pozostało „pierwszemu, który chciał być ostatni”? Letarg, stagnacja, alienacja ze społeczeństwa, w którym nie znalazł miejsca? Być może zbawienna obserwacja groteskowych interakcji i zabawa w wyszukiwanie kumulacyjnych momentów tej egzystencjalnej farsy.

Bohater rezygnuje z wyboru, ucieka od konkretyzacji swojej społecznej postawy, unika jednoznacznej deklaracji swoich przekonań.

Jednocześnie śledząc ścieżki, jakimi w tym cyklu, a właściwie całym tomie, chadza bohater Kaczanowskiego, nieuchronnie zbliżalibyśmy się do tabliczki z napisem „polityczność”. Jak w wywiadzie podsumowującym dla „Małego Formatu” minioną poetycką dekadę wskazywał Jakub Skurtys, aksjomatyczne staje się powoli myślenie o tym, że „polityczność” poezji przestała mieścić się jedynie w jej treści, a coraz częściej nośnikiem tej kategorii staje się forma, język, strategia estetyczna. Rzeczywiście, w Zabawnym i zbawiennym temat polityczny nie jest przywoływany w bezpośrednich apostrofach do partii rządzącej, beneficjentów programów socjalnych, czy konkretnych frakcji wyborczych. Językowo poeta rozprawia się z pewnymi upolitycznionymi sensami m.in. w antykapitalistycznych Cenach, czy wrzucając do poematu postacie, takie jak konsumenci langust. Struktura kolejnych segmentów nie jest już tak silnie upolityczniona, jak choćby w przypadku Konrada Góry, czego ostatecznym dowodem byłby wciąż nie do końca przetrawiony przez krytykę poemat Nie. Liryczna narracja Kaczanowskiego jest raczej zaangażowana niż polityczna, o ile wciąż jesteśmy w stanie traktować te kategorie autonomicznie. Głos instruktor zabaw, jak i „dziecka swojej epoki” angażuje się w kwestie, które dziś określilibyśmy przedmiotem politycznej debaty. Jednak, jak wskazywałem już przy okazji recenzji ostatniej książki Foksa, pewne światopoglądowe deklaracje, jak zwrot ekokrytyczny, czy głośne manifestowanie sprzeciwu wobec przemocy na zwierzętach, do niedawna nie nosiły jeszcze stygmatu politycznej legitymizacji. Walka o środowisko nie powodowała, że prawicowe konserwy wrzucały nas do worka z „lewactwem”. Odwrotnie – pielęgnowany w rodzinnych przekazach patriotyzm nie narażał na ustawienie nas w jednym rzędzie z armią post-żołnierzy wyklętych. Również bohater Kaczanowskiego, ustawiając się w środku, sięgając do stanu anomii, rezygnuje z polityczności w obawie przed zaszufladkowaniem. Angażuje się w siebie. Wybiera jednostkę, i dla niej stara się znaleźć ten „balkon, z którego można lecieć i lecieć”. Balkon ciasny, bo jednoosobowy. Kaczanowski robi zatem sprawny skrót przechodząc do figur zaangażowania bez oscylowania wokół kategorii polityczności. A i poetycka apolityczność jest pewnym politycznym manifestem, w tym przypadku deklaracją anomii. Prócz otwierania możliwości mechanicznej, chłodnej narratywizacji naszych trywialnych interakcji, ma ona w tym tomie również funkcję zbawienną. Ocala bohatera od śmieszności.

Oczywiście, figura Jokera, w tym wypadku filmowego, wykreowanego w ostatnim głośnym obrazie Todda Philipsa, zgrabnie wpisuje się w tytułowe hasło wywoławcze tomu. Kategoria zabawy (często zbrodniczej) to ta nieodłącznie towarzysząca postaci komiksowego klowna, od słynnego Killing Joke szamana powieści graficznej, Alana Moore’a, przez pamiętną wersję animowaną z głosem Marka Hamilla, po oscarową kreację Heatha Ledgera. W całym Batmanowskim uniwersum, śmiech trefnisia, jako somatyzm w pewien sposób ocalający (przynajmniej dla tytułowego bohatera), tak wyraźnie zbawienne kształty osiąga dopiero w nowym dziele reżysera War Dogs. Nie dziwi więc decyzja Kaczanowskiego o wpisaniu tej postaci w najnowszą książkę. Widziałbym tutaj obszerne outro, w którym Joker ujawniałby się jako alter ego któregoś z bohaterów zabaw z pierwszej części, czy nawet mroczne wcielenie „dziecka swojej epoki” z cyklu środkowego. Istotnie, dostajemy coś zahaczającego o takie rozplanowanie udziału tej postaci w biegu książki. Zamykające całość A teraz zatańczymy poniekąd spełnia tę rolę, nie rezygnując z trybu lirycznej narracji łączącej się na pewnym poziomie z konstrukcją tekstów z dwóch pierwszych części. Zdaje się, że wyizolowanie tej właśnie sekwencji od poprzedzających fragmentów jako autonomicznego poematu pomogłoby klarowniej wprowadzić postać Jokera. Tymczasem (w pakiecie) dostajemy dość siermiężne omówienie filmu Philipsa, w towarzystwie bliźniaczo skonstruowanych analiz opowiadania Charlie w domu żałości Roberta Coovera i powieści Człowiek śmiechu Wiktora Hugo. Plus za interesujące wyodrębnienie motywu ze schodami, budującego indywiduację filmowego bohatera Philipsa, niwelujący pozytywy minus za nieco nudziarskie, automatyczne, odpoetyzowane „opowiadanie” filmu. W miejscu Wiktora Hugo świetnie odnalazłby się Heinrich Böll ze Zwierzeniami clowna. Raz, że cały ten cykl, w niemal niezmienionej formie, ukazał się niedawno na łamach listopadowego „Małego Formatu”. Dwa, że o ile Kaczanowskiemu zdarza się ostatnio występować w roli krytyka/recenzenta, starającego się „odeseizować” zastaną formę, to dużo większe wrażenie zrobiła na mnie recenzja ostatniego wyboru wierszy Marcina Sendeckiego, dostępna do wglądu w Wizyjnym „Aktualniku”. Tam intuicyjne przeskoki między kolejnymi figurami i tropami z wierszy Sendeckiego nie giną w rozpędzonej maszynie interpretacji. Również nazwiska, którymi Kaczanowski szafuje w introdukcji (Sontag, Cronenberg, Ballard) tworzą pewne uniwersum, w obręb, którego dużo sprawniej wpisana zostaje metoda odczytania tekstu stanowiącego właściwy przedmiot eksplikacji. Domykające całość Zakończenie. Nie żartuję mogłoby zatem znaleźć finisz w A teraz zatańczymy, okrojonym z poprzedzających go liryzowanych recenzji – nie żartuję.

Widziałbym tutaj obszerne outro, w którym Joker ujawniałby się jako alter ego któregoś z bohaterów zabaw z pierwszej części tomu.

Po kolejnych książkach laureata zeszłorocznego Silesiusa nie oczekuje się już, że będą to po prostu zbiory wierszy. Druga sprawa, że tendencje kierujące w ostatnim czasie naszym poetyckim rynkiem wydawniczym (o ile o tak hermetycznej i niszowej działalności możemy mówić, jako o „rynku”) wymuszają niejako tworzenie książek zamkniętych w swojej całości, z których coraz trudniej wyjąć pojedyncze teksty. Dominują tu wiersze tomikowe, czyli te, które, cytując utwór Niemal koniec, niemal bomba Szymona Słomczyńskiego, „w książce bronią się zaciekle, a poza nią nabite w stosowną butelkę, na próżno błąkałyby się po oceanicznej sieci, jak czterysta czwórka, nie Peugeot, tylko błąd”. Kaczanowski w ostatnich latach doskonale wpisuje się w ten trend. Jednak po performatywnych Celach eklektycznym formalnie Czego boją się rodzice, przychodzi Zabawne i zbawienne, które możemy pokroić na drobniejsze cząstki, usamodzielnić jego konkretne cykle, posiadające wspólne figury i kategorie, zarazem dojrzałe w swojej autonomii. Poezja jednak nie zbawia, nawet gdy bawi, nie bawi, nawet gdy naiwnie próbuje zbawiać. Mimo tego Kaczanowski znajduje pewien uskok, pozwala zajrzeć nam w przestrzeń między zabawnym zbawieniem, a zbawienną zabawą. W tej enklawie nie musimy legitymizować swoich nieprzystających poglądów, ani, przeciwnie, koniukturalizować swoich przekonań, by zostać zrozumianym. Możemy bezceremonialnie drwić z codzienności, jak i ze świętości. Fundować sobie zbawienie nie przekraczając progu świątyni. Gdyby nie kilka zapychaczy, byłaby to książka celująca, a tak – jest to pozycja (jedynie) bardzo dobra.


 

Adam Kaczanowski, Zabawne i zbawienne,
Biuro Literackie, Kołobrzeg 2019, ss. 52.



Oskar Meller (ur. 1993 w Zgorzelcu) – doktorant na Wydziale Filologicznym UWr, krytyk literacki. Recenzje i szkice, głównie o poezji najnowszej, publikował w „Artpapierze”, „Kontencie”, „Małym formacie”, „8. arkuszu Odry” i warszawskich „Wizjach”, z którymi współpracuje. Obecnie przygotowuje rozprawę doktorską dotyczącą języka poetyckiego Tomasza Pułki i jego wpływów na dykcje pokoleniowych rówieśników. Interesuje się głównie polską poezją najnowszą, XX-wieczną poezją anglosaską oraz reprezentacjami nurtu Bildungsroman w literaturze XIX i XX wieku.