O powieści Nicuś, polskości, wstydzie i traumach z Maksem Wolskim rozmawia Tymoteusz Milas.

***

Tymoteusz Milas: Zacznijmy od pisarskiego coming outu. Czy Maks Wolski nie powstałby bez Nicusia, a Nicuś bez pojawienia się fikcyjnego pisarza Maksa Wolskiego?

Maks Wolski: Maks Wolski istnieje od dawna. Tyle że był człowiekiem z cienia, postacią niszową. Związany jest z redakcją „Orgii Myśli” i „Nowej Orgii Myśli”. Więc dla czytelników tego magazynu nie jest to nieznana czy nowa postać. Choć nie twarz. Maks Wolski swoją twarz zwykle wolał trzymać w ukryciu. I tak jest do dziś.

Jednak na kilku spotkaniach autorskich ujawniłeś swoją twarz. Czemu miała służyć ta gra z czytelnikami?

To znak przemiany, przepoczwarzenia. Przejścia Konrada w Gustawa – czy na odwrót. Maks Wolski był zawsze autorem bardziej szalonych, mniej… odpowiedzialnych próz. A pod prawdziwym imieniem i nazwiskiem pisałem dzieła naukowe, filozoficzne. To raz. A dwa, że trochę bałem się napaści z powodu obrazoburczej treści Nicusia. Żeby trochę się zabezpieczyć lub utrudnić ewentualnym prześladowcom dostęp do mnie, pomyślałem, że się zamaskuję. Chodziło więc o to, by nie brać odium paszkwilu na ojczyznę na własny rachunek. Zwłaszcza że jestem też pedagogiem. Nie chciałbym, żeby zarzucano mi, że demoralizuję. Aby oddzielić tę sferę edukacyjną od artystyczno-obrazoburczej, przybrałem pseudonim. Chociaż masz rację, że częściowo już się zdemaskowałem. Ale w jakimś sensie to, kim „naprawdę” jestem, nie jest takie ważne. I tak nikt mnie przecież nie zna. Ci, co znają, to wiedzą. Tym, co nie znali, i tak jest wszystko jedno.

Nicuś jest próbą odcięcia się od twojej dotychczasowej twórczości?

Ostatnią prozę pod prawdziwym nazwiskiem opublikowałem w 2013 roku. To były takie młodzieńcze próby, juwenilia. W tym czasie umarł poprzedni ja i narodził się Maks Wolski.

Czy uważasz, że literatura dalej może budzić skrajne emocje w naszym społeczeństwie?

Kiedy wybuchła mikroafera na tle recenzji w „Krytyce Politycznej” i wzmianka o Nicusiu pojawiła się w Wiadomościach TVP, pomyślałem, że to nie byle co. Trochę rakiet hejtu przeleciało mi koło nosa. Wprawdzie głównie oberwało się autorce recenzji, Kindze Dunin, chociaż potraktowała go umiarkowanie pochlebnie. I nie chwaliła moich rantów antypolskich. Za to w TVP wyciągnęli z jej tekstu „świńskie ryje” i „szkalowanie Polaków”, a przecież dla niej właśnie to było nudne w Nicusiu. Zamiast pochwalić ją więc za patriotyczną postawę – mdłości „sakiewiczowskie”, jakie odczuwała – to ją zaatakowali. Zupełnie niesprawiedliwie.

Ale obaj wiemy, że misją TVP jest dostarczanie nośnych propagandowo treści. A Nicuś to książka, która wali w Polskę. Wydaje się, że to właśnie ona jest największym kompleksem tytułowego bohatera.

Kalectwem, chorobą, kulą u nogi…

Jak potraktować to uzależnienie od polszczyzny, a zarazem krytyczny stosunek do polskości?

Jest to po prostu schizoidalna pozycja. Bo Polak jest jak ryba. Nawet gdyby chciała wyskoczyć z wody, to by się udusiła, ale jest z tego powodu bardzo niezadowolona. Są też jednak inne schizy w Nicusiu. Generalnie schizoidalność jest dla mnie normą, tak zostałem wychowany.

Jedną ze schiz jest życie rodzinne. Pamięć rodziców nie pozwala Nicusiowi wyzwolić się od wstydu. Ten wstyd z wiekiem nie powinien znikać?

Wstyd raz poczuty zostaje w człowieku na zawsze. Musiałbyś dostać amnezji, żeby się go pozbyć. Zapomnieć o swojej tożsamości. Można wyrobić sobie jedynie wstyd za wstyd. Zaczynasz się wstydzić przed sobą tego wstydu i to potęguje ten pierwszy. Wstyd za wstyd nie niweluje wstydu, tylko go wzmacnia. W tym wypadku negacja negacji nie daje afirmacji – tylko wciąż negację.

Na początku powieści Nicuś wyznaje: „Postanowiłem udać się na bezterminowe wakacje i wybrać w podróż przed siebie, po byłej Europie i po byłym sobie”. Czym jest „byłe ja” Nicusia i czy istnieje jakieś inne „ja” niż byłe u człowieka, który jest uwięziony w swojej przeszłości?

Tu nie ma co się dopatrywać jakichś komplikacji metafizycznych. Nicuś-Polaczek wyrusza w podróż, choć wie, że nic nowego go nie czeka, tylko wędrówka po meandrach własnego życia. Można to porównać do tych słynnych kilkudziesięciu sekund, kiedy wypadasz z czterdziestego siódmego piętra i lecisz w dół, i życie „wyświetla” ci się w głowie jak film.

Ta podróż przez Polskę ma być dla Nicusia formą wyzwolenia czy samobiczowaniem?

Samobiczowanie jest wyzwoleniem, każde dziecko to wie.

A ucieczka od polskości jest możliwa? 

Bohater od polskości nie ucieka, tylko próbuje uciec. Pozostając przy mowie polskiej, można uciec od Polski jedynie przez ultraradykalną groteskę, sarkazm i czarny humor, który to wszystko nicuje. Choć nie jest tak, że nie da się pozbyć całkowicie tożsamości narodowej. Kiedy zaczynasz biegle mówić w jakimś języku, myśleć w nim, wreszcie pisać, to koniec końców możesz zacząć mówić z wnętrza kultury, która się tym językiem posługuje.

Jest jednak różnica między biegłą a natywną znajomością języka.

Są ludzie, którzy są w stanie tę barierę przekroczyć. Nieliczni, ale są. Biegłość językowa jest potrzebna do pisania, a nie do samookreślenia. Wszystko zależy od poziomu złożoności twoich potrzeb tożsamościowych. Ale żeby pisać literaturę, musisz poznać język do korzeni. Przykładem autora dwujęzycznego jest Samuel Beckett. Ale to był pisarz tak mocno awangardowy, że jego użycie języka nie musiało polegać na dogłębnej znajomości gramatyki. Ja nie mógłbym napisać Nicusia w jakimkolwiek innym języku.

Czytaj także:
ELŻBIETA WICHA-WAUBEN
recenzuje Kochankę Wittgensteina
Davida Marksona

Krytycy uznali, że stylizujesz Nicusia na Thomasa Bernharda. Trzeba pisać Bernhardem, żeby krytykować własny naród?

Nie, ale Bernhard jest taką wygodną, już wypróbowaną i uznaną formą. Jest też jednak niebywale rygorystyczny, jeśli chodzi o pewne elementy formalno-składniowe, i w tym sensie czerpię z niego powierzchownie, luźno, niezobowiązująco. Nie wypieram się bernhardowskich schematów. Chyba lepiej pisać tak, żeby można było ci coś zarzucić, na przykład stylizację na Bernharda. Nie ma nic gorszego niż pisać literaturę bez wad, literaturę radykalnie oryginalną.

Czemu?

Nie możesz być w pisaniu zbyt dobry i oryginalny, bo nie wiadomo, jak cię potraktować. Literatura zbyt dobra jest źle odbierana. Gdy miałem dwadzieścia lat, zaniosłem maszynopis powieści pani Beacie Stasińskiej. Skomentowała ją wówczas słowami, które do dziś robią na mnie wrażenie: „Napisał pan zbyt dobrą książkę.” Tak powiedziała, daję słowo. Zajęło mi trochę czasu, zanim to zrozumiałem: twoje własne ambicje obracają się przeciwko tobie. Należy pisać na siedemdziesiąt pięć procent swoich chęci i możliwości, aby inni mogli cię zrozumieć.

Poza Bernhardem nie sposób wyobrazić sobie tej powieści bez Gombrowicza.

Gombrowicz to jest w ogóle podstawa samoświadomości kultury w Polsce. Jedyny awangardowy i modernistyczny pisarz pełną gębą. Światowej klasy. Mojego zadłużenia u Gombrowicza nie da się sprowadzić do naśladownictwa, choćby odległego. Czasem napiszę coś jego językiem dla zabawy, w formie hołdu.

A można coś nowego powiedzieć o polskim kompleksie, polskim wstydzie po Gombrowiczu?

Zupełnie nowego nie, ale można go zreinterpretować, dostosować język do potrzeb XXI wieku, współczesnych odbiorców, zmienionych warunków komunikacji. Język Gombrowicza jest genialny, ale jednak trochę już przestarzały. To bardzo dobrze widać u współczesnych autorów, którzy Gombrowicza mniej lub bardziej imitują.

Nicuś to dekonstrukcja polskości. Ta dekonstrukcja opiera się na dość prostym schemacie: od ojca, matki, ojczyzny, ojcowizny, matczyny, po tę Polskę, która jest – jak piszesz – wielkim parkingiem pod Biedronką. Atak może i konstruktywny, ale dość przewidywalny.

Być może to jest banalne. Ale życie składa się z banałów. Nie można napisać historii całkiem pozbawionej banalności, bo wtedy stanie się ona pretensjonalna i ekstrawagancka. Powieść – o ile nie jest totalnie eksperymentalna i awangardowa, a do tego Nicuś nie aspirował – musi być również zręczną grą z pewnym ładunkiem banalności życia, uniwersalności pewnych schematów.

Pięćdziesięcioletni Nicuś obsesyjnie wraca w myślach do matki – tłamszącej i tłamszonej – i ojca, byłego więźnia obozu w Dachau, starszego od niej o dwadzieścia lat. Myślenie o nich jest jego codzienną udręką. Nie może zapomnieć o wyrządzonych mu krzywdach?

Jesteś jeszcze młodym człowiekiem i może dlatego nie myślisz o rodzicach tak intensywnie. Przez lata ten problem jednak nie odchodzi, tylko nabrzmiewa. Kiedy jesteś dwudziestolatkiem, myślisz, że pamięć o rodzicach tak cię nie więzi. A potem myślisz o starych jak o garbie, jak o rosnącej, śnieżnej kuli o nogi, która toczy się i nie topnieje.

Czemu więc nie skorzysta z psychoterapii?

Nicuś jest człowiekiem zbyt zawstydzonym, żeby iść na terapię. Umarłby ze wstydu przed terapeutą, że jest, jaki jest, i przed samym sobą, że poszedł na terapię i że obnaża się przed kimś obcym. Lepiej więc cierpieć przez te kompleksy niż narazić się na wstyd ich wyznawania.

Mówisz teraz o mocy autoterapeutycznej Nicusia?

Myślę, że człowiek może sam siebie psychicznie wyleczyć albo chociaż podkurować. Nie każdy, ale niektórzy mają tę umiejętność. Wymyślanie opowieści to odpowiedź na własne potrzeby katarktyczne. 

Co się w twoim życiu wydarzyło, że w ciągu pół roku napisałeś powieść na pół tysiąca stron?

Bezpośrednim impulsem było to, że zostałem wyrzucony z pracy na akademii. W bardzo polski, bucerski, folwarczny sposób. Miałem wrażenie, że dostałem mocnego kopa w dupę. A robiłem wszystko, jak trzeba. Domyślam się więc, że celem było zniszczenie mojej kariery – w wieku czterdziestu czterech lat. Byłem strasznie wkurwiony, i to wkurwiony na siebie, bo przecież nauczony jestem, że nasze niepowodzenia to nasza wina.

Nicuś to zemsta?

To jest palec w oko. W każdym razie mam wciąż poczucie, że zostałem wyrzucony z powodów ksenofobicznych. Za to, że jestem tym, kim jestem. Na zasadzie szukania brązowej owcy.

Nicuś wkracza coraz głębiej w samotność, to go odróżnia od ciebie.

Nicuś jest literackim przejaskrawieniem moich stanów wyjściowych. Sprawdzeniem, czy katharsis jest możliwe. To też eksperyment, by napisać coś, co się chciało zrobić – niejako zamiast tego. Widzę Nicusia jako performans. W tamtym okresie myślałem też dużo o śmierci. Pisanie powieści, gdy należało raczej martwić się o pracę i dalsze życie, było rodzajem śmierci zastępczej.

Idąc tym tropem, można pomyśleć o Nicusiu jako patoegzystencjaliście.

Każdy egzystencjalista jest „pato”. Nicuś to nicość, negatywność, droga donikąd, unicestwienie, ratunek w unicestwieniu. 

Sporą część Nicusia zajmują opowieści o jego relacji z kobietami: Manią, Radochą i Paolą. Czy jego związki mówią coś o jego problemach z polskością?

Raczej Polska jest tą najgorszą, najstraszniejszą z kobiet. Wszystkie inne są okej, szczególnie w porównaniu z nią. Zresztą większość tej książki jest o miłości do ludzi. Miłości, która jest wielką głupotą, szaleństwem, mitem, absurdem, chorobą, porażką i śmiesznością. Ale właśnie dlatego to najciekawsze, co może spotkać człowieka w życiu.

Nicuś jest bardziej romantykiem czy nihilistą?

Romantyzm jest nihilizmem. Bo jest antyoświeceniem, a oświecenie jest pewnego rodzaju protopozytywizmem. W tym sensie można powiedzieć, że romantyzm jest negatywizmem. Romantyzm nie jest ściśle nihilizmem, bo ma swoje pozytywne wartości, niektóre z nich nawet podzielamy do dziś. Niemniej wydaje się, że najgłębszą perspektywą romantyzmu jest emocjonalne niespełnienie i brak pozytywnego rezultatu na końcu. Koniec romantyka jest zawsze negatywny. On może wskrzeszać postulaty, ideały, ale z istoty swej romantyzm ma porażkę wpisaną w program. W ten sposób Nicuś – jak każdy romantyk – to po trochu przegryw, samobójca, wariat, alien, świr. Romantykowi odwala szajba, wpada w nicość, otchłań, a oświeceniowy umysł pisze encyklopedię i jest zadowolony. 

Nicuś jest antyspołeczny, a więc indywidualistyczny. Indywidualizm daje mu szczęście?

W nim jest i rozkosz i ból, duma i pycha bycia sterem samym sobie. To jest wspaniałe, a zarazem okropne.

Nicuś mówi cały czas do wyobrażonego „ty”. 

To jest taki mimetyczny zabieg, bo ja mówię do siebie w głowie. Mam jakby dwie osoby w sobie; każda ma – podejrzewam – swoją półkulę w mózgu. Kiedy byłem mały, słyszałem dwa głosy wewnętrzne: chłopca i dziewczynki. To minęło, ale pozostała we mnie taka podwójność struktury. Więc to „ty” to jest Nicuś mówiący do siebie samego. „Usłysz mnie, człowiecze, co do ciebie rzeczę”.

W ten sposób wymuszasz na czytelniku empatię?

Moim zdaniem struktura każdego ego opiera się na szantażu wobec innych: nie mógłbyś być sobą, nie zarzucając innym, że na to nastają i że powinni być wobec twojego bycia sobą uważniejsi i delikatniejsi. Choć tak czy inaczej zawsze będą nieuważni i niedelikatni wobec czegoś tak kruchego, subtelnego i wyrafinowanego jak nasze bycie sobą.

Czy Nicuś był dla ciebie próbą wyśmiania tego, czego nie można zmienić?

Był wyśmianiem tego, co nieuleczalne w Polsce, w sobie, w świecie, w życiu. Ten śmiech jest egzorcyzmowaniem, magicznym rytuałem detonowania polskości i innych traum, chorób i kalectw. Śmiech oczyszcza. Podobnie jak płacz – bardzo dobry na zatoki.

Jednym z powracającym motywów jest zabicie pieska przez ojca Nicusia. Co ta opisywana scena ma symbolizować?

Bezcelowe okrucieństwo, które go dotyka z rąk ojca. Bo w dużej mierze Polak to takie okrutne zwierzę. Polska hiena. Zresztą, co to jest zwierzęcość… No, wiesz. Mamy różne habitusy. Kiedyś byłem w Afryce, w miejscu, w którym obok siebie leżały dwa jeziora. Miały różne kolory wody. W jednym woda była różowa, a w drugim zielonkawa. To się jakoś przekładało na liczbę ryb. W jednym z nich było dużo ryb – i tam krokodyle byłe takie ospałe. A w drugim było mało ryb – i tam krokodyle były ostre, cięte, każdy kłapał na drugiego. I Polska jest tym drugim jeziorem, z małą ilością ryb. Stąd nasze wzajemne okrucieństwo, znane z przysłowia, że Polak Polakowi Polakiem.


Maks Wolski
Nicuś

wyd. Od Do, 2021, s. 550


Tymoteusz Milas (ur. 1987) – krytyk literacki. Absolwent filologii polskiej i kulturoznawstwa na Uniwersytecie Łódzkim. Recenzje, szkice i wywiady publikował w „Lampie”, „Twórczości”, „Nowych Książkach”, „Fabulariach”, „eleWatorze”, „Tyglu Kultury”, „Odrze”, „Czasie Literatury” i na portalach nowynapis.eu oraz krytykapolityczna.pl.